• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Walia Snowdonia 31.08 okolice Yr Yagwrn - Nie wmawiaj mi, że Cię nie mogę zjeść [Doppelganger]

31.08 okolice Yr Yagwrn - Nie wmawiaj mi, że Cię nie mogę zjeść [Doppelganger]
Good Boy
I've got a twisted way of making it all seem fine
wiek
30
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Klątwołamacz
Wysoki na metr i dziewięćdziesiąt centymetrów co do milimetra - no więc wysoki, ale za to z drobną budową ciała. Czarne, kręcone włosy i ciemne oczy. Twarz pokryta kilkudniowym zarostem zdradza, że niezbyt dba o siebie.

Thomas Figg
#21
21.10.2024, 01:27  ✶  
Nie miał pojęcia czemu, ale czuł w sobie,e że wykonywana przez niego runa nie jest jedynie symbolem, ale niesie za sobą moc, choć wykonywał ją w dość chałupniczy i niezbyt przemyślany sposób. To jednak przyjemny żar, który czuł na placu podczas kreślenia jej tylko spotęgowany został podczas wykonywania jej na własnym czole. Zupełnie jakby energia tego symbolu  chciała wyryć się w jego umyśle, a nie była ulotnym powiewem, tylko miała im towarzyszyć podczas badania jaskini. Nie czuł się z tego powodu jakoś znacznie bezpieczniej, wszak szli polować na jebanego demona i taka runa na pewno nie rozwiązywała problemu z obroną przeciw tej bestii. Tyle tylko, że nie szli jak totalne barany na rzeź.
Po wejściu do jaskini wyczarował na końcu swojej różdżki kulkę rozproszonego, białego światła. Może i szedł jako ostatni, pręż co chciał mieć pogląd na to co dzieje się za nim. Nie ufał temu miejscu, dlatego jako ostatni z czwórki pilnował ich pleców zostawiając skupienie się na przodzie reszcie.
Szkoda, że nie przykładał się do znajomości roślin tak jak Nora, pewnie by wiedział co to za dziwne porosty i czy są bezpieczne i można ich dotknąć. No ale w tym przypadku mieli jeszcze Ambroise, on też posiadał niebywała wiedzę na temat wszystkiego co rośnie z gleby. nic dziwnego, skoro twoim przeznaczeniem jest skończyć jako drzewo... Chociaż to nie było w sumie jednoznaczne.
Kiedy dotarli do rozwidlenia upewnił się tylko, że nic za nimi nie idzie i rozejrzał się, czy żadna z odnóg nie stanowi dla nich widocznego zagrożenia. Szukał jakichkolwiek oznak klątw zabezpieczających przed intruzami.
Włosy na karku stanęły mu dęba kiedy usłyszał kobiecy krzyk. W pierwszym odruchu chciał rzucić się w kierunku krzyków, przecież ktoś potrzebował pomocy, a co jak ten cały Thoran torturował kogoś? Zacisnął mocniej rękę na różdżce.
- Pułapka? - zapytał przerywając ciszę, a raczej zagłuszając odbijający się echem w jego głowie krzyk. Musieli podjąć decyzję, a raczej dwie. Którędy idą i czy spieszą się aby ratować kobietę, której krzyk słyszeli. Nadal czuł się nieswojo, że nie ruszyli od razu w kierunku krzyku, ale mieli jako takie pojęcie z kim walczyć im idzie, co jak to było wyreżyserowane, aby pogrywać sobie z nimi? Bo dobrze wiedział, ze zbliżają się do jego leża. -Jak się zgubiłeś, kieruj się nosem i idź tam gdzie mniej śmierdzi - mruknął jeszcze czekając, aż Edge i Geraldine ruszą jedną z odnóg. Dobrze wiedział, że nie powinni się rozdzielać i dzielić sił dość nierówno, szczególnie, że magomedyka mieli jednego i powinien on zawsze być przy Geraldine, jednak gdyby poszli sami nie mieliby specjalisty od pułapek. A podział trzy do jednego był już idiotycznie nierozsądny, choć Thomas nie miał problemu z brawurowymi działaniami, to jednak nawet on wiedział kiedy coś jest nierozsądne do cna.

[+]Rzuty
Percepcja ◉◉○○○ + Klątwołamanie - szukanie magicznych zabezpieczeń
Rzut N 1d100 - 28
Akcja nieudana

Rzut N 1d100 - 15
Akcja nieudana


Wiedza o świecie ◉◉◉○○ - postać badała niejeden grobowiec
Rzut Z 1d100 - 63
Sukces!


Dodatkowy rzut k100
Rzut 1d100 - 27
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#22
21.10.2024, 01:32  ✶  
Ich sytuacja była daleka od możliwości nazwania jej w jakiś sposób komfortową. Abstrahując od tego, po co znaleźli się w tym miejscu i co planowali uczynić niemalże bez przygotowania (czcza nadzieja, minimalna ilość dobrej woli i bardzo dużo chęci zemsty zmieszanej z nienawiścią to nie było przygotowanie, nawet emocjonalne). Poza tym głównym zagrożeniem, celem i istotą misji. Wszystkie te drobne elementy również mogły przyprawiać o zgrzytanie zębów.
Poszukiwanie wejścia do jaskini zajęło im dużo dłużej niż przewidywali - pierwszy zgrzyt.
Tym samym dookoła zaczynało robić się coraz ciemniej a lato miało się ku końcowi i zmrok zapadał znacznie szybciej niż jeszcze kilka tygodni temu - drugi zgrzyt.
Pogoda coraz bardziej się pogarszała. Deszcz zaczynał nieprzyjemnie zacinać w twarze. Ciemne chmury potęgowały wrażenie nadchodzącego schyłku dnia - trzeci zgrzyt.
Pośpieszna rozmowa z ludźmi w miasteczku sama w sobie nie zajęła długo, ale uświadomiła ich o tym, że równie mało czasu mogło im zająć poniesienie porażki, bo w rzeczywistości porywali się na coś, o czym mieli bardzo mało rzetelnych informacji - to było już bardziej głośne przeciągnięcie szpadlem po brukowanej ścieżce.
Było tego znacznie, znacznie więcej. A jednym z chyba najbardziej znaczących było to, że jakkolwiek by tego nie przemilczeli, nie byli drużyną współpracującą bez słowa, instynktownie wiedzącą jak postąpić. Wręcz przeciwnie.
Ambroise sądził, że jeśli mógłby ją z kimś stworzyć to najpewniej tą osobą byłby obecnie Thomas, jednak i w tym wypadku nie byłaby to gładka, pełna gracji i pozbawiona zbędnych zawahań kooperacja.
Miewał wielu współzleceniobiorców, ale coś takiego zdarzyło mu się nawiązać tylko raz w życiu. Co zabawniejsze, właśnie ta osoba byłaby teraz prawdopodobnie najbliższa wbicia mu czegoś w tętnicę szyjną. Chuj, że mentalnie już i tak się wykrwawiał. Posoka siekająca na trawę byłaby najpewniej bardzo teatralnym dodatkiem. Można byłoby namalować nią wiele więcej run niż krwią z rozcięcia na dłoni.
Kiedyś by się do siebie odezwali. Ubraliby pewne rzeczy w słowa. Teraz ledwo wymienili spojrzenie, choć to poniekąd wystarczyło, żeby utwierdził się w przekonaniu, że postępuje właściwie. To było milczące porozumienie przy jednoczesnym całkowitym nieporozumieniu, którym obecnie były ich stosunki. Nigdy nie chciał skrzywdzić Geraldine. Wręcz przeciwnie. We wszystkim, co robił kryło się znacznie więcej troski o nią niżeli o swoje własne kruche ego.
Oczywiście, w żadnym wypadku by tego przed sobą nie przyznał, aby nie przesadzać w byciu męczennikiem. Podjął w życiu wiele świadomych decyzji. Najwięcej z nich wcale nie było zgodne z tym, co chciałby zrobić, ale było właściwe. Zresztą nigdy nie był w tym nieszczery. Miał wykrzywione, spaczone spojrzenie na to, co było odpowiednie i moralne.
Mówił o tym wiele lat temu. Jeśli coś można mu było zarzucić to wręcz sadystyczną stałość tego aspektu charakteru. Postępował zgodnie z tym, co uważał za najlepsze, nawet jeśli nie było wygodne ani nie przyniosło mu żadnej ulgi. W tym wypadku w żadnym momencie nie chodziło mu o własne dobro tylko o przyrzeczenia złożone lata wstecz - czasami odnosił wrażenie, że w zupełnie innym życiu.
Paradoks tkwił w tym, że jednocześnie złamał obietnicę i dotrzymał innej, równie znaczącej. W pewnym momencie jedna zaczęła wykluczać drugą. Miotając się tak jak tylko on sam wiedział, wybrał wreszcie tę nadrzędną. Zachował się przy tym odpowiedzialnie, szczególnie że wiedział, że nie dałoby się wiecznie zamiatać brudów pod dywan.
W ich wypadku wszystkie niedopowiedzenia i przemilczenia wysypywały się stamtąd szybciej niż później. Była w tym zatrważająca systematyczność. Nie potrafił być wiecznie unikowy. To nie działało nawet na krótką metę. A różowe okulary nie załatwiały niczego. Zresztą trudno mu było je nosić - zarówno wtedy, jak i teraz.
O ironio, obecnie czuł się zarazem znacznie gorzej i lepiej. Mniej pusto - to fakt. Jako część obstawy i ktoś, kto mógł dotrzymać jeszcze jeden obietnicy bycia zawsze wtedy, kiedy będzie potrzebny, przynajmniej nie chodził po ścianach. Najpewniej robiłby to w wypadku, w którym z jakiegoś powodu by go tu nie było. To było raczej przeświadczenie trudne do przełknięcia, ale prawdziwe. Był, o zgrozo, spokojniejszy, kiedy mógł dołączyć do ludzi, którzy nie kontrolowali sytuacji.
Niedorzeczność.
Z drugiej strony miał coraz większe obawy, co do wchodzenia do jaskini. Nie mogli się wycofać. Możliwe, że po prostu przenieśliby pole starcia do lasu, bo kości zostały rzucone. Thoran ich oczekiwał. Z jakiegoś powodu walka na zewnątrz w deszczu nie wydawała się w żaden sposób lepsza od wejścia w siedlisko bestii. Może powinna być, ale ta głusza była... ...dziwna. To nie było już to samo miejsce, które czasem odwiedzali podczas wizyt u rodziców Geraldine. Odnosił wrażenie, że przyjemne wspomnienia zostały skażone. Zastąpił je wstręt, gniew i narastające wrażenie nieodwracalności podjętej decyzji.
Mimowolnie trochę zbyt długo przytrzymał dłoń Geraldine po wsmarowaniu maści w ranę. Jego spojrzenie było trochę zbyt przeciągłe. Za bardzo skupione na jej twarzy i oczach, szczególnie na oczach. To nie było ich pierwsze wspólne rodeo, ale mogło być ostatnie. Chyba nie chciał wychodzić do jaskini w takiej atmosferze, jaka między nimi panowała.
Kochał ją.
To nigdy nie uległo zmianie i nie miało się zmienić. Nigdy nie mówił, że przestał. Nie pisał, bo przecież zostawił po sobie wyłącznie zabazgraną kartkę, nie będąc w stanie skonfrontować się twarzą w twarz, bo wtedy by został. Wyciągnęłaby z niego wszystko tak jak to zawsze robiła. Jakimś cudem znalazłaby logiczne wyjaśnienie i rozwiązanie. Zostałby a to wcale nie byłoby lepsze od tego, co zrobił w zamian.
W końcu odsunął się bez słowa, kiwając głową na potwierdzenie przyjęcia wskazówek postępowania z raną, po czym zajął się chowaniem rzeczy z powrotem do torby. Na tyle energicznie, żeby nie musieć komentować nic więcej.
Nie przyjął wejścia do jaskini z ulgą, ale przynajmniej ruszyli z miejsca. Zgodnie z założeniami, nie odezwał się, kiedy Crow pierwszy wkroczył przez wejście. Odprowadził Geraldine wzrokiem, po czym skinął głową do Thomasa, skłaniając się nieznacznie acz teatralnie. On wchodził ostatni.
Przestępując kilka kroków, oświetlił sobie drogę różdżką, po czym po raz ostatni spojrzał na niknące z każdym przebytym metrem światło dzienne - teraz już praktycznie nocne. Starał się raz na jakiś czas monitorować tyły, rozglądając następnie się we wszystkie strony - w tym również w górę i pod nogi.
Miał bardzo złe przeczucia. To miejsce coraz bardziej przypominało grobowiec. Ciemny i wilgotny, pełen cieni, ostrych skalno-ziemistych krawędzi gotowych przyjąć krew nieostrożnego wędrowca, który oparłby się o nie pochopnie, potykając się na wężowym korzeniu wyrastającym gdzieniegdzie z podłoża. Ambroise miał wrażenie, że skały wręcz pragnęły przyjąć tę ofiarę, ale czy by się nią nasyciły?
Nie. To miejsce nie było nasycone.
Zamykało się nad nimi coraz bardziej jak wielkie gardło, jakby chciało połknąć ich w całości, choć to byłoby prawdopodobnie najłagodniejsze, co mogło ich tu spotkać. Dlatego nie miało prawa się wydarzyć. Czekały na nich inne rzeczy.
Mgliście przypomniała mu się pewna zimowa wieczorna rozmowa sprzed wielu lat. Ponownie - chyba z zupełnie innego życia. Rozmawiali o składaniu ofiar. O odpowiednim miejscu i czasie. O teatralności i wadze gestów. Tym, że nie musiały być przesadne. Liczyła się intencja i okoliczności.
No, Figg, ciekawe co byś teraz powiedział.
Nie odezwał się jednak. Uśmiechnął się niemal niezauważalnie z goryczą. Ponuro, niespokojnie, rzucając kolejne spojrzenie w tył i mocniej ściskając różdżkę. Blade światło nie było wystarczające, żeby dobrze rozejrzeć się w tył a on, mimo że zamykał ten... ...kondukt... ...nie mógł wyzbyć się tego określenia z głowy... ...miał wrażenie, że ktoś cały czas świdruje wzrokiem jego plecy. Niemal czuł zimny podmuch na karku. Może to był jego własny oddech zamieniający się w wilgotną mgiełkę ogarniającą jego twarz?
Wreszcie reszta osób przed Ambroisem przystanęła w miejscu. Dotarli do rozwidlenia, ale zanim mężczyzna się odezwał, powietrze przeszył damski wrzask, na którego dźwięk jego przedramiona momentalnie pokryły się gęsią skórką a włoski na karku stanęły dęba. Momentalnie zwrócił uwagę na wyrazy twarzy wszystkich pozostałych, w następnym momencie usiłując skupić się na tym, aby znaleźć jakieś rozwiązanie i nie próbować analizować tego, co przed chwilą usłyszał.
Porosty. Błękitnawe porosty pokrywające skalne ściany. Postanowił przyjrzeć im się z bliska, starając się wywnioskować z nich coś więcej. Może to, czy kryła się w nich jakaś magia - coś nieoczywistego. Może to, czy z którejś strony rosły wyraźniej i gęściej. Może to, czy któryś korytarz w ogóle ich nie miał. Podchodząc bliżej środka, jednym długim ruchem machnął różdżką w kierunku odnogi, która mogła mieć ich więcej, żeby wpierw rozproszyć ewentualną barierę, która mogła tam być. Niezależnie od skutku, przeciągnął ruch, kończąc go na drugiej odnodze.

