Potrzebne było mu to wesele u Blacków, jak druga dziura w dupie. No może nie dosłownie, ale wyszedłby na tym zdecydowanie lepiej, gdyby go tam nie było, a najlepiej całego tego wydarzenia. Bo Alexander był jak ten karakan, mógł go napierdalać pięściami, a on i tak wyjdzie choćby zza framugi i spierdoli mu humor samą obecnością. Co najważniejsze był tak samo ohydy i paskudny w usposobieniu jak ten inspekt i tak samo niepożądany na weselu jak karaluch w spiżarni.
Po tym co odstawił na uroczystości, powinien zostać permanentnie nakreślony jako persona non grata w każdym czystokrwistym domu. A gdyby tylko miał taką moc sprawczą jak nestorzy starych rodów, przynajmniej od doby ten rumuński pies stałby się celem excommunicatio wszystkich Lestrangów. Na jego szczęście takiej mocy Louvain nie miał, a co najgorsze nestorzy nie mówili wspólnym głosem w tej sprawie.
Nigdy nie ciążyła mu łatka "nierozerwalnych bliźniaków" z Lorettą, tak jak teraz. Nad jego domem non stop kręciły koła kolejne sowy, które przynosiły kolejne listy z zapytaniami o co chodzi z tymi plotkami. Czy to prawda, że Loretta wyszła za mąż w sekrecie? Nagle z dnia na dzień stał się jej sumieniem, bo najwyraźniej siostrzyczka zapomniała o swoim. Gdyby nie to, że przez prawie całe życie, faktycznie byli zgranym duetem, miałby ten incydent gdzieś i po prostu przyglądałby się jak sępy krążą nad padliną z jej godności. Odpowiadał na te listy wyłącznie dla dobra ich wspólnego nazwiska, póki jeszcze takie ich łączyło, ale niech mu Matka będzie świadkiem; niech popłynie razem z rynsztokiem, dokładnie tam gdzie jej miejsce.
Właśnie wracał Horyzontalną z krótkiej wizyty u Annaleigh, by zapozorować że ma wszystko pod kontrolą i działa jak tylko może, żeby uspokoić te wizerunkowe bagienko, kiedy zaraz miał usłyszał dość interesującą rozmowę. Przystanął na moment przy budce z kawą, żeby zapalić i przeczytać dzisiejszego Proroka, cokolwiek tylko żeby zagłuszyć nienawistne myśli we własnej głowie. Ledwie zdążył zamieszać cukier w filiżance i przewrócić pierwszą stronę dziennika, a grupa wiekowych czarodziejów tuż obok niego, wzburzyła się od intensywności własnej dyskusji. Zaciekawił się, bo burdy na ulicy to zawsze coś interesującego, szczególnie kiedy każdy kolejny z zamieszanych miał bardziej siwą brodę od poprzedniego.
Uśmiechnął się ironicznie, kiedy zrozumiał sedno żwawej dyskusji, bo wydało mu się to nawet interesujące. - No pewnie, że to szlama. Strzel mu w pysk! - zawołał w ich kierunku, bo czemu by nie dolać benzyny do tego ogniska? Nie sądził, że jego podżegająca wstawka zostanie tak szybko i tak dosłownie odebrana, bo już kilka sekund później, jeden do drugiego wyskoczył łapiąc za kołnierz. Szarpnięcie, odepchnięcie, a potem kolejny coś burknął i przepychanka przeniosła się na środek ulicy. Mało tego, bo do dyskusji została mimowolnie wchłonięta niewinna, młoda czarownica, przez co Louvain musiał, aż zagryźć rękaw by nie wybuchnąć śmiechem. Szybko jednak rozpoznał w niej pracownicę Praw Czasu, Scyllę. Dlatego instynktownie poderwał się do zbiorowiska.
- Dziadku, jak będziesz taki rześki, to ci rentę zabiorą... - syknął nabierając już ostrzegawczych tonów. Od razu chwycił za łokieć starczego pana, który bez pardonu zaczął się naprzykrzać znajomej Greyback.