• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[02.1971] Kiedy świt nastanie, ta noc też będzie wspomnieniem || Ambroise & Avelina

[02.1971] Kiedy świt nastanie, ta noc też będzie wspomnieniem || Ambroise & Avelina
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
27.10.2024, 23:29  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.10.2024, 11:59 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Tego przejmująco lodowatego wieczoru nad Londynem unosiła się gęsta mgła. Niemal nieprzezierna chmura wilgotnej mlecznej bieli. Gdzieniegdzie przyświecały latarnie, ale prócz tego było ciemno choć oko wykol.
W tych czasach czarodzieje podświadomie wybierali krycie się w mroku nocy, bo ono wydawało im się znacznie bezpieczniejsze od przyświecania sobie różdżką podczas samotnego spaceru. Szczególnie pod z pozoru bezpieczną osłoną z mgły takiej jak ta tej nocy.
Mało kto z ich świata mającego świadomość cienia niebezpieczeństwa decydował się na tak późny pobyt na bocznych ulicach Londynu w okolicy, gdzie świat mugolski w znacznie bardziej niepokojący sposób łączył się ze światem czarodziejów.
Nastroje pogarszały się z dnia na dzień. Kolejne ataki popleczników Lorda Voldemorta wstrząsały społeczeństwem. Wywoływały dokładnie to czego oczekiwał czarnoksiężnik: atmosferę narastającego lęku nawet wśród osób, które nie były bezpośrednio zagrożone, ale miały takich ludzi wśród swoich przyjaciół i bliskich.
Po ostatnich wydarzeniach mających miejsce w Dolinie Godryka, Ambroise również dołączył do grupy osób z narastającym napięciem patrzących na zmiany w magicznym społeczeństwie. Nigdy nie uważał tego za swoją walkę. Nie chciał się w to angażować, ale wyglądało na to, że mógł nie mieć wyjścia i że swoim wyjazdem z Londynu wraz z ukochaną wyłącznie trochę odwlekli moment, kiedy ich także to zacznie dotyczyć.
Zresztą u niego sytuacja nigdy nie wyglądała krystalicznie. Zawsze podejmował większe ryzyko. Bywał w mieście znacznie częściej. Załatwiał szemrane sprawy tam, gdzie aż prosiło się, aby doszło do czegoś złego. Działo się tam źle na długo przed atakami. Niemal codziennie. Teraz kilka razy dziennie.
Mimo to nie mógł się wycofać. Nie miał wyjścia, bo od lat siedział w tym za głęboko. Próba ucieczki od odpowiedzialności za decyzje sprzed ponad dekady wiązałaby się wyłącznie z jeszcze większym ryzykiem. W dodatku takim, którego nie będzie w stanie kontrolować. Nie mógł sobie na to pozwolić. Nie ze względu na siebie.
Nie był sam. To przynosiło taką samą ilość pokrzepienia jak w ostatnim czasie coraz więcej obaw i lęków. Już raz na własnych oczach niemalże stracił ukochaną kobietę i nie był w stanie temu zaradzić. Kolejna taka sytuacja mogła wydarzyć się w każdej chwili. Co gorsza poza jego świadomością. Te myśli pchały go w znacznie mroczniejsze alejki własnego umysłu niż te uliczki, którymi wracał w okolice lasu, nieopodal którego miał załatwić jeszcze jedną sprawę zanim wróci do domu.
Resztki zwiędłych liści przylepionych do nierównego chodnika łamały się pod naciskiem butów. Przynajmniej nie były tak śliskie jak na przełomie jesieni i zimy, kiedy można było nieopatrznie się na nich wywrócić, stracić równowagę i wylądować na twardej ziemi.
Teraz wszędzie należało uważać na warstwę lodu, szczególnie że nikt nie zadbał o zadbanie o wyludnione uliczki. Nie zostały rzucone żadne zaklęcia, choć bywało tu wielu czarodziejów. Nikt nie rozsypał soli ani piasku lub mieszanki obu.
W tych czasach dbano jeszcze mniej niż kiedykolwiek o takie sprawy. Z ich strony, bo mugole nigdy nie byli zbyt przezorni. Teraz głowy wszystkich czarodziejów były zajęte dużo większymi problemami. Wojna przestała pukać do drzwi. Jej widmo było już niemal dwa kroki za progiem każdego domu. Powoli zmierzało korytarzem w kierunku ciepłego światła ogniska domowego chcąc zdusić je jednym lodowatym dmuchnięciem.
Przynajmniej nierówności utrudniały poślizgnięcie się. Buty miały o co zahaczać, choć skrzypienie zdradzało nadchodzące osoby bardziej niż ich własne zamglone cienie. Wydawało się przeraźliwie głośne w dziwnej półciszy. Z głównych ulic dochodziły dźwięki. Czasami pijackie okrzyki i śmiechy a czasami wręcz przeciwnie - kłótnie.
Gdzieś w pobliżu zaskrzypiały sklepowe drzwi. Charakterystyczny dźwięk drewna reagującego pod wpływem wilgoci i mrozu rozciął powietrze jak ostry nóż. Ktoś zamamrotał coś bardzo blisko Greengrassa, mijając go w niedalekiej odległości i zataczając się na zapaloną uliczną latarnię, która zamigotała, gdy słup zatrząsł się niespokojnie.
Ambroise na chwilę zawiesił wzrok na bladym, bardzo żółtym świetle, zatrzymując się na chwilę ogarnięty fatalistycznym wrażeniem. Idealnie w chwili, w której ktoś gwałtownie zatoczył się na niego dosłownie zjeżdżając z kilku oblodzonych schodków. Ledwo utrzymał się na nogach, ślizgając się przez kilka sekund w próbie złapania równowagi jednocześnie z podtrzymaniem...
...dziecka?
Co do chuja testrala robiło dziecko w bocznej uliczce o tak późnej porze?
Kiedy wreszcie udało im się złapać równowagę, instynktownie odsunął od siebie dzieciaka na długość ramion, podtrzymując go... ...ją w dalszym ciągu i dopiero wtedy uświadamiając sobie, że to chyba jednak nie jest niepełnoletnia czarownica tylko raczej mieszanka ze skrzatem domowym lub goblinem, przynajmniej oceniając po wzroście. Nie sięgała mu nawet do górnej części ramienia tylko gdzieś kilka centymetrów od obojczyka.
- Stoisz, Panienko? - Spytał całkiem uprzejmie acz chłodno ze zrozumiałych względów - chciał ją już puścić, ale wolał nie ryzykować, że zaraz znów będzie zmuszony do akcji ratunkowej; nie spieszyło mu się wracać do Munga, bo dyżur skończył kilka godzin temu i chciał już wrócić do domu do Geraldine, zahaczając tylko o to jedno miejsce. Ciemne i mroczne, ale chyba spokojniejsze od londyńskich ulic.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Alchemiczny Kot
I cannot reach you
I'm on the other side
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Avelina mierzy 157 centymetrów wzrostu i waży około 43 kilogramów. Nie jest blada, wręcz zawsze opala się na brązowo. Ma ciepłe brązowe oczy, które podejrzliwie patrzą na obcych i radośnie na przyjaciół. Usta ma pełne i czasami pomalowane czerwoną szminką, gdy się uśmiecha pokazuje przy tym zęby nie mając nad tym kontroli. Włosy ma brązowe i zwykle proste. Czasami jak nie zadba o nie to puszą się jej od wilgoci. Ubiera się w szerokie, kolorowe spodnie i luźne bluzy. Czasami narzuci na siebie szatę. Na pierwszy rzut oka Avelina sprawia wrażenie osoby spokojnej i cichej. Wokół niej zawsze unosi się zapach palonego drewna, pod którymi tworzy swoje mikstury oraz suszonej nad kominkiem lawendy. Nie jest to zapach szczególnie mocny, ale wyczuwalny. Dopiero przy bliższym poznaniu można stwierdzić, że jest też wesoła i czasami zabawna. Jest osobą dosyć sprzeczną, ponieważ walczą w niej dwie osoby październikowy Skorpion i numerologiczny Filozof.

Avelina Paxton
#2
28.10.2024, 11:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.11.2024, 13:10 przez Avelina Paxton.)  
Stanie Zoi – suma przypadków

Avelina tego dnia odwiedzała starego znajomego jej rodziców. Był to naprawdę starszy czarodziej, który nie miał tu rodziny. Pochodził ze świata mugoli jak jej ojciec. Już nawet nie pamiętała w jaki sposób go poznał, ale zawsze mu pomagali, więc teraz ona przejęła ich pałeczkę, gdy ci byli w podróżach. Czasy były niepewne, leki czasami trudno dostępne, a niektórzy czarodzieje nie mieli też odpowiednich funduszy, więc Avelina robiła mu zakupy, czasami gotowała, a także po prostu dotrzymywała towarzystwa. Był teraz chory, więc przyniosła mu zapas leków i eliksirów wzmacniających. Odrobinę się zasiedziała, ale stwierdziła, że jeszcze przejdzie się na spacer, aby odświeżyć umysł przed powrotem do swojego domu. Tak, wiedziała, że nie powinna zapuszczać się o tej porze na żadne spacery, ale od Raven’a usłyszała o pewnej rzadkiej roślinie, która rosła na obrzeżach lasu. Chciała tam spojrzeć, ale upływ czasu był dla niej czasami zmorą. Gdy wyszła na ulice było już ciemno, a mgła nie pomagała w dostrzeganiu szczegółów. Miała zamiar schować się i przemienić w kota, bo w tej postaci zdecydowanie bardziej komfortowo czuła się o tej porze.

Opatuliła się ciaśniej płaszczem, skuliła się przez co jeszcze bardziej przywodziła na myśl niską osobę. Droga była śliska, zdradziecka, a Avelina nie była za bardzo sprytna w postaci ludzkiej. Nie miała krzepy, a jej równowaga w takich warunkach pogodowych za bardzo nie istniała. Nic dziwnego, że dziewczyna poślizgnęła się w pierwszym lepszym momencie i zsunęła się z kilku schodków czując jak nagle zrobiło jej się zbyt gorąco. Strach. Nie lubiła tego uczucia, ale w takich sytuacjach życie wręcz przelatywało przed oczami. Zatrzymała się na czymś, co przypominało ludzki głaz. Stęknęła zaskoczona i uniosła głowę ku górze, w którą uderzyła. Był to zwykły mężczyzna. Po prostu, czarodziej – wysoki jak Big Ben, szeroki jak Tamiza. Jej ciemne oczy patrzyły na niego podejrzliwie i nawet z delikatną złością, która była bardziej skierowana do niej samej niż do mężczyzny, ale ludzka natura już taka była. Nikt nigdy nie będzie wyżywał się na sobie. Raczej złość na swoją bezradność kieruje się na osoby trzecie, które nawinęły się pod rękę.

Jej równowagę utrzymały jego ręce, które ją złapały. Nogi miała jak z waty, co było zapewne spowodowane strachem o własne życie i powoli ulatującą adrenaliną. Nie oznaczało to, że jej serce przestało szybciej bić, wręcz przeciwnie – jej policzki pomimo chłodu panującego w okolicy były czerwone i pulsowały pod wpływem nabiegniętej krwi. Teraz nie tylko bała się złamanej nogi, ale obawiała się tego, że spotkała kogoś niegodziwego. O tej porze mogło to być bardzo prawdopodobne. W końcu odzyskała równowagę, a jej serce oblało się dyskomfortem przez jego dotyk. Czy to nie trwało zbyt długo? W końcu spróbowała się wyswobodzić z jego pomocy – jeśli to miało tym być i odsunęła się na drobny kroczek w tył.

– Tak, dziękuję, że mnie złapałeś – odparła, szybko jednak się reflektując dodała – że mnie pan przytrzymał – Avelino, nie zapominaj o kulturze; zbeształa się w myślach. Nie spuszczając z niego bacznego spojrzenia. Co teraz? Powinna odejść nie? – To ja już pójdę – jej spojrzenie padło na ciemne przejście prowadzące do okolicznych lasów. Było tam za ciemno, ale pokusa znalezienia rośliny rzadkiej jak słońce w lutym nad Londynem była silniejsza.


Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
29.10.2024, 21:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.10.2024, 21:52 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Z zadowoleniem z tego faktu puścił stabilniej stojące dziewczę, choć sam nie ruszył się przy tym nawet o pół kroku. Tak właściwie to musiałby ją wyminąć, żeby kontynuować drogę w obranym kierunku a to było raczej niezbyt wykonalne, gdy stała na samym środku przejścia. Jasne - tak samo jak ją podtrzymał przed upadkiem, na tej samej zasadzie nie miałby problemu z daniem jej do zrozumienia, że stoi mu na drodze albo przesunięciem jej gdzieś w bok, jeżeli nie zrozumiałaby przekazu.
Natomiast obecnie raczej wolał unikać zbytecznego kontaktu fizycznego. Już się ze sobą zderzyli, ale całe szczęście na tyle przelotnie, że nic wielkiego się nie stało. Wolał nie ryzykować następnym dotykiem. Kilka dni wcześniej nie skończyło się to dla niego zbyt dobrze. Do tej pory czuł dreszcze na karku i ślady tamtego mętliku w głowie, który w zaledwie kilka sekund doprowadził go od panowania nad sytuacją do bezpośredniego zagrożenia życia. Nic więc dziwnego, że instynktownie stronił od powtórki.
Co prawda nieznajoma nie wyglądała, jakby mogła stanowić zagrożenie, ale Roise doskonale wiedział, że to właśnie tacy ludzie najczęściej okazywali się co najmniej wątpliwi moralnie. Nieszkodliwi z pozoru. Z wierzchu niewinni, może wręcz dający się nazwać uroczymi. Uśmiechnięci, kulturalni, weseli. Nie dalej jak dwa tygodnie temu stanął oko w oko z drugą wersją człowieka, który w szpitalu był jąkliwym ciapciakiem o miękkim sercu.
Tamten człowiek, który miał z nim wspólnie nieść pomoc czarodziejom poszkodowanym w ataku popleczników Lorda Voldemorta w jednej chwili obrócił się przeciwko Greengrassowi. Przestał potykać się o własne nogi. W kilka sekund zrzucił maskę kogoś, kto niemalże robił pod siebie ze strachu. Stał się mordercą.
I sam zginął potraktowany kontrzaklęciem, którego się nie spodziewał, bo Roise, Roise również potrafił stwarzać własne pozory. On także przybierał różne twarze. Żonglował osobowościami w zależności od okoliczności i od tego z kim przebywał.
Potrafił być opanowanym uzdrowicielem. Profesjonalnym i wyrozumiałym acz chłodnym. Lwem salonowym, czarusiem, bajerantem zachowującym wszystkie zasady dobrego wychowania, ale ze swoimi drobnymi akcentami, dzięki którym wiele uchodziło mu na sucho. Umiał być godnym zaufania prywatnym medykiem, którego nikt nie posadziłby o złe intencje.
Lub wręcz przeciwnie: dyskretnym uzdrowicielem dla typów spod ciemnej gwiazdy, którzy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że lojalność działa w obie strony a chęć zdominowania go nie może się dobrze skończyć.
Niemal zawsze odpowiadał wzajemnością na wzajemność. Kulturą na kulturę, uprzejmością na uprzejmość, pomocą na pomoc i troską na troskę. Choć miał raczej ugruntowane spojrzenie w kwestii wyrazów wdzięczności i niechęć do wiszenia komuś przysługi - uważał się za zbyt niezależnego, żeby lekką ręką przyjmować czyjeś próby głaskania go po głowie.
W jego życiu był od tego tylko jeden główny wyjątek, kiedy potrafił całkowicie spuścić z tonu, odprężyć się, pozwolić na traktowanie go inaczej aniżeli jak twarde, solidne oparcie lub niebezpiecznego, bo zawziętego i wyrachowanego nieprzyjaciela. Bowiem tu także działała wzajemność. Na przemoc odpowiadał przemocą. Nie zawsze w tej samej chwili, zawsze biorąc swój odwet.
Zresztą nie tylko swój. Również za ludzi, na których mu zależało a którzy z jakiegoś powodu obawiali się, nie mogli, nie potrafili bądź nie chcieli sami wyciągnąć ręki po wzajemność. Nie po sprawiedliwość. Sprawiedliwość nie istnieje.
Całe szczęście była ich niewielka garstka, więc nie musiał rzucać się raz po raz w ogień. Bliscy dobrze radzili sobie w trudnych czasach. Mógł trzymać rękę na pulsie, ale nie musiał nigdzie wkraczać. Przynajmniej chwilowo nie, bo ostatnie dwa tygodnie wywróciły część jego światopoglądu do góry nogami. Oglądu na siebie samego jeszcze bardziej.
Nie był złym człowiekiem. Nie był dobrym człowiekiem. Był po prostu człowiekiem, który zmuszony do działania nie dawał się postawić pod ścianą tylko reagował w najskuteczniejszy możliwy sposób. Dwa tygodnie wcześniej pierwszy raz w odruchu sięgnął po ofensywę, do której wcześniej świadomie się nie uciekał.
Wygrał starcie z dwoma Śmierciożercami odbijając rzucane w niego zaklęcia przy pomocy tej samej mrocznej magii. Nie tarczy, nie zaklęć pojedynkowych uczonych w klubach. Działał pod przymusem, wpływem adrenaliny, widokiem ukochanej kobiety zwijającej się na oszronionej trawniku, na którym prawie ją zabili. Odwet przyszedł naturalnie, nawet jeśli przedtem nie znał tej części swojej natury.
Zawsze miał ciągoty do pokątnych interesów, studiowania różnorakich ksiąg i teoretycznych aspektów dziedzin magii, które mogły zawierać przydatne informacje. Był moralnie szary. Chaotycznie neutralny. Nie miał z tym problemu. Tym bardziej, że potrafił mieć to na wodzy a w domu wcale nie musiał kłamać, że jest kimś lepszym niż w rzeczywistości.
W najmniej oczekiwanym momencie życia otrzymał znacznie więcej niż mógłby sobie wyobrazić. Przyjął to ostrożnie, początkowo nie wierzył w koleje losu, które nie chciały mu zaszkodzić a dały mu kogoś, kto wprowadził w jego życie poczucie spełnienia, stabilności i szczęścia.
Nie zawsze było kolorowo, ale wiele lat spędził jako ktoś, kto widział przyszłość w jasnych barwach. Był realistą. W jego rzeczywistości nie brakowało odcieni szarości i czerni, ale dopiero nadejście widma wojny sprawiło, że poczuł jak krucha jest ich codzienność.
Atak na mugolaków w Dolinie, w który mimowolnie się wtrącili, choć to nie była ich wojna jeszcze bardziej wytrącił Ambroisa z równowagi. Od tej pory czuł się inny. Nie niewłaściwie ani nie jak ktoś kto nagle znalazł cel w życiu. Po prostu inny.
Tego wieczoru przede wszystkim chciał wrócić do domu. Nie był podekscytowany perspektywą spotkania w lesie. Nie miał nastroju na podchody. Na bycie ucieleśnieniem człowieka szarej strefy. Przynajmniej dopóki nie znajdzie się blisko miejsca, w którym miał na niego czekać człowiek, z którym był umówiony. W tej chwili nie starał się sprawiać wrażenia groźnego, choć w takich okolicznościach mało kto wydałby się nieszkodliwy i godny zaufania.
Szczególnie, że minę miał neutralną, może nawet posępną i zmęczoną, trochę poirytowaną, ale nie do przesady. Za to reszta prezencji była dostosowana do okoliczności. Ciemne ubrania (ciemnozielone - w tym świetle bardziej czarne), kaptur zrzucony z głowy na plecy, nieprzezierny szalik, którego używał do osłony dolnej połowy twarzy, ale jeszcze nie dziś. Buty z miękkiej skóry - klasyczne wyższe zimowe cichobiegi. W Little Hangleton sprawiałby wrażenie zakapiora. Tu również mógł, ale nie usiłował.
Słysząc słowa ciemnowłosej panienki powoli skinął głową na znak, że przyjmuje podziękowanie. Jednocześnie starał się ją ocenić, wyczuwając z kim ma do czynienia. Wyglądała nieszkodliwie, ale nieszkodliwi ludzie nie kręcą się po nocach po mieście ani nie zezują w kierunku ciemnego lasu.
- Nie ma sprawy - odezwał się drugi raz tego wieczoru całkiem miłym dla ucha tembrem głosu z akcentem typowym dla West Country, czego w tym momencie nie pilnował; zazwyczaj starał