Odkryj wiadomość pozafabularną
potencjalne wstępne rozproszenie (••) przy odnogach
Rzut N 1d100 - 30
Akcja nieudana


percepcja (••) - porosty
Rzut N 1d100 - 54
Sukces!


wiedza przyrodnicza (••••) + zielarstwo (III) - dalej porosty
Rzut PO 1d100 - 99
Sukces!


kość dla MG
Rzut 1d100 - 47


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#23
21.10.2024, 15:55  ✶  
Wystawiony przez Geraldine na przód, faktycznie poszedł przodem i nawet nie zaprotestował - zachowywał się jak ktoś, kto łatwo przyjmuje dany mu los, ktoś kompletnie nijaki, w rzeczywistości oprócz wyuzdanych scenek w jego głowie kiełkowały opinie na temat absolutnie każdej, nawet najmniejszej rzeczy, jaka działa się wokół. Fleamont należał do osób wyjątkowo skłonnych do krytykowania innych i wytykania im nawet najmniejszych błędów - robił to też teraz, jednocześnie niekoniecznie kwapił się, by te błędy w jakikolwiek sposób te błędy skorygować. No bo to wymagałoby od niego podjęcia interakcji, bycia słuchanym przez trzy osoby i wystawienia się na odpowiedzi mogące mu się nie spodobać. Łatka milczącego, odstręczającego dziwaka była łatwa w utrzymaniu i pozwalała schować się nawet tym ciemnym i niewygodnym myślom.

- Weźcie się przeliżcie, zanim tam wejdziemy - odburknął jedynie, bo przecież to napięcie seksualne zaraz go rozsadzi. Jeżeli korytarz będzie zbyt ciasny, Geraldine może być zbyt ciężko rozłożyć nogi.

Kiedy Thomas zwrócił jej dziwacznie uwagę, mężczyzna na początku nie zrozumiał w ogóle, o co mu chodzi. Dopiero kiedy umoczone w krwi palce dotknęły jego czoła i wyrysowały na nim coś tam (na tym etapie spodziewał się krwistego penisa - bo z pewnością ktoś robił sobie tutaj jaja), odchrząknął i kopnął go w kostkę. Oczywiście tak, żeby nie wyrządzić mu krzywdy. Porozumiewanie się werbalne przychodziło mu z trudem. Porozumiewanie się niewerbalne było najgorszym z możliwych koszmarów - poruszył niby oczami pomiędzy sobą i Geraline, pokręcił głową, ale o co mu chodziło - domyśl się. Do pełnego obrazu tej sceny brakowało jedynie szpilek i czerwonej szminki, ale akurat zostawił je w aucie... Mimo tego w jego spojrzeniu faktycznie było coś dziewczęcego, szczególnie w geście odgarnięcia na bok sprężystych loków i sposobie, w jaki zmierzył go spojrzeniem psich oczu zza kaskady ciemnych, gęstych i lekko posklejanych rzęs. Ktoś pewnie pokusiłby się o stwierdzenie, że próbował w ten sposób z klątwołamaczem celowo flirtować, ale kokieteryjne pozy powoli wchodziły mu w nawyk, który nieszczególnie dostrzegał.

Przez korytarz szedł wciąż rozglądając się za pułapkami, posyłając do przodu delikatne, maleńkie światełka mogące pokazać mu przeszkody, zanim w nie wejdzie, a ten krzyk...

- I co? - Zapytał niemrawo, przerywając ciszę. Nie rozumiał, dlaczego wszyscy się zatrzymali i pozostawili mu tę decyzję. Kurwa, jeżeli ktokolwiek chciał, żeby im przewodził, to mogli to powiedzieć wcześniej. Przyjechałby tu wczoraj, przeszedł się po tym mieście, pozbierał informacje, a nie stał teraz przy cholernym rozwidleniu i zastanawiał się, czego właściwie ci ludzie od niego oczekiwali. Brak jakichkolwiek informacji, po prostu „idziemy go zapierdolić”, a później on miał iść pierwszy. Niech się wszyscy rozpędzą i pierdolną czołem w sam środek korytarza, pomiędzy jednym przejściem i drugim, albo zaryją baniakiem i może zaczną myśleć, albo wyskoczą na środku Kings Cross i pójdą na lody. Nienawidził takich sytuacji. Wszystkie swoje akcje planował, zbierał dane tygodniami. Miał ponad trzydzieści lat i zabił niejednego człowieka, odkąd był nastolatkiem, żeby cię przez ten czas nikt nie złapał musiałeś być inteligentniejszy od tej gromady kompletnych oszołomów, która nie wiedziała co robi. No ale co? Tylko jedno pytanie: pułapka? przemknęło pomiędzy nimi. Fleamont skupił się więc i rozejrzał wokół tak uważnie jak tylko potrafił, nie szczędząc sobie również posłania w głębię obu korytarzy delikatnego światła mającego ukazać mu jakkolwiek, czy te przestrzenie czymkolwiek się różniły.

- Zakładając, że ściągnął ją tutaj w jakimś tam niecnym celu, chcąc wciągnąć w to pojebane miejsce, zamiast zadusić we śnie i mieć spokój, to raczej nie ma znaczenia, gdzie pójdziemy.

To powiedziawszy, jak typowy, obleśny palacz, odchrząknął flegmę i splunął nią na ziemię. Prawda o jego tożsamości płciowej należała do tych, które otwierały szeroką dyskusję dotyczącą postrzegania jej jako spektrum.

Kiedy wszyscy w milczeniu obserwowali otoczenie i zapewne wykonywali tam głębokie jak gardło dziewicy matematyczne obliczenia, a nie rozkminiali swoje sercowe rozterki, on kopnął jeden z kamieni w...

1 - prawe, 2 - lewe

Rzut 1d2 - 1

przejście i zachowując pozycję gotową do ewentualnej reakcji, wpatrywał się w tę przestrzeń, nasłuchując echa i pisał w głowie testament na wypadek, gdyby oprócz godności Thoran wyssał z niego również sposoby na bojowe zastosowanie napalmu.

Nie wiem, czy powinnam rzucać na moją potężną percepcję II ( ◉◉○○○) patrząc przed siebie. Jak coś to jestem daltonistą monochromatycznym (nie widzę żadnych kolorów).
Rzut N 1d100 - 97
Sukces!

Rzut dla pani MG.

Rzut 1d100 - 44


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Czarodziejska legenda
O! from what power hast thou this powerful might,
With insufficiency my heart to sway?
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Przed dwoma tysiącami lat niewielkie irlandzkie miasteczko Waterford spłynęło krwią okrutnego męża i bezdusznego ojca kobiety, która zbyt wiele wycierpiała z ich rąk. Upiorzyca gnana nienawiścią i pragnieniem zemsty, przez lata dotkliwie karała wiarołomnych kochanków i mężów, aż zasnęła w swym rodzinnym grobowcu. Mieszkańcy co roku w rocznicę jej zgonu kładą na ciężkiej marmurowej płycie krypty rytualny kamień, który ma zapewnić im bezpieczeństwo. Ze szczątkowych zapisków etnologów i lokalnych pieśni, można wywnioskować, że kobieta była użytkowniczką magii. Czy znajdzie się śmiałek, który zdecyduje się zdjąć kamień i pocałunkiem obudzić bladolicą śniącą o ustach czerwonych jak krew?

Dearg Dur
#24
22.10.2024, 10:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.10.2024, 11:02 przez Dearg Dur.)  
Grupa zatrzymała się przy rozwidleniu, ale tylko na moment. Ani Ambroise ani Thomas nie mieli dość czasu by zbadać przejścia, czy rozproszyć magię, jeśli takowa jakkolwiek zabezpieczała je przed wejściem. Kopnięty kamień potoczył się, ale nie zwiódł Geraldine. Jako wytrawna łowczyni, choć nie miała możliwości wyczuć obecności Thorana, potrzebowała ledwie ułamka sekundy, żeby podjąć decyzję i ocenić skąd dobiegał krzyk. Wybrała lewą odnogę i ruszyła w głąb leża. Jej instynkt prowadził, nie chodziło nawet tylko o dźwięk, a o ułożenie korytarza, jego kształt i spad. Chodziło o wiele wskazówek, o których nie musiała nawet myśleć, szukając demonicznego serca, które chciała zdusić.

Bliźnięta ostatecznie miały bardzo podobny plan.

Krzyk umilkł i znów towarzyszył im chrzęst własnych kroków. Ziemi było coraz mniej na rzecz litej skały. Dotarli do półkolistej pieczary, której nie byli w stanie w całości oświetlić standardową łuną ukształtowaną na szpicu różdżki. Nieregularny strop niknął w mroku. Od jamy rozchodziły się ponownie korytarze, których wloty mógł bez pudła im wskazać Edge: mniejsze i toporniejsze, na różnych wysokościach, niektóre nie miały średnicy nawet dwóch stop. Podłoże było również nieregularne, z licznymi mniejszymi i większymi głazami.

Geraldine po krótkiej inspekcji odkrytych wlotów, byłaby w stanie znów, bez zająknięcia wskazać im dalszą drogę. Był tylko jeden problem. Grupa z czteroosobowej stała się trzyosobowa. Thomas nie wyszedł z korytarza, którym tu dotarli pozostali.

[+]Ambroise
Miałeś tylko chwilę, nim przewodniczka grupy ruszyła dalej, ale rozpoznałeś, że to nie porost tylko grzyb. Pomimo różnic, instynkt badacza podpowiedział Ci jego nazwę. Czarci grzybek spotykany był zwykle w miejscach, które tradycja uznawała za miejsca przyzwań i nekromanckich praktyk. Patrzyłeś na te zabobony z politowaniem, wiedząc, że nekromancja to tylko i aż przepływ energii, a nie konszachty z piekielnymi siłami. Na powierzchni wyglądał inaczej, był większy i bardziej zasuszony. No i zdecydowanie nie był grzybem świecącym. Ta odmiana zaś, zdawała się zdecydowanie mniejsza, lepiąca i liczniejsza niż leśnych miejscach kultów. No i zdecydowanie była bardziej świecąca, ale instynkt naukowca i znawcy podpowiadał Ci tą hipotezę za całkiem zasadną. Ten grzyb po prostu miał co zassać, na czym się żywić. I zdecydowanie nie pachniał nekromancją. Niósł ze sobą dziwne, nienaturalnie kwaskowate wrażenie, ale nie byłeś pewien, w końcu nie polizałeś tego obiektu. Różnica była subtelna, ale im szliście głębiej tym było ich więcej i zdawały się jaśniejsze. Bardzo. Subtelnie.
[+]Thomas
Krzyk przeszedł w płacz, w łkanie, stłumione, jak przez lekko zbutwiałe drewniane drzwi. Poczułeś dreszcz w kręgosłupie, gdy dopasowałeś głos do twarzy, kątem oka zobaczyłeś w świetle wypuszczonym przez Edga jej wątłą, skuloną postać, która spłoszona poderwała się i zaczęła uciekać. Czarne, rozpuszczone włosy przesłaniały jej twarz, ale nie miałeś wątpliwości kim była. Emocje zacisnęły Ci gardło, gdy pobiegłeś za Millie, nie mogłeś przecież zostawić jej samej. Nie mogłeś znowu jej zawieść.

Tura trwa do 24.10, godz. 23:59

Geraldine sukcesy na Twoich kościach sprawiają, że do końca rozgrywki jesteś w stanie wyznaczyć drogę prowadzącą do leża demona oraz znaleźć drogę powrotną (jeśli układ korytarzy nie ulegnie zmianie).
Thomas jesteś tymczasowo wyłączony z rozgrywki.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#25
22.10.2024, 21:43  ✶  
Kiedy doszli do końca korytarza, Flynn zatrzymał się i rozejrzał wokół.

- W tych miejscach najłatwiej zabija się ludzi - poinformował bardzo spokojnie jak na wagę przekazywanej informacji. - Tutaj, tutaj i - wskazywał przejścia, które widział - tutaj. Szczególnie większe osoby. Po pewnym czasie trzeba się czołgać, a nie wiesz, co jest dalej. Kiedy schodzisz głową w dół, zaczynasz puchnąć i korytarz, którym się tam przecisnęłaś, staje się zbyt ciasny. Takich ludzi się nie dobija, tylko zostawia ich na śmierć w katuszach, a później zalewa cementem. Śmiesznie, zupełnie jak na ścieżkach. Nawet to gówno rosnące na ścianach mi je przypomina, ale... - ale ja nie projektowałem tego miejsca. Urwał, uśmiechnął się, obrócił do nich i...

- Gdzie jest Thomas?

Opowieść o Ścieżkach, o bezkresnych korytarzach ciągnących się pod Nokturnem, w których tacy jak on czuli się jak ryba w wodzie, albo raczej - szczur na ścieżkach, nie miała swojego zakończenia. Mężczyzna wybity z rytmu od razu zaczął mamrotać, jąkać się...

- Zawsze... się wpuszcza w te korytarze szczu- uh. Nie, nie idę nigdzie, on nie wraca.

Nie miał zamiaru badać tychże korytarzy ani towarzyszyć Geraldine w jej dziwacznej misji tak długo, jak Thomas Figg nie był bezpieczny. Nie potrafiłby wrócić do Nory i powiedzieć jej, że był jedną z ostatnich osób widzących jej brata, tylko zgubili go idąc gęsiego.

- Idę go szukać - burknął wyraźnie rozdrażniony. Każde wypowiadane przez niego słowo było coraz mniej wyraźne i cichsze. - M-mam linę, możemy się nią obwiązać... jeżeli iiiidziecie ze mną, a-ale... - no jak woleli zostawić tego gościa na pastwę losu...

Jeżeli nikt go nie zatrzymuje - porzuca grupę i idzie szukać klątwołamacza, całkowicie świadom tego, że najprawdopodobniej utknie w bezkresnym labiryncie. Przed odejściem sugeruje zaznaczać na ścianach gdzie już byli. Jeżeli idą z nim - faktycznie sugeruje przynajmniej trzymanie wspólnie sznura, żeby sytuacja się nie powtórzyła.

Aktywność fizyczna IV ( ◉◉◉◉○) - w szczególności, jeżeli zostawiają mnie samego - chcę znaleźć Thomasa szybko, czyli zawrócić szybciej niż tu dotarł, zanim typ się oddali albo nie wiem, zje go grzyb ze ściany

Rzut PO 1d100 - 77
Sukces!

Rzut PO 1d100 - 63
Sukces!

Wiedza o świecie IV ( ◉◉◉◉○) - szukam w głowie możliwości skonstruowania miejsca, w którym ktoś może nagle zniknąć idąc w konkretnym szyku - czy po bokach mogłyby istnieć bliźniacze korytarze, do których coś przenosi idącego do przodu i gubi go niczym w labiryncie - Edge niekoniecznie dopuszcza do siebie myśl, że Geraldine i Ambroise tak po prostu daliby Thomasowi odejść do tyłu i wyobraża sobie zapadnię jak w Scooby Doo

Rzut PO 1d100 - 88
Sukces!

Nie wiem, czy powinnam nadal kulać 1d100, ale co mi szkodzi, najwyżej to zignoruj.

Rzut 1d100 - 75


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#26
22.10.2024, 23:52  ✶  
Pomimo pierwszych żartów z Thomasem zanim znaleźli się we wnętrzu jaskini, Ambroise szybko stracił resztki dobrego humoru. Na komentarz Crowa reagując tak właściwie niczym szczególnym - neutralnym otaksowaniem go spojrzeniem od góry do dołu a następnie powrotem do zapinania wszystkich kieszonek torby medycznej. Dwukrotnie upewnił się, że wszystko jest na właściwym miejscu, zapięcia trzymają i nie ma szans, aby stracił coś po drodze z uwagi na swoje rozproszenie.
Bowiem był całkowicie świadomy tego, że nie był w pełni sił. Kilka ostatnich dni miał naprawdę parszywe. Szczególnie ten poprzedzający wyprawę do lasu znacząco odbił się na tym, że Roise raczej nie błyszczał skrzętnie kumulowaną na tę okoliczność energią. Tak właściwie to był z niej na tyle wypruty, że na niedługo przed wyruszeniem na miejsce spotkania osuszył dwie porcje eliksiru pobudzającego i dodatkową dawkę swojego ulubieńca na sztywnienie ciała. Bądź co bądź był bardzo świadomy, że ładują się w ciemne, wilgotne i najpewniej chłodne miejsce. Nie chciał dostać po dupie z powodu swoich złych decyzji.
Wystarczyło, że podjął najgorszą możliwą angażując się w całą sprawę, bo raczej nie spodziewał się, by miało im pójść gładko i przyjemnie. Przed samym starciem starał się znaleźć jak najwięcej w księgach (również tych bardziej niekonwencjonalnych) i dyskretnie zasięgnąć języka. Szczególnie, że nie wyczerpał tematu z Geraldine, bo wolała dawać mu wtedy po mordzie zamiast informować go, co i jak.
Między ich pierwszym spotkaniem w barze, informacją o tym, z czym mają się zmierzyć, ostatnim spotkaniem przed tym tutaj a właśnie tą chwilą nie było zbyt wiele czasu na gromadzenie wiedzy. Szczególnie takiej, którą trzeba było wcześniej żmudnie wygrzebać i odkryć. Zdecydowanie nie czuł się wzmocniony własną żenującą ignorancją, toteż im głębiej schodzili, tym bardziej łapał się na próbach przypomnienia sobie wszystkiego, co mogło być dla niego jakkolwiek pomocne.
Zamiast tego raczej niestety utwierdzał się w przekonaniu, że gdyby tylko miał więcej czasu na przygotowanie, najpewniej miałby teraz czystszą głowę. Wypełnioną najpewniej mało pocieszającymi informacjami, ale wolał takie od niewiedzy. Nie cierpiał nie mieć kontroli.
Poza tym pozostawała również ta malutka wiercąca mózg myśl, że gdyby dotrzymał złamanego słowa, tego najistotniejszego, być może wcale nie doszłoby do całej sytuacji. Jasne - dokonał wyboru, ale ten wybór był tylko pozorny i w dodatku całkiem chujowy: między jedną złą opcją a drugą, równie złą możliwością. W tamtym czasie żadna nie była wyraźnie gorsza, co samo w sobie zrobiło mu wodę z mózgu zanim nie zamotał się na tyle, żeby wreszcie podjąć jakąś decyzję. W tamtym momencie sądził, że najbardziej słuszną. Teraz zaczynał mieć wątpliwości.
A tego także nie trawił - własnych wyrzutów sumienia, wątpliwości, poczucia winy. Narastającej paranoi wymaganej przez te wszystkie a gdyby, które bardzo skutecznie wybijały go z równowagi mentalnej tym bardziej, im ciemniej robiło się dookoła. Nigdy nie bał się ciemności. Wręcz przeciwnie, uważał ją za doskonałą osłonę znacznie lepszą od jasnego światła dnia. Tym razem było inaczej. Nie czuł się już przyjemnie otulony przez mrok.
Miał wrażenie, że byli odkryci. Bardzo widoczni dla tych niewidzialnych oczu śledzących każdy ich ruch z niecierpliwością. Wyczekujących... ...ale na co tak właściwie? Nie był w stanie stwierdzić. Czuł się odsłonięty a jednocześnie ślepy. Blade światło różdżek nie rozjaśniało zbyt wiele w oddali - zarówno przed nimi jak i za jego plecami.
Była jeszcze poświata grzybów, którym miał okazję przyjrzeć się bliżej, kiedy stanęli na rozdrożu. Wcześniej nie miał okazji zrobić tego bez konieczności gonienia grupy, a jeśli był czegoś teraz pewien to tego, że nie powinni się rozdzielać. Zatem zamiast spowalniać resztę, Ambroise skorzystał z okazji w pierwszym momencie, w którym takowa się nadarzyła.
Nie miał zbyt wiele czasu. Zdawał sobie z tego sprawę. Stanie w jednym miejscu nie wchodziło w grę, natomiast mając możliwość sprawdzenia tego, co porastało ściany, skorzystał z niej najbardziej jak mógł.
Przede wszystkim odruchowo sięgając do bocznej kieszonki torby po szklaną fiolkę i mały drewniany patyczek, ostrożnie zdrapując grzyb do fiołki. Przez cały czas obserwował zachowanie zarówno pozyskanego osobliwego czarciego grzybka, jak i tych pozostałych. Gotowy przerwać wykonywaną czynność i bez wahania rozbić szkło o podłogę. Starał się nie dotykać go bezpośrednio dłońmi, na których miał zresztą rękawiczki zielarskie ze skóry. Jeśli nic się nie stało, zakorkował fiolkę i wsunął ją do torby jak najdalej od reszty eliksirów, maści czy środków medycznych.
Nie skomentował na głos tego, co przeszło mu przez myśl po obserwacji grzyba. Nie czuł, że dodatkowe informacje tego typu były teraz komukolwiek potrzebne. Raczej wiedzieli, w co się pakowali. Nie chciał jeszcze bardziej pogarszać atmosfery. Prócz tego wolał uniknąć zbędnych pytań.
No cóż. Najwyraźniej co poniektórzy inni członkowie grupy postanowili wyręczyć go w skutecznym budowaniu napięcia i zapewnianiu wszystkim dreszczyku emocji. Trochę adrenalinki, tak? Coby się tu nie poczuli za bardzo jak w domu. Greengrass szedł na samym tyle, ale wciąż docierały do niego te jakże pasjonujące opowieści, na które jednokrotnie wywrócił oczami, nie kwitując tego na głos.
W innych okolicznościach czuł, że mogliby poprowadzić całkiem pasjonującą dyskusję. Szczególnie, że Crow wspomniał kilka słów-kluczy, które mogłyby zainteresować Ambroisa. Gdyby tylko nie okoliczności i warunki. Jeśli to był sposób na radzenie sobie ze stresem to Roise szczerze wątpił czy jego nowy znajomy był częstym członkiem jakichkolwiek wypraw.
Sam najchętniej zamurowałby go w jakimś bocznym korytarzu. Niekoniecznie zalałby go cementem, rzecz jasna, wcale nie przez to, że nie widział tu nigdzie worków z suchą mieszanką. Miał inny plan. Po prostu wykorzystałby glinę i kamienie, uprzednio napychając Crowowi świecących grzybów do ust, żeby sprawdzić jak bardzo różniły się od tych, które znał. Ot. Przy okazji spełniłby naukową powinność i zaspokoiłby ciekawość. Kto wie - może później mogliby w drodze powrotnej zajrzeć tam, gdzie zostawili kolegę Geraldine, wybić sobie mały otwór wielkości Judasza w drzwiach kamienic na Nokturnie i sprawdzić działanie grzybków po upływie czasu?
Tak. To była możliwość warta rozważenia. Skupianie się na niej trochę odwracało uwagę Greengrassa od narastającego wrażenia klaustrofobii, której przecież nigdy nie miał. Tu było inaczej. To był pierdolony grobowiec. Miejsce kaźni. Każda komórka jego ciała oblewała się zimnym potem na samą myśl. Nawet te, które nie powinny ani wręcz nie miały takiej możliwości.
Dawno nie czuł się w taki sposób. Tak właściwie to nigdy. Nawet w najgorszych przewidywaniach nie dopuszczał możliwości, że zacznie zachowywać się (chwilowo na szczęście tylko we własnej głowie) jak przestraszone zwierzę. Z jednej strony gotowe zaatakować bez zawahania, z drugiej mające ochotę zastygnąć w miejscu, warcząc na wszystko.
- Co? - Wybity, praktycznie właśnie to zrobił - warknął na Crowa, jednocześnie rozglądając się za Thomasem, którego nigdzie nie było. - Ja pierdolę - zemlął przekleństwo w ustach, wypluwając je z siebie wraz z ciężkim westchnieniem.
W tym momencie błyskawicznie poczuł się, jakby Figg zrobił to kurwa specjalnie. Szedł przed Ambroisem a i tak jakimś cudem udało mu się zniknąć. Co gorsza w cholera wie, którym momencie, bo Greengrass był pewien, że przed chwilą patrzył mu w sam środek pleców. Bo nie na dupę, którą miał w tym momencie ochotę skopać.
- Jebany ekspert klątwołamacz, kurwa jego mać - wymamrotał do siebie pod nosem, przenosząc wzrok na następnego artystę.
Tym razem z liną, czemu Roise chyba się nie dziwił. Ten człowiek wyglądał tak, jakby po prostu cały czas nosił przy sobie kawałek sznurka na wypadek, gdyby postanowił się wreszcie powiesić, dając ujście swoim stanom jękowo-lękowym. Na pewno miał też zapas żyletek pochowanych w łatwo dostępnych miejscach i saszetkę wysokiej jakości arszeniku zwiniętą w dupie.
Mimo to Ambroise musiał przyznać mu teraz rację. Nie kręciło bycie go przekąską na sznurku, toteż nie zamierzał korzystać z możliwości przewiązania się liną, natomiast bardzo powoli kiwnął głową, wpatrując się wpierw w jąkałę a potem przenosząc wzrok na Geraldine. Wiedział, że będzie wściekła. Tak właściwie to jej się nie dziwił.
- Wpierdolisz mu, kiedy to wszystko się skończy - nieznacznie pokręcił głową, obdarzając Yaxleyównę niespokojnym, bardziej poruszonym niż chciałby spojrzeniem pociemniałych oczu (głównie z powodu atmosfery, choć zniknięcie Thomasa również podbiło już nazbyt mocne odczucia). - Nie możemy go teraz porzucić - on nie mógł porzucić teraz kolejnego człowieka, który coś dla niego znaczył.
Musiała spróbować to zrozumieć, nawet jeśli nic nie musiała.
Bez słowa wyciągnął rękę w stronę sznura Crowa, mając zamiar chwycić linę i tyle. Zero obwiązywania. Zamierzał również utrzymać tylną pozycję, choć w tym momencie pałał pogardą do własnych zdolności ochroniarza, co sprawiało, że dosłownie ział chłodem. Jego chłód był najchłodniejszy. Chłodniejszy od chłodu chłodnej jaskini. Zajebiście chłodny. Nie wiedział, jak to mogło się stać.
Jeśli faktycznie ruszyli z powrotem, wziął sobie do serca komentarz o zaznaczaniu drogi. W zależności od tego, czy wcześniej grzyby zareagowały na jego pobranie próbek, albo postanowił zostawić to Crowowi albo uprzedził go o niepokojącym zachowaniu grzybów i zasugerował używanie różdżki na odległość.
Jeżeli Geraldine postanowiła oponować mimo jego wyraźnej postawy ku ratowaniu Figga, zamierzał iść z nią. Musiał iść z nią.
Poświęcić przynajmniej dwóch przyjaciół dla miłości, prawda, Thomas? To chyba był ten czas. Sześć lat po pochopnych słowach.


Odkryj wiadomość pozafabularną
Percepcja (••) na wnikliwe śledzenie zachowania grzybów i otoczenia w ewentualnej drodze powrotnej
Rzut N 1d100 - 2
Akcja nieudana

Wiedza o przyrodzie (••••) do powyższego
Rzut PO 1d100 - 62
Sukces!

Rzemiosło (•) na ładne wycinanie różdżką znaków powrotnych.
Rzut O 1d100 - 21
Akcja nieudana

Kostka dla MG - do zignorowania, jeśli niepotrzebna.
Rzut 1d100 - 73


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#27
23.10.2024, 09:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.10.2024, 09:55 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Czuła dokąd powinna zmierzać. Była pewna, że podjęła dobrą decyzję. Nie zawahała się, nie zwróciła uwagi na kamień Edga, który potoczył się w zupełnie innym kierunku. To jej nie zmyliło, wiedziała, gdzie ma się kierować. Instynktu nie da się oszukac, prawda?

Szli w ciszy, przynajmniej na początku. Nie przeszkadzała jej ona. Zupełnie. Przerwał ją jednak Edge. Wcale nie pomagały. Wiedziała, że zaprowadziła ich do pułapki, że mogli tu umrzeć. Wystarczył jeden źle postawiony krok, a mogli by skończyć na dnie jakiegoś tunelu, chuj wie gdzie pozostawieni sami sobie. Nie była to do końca smierć, o której marzyła. Zawsze twierdziła, że jeśli umrze, to zginie podczas walki. Nie specjalnie więc podobała jej się perspektywa utknięcia w jakimś korytarzu.

Znaleźli się w końcu w jamie, którą obeszła, aby upewnić się, w którą stronę mieli zmierzać. Czuła, że są niedaleko, że była bliska dopadnięcia bestii. Powinni iść dalej, jak najszybciej dotrzeć do tego, który zamierzał odebrać jej życie. Już miała się odezwać, kiedy uświadomili jej, że zgubili kogoś po drodze.

Wpatrywała się to w Crowa to w Ambroisa, trwało to dłuższą chwilę, nim się odezwała.

- Nie wiem, gdzie on jest, ale chyba gdzieś indziej. - No skoro nie było go tutaj, to musiał się zgubić po drodze. - Jakim chujem nie zobaczyłeś, że go nie ma? - Tak, Roise szedł ostatni, najwyraźniej jego teoria o tym, że najniebezpieczniej jest na początku i na końcu szyku się nie sprawdziła. Oczywiście, że zamierzała to wyciągnąć. Szczególnie, że tak bardzo chciał jej udowodnić jeszcze przed wejściem do jaskini, że to jest zajebisty pomysł.

Decyzja, którą miała podjąć wcale nie była dla niej taka łatwa. Była tak blisko tego, który chciał odebrać jej życie, no kurwa mać, czuła, że ma go na wyciągnięcie ręki. Tyle, że nie miała w zwyczaju zostawiać ludzi za sobą, jej moralność istniała, chociaż mogłoby się wydawać, że nie. Thomas wlazł do tej jaskini tylko dlatego, że go o to poprosiła, inaczej nigdy w życiu by się tutaj nie znalazł. To była jej wina.

Widziała, że zależy im na tym, aby po niego wrócić. Domyśliła się, że Figg był kimś istotnym dla Greengrassa, to był chyba ostateczny powód, który pomógł jej podjąć decyzję, z której nie do końca była zadowolona. Ambroise pewnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że nadal jego słowa miały na nią taki duży wpływ, że potrafił do niej dotrzeć pomimo tego, co się między nimi ostatnio wydarzyło, albo nie wydarzyło.

Zdziwiło ja też to, że Edge bez żadnego oporu zadecydował się wracać, bo wydawał się jej mieć raczej wszystko gdzieś. Cóż. Niech im będzie.

- Tylko szybko. - Mruknęła cicho.

Jeśli Roise był chłodny, to ona aktualnie była jego przeciwieństwem. Paliło ją w środku, irytowała się tym, że tak naprawdę zaplanowali jedną rzecz, to, że mają się nie rozdzielać i to jebło już na samym początku.

Sięgneła po tę linę, złapała ją prawą ręką, bo w lewej, silniejszej nadal trzymała różdżkę. Musieli sobie oświetlać drogę i mieć możliwość na szybką reakcję, gdyby coś wyskoczyło im z któregoś z korytarzy.




Percepcja III - Na nasłuchiwanie tego, co dzieje się w korytarzach, chce znaleźć miejsce, w którym słychać jakikolwiek ruch, co pomoże im zlokalizować położenie Thomasa. Poluje na niego niczym na zwierzynę.
Rzut Z 1d100 - 22
Akcja nieudana

Rzut Z 1d100 - 16
Akcja nieudana

dokładam do tego rzut na Wiedzę o przyrodzie III - Po raz kolejny łowcza szuka miejsc, w których mogła się ukryć zwierzyna, wie, jak wyglądają jamy, w których mieszkają zwierzęta, szuka opcji, stara się dopasować rozmiary korytarzy, wgłębień do tego, jak wygląda sylwetka Figga.
Rzut Z 1d100 - 5
Akcja nieudana


Plus kostka k100, dunno, czy jest potrzebna
Rzut 1d100 - 69
Czarodziejska legenda
O! from what power hast thou this powerful might,
With insufficiency my heart to sway?
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Przed dwoma tysiącami lat niewielkie irlandzkie miasteczko Waterford spłynęło krwią okrutnego męża i bezdusznego ojca kobiety, która zbyt wiele wycierpiała z ich rąk. Upiorzyca gnana nienawiścią i pragnieniem zemsty, przez lata dotkliwie karała wiarołomnych kochanków i mężów, aż zasnęła w swym rodzinnym grobowcu. Mieszkańcy co roku w rocznicę jej zgonu kładą na ciężkiej marmurowej płycie krypty rytualny kamień, który ma zapewnić im bezpieczeństwo. Ze szczątkowych zapisków etnologów i lokalnych pieśni, można wywnioskować, że kobieta była użytkowniczką magii. Czy znajdzie się śmiałek, który zdecyduje się zdjąć kamień i pocałunkiem obudzić bladolicą śniącą o ustach czerwonych jak krew?

Dearg Dur
#28
23.10.2024, 10:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.10.2024, 10:23 przez Dearg Dur.)  
Ku uldze Ambroise'a grzyby nie zachowywały się dziwnie. Były dziwne, ale nie ruszały się, nie uciekały przed ostrzem noża, ani nie próbowały go aktywnie "widocznie" gołym okiem zaatakować. Robił to ostrożnie i z wprawą botanika, wiedział jak uniknąć ewentualnych zarodników, by mieć próbkę wystarczającą do dalszych badań. W związku z tym nie ostrzegł pozostałych o nietypowej roślinie.

Wzięli sznur i ruszyli z powrotem w poszukiwaniu zagubionego. Byli w połowie korytarza, gdy idąca w środku Geraldine zachwiała się i oparła o ścianę.

[+]Geraldine
Gdy tylko opuściłaś wnękę, usłyszałaś w swojej głowie głos. Smutny, znajomy, tęskny.
Głos znany Ci przez całe życie.
Głos nieznany Ci wcale.

– Jak to już idziesz... obiecałaś, że się ze mną pobawisz... nawet przyprowadziłaś kolegów, żeby było weselej, a teraz mnie porzucasz? Znowu...? Siostrzyczko, takich rzeczy nie robi się bratu...

Z każdym słowem, z każdym stęknięciem miałaś wrażenie, że coś Cię dotyka, najpierw delikatnie, ale potem coraz mocniej i mocniej. Nie... nie po ubraniach, nie po skórze... a pod nią: lodowate dłonie przesuwały się od nasady czaszki w górę pod skalpem, pod włosami, skrobiąc pazurami o twardą kość.

– Wracaj – padło twardo słowo rozkazu, które ugięło Ci kolana.

Tura trwa do 25.10, godz. 23:59

Thomas jesteś tymczasowo wyłączony z rozgrywki

[+]Edge
Te korytarze wyglądają jakby były ukształtowane przez naturę a nie człowieka. Przychodzą Ci pomysły jak można byłoby zamaskować tego typu pułapki, ale przyglądając się pod tym kontem przejściu nie dostrzegasz śladów, które mogłyby wskazywać na to, że jakiekolwiek tu są. Myśli natomiast wracają Ci do dziur we wnęce, którą opuściliście, ale nie mieliście czasu by bliżej im się przyjrzeć.

Twój rzut na Aktywność Fizyczną będzie obowiązywał w następnej kolejce, jeśli zdecydujesz się odłączyć od grupy.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#29
23.10.2024, 11:43  ✶  
Wspaniale. Oczywiście, że nie wystarczyło mu poczucie zawalenia praktycznie jedynego zadania, jakie obecnie sam sobie przypisał. Zupełnie tak, jakby miał kompletnie wywalone na to, że jeden z członków grupy dosłownie rozmył się w powietrzu. Zdecydowanie potrzebował dodatkowej porcji wyrzutów.
- Nie wiem, Gerry, może dlatego, że jest kurewsko ciemno a ja muszę jeszcze pilnować tyłów - odburknął w defensywie, rozkładając ręce z różdżką w dalszym ciągu zaciśniętą między palcami i rzucającą światło to tu, to tam przez to, że mimowolnie zatrzęsła mu się ręka. - Jakim cudem nie wyłapałaś, że nie dyszy ci w kart ani nie słychać jego kroków? - Odwdzięczył się pięknym za nadobne, bo przecież była taką zajebistą łowczynią.
Jeszcze chwilę temu chciała przewodzić grupie, którą najpewniej zdążyłaby zgubić gdzieś po drodze, mając szczerze wyjebane na to, że nie parli przed siebie gnani jakimś dzikim popędem polowania, którym ona ziała dostatecznie mocno za wszystkich.
Jasne. To była jego wina, ale ani myślał przyjąć ją na siebie w całości. Thomas był dorosłym człowiekiem, miał działającą gębę (zresztą całkiem niewyparzoną) i wypadałoby, żeby jej użył w razie zagrożenia albo chęci odłączenia się od grupy, żeby dajmy na to - dać się zabić w mniej bolesny sposób. Był klątwołamaczem. Obecnie klątwozłamasem.
- Ach. Może dlatego, że ktoś cały czas pierdoli nam nad uchem - nie musiał tego odpowiadać, wcale a wcale.
Natomiast odczuwał palącą potrzebę wciśnięcia swoich trzech knutów również w gardło ich (pożal się Merlinie) przewodnika. Wszyscy skopali sprawę. Dlaczego dostawało się tylko jemu?
Ach, jasne już to kiedyś ustalili. Nawet nie powinien być jakoś specjalnie zdziwiony. Tak właściwie to nie był. Był wściekły na każdego po kolei. W takim tempie sami skutecznie się wyeliminują zanim gdziekolwiek dotrą.
Bez dalszego słowa złapał brzeg liny, szarpiąc za nią mocniej, żeby dać do zrozumienia, że teraz to już kurwa musieli iść niemalże w stylu mrówek. Jak najbliżej siebie, niemalże dysząc sobie w karki.
Przez dłuższą chwilę udawało im się przesuwać do przodu. Powoli i mozolnie, ale gnanie na oślep nie przyniosło nic dobrego. Zresztą szybko okazało się, że najwyraźniej spacerek powrotny również nie był im pisany. Umówmy się - pracując w takim a nie innym miejscu, średnio kilka w porywach do kilkunastu razów miał nieprzyjemność kogoś łapać. Czy to pacjentów, czy innych członków personelu. Szczególnie podczas przerabiania praktycznej części stażu i eliksirów wąchanych przez niespełna rozumu stażystów (szczególne wyrazy uznania dla Leonidasa O'Dwyera oczywiście).
Odruchowo złapał osuwającą się Geraldine, puszczając linę, podtrzymując kobietę zanim oparła się o porośniętą grzybami ścianę. Niby nie zachowywały się niebezpiecznie, ale cholera je wiedziała, gdyby ktoś wpadł na nie całym ciałem z impetem. Oczywiście w efekcie przyładował rozkołysaną ciężką torbą o swój bok i o ścianę a być może również częściowo o nogi Geraldine. Nie mówiąc o różdżce, którą nadal miał w ręce, nie wbijając jej w bok kobiety, ale tracąc skupienie na tyle, żeby zgasła.
- Co jest? - Zareagował od razu, kierując zaniepokojone spojrzenie na twarz Yaxleyówny. - Crow - warknął również profilaktycznie (wyłapał wyłącznie to przezwisko? imię? nie pamiętał żadnego innego), gdyby mężczyzna jakimś cudem nie zauważył, co działo się za nim.
Raczej to było niemożliwe, ale niemożliwe było również zgubienie Thomasa. Nie zamierzał puszczać Geraldine dopóki dziewczyna nie stanie stabilnie na nogach, wtedy również w dalszym ciągu gotowy ponownie ją łapać.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#30
23.10.2024, 12:39  ✶  

Morale w ich jakże cudownej drużynie zdecydowanie nie należały do pozytywnych. Brakowało tylko tego, aby zaczęli się obwiniać o to, czyją winą było zgubienie Thomasa. Jak widać była zajebistym liderem grupy, skoro sama wywołała ten temat, cóż widać, że miała ogromne doświadczenie w pracy w zespole, tak, jasne.

Znowu nazwał ją w ten sposób, musiała go wkurwić, bo nie zwracał się tak do niej nigdy, no prawie nigdy. Spojrzała tylko na Ambroisa, nie skomentowała tego, co powiedział. Zamknęła się, bo wiedziała, że jak zaczną wchodzić w dyskusję, to będzie mogło się źle skończyć, nie byłby to ich pierwszy raz.

Podjeli decyzję, postanowili pójść poszukać Thomasa, tyle. Nie zamierzała się wyłamywać, to nie był na to odpowiedni moment, chociaż trochę ją to wybiło z rytmu, bo przecież chodziło jej przede wszystkim o dopadnięcie bestii.

Głos, który pojawił się w jej głowie wzbudził w niej niepokój. Jak do tej pory, zrobił to tylko raz, w tym śnie, kiedy wyrywał jej serce. Mówił jej o tym, że jej życie należy do niego. Bardzo dobrze znała tę barwę głosu, zabawne, że najpewniej i ona nie była prawdziwa. Nic nie było prawdziwe, to wszystko było halucynacją, chociaż może nie do końca, bo przecież on pojawiał się między ludźmi, oni też go widzieli, to, co robił ich dotyczyło, to nie była tylko pojebana wizja.

- Odpierdol się ode mnie, wypierdalaj z mojej głowy. - Wysyczała przez zęby, mrużąc oczy. Nie mogła pozwolić, aby mieszał jej we łbie, nie, żeby miała na to jakikolwiek wpływ. Wiedziała, że nic nie może zrobić, aby pozbyć się tego głosu. Dopóki go nie zabiją, to będzie mógł dalej to robić.

Nie mogło być jednak zbyt prosto, poczuła znany tylko sobie dotyk, ten sam, obrzydliwy dotyk, który przyszedł do niej we śnie, śnie na jawie. Tyle, że tym razem mogła się ruszyć, nie sparaliżował jej, aczkolwiek zaskoczył. Przez co zachiwała się na nogach. Wystraszyła się, lodowate dłonie wydawały się dotykać jej najgłębiej, gdzie się dało, pod samą skórą, zaczęła panikować, coraz szybciej oddychać, bo nie mogła sobie z tym poradzić.

Była bliska upadku, ale Ambroise złapał ją nim uderzyła w ścianę, przez co również pociągnęła linę, i pewnie Edga, który znajdował się na początku ich skromnej grupy.

Miała ochotę wydrapać to okropne uczucie spod swojej skóry, właściwie to praktycznie nic ją przed tym nie powstrzymywało. Nie chciała, żeby się nią bawił, musiała się tego pozbyć, tylko nie do końca miała pomysł w jaki sposób mogła to zrobić. - On każe mi wracać, jest w mojej głowie, mówi do mnie, i mnie dotyka, dotyka moich kości. - Wyszeptała cicho, zaciskając oczy. - Muszę tam wrócić. Nie pozwoli mi z wami szukać Thomasa. - Czy tego chciała, czy nie, nie sądziła, że uda jej się wrócić z nimi. Thoran zdecydowanie chciał się z nią spotkać, jak najszybciej się dało. - Idźcie po niego, ja muszę się wrócić, muszę iść dalej, w głąb jaskini. - Rozkazał jej, żeby wróciła, mógł atakować jej ciało, nie bardzo była w stanie z tym walczyć.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (11759), Dearg Dur (6513), Geraldine Greengrass-Yaxley (6859), The Edge (5598), Thomas Figg (5397)


Strony (8): « Wstecz 1 2 3 4 5 … 8 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa