adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic VI
Po niebie przeleciał smok.
Był daleko – na tyle daleko, że był tylko ciemnym kształtem na tle gór i nawet gdyby Brenna znała się na smokach (a nie znała się: chyba że na tych z fantastycznych krain z kart powieści fantastycznych) nie zdołałaby rozpoznać jego gatunku. I dobrze, bo gdyby znalazł się bliżej, to oznaczałoby, że świstoklik wywalił Brennę bezpośrednio na smoczych terytoriach, nie na obrzeżach rezerwatu, i że albo dokona bardzo szybkiej ewakuacji, albo wkrótce zostanie przekąską.
Nie znała się na smokach, owszem, ale to że mogą cię zeżreć albo spopielić, i co do zasady lepiej się do nich nie zbliżać, wiedział każdy choćby średnio rozgarnięty czarodziej.
Przysłoniła dłonią oczy, ochraniając je w ten sposób przed słońcem, jak na Walię całkiem ostrym, śledząc smoczy lot, póki bestia nie oddaliła się tak bardzo, że stała się niewiele większa od ptaka. Dopiero wtedy Brenna odwróciła się i ruszyła pośród wrzosów ku budynkowi, w którym obecnie mieszkała załoga rezerwatu, a przynajmniej część tejże załogi. Bardzo konkretna część, mianowicie szkolna koleżanka Brenny, Mona Rowlę, którą wyciągnąć z Walii i rezerwatu było raczej ciężko. Skoro jednak nie chciała przyjść góra do Mahometa, to Mahomet przyszedł do góry, i Brenna najpierw się teleportowała, potem skorzystała z sieci Fiuu i wreszcie ze świstoklika, aby dotrzeć do Walii.
Na tę okazję zrezygnowała i z typowo czarodziejskich szat, jakie zwykle zakładała do magicznego Londynu, i z ubrań o mugolskim kroju, noszonych w Dolinie Godryka. Solidne buty na grubych podeszwach, wiązane za kostką, workowate spodnie i koszula z długimi rękawami wydawały się Brennie w miarę rozsądnym wyborem na walijskie wertepy. Włosy, sięgające mniej więcej do ramion, związała w krótką kitkę, a wiatr bawił się kosmykami, które umknęły z niewoli frotki.
Zapowiadała się wcześniej, bo raz, w smoczych rezerwatach niekoniecznie kochali nieproszonych gości, dwa inaczej istniała spora szansa, że panna Rowle tkwiłaby akurat w jakiejś jaskini, przygotowując ją dla smoków, rzucała zaklęcia zabezpieczające czy robiła jedną z tych tajemniczych dla Brenny rzeczy, którymi zwykle zajmowali się opiekunowie smoczych rezerwatów. Wciąż jednak była jakaś tam możliwość, że Mona zapomniała albo że jakiś smok postanowił sobie podpalić pół lasu i trzeba było gasić pożar. Brenna uderzyła więc w drzwi (lewą ręką, bo pod pachą prawej dźwigała paczkę) trzy razy, zastanawiając się, czy nie przyjdzie jej posiedzieć sobie trochę na progu. Nie żeby nie była na to gotowa: na wszelki wypadek dokonała pewnych przetasowań w tygodniowym harmonogramie i zarezerwowała na wizytę cały dzień.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.