• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 9 Dalej »
[12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise

[12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#11
28.09.2024, 20:51  ✶  

Ona się zachowywała jak urażony bachor? ONA? Gdyby nie fakt, że znajdowali się w miejscu publicznym, wśród ludzi, to najpewniej poleciałyby w jego stronę kolejne pyskówki. Bo Roselyn mogła uważać o sobie, że jest dorosła, odpowiedzialna i doskonale panuje nad swoimi emocjami, lecz fakt był zupełnie inny. Owszem, była bachorem. I to najgorszym z możliwych, bo była rozpieszczona. Sam do tego przyłożył swoją rękę, pozwalając jej niemalże na wszystko, co też przyszło jej do tej postrzelonej, ślicznej głowy.

Miała zamiar wyjść i trzasnąć drzwiami, chociaż wiedziała, że nie powinna tego robić. Szczególnie że nie była u siebie, a ich wymiana zdań przyciągnęła uwagę obsługi. Pewnie to nie było mile widziane, takie trzaskanie drzwiami, ale w tej chwili miała to głęboko w nosie. I pewnie zrealizowałaby swój pokrętny plan, gdyby nie wyciągnął cięższych dział. Greengrass zatrzymała się gwałtownie, wciągając głęboko powietrze. Miała wrażenie, że na chwilę świat się zatrzymał tylko po to, żeby zacząć wirować jak wściekły. Coś ją ścisnęło w dołku na to pierwsze i drugie imię oraz nazwisko. Jeżeli planowała być tu incognito, to właśnie spalił jej przykrywkę. Mogła tylko mieć nadzieję, że kelnerki nie były plotkarami, dla których czystokrwiste potknięcia były na porządku dziennym. Może nie skojarzą jej nazwiska z tym skandalem, który wydarzył się niedawno. Roselyn odwróciła się całym ciałem w kierunku stojącego brata. Zrobiła ta cholernie powolnie i nie mniej teatralnie. Żeby wiedział, że nie tylko ona w tej chwili miała przejebane, jak to podobnie określił w liście.
- Ambroise Bertrand Greengrass, nigdy więcej nie podnoś na mnie głosu - odpowiedziała spokojnie, zaciskając drobne dłonie w pięści. Doskonale wiedziała, że jedyne co mogła teraz zrobić to się rozpłakać, bo nawet gdyby chciała mu przyłożyć, to odczułby to jako co najwyżej muśnięcie wiatru. Swoją drogą jak robią middle-nameing, to niech to idzie w obie strony. Nie miała zamiaru pozostawać mu dłużną. - To działa na te wszystkie twoje panny? Podniesiony głos i rozkaz?
Ona również potrafiła wbijać szpile tam, gdzie bolało. Uniosła więc głowę, a w jej oczach błyszczały iskry, jakby rzucała mu wyzwanie.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#12
28.09.2024, 22:55  ✶  
Nie zastanowił się nad tym, co robi unosząc głos na siostrę i dodatkowo informując wszystkich dookoła o tym, komu zawdzięczają dzisiejszą scenę dramatyczną. To nie był jego najbardziej błyskotliwy moment. Na swoją obronę miał jedynie to, że najwidoczniej nie powinni spotykać się w kawiarni tylko w mniej publicznym miejscu. Choćby w mieszkaniu, do którego klucze jej podesłał. Wszystko byłoby lepsze od samego środka Pokątnej.
Dostał swoje. Zatrzymała się w miejscu, ale sposób w jaki się do niego obróciła nie wróżył zakończenia kłótni. Wręcz przeciwnie. Rozjuszył ją jeszcze bardziej. Do tego stopnia, że odgryzła mu się pięknym za nadobne. Tak. Nie powinien na nią warczeć. To było niskie. Niższe byłoby tylko, gdyby krzyknął, czego niemal nigdy nie robił. Co się tyczyło komentarza o tonie jego głosu, musiał to jakoś przełknąć. Miała rację. Zamilkł na ułamek minuty, dopóki nie usłyszał kolejnej uwagi.
Tak. Jego siostrzyczka również umiała mierzyć bardzo nisko. Ewidentnie mieli to rodzinne. Zabolało. Nie skrzywił się, ale jeszcze bardziej poirytowanie zacisnął wargi. Nie dopuszczał, szykował się na swoją niską piłkę.
- A żebyś wiedziała - odciął się Roselyn, bo to było najlepsze, co mógł zrobić - wiedziała, w co powinna wycelować.
Oj tak. Jeżeli chodziło o wbijanie szpili to mogli zrobić z siebie wzajemnie dwie laleczki Voodoo. Wyśmienicie. Właśnie tego potrzebowali. Zwłaszcza w tak nerwowym czasie jak teraz, kiedy powinni trzymać się razem i objąć wspólny front.
- Może powinienem dać ci szybkie przeszkolenie, żebyś wiedziała jak zamykać Anthony'emu Ianowi Borginowi... ...jak uroczo, że też ma drugie imię, nie?... ...mordę - i cyk, jadowita szpileczka prosto w jej związek z człowiekiem, który ewidentnie nie potrafił zamknąć japy.
Gdyby umiał pewnie nie doszłoby do całej sytuacji. A przynajmniej tak twierdziła Roselyn, której Ambroise powinien wierzyć - prawda? Sama powiedziała, że wszystko zaczęło się od głupiego żartu z oświadczynami. Nie miał żadnych podstaw do tego, żeby jej nie wierzyć, bo go tam nie było. Poza tym była jego siostrą. Komu powinien wierzyć jak nie jej, co? Właśnie o to mu teraz chodziło. Wierzył jej i chciał dla niej dobrze. Był wściekły nie w kierunku tej osoby, na którą powinien najeżdżać, ale puściły mu nerwy, co ostatnio zaczynało się zdarzać całkiem często.
Nie dalej jak trzy tygodnie wcześniej pobił się z młodszym bratem byłej w obronie jej godności. Tej, którą sama byłaby w stanie obronić, gdyby nie zareagował pierwszy widząc łzy w jej oczach. Nie cierpiał nie panować nad sytuacją i nie być osobą, która mogła ochronić bliskich przed ich własnymi czynami.
Pierdolony syndrom zbawcy.
Szczęście w nieszczęściu, że działający w wybiórczy sposób w stosunku do nielicznych ludzi. Inaczej miałby zupełnie przesrane. A w takim wypadku to widocznie ci ludzie mieli przesrane z nim i jego zaciętością. Tego akurat nie zauważał, kiedy próbował na siłę wywołać jakąś akceptowalną dla niego reakcję u Rose. Był na to zupełnie ślepy.
- Możemy porozmawiać jak ludzie na poziomie? - Spuścił z tonu, starał się nie robić dalszej sceny, choć było na to dużo za późno.
Mimo to wyciągnął przed siebie otwarte dłonie, unosząc ich wierzchy w kierunku siostry. Rozejm?
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#13
28.09.2024, 23:49  ✶  

Zmrużyła gniewnie oczy, gdy wspomniał o przeszkoleniu w zamykaniu ludziom ust. Co za pacan! Jak on mógł! Roselyn tupnęła nogą. Tak, tupnęła nogą niczym mała dziewczynka, zwracając na siebie uwagę nie tylko pracownic kawiarni, ale także części klientów, którzy dostrzegli przez wielką, czystą szybę gwałtowny ruch. I owszem, zachowywała się teraz bardzo infantylnie, jak ten bachor od których ją zwyzywał, ale już nie potrafiła panować nad emocjami. Z jej oczu popłynęły łzy, jednak to nie były łzy rozpaczy. To były łzy złości, których nie potrafiła powstrzymać. Spłynęły po jej policzkach, nie rozmazując jednak makijażu, bo co jak co ale Potterowie mieli doskonałe, nierozmazujące się kosmetyki. Czapki z głów, będzie musiała kupić tego więcej.
- Jak będę chciała, to zamknę mu mordę nawet pocałunkiem i nic ci kurwa do tego! - teraz ona podniosła głos. Zdecydowanie nie powinni byli rozmawiać na Pokątnej, w miejscu publicznym, ale w tym całym swoim misternym planie nie przemyślała jednej rzeczy: że oboje się tak uniosą, że zrobią ze spotkania istne show. - Och, możemy rozmawiać na poziomie, oczywiście. Mam się położyć na ziemi?
Uśmiechnęła się złośliwie, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Rozejm? Jaki rozejm? Roselyn dopiero się rozkręcała, pytanie tylko czy rozsierdzi tymi docinkami brata, czy może wręcz przeciwnie? Jak była zła, to język miała ostry niczym brzytwa. Problem tylko w tym, że nie powinna tej ostrości kierować w kierunku brata, ale Merlin jej świadkiem, że naprawdę starała się wyciągnąć do niego na początku tej rozmowy dłoń. Tylko że on przyszedł tutaj jak najeżony kot, który dopiero co opuścił kuwetę. I po prostu teraz nie panowała nad sobą, co widać było po łzach, spływających po jej policzkach, i zaciśniętych w wąską kreskę ustach.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#14
29.09.2024, 01:40  ✶  
Znał to. Jak on to cholernie znał. Jebana autodestrukcja, która chyba po prostu płynęła im w żyłach i wychodziła w najmniej odpowiednim momencie. Może zamiast dorastać i dojrzewać, on po prostu pierdoleli?
- Znakomicie, zajedwakurwabiście. Trzeba było tak od razu, Roselyn. Po co bawić się w mamienie oczu, skoro już jesteś w to uwikłana. Po sam pas - powiedział ciężko, ponuro.
Ze złością (ta mu nie mijała), ale także ze zmęczeniem, które nakazało mu potrzeć ręką twarz. Przetarł powieki wierzchem dłoni. Zaczynała mu pękać głowa. Nie, nie dosłownie, ale wewnątrz mózg zaczynał mu przypominać parujący świąteczny klops. Jakże mógł kiedykolwiek zakładać, że jego siostra będzie choć trochę mądrzejsza, skoro on sam nie był.
Chyba oboje właśnie odkryli nową cechę wspólną: upodobanie do niewłaściwych ludzi i wikłania się w relacje przynoszące więcej psychicznej krzywdy i bólu niż korzyści. Bolało go, że to robiła. Widział dla niej zupełnie inną przyszłość. Miał ją za inteligentniejszą (w pewnym aspektach nawet od siebie) osobę niż mu to teraz pokazywała. Nie chciał, żeby popełniła w życiu tak wielki błąd, który w efekcie kosztowałby ją wszystko.
Teraz płakała. Przez niego, co nie było łatwe do zaakceptowania. Natomiast, jeśli nie miała się opamiętać to miał być wyłącznie początek. Teraz roniła łzy, ale jej oczy wściekle przy tym błyszczały. Nie chciał kiedyś zobaczyć tego samego, ale bez tego blasku. Podczas spotkań towarzyskich czystokrwistej śmietanki zbyt wiele razy widział pustkę tam, gdzie powinien być ogień. Kiedy chodził na prywatną praktykę dostrzegał jeszcze więcej. Chciał ją przed tym uchronić, nawet jeśli miała o nim myśleć jako o najgorszym.
W gruncie rzeczy przyzwyczaił się do tego, że nazywano go w najlepszym razie zimnym draniem. Dupkiem.
Pierwszy raz słyszał to od swojej Roo, ale był to w stanie przełknąć, bo cel uświęcał środki. Musiała się opamiętać. Poza tym uważał, że jego interwencja (jakkolwiek chamska i brutalna) była konieczna. Z dwojga złego lepiej było też, że robił to on a nie ojciec. Przynajmniej miała być wściekła tylko na jednego z nich.
- Kostka brukowa wystarczy. Jeszcze złapiesz wilka - skomentował kąśliwie.
Normalnie pewnie rozbawiłaby go tą uwagą. Była całkiem trafiona, bo ich poziom rzeczywiście nie sięgał zenitów. Ambroise potrafił docenić odpowiednio wyważoną ripostę, ale tym razem ewidentnie go to nie pasjonowało. Mogli się tym przerzucać przez cały dzień. Skoro nie chciała iść na tymczasowy rozejm to cofnął swoją rękę (fizycznie nie musiał, bo jej nie wyciągnął; to była metafora) i jak lustrzane odbicie Roselyn skrzyżował ręce na piersi w taki sam sposób, co ona. Chciał jej pokazać jak to idiotycznie wyglądało. Miał tupnąć? Skoro już dążyli do osiągnięcia dna to co mu tam szkodziło. Tupnął perfidnie.
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#15
29.09.2024, 22:17  ✶  

Na to by wychodziło - w końcu plotka głosiła, że po śmierci Greengrassowie stają się... Cóż, drzewami w Kniei. Ktoś taki nie mógł starzeć się i dorastać z godnością, prawda? I chociaż obojgu im było daleko do starości, to dojrzewanie chyba mieli już dawno za sobą. A przynajmniej to dojrzewanie fizyczne, bo psychicznie to prezentowali poziom tak niski, że uwaga Roselyn o podłodze była bardziej niż adekwatna. Zdecydowanie pierdoleli zamiast dorastać.
- ... - chciała coś powiedzieć, ale zamiast tego ponownie zacisnęła usta w wąską kreskę. Milczała, lecz jej oczy i mowa ciała zdawała się mówić za nią samą. Była wściekła, była zła a te łzy to faktycznie były łzy wkurwienia, bo to już nawet nie o wściekłość chodziło. Roselyn w swoim mniemaniu się nie myliła, a skoro przystała na ten szalony plan - być może przecież pod przymusem? - to uznała, że jakiś sens w tym był. W gruncie rzeczy to nie było takie złe, bo Anthony chyba czuł się winny tego, co odjebał. I słusznie, bardzo słusznie. Oberwie nie tylko od jej samej, ale także od jej brata i ojca. Za to matka... Och, zapewne kobieta przyjmie go z otwartymi ramionami pomimo tego, że nosił nazwisko Borgin. Anthony bowiem nie był tym, kim był chociażby jego brat, do którego ją zaprowadził. Przynajmniej miał pracę, i to chyba dobrą. Poza tym istniały powody, dla których to on był dziedzicem, a nie Stanley, który był starszy. Tego jednak nie powiedziała na głos, bo o Borginach nie wiedziała praktycznie nic. Cośtam z Borginami było w szkole, należeli do jakiejś bandy i dręczyli ludzi, ale nie była pewna czy to o Anthony'ego chodziło. A zresztą co to za różnica? Antek był wszystkim, czego mogła chcieć każda naiwna panna. A ona nie była naiwną panną i nie tylko go odtrącała, to jeszcze robiła mu z życia piekło, chociaż minęły zaledwie dwa dni.

- Żebym nie podniosła tej kostki brukowej i nie postanowiła jej zapoznać z twoją twarzą - warknęła, mrużąc oczy. Łzy przestały lecieć po policzkach, pozostało tylko kilka kropel na długich, pomalowanych na czarno rzęsach. Jeszcze by coś dodała, bo jeżeli chodziło o potyczki słowne, to przecież miała zajebistego nauczyciela, ale wtedy Ambroise tupnął. Kobieta zamrugała, z początku nie wiedząc, co on robi, a potem wydęła policzki ze złością, ignorując parsknięcie śmiechem jednej z kelnerek. - Czy ty mnie papugujesz?
Robił się coraz bardziej bezczelny, ale... To działało. Ogień wściekłości, płonący w jej oczach, powoli gasł. Ambroise wyglądał teraz idiotycznie, jak tak tupał.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#16
30.09.2024, 01:08  ✶  
- Widzisz o czym mówię? Jeszcze za niego nie wyszłaś a już próbujesz borginować - zarzucił jej śmiertelnie poważnie, choć to brzmiało równie absurdalnie w jego głowie, co również wypowiedziane na głos z wyczuwalnym wyrzutem.
Musiał się opanować. Przystopować chociaż w niewielkim stopniu, żeby niepotrzebnie nie podsycać płomienia wściekłości u Roselyn. Natomiast nie był do tego najlepszym człowiekiem w żadnym razie nie na odpowiednim miejscu. Zazwyczaj umiał wyłącznie dolewać oliwy do ognia i patrzeć jak ładnie wszystko płonie. Pod pozorami spokojnego, profesjonalnego uzdrowiciela potrafił kryć się sadystyczny kurw.
Problem w tym, że nigdy nie chciał nim być dla swojej siostrzyczki. Nieważne jak mocno grała mu na nerwach. Ta twarz nie była przeznaczona dla jego najbliższych. Starał się panować nad sobą i swoimi reakcjami a także nad tym cichym głosikiem w głowie, który nakłaniał go do bycia bardziej...
...brutalnie szczerym.
...uszczypliwym.
...precyzyjnym w wylewaniu Roo wiadra zimnej wody na głowę.
...zgodnym z samym sobą i swoimi podszeptami.

Tym bardziej Ambroise nie chciał być w stosunku do niej tym bardziej. Szczególnie, że te wszystkie metody ewidentnie na nią nie działały. Prawdopodobnie złapanie jej za ramiona i potrząsanie nią ze stanowczym nakazem, że ma się uspokoić również nie byłoby zbyt dobrym i skutecznym pomysłem. No. Ciekawe, czemu. Zupełnie tak, jakby to miało na kogokolwiek zadziałać.
Wybrał najbardziej nieoczekiwaną i oczekiwaną opcję. Dwa w jednym. Coś, czego powinna się po nim spodziewać, ale gdyby mieli po jedenaście lat. Nie trzydzieści trzy i dwadzieścia cztery. Zaczął stosować wobec niej pokraczne, niskolotne, dziecinne zagrywki. Skoro ona na niego tupała, on tupał na nią. Miał w dupie to, że w tym momencie słyszał czyjeś rozbawione parsknięcie. Już ustalili, że robili scenę dla gawiedzi a ewidentnie udawało mu się w ten sposób zbić Rosie z tropu i być może móc z nią porozmawiać jak człowiek. Tym razem trzydziestotrzyletni.
- W żadnym razie -ależ tak, dokładnie to w tym wypadku robił, ale zaprzeczył z czystej konieczności postawienia na swoim. - Też mam prawo być wściekły a skoro nie mamy żadnych standardów - wzruszył ramionami.
Mogła być pewna nie tylko tego, że bezczelnie ją papugował, ale również tego, że niewiele mu brakowało, żeby jeszcze bardziej dać ujście absurdom. Jeżeli nie chciała rozmawiać w normalny sposób to równie dobrze mogła szykować się na to, że jej brat ubzdura sobie spełnić niedawne groźby i dajmy na to zasiąść na kostce brukowej po środku Pokątnej. Jeszcze tego nie robił, ale ta groźba wisiała w powietrzu. Może to nie było w jego stylu, żeby robić z siebie błazna, ale ostatnio przez cały czas wyciągał kartę Głupca.
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#17
30.09.2024, 09:59  ✶  

- Nie mam zamiaru za niego wychodzić - odpowiedziała poważnie i wyjątkowo cicho, co kontrastowało z jej wcześniejszym tonem głosu. Jak Ambroise mógł zgubić tę istotną informację? Owszem, zarzuciła go potokiem ważnych skrawków, ale przecież ten był najważniejszy. - Ani teraz, ani nigdy.
To był po prostu jeden z jej planów, być może (a raczej na pewno) nieidealny i niedoskonały, ale innego w tej chwili po prostu nie miała. Podejrzewała, że cała ta sytuacja mocno nadszarpnie nie tyle co jej reputację, a nerwy. Już teraz miała je w strzępach, ale wyjątkowo nie przez swojego "narzeczonego", a brata. Brata, który powinien stać po jej stronie nieważne co odjebała. Kompletnie nie rozumiała, czemu się tak uwziął akurat na ten pomysł. Borgin Borginem, ale przecież jakby się nad tym dłużej zastanowić, to przynajmniej nie będzie musiał odganiać od niej amantów, którzy nie rozumieli słowa "nie". I chociaż irytowało ją okropnie, że musiał pojawić się konkurent na horyzoncie, by odpuścili, to... Było to wygodne.
- Co to w ogóle za słowo: borginować? - prychnęła. Nie znała Anthony'ego, nie miała pojęcia jaki jest poza tym, że zachowuje się jak nieodpowiedzialny szczeniak. Kombinował ale przecież jej pomógł, prawda? On jeden wiedział, dlaczego ten pierścionek znalazł się na jej palcu.

Roselyn oparła dłonie na biodrach, mrużąc oczy. Wpatrywała się w brata z żądzą mordu w oczach, ale ta żądza powoli topniała. "W żadnym razie", akurat. Ewidentnie robił to, co ona sama. I, cholera, to działało. Nie do tego stopnia, by nagle zaczęła się śmiać i mu wybaczyła te wszystkie ostre słowa, którymi ją uraczył, lecz przynajmniej złagodziło to spojrzenie. I otworzyło kobietę na rozmowę, przynajmniej troszeczkę.
- Jeżeli nie mamy standardów, równie dobrze zamiast kawy możemy wypić coś mocniejszego. Chociaż tobie już może wystarczy? - zauważyła złośliwie, przesuwając wzrok na stolik, przy którym jeszcze chwilę temu siedzieli. Kawa po irlandzku, kto by pomyślał, że porządny uzdrowiciel będzie o tej porze raczył się alkoholem. I to na raz, a nie że kulturalnie siorbał swój napój. - Może jak cię schleję, to przestaniesz mnie oceniać i wysłuchasz mojego punktu widzenia?
To chyba ją bardzo bolało - że nie dawał jej się wytłumaczyć, tylko od razu atakował. A przecież ona nie była głupia, wiedziała w co się pakuje.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#18
30.09.2024, 16:50  ✶  
- Pogadamy o tym za miesiąc, kiedy Evelyn urządzi wam przyspieszone wesele - nie krył, że mógłby w to uwierzyć.
Jej matka z pewnością miała być najszczęśliwszą osobą w tej sytuacji. Zapewne miała przełknąć fakt, że chodziło o Borgina, bo mogła wydać córkę za mąż. Przy jej staraniach co tydzień mogli mieć jakiś element celebracji prowadzących do hucznego, wystawnego ślubu, którego plany już pewnie dawno miała. Ambroise nie zdziwiłby się, gdyby jego macocha była w stałym kontakcie z lokalnymi i zagranicznymi przedsiębiorcami i rzemieślnikami, którzy byliby w stanie wspomóc ją w przygotowaniu towarzyskiego wydarzenia roku. I to może nawet w trzy tygodnie a nie miesiąc.
- Całkowicie adekwatne do tej sytuacji. Powinnaś umieścić je w słowniku, skoro masz stać się królową Borginolandu - stwierdził uprzejmie acz kąśliwie.
W końcu Anthony Ian Borgin był Dziedzicem tamtego kurwidołka. Jeśli dostatecznie wmanipuluje siostrę Ambroisa w kontynuację ich związku, być może Roselyn mogła mieć swoją własną kupkę popiołów i gruzu, na którym Borginowie budowali swe małe królestwo. Nie życzył jej tego. Wręcz przeciwnie. Wkurwiało go to aż nazbyt, ale próbował panować nad sobą dla dobra ich relacji. Nie chciał, żeby się od niego odsunęła, bo powiedziałby o kilka słów nazbyt dużo.
Był przygotowany na uszczypliwości, może na dalszą wymianę zdań, na powiedzenie mu, że mógł spierdalać na jakąś sosnę w Kniei i Roo miała w dupie to, że nie powinien tam wchodzić. W tym wypadku pewnie byłaby skłonna zrobić wyjątek a może i dzięki temu ona potem też mogłaby tam pójść. Mimo to próbował ją podejść w inny sposób. Poprzez pokazanie jej absurdu tej sytuacji. I to chyba (o dziwo) nie była zła droga.
- Nie wystarczy - stwierdził gorzko, parskając pod nosem. - No nareszcie zaczynasz mówić jak człowiek - sarknął, ale drgnął mu kącik ust.
Nieczęsto zdarzało mu się ochoczo iść na propozycję schlania się, gdy wiedział, że jego stan miał być dla kogoś ułatwieniem do mentalnych sztuczek. Jeszcze rzadziej pił na umór w towarzystwie młodszej siostry. Zdarzyło mu się wrócić schlanym do domu a kilka razy również wpaść na schlaną Roselyn, ale tak właściwie to nie mieli wspólnej okazji do tego, żeby nawalić się razem w dwie dupy. Od tego miał kolegów zawsze chętnych do zamoczenia ryja w ognistej. Zdarzało mu się także pić w swojej samotni, choć wtedy raczej się pilnował.
Wydawało się, że mieli jakąś granicę tego, co robili jako rodzeństwo, ale w tej chwili Ambroise postanowił machnąć na to ręką. Jego siostra się zaręczyła. To trzeba było opić. Z Borginem. Tu należało wypić na ukojenie nerwów. Z którym już była bardziej uwikłana niż chciała przyznać. To pachniało zostawieniem całej butelki na barze. A Ambroise właśnie znowu wmieszał się w sprawy innej półBorginówny, choć poprzysiągł zostawić ją w spokoju. To swobodnie mogła być druga butelka, patrząc na jego wieloletnie uwikłanie. I na to, że kiedyś chciał się z nią zaręczyć a teraz wytykał zaręczyny Rosie. Dobrze, że mieli przed sobą długi wieczór.
- Bar czy mieszkanie? - Zarzucił zapewne mogąc ją tym zaskoczyć, ale naprawdę przystawał na tę ofertę. - Mieszkanie - zadecydował, bo bar był chyba zbyt publicznym miejscem a zawsze mogli tam wyjść później. Za jakiś czas.
Z zaciśniętymi ustami, ale spokojniejszą miną wyciągnął do niej rękę. Mogli mieć ten tymczasowy rozejm?
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#19
02.10.2024, 18:24  ✶  

Roselyn nachmurzyła się. Doskonale wiedziała, jaka jest jej matka, lecz w tym całym planie nie wzięła jej zamiłowania do ślubów i planowania. Raczej podejrzewała, że się odczepi, bo przecież trzeba było chwilę potrwać w narzeczeństwie, prawda? Poza tym pomimo całego tego zamieszania wciąż wierzyła, że ma aż dwóch sojuszników: brata i ojca.
- Niech tylko spróbuje - prychnęła w odpowiedzi, najwyraźniej postanawiając stanąć okoniem do tego, co mówił jej brat. Nie bała się matki, przecież cały plan polegał na tym, że w końcu zerwą z Anthonym zaręczyny, prawda? - NIE MAM zamiaru za niego wychodzić. Może jednak masz problemy ze słuchem, co, Roise?
Uniosła podbródek wyzywająco, mrużąc przy tym oczy. Ile razy miała to powtarzać? To wszystko... To wszystko była farsa, maskarada. Sprytny (a może i nie) plan, którego realizacja absolutnie nie zakładała zamążpójścia. Roselyn nie lubiła mężczyzn, jedynym którego tolerowała, był Samuel. Ba, nawet nie tolerowała a po prostu czuła, że był jej bratnią duszą. W ten piękny, nieromantyczny sposób. On był jedynym mężczyzną spoza rodziny, dla którego była miła, przed którym się otwierała i któremu pozwalała na niezobowiązujący dotyk w postaci przytulenia, by pocieszyć. A oboje teraz potrzebowali pocieszenia chociażby ze względu na to, co działo się w Kniei.

Dłoń Greengrassówny powędrowała do ciemnych włosów, by przeczesać miękkie, zadbane pasma. Nie rozumiała, dlaczego Ambroise się tak uwziął na tego Borgina ale podejrzewała, że miał powód. I to zapewne słuszny. Ale przecież to nie tak, że ich rodzina miała jakąś taką tragiczną reputację, prawda? Przecież to nie byli chociażby Blackowie, od których zawsze trzymała się z daleka czy nie daj boże Lestrange'owie, których się zwyczajnie bała. Anthony zresztą nie zachowywał się tak, jakby miał kija w dupie, a nawet stanął raz w jej obronie. I okej, nie był kryształowy - ani on, ani jego brat, ale na Merlina, przecież nie mogło być aż tak źle? Chyba że...
- Dobrze, niech będzie mieszkanie. Ale wtedy powiedz mi dokładnie, co wiesz o Borginach, skoro tak się najeżyłeś - zadecydowała. Ona nie prosiła, jej ton głosu nie mówił "czy braciszku kochany mógłbyś mi zdradzić to i owo o tej rodzinie, skoro tak dużo o nich wiesz?". Jej ton głosu mówił "zrobisz to albo schleję cię tak mocno, że sam mi wszystko bełkotliwie wyśpiewasz". I być może miała właśnie taki plan: uchlać się w trzy dupy i tyle. - Prowadź zatem.
Powiedziała, w końcu chwytając ostrożnie dłoń brata. Zerknęła jeszcze na kelnerki, które nagle zajęły się robieniem bardzo-ważnych-spraw-za-ladą, i przewróciła oczami. Lepiej było omawiać takie rzeczy poza zasięgiem obcych uszu, zdecydowanie.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#20
02.10.2024, 23:55  ✶  
Machnął ręka w wyrazie bagatelizowania tego, co powtarzała już któryś raz. Sam miał swoje własne przemyślenia i spostrzeżenia odnośnie tego, co mogło się (i miał złe wrażenie, że miało) wydarzyć w związku z tą całą sytuacją.
Mimo to nie chciał się dłużej kłócić pośrodku Pokątnej. I tak już zapewnili przechodniom całkiem znaczącą rozrywkę.
- Czyli musimy kupić naprawdę dużo alkoholu - skwitował tylko nie brzmiąc ani, jakby żartował ani całkiem poważnie, coś pomiędzy, po czym wziął Rosie za rękę i olał całą resztę otoczenia. W tym również kelnerki.

Spokojnie przepuścił Roselyn w drzwiach dając jej tym samym do zrozumienia, że na poważnie przekazał jej klucze. To ona tu teraz urzędowała. Co prawda jeszcze nie wiedział czy faktycznie się na to zdecydowała, ale fakty były faktami. Odstąpił jej jedyny komplet, jaki miał i nie zamierzał pchać się przed nią. Dopiero, gdy otworzyła i wpuściła go do środka, rozejrzał się po pomieszczeniu chcąc zobaczyć czy coś się tutaj zmieniło.
Czy sterty różnorakich książek nadal wszędzie się walały (zabrał wyłącznie te mniej legalne, kiedy się stąd wynosił), czy pajęczyny były na swoim miejscu, czy malutki aneks kuchenny z minimalną ilością blatu na czajnik, zlew oraz starą kuchenkę nadal wyglądał na niewykorzystywany. Swego czasu niewiele tu zmienił względem tego, co zaoferowano mu przy podpisywaniu umowy. Nadal były tu dwie niskie szafy, biurko i stolik dosunięty niemal do niego a także niewysoka ława w dziwnym kontraście do dwóch wcześniejszych mebli. Krzesło i duży fotel, dwie stojące lampy o całkiem niezłych szklanych kloszach w stylu Tiffany'ego (chyba jedyne wartościowe przedmioty nie licząc książek), dwuosobowe łóżko pod ścianą, jeden grzejnik (latem było tu gorąco, zimą zimno z uwagi na to i na skośny dach nad głową) i to byłoby chyba na tyle. Łazienka miała duże lustro na pół ściany, żeliwną wannę malowaną żółkniejącą emalią, ubikację, wiszącą szafkę i umywalkę.
A przynajmniej to spodziewał się zastać, prawie od razu ruszając do drzwi balkonowych, żeby uchylić okno.
- No, to co chcesz wiedzieć? - Spytał bezpośrednio, kładąc nogi na małym stoliku przy krześle i pozostawiając jedyny miękki, choć trochę wytarty fotel do wyłącznej dyspozycji siostry.
Pociągając łyk wprost z butelki, posłał Rose pytające spojrzenie, po czym niemal od razu sam z siebie wzruszył ramionami. Chyba źle sformułował to pytanie a nawet nie był jeszcze zbyt pijany. Jedynie lekko wstawiony, zważywszy na to, że już na klatce schodowej zaczął pociągać z butelki w nagłym przypływie dosyć drażliwych wspomnień. Nie bez powodu dawno tu nie był.
Zazwyczaj wybierał leżankę w Mungu, kawałek kanapy u kogoś znajomego między dyżurami, od czasu do czasu łóżko jakiejś młodej czarownicy (choć nigdy nie zostawał u nich do świtu) a przy większej ilości czasu - rodzinną rezydencję, do której oficjalnie z powrotem się przeprowadził po długo trwającym epizodzie wspólnego mieszkania z byłą.
Mimo wszystko odnawiał umowę wynajmu, robiąc to praktycznie instynktownie, bo przecież nie musiał przesadnie zwracać uwagi na pieniądze. Ba. Gdyby miał takie widzimisię to pewnie byłby w stanie złożyć dostatecznie kuszącą ofertę, żeby móc odkupić kawalerkę i nie przepłacać w długofalowej perspektywie. Mimo to tak nie zrobił a jedynie płacił za coś, gdzie i tak praktycznie nie bywał.
- Nie lubię Borginów - odezwał się po chwili milczenia, jeszcze zanim miała szansę coś odpowiedzieć na tamto bezsensowne pytanie. - Ich opinia to jedno a drugie to fakt, że zdarzyło mi się leczyć ludzi od nich. Głównie kobiety, ale to niespecjalnie ma znaczenie - chwilowo na tym poprzestał, ale naturalnie chodziło mu o wrodzone charakterki tych ludzi.
Rozłożył ręce, po czym znów zacisnął dłoń na butelce i pociągnął trochę więcej. Nie żartował, kiedy zgodził się na to, żeby razem pić. Miał fatalny humor a ta jasno-ciemna (niby mająca spore okna, ale też ciemnobeżowe ściany i ciemne, stare meble nie do kompletu) kawalerka wcale mu go nie poprawiała.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (16358), Roselyn Greengrass (10077)


Strony (5): « Wstecz 1 2 3 4 5 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa