—11/06/1972—
Anglia, Londyn
Rita Kelly & Anthony Shafiq
![[Obrazek: T9gnPiQ.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=T9gnPiQ.png)
Honey, I'm making sure the table's made
We can celebrate the good that we've done
I won't lie, if there's something still to take
There is ground to break, whatever's still to come
![[Obrazek: T9gnPiQ.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=T9gnPiQ.png)
Honey, I'm making sure the table's made
We can celebrate the good that we've done
I won't lie, if there's something still to take
There is ground to break, whatever's still to come
Pewien ruch w interesie zrobił powrót Anthony'ego z końcówką maja i wielki bum - Kambodża. Dawna francuska (!) kolonia, dla większości postronnych mylona z afrykańską Doliną Konga, miała ponoć do zaoferowania Anglii bardzo wiele i nagle sprawa została tak przedstawiona, żeby to małe biuro zajmujące się statystykami i reklamacjami celnymi ogarnęło co i w jakiej ilości potrzebne będzie do ściągnięcia z drugiego końca świata. Z oczywistych względów Anthony choć już w Londynie, miał bardzo mało czasu, żeby pojawić się w biurze choćby na moment więc zaproszenie na niedzielny lunch było tym milsze. Z resztą - nie lubił z nią rozmawiać w biurze. Wolał to robić w pieleszach swojego apartamentu, prezentu po ukończeniu szkoły od matki, gdy już jego brat okazał się szczęśliwie wydziedziczony. Gdyby nie ten fakt, zapewne Anthony spałby u ciotek piętro niżej - w bibliotece Parkinsonów.
Teraz jednak mógł podjąć swoją chrześnicę w przestronnym pokoju dziennym, do którego wchodziło się wprost z korytarza. Otwarty na hall salon był cały biały z dwoma drzewkami łagodzącymi strzeliste pilastry, między którymi pyszniły się perfekcyjnie czyste jak zawsze lustra i ogromne okna z widokiem na Aleję Horyzontalną.
– Moja droga, jak miło Cię widzieć! – powitał ją od progu serdecznie. Stojący podłużny stół został już zastawiony dla dwóch osób. Parujące misy kusiły zapachem kuminu, cynamonu, szafranu, z królującą wędzoną papryką. Zapach ten niósł ze sobą zdecydowanie więcej koloru niż pomieszczenie w którym się znajdowali, przywodząc na myśl półwysep iberyjski. Nie zabrakło pośród naczyń dwóch kieliszków i otwartej butelki wina pozbawionego etykiety. Dał jej się rozebrać, jeśli cokolwiek chciała odstawić przy rozgałęzionym stojaku na płaszcze oraz skorzystać z łazienki po lewej stronie od wejścia, by mogła odświeżyć się przed posiłkiem.
– Wybacz, że dopiero teraz, och... czekaj, czy dobrze widzę? Masz rzęsę na policzku! – Uśmiechnął się życzliwie, dla pomyślności wróżby przeskakując wzrokiem pospiesznie z jednego policzka na drugi, tak by nie dać jej od razu rozpoznać o których chodzi. – Cóż dzisiaj mamy? Niedzielę? Czyżbyś była z kimś umówiona na romantyczny wieczór? – Jego głos zabarwił się lekkim zaniepokojeniem, stalowe oczy na moment spochmurniały. Cóż, dla niego wciąż była małą dziewczynką, jego oczkiem w głowie, któremu zwoził prezenty z całego świata i okazjonalnie czytał do poduszki. Wiedział, że płynie w niej krew jej matki, a Charlotte dysponowała w jego oczach najbardziej męską energią z całej czwórki przyjaciół, ona ognista wojna dzierżąca ostry, przenikliwy miecz... Podejrzewał, że Rita z tej samej gliny jest ulepiona, niemniej ileż łatwiej było mu widzieć w tej dojrzałej już kobiecie słodką księżniczkę cieszącą się tak otwarcie na jego widok. Nostalgia zalewała go, więc szybko brwi rozluźniły się, a uśmiech powrócił. – No już... wybierz na który opadła policzek, chcę wiedzieć czy muszę skontaktować się z biurem aurorów aby prześwietlić tego delikwenta. – Trochę żartował, a trochę wcale nie.