- Nie masz innego wyjścia, Najdroższy. - Wyczuła lekkie rozczarowanie, ale nie zamierzała mu ulegać. Nie mogła się zgadzać na każdą prośbę, to byłoby zdecydowanie zbyt nudne. No i nie do końca leżało w jej charakterze. Jak na nią i tak dosyć często naginała swoje zdanie po to, żeby sprawić mu przyjemność.
To jednak nie było w jej stylu, wolała go trochę poirytować, nawet jeśli miało się skończyć na jego. Zabawnie wyglądał, kiedy próbował stawiać na swoim. Miała swój temperament, i musiał się z tym pogodzić, bo rzadko kiedy była w stanie nad nim zapanować. Często mówiła zbyt wiele, bez zastanawiania się nad treścią, prowokowała bo taka była jej natura. Nie wydawało jej się jednak jakoś specjalnie przeszkadzać w tej realcji. On również się nie hamował, tacy już byli. Pewnie dzięki temu tak do siebie pasowali, trudno jej byłoby być z kimś uległym, zapewne bardzo szybko by się znudziła taką relacją. Zdecydowanie wolała nieprzywidywalność i te przekomarzanie się między nimi.
Cieszyło ją to, że zauważył, że to posunięcie było zdecydowanie zbyt niskie. Dobrze, że zdał sobie z tego sprawę dosyć szybko. Jasne - mogła przyjąć wyzwanie, tyle, że ono nie miało żadnego sensu.
Nie wydawało jej się to być potrzebne. Nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek brakowało mu matki, nie rozmawiali nigdy szczególnie na ten temat, ale to chyba nie był odpowiedni moment, aby szukać z nią kontaktu. Pokazała mu, gdzie go ma już dawno temu, więc lepiej było to zostawić za sobą. Zresztą akurat ona sama nie do końca radziła sobie z relacją matka - dziecko, więc nieszczególnie wydawało jej się, że powinna mu cokolwiek sugerować, z tym nie mogła mu pomóc.
- Nie mogę się nie zgodzić. - Tak, też za nimi nie przepadała, chociaż w jej wypadku to wilkołactwo jeszcze bardziej wzbudzało jej niechęć. Yaxleyówna raczej nie miała problemu z akceptacją większości rodzin czystokrwistych, miała znajomych w wielu z nich. Były oczywiście wśród nich takie, z którymi utrzymywała cieplejsze relacje, jednak niewiele rodzin do nich należało. Z Longbottomami była kiedyś na wakacjach, całkiem miło to wspominała. Jej ojciec stał się popularny, gdy objął ciepłą posadkę w ministerstwie, wtedy nagle wszyscy zaczęli mu włazić w tyłek. Na szczęście Gerardem nie tak łatwo było manipulować, więc w sumie trzymał ich nadal na dystans i skupiał się przede wszystkim na swojej rodzinie.
Uśmiechnęła się, kiedy nazwał ją kochaniem, pewnie nawet tego nie zauważył, ale dla niej wiele to znaczyło. - Nie wiem dlaczego typom zawsze jest łatwiej. Też byłam gwiazdą drużyny, ale nas dwóch nie lubiano, pewnie przez to, że byłyśmy dziewczynami. Faceci nam zazdrościli, a laski myślały, że sypiamy z naszymi kumplami. - Pamiętała, że wtedy z Mills dosyć często wdawały się w bójki, bardzo często z członkami innych drużyn. Miały tendencje do obracania się wśród dziwnych ludzi, przez co często kończyly z obitymi mordami, a ponoć dziewczynkom nie wypadało... Tak. Spędziła sporo czasu po lekcjach sprzątając najróżniejsze zakamarki Hogwartu.
Zupełnie nie przeszkadzało jej to, że w przeszłości korzystał z tych profitów, aby zaliczyć, jak najwięcej dziewczyn, to było chyba typowe zachowanie u większości chłopaków. Jak w ogóle mogłaby mieć pretensje o to, co robił w przeszłości, sama nigdy nie była święta i nie zamierzała nigdy za to przepraszać. Młodość rządziła się swoimi prawami, czy coś.
- Kto by się spodziewał, że tak racjonalnie do tego podchodziłeś, nie wszyscy tak robili. - Dobrze było wiedzieć, że unikał młodszych dziewcząt. Sama pamiętała, że kiedyś naprzykrzał jej się jeden z typów kilka roczników wyżej i musiała mu pokazać bardzo dosłownie, że nie interesują ją takie zabawy. Od zawsze była nieco wyrośnięta i niektórzy chyba nie zdawali sobie sprawy ile faktycznie ma lat, co bywało dosyć mocno problematyczne, może też dzięki temu bardzo szybko nauczyła się bronić przed większymi i starszymi od siebie.
- Uwierz mi w szkole byłam uznawana za dzikusa, na pewno byś nie zwrócił na mnie uwagi. - Miała świadomość, jaka opinia krążyła o niej wśród uczniów Hogwartu, szczególnie kiedy pojawiała się w pakiecie z Millie, która była drugą wariatką. Często prowokowały uczniów i pakowały się w bójki, nie były tymi dziewczętami, za którymi chłopcy mieli w zwyczaju się odwracać, szczególnie gdy zaczęły grać w quidditcha, dlatego też trzymały się głównie z chłopakami z drużyny, co było całkiem dobrym rozwiązaniem. Traktowali je bowiem jako najlepszych kumpli. No i były nietykalne, bo nikt nie chciał z nimi zadzierać.
- Czy ja wiem, czy tak ciężko... - Odparła z rozbawieniem, bo przecież nie robiła nic nietypowego. Była sobą, a jakoś udało jej się wpasować w ten jego typ. To było dla niej coś niesamowitego, nie sądziła wcześniej, że takie dopasowanie jest możliwe i to bez praktycznie żadnych sztuczek.
- Zdejmiesz ją przecież, tylko musimy odegrać swoją rolę w tym przedstawieniu. - Mógł być tego pewien, to stanie się prędzej, czy później, w zależności od tego ile czasu zejdzie im na to, aby się tu odpowiednio zaprezentować. Miała wrażenie, że szło im całkiem nieźle, przy okazji nawet dobrze się bawiła. Nie było tak źle, jak się spodziewała.
Westchnęła cicho, gdy poczuła ciepło jego dłoni na swoim kręgosłupie. Nie powinien tego robić, wystarczyła chwila, żeby zapragnęła czegoś więcej, a przecież mieli się zachowywać, to zdecydowanie nie był dobry pomysł.
- Nie testuj mojej cierpliwości Roise, bo nie ręczę za siebie. - Powiedziała cicho, odwracając jedynie głowę w jego stronę, mogłaby się odsunąć i przerwać to co właśnie robił, ale najwyraźniej nie chciała, żeby przestawał. Nikt nie powinien zauważyć tego gestu, a był całkiem przyjemny.
- To się zdarza. - Rzuciła jeszcze spoglądając na Bonesa. Nie potrafiła może zrozumieć tego, co ich łączyło, ale najwyraźniej było to dosyć silne, skoro nie potrafili bez siebie żyć, mimo, że nieraz widziała też, że potrafili się bardzo mocno kłócić. Może lubili takie życie, kto ich tam wiedział...
- Nie są szczególnie szkodliwi, ale jeden z nich bardzo mocno chciał mi zademonstrować swoją poezję, a ja cóż, nie jestem specjalną fanką poezji. Musiałam się chować przed nim w krzakach, bo nie chciałam go znokautować przy wszystkich. - To nie byłoby mile widziane w tych kręgach towarzyskich. - Nawet nie wiesz, jakie to żałosne spędzać Beltane pod krzakiem modląc się do Matki, żeby nikt cię nie widział. - Szczególnie pośród par, które wydawały się być bardzo zajęte sobą, obawiała się, że mogłaby być wzięta za podglądacza.
- Tak, Pettigrew, ale mu się akurat należy. - Wydawała się nie mieć ku temu żadnych wątpliwości.
- Skoro tak mówisz, to pozostaje mi wierzyć w tę twoją pewność. - Nie zauważyła od razu tej jego chwilowej zmiany nastroju, akurat skupiła się na ognisku, które znajdowało się niedaleko i płomieniach, które wydawały się tańczyć w rytm muzyki, to było niesamowite. Przeniosła jednak wzrok na Ambroisa i zauważyła, że się w kogoś wpatrywał, przesunęła wzrok w stronę mężczyzn. - Kto to i dlaczego zabijasz go wzrokiem? - Jak zawsze lubiła wiedzieć, co się dzieje, zadawanie pytań wydawało jej się odpowiedniejsze od domysłów. Ścisnęła mocniej dłoń mężczyzny, żeby pamiętał, że jak coś jest tuż obok niego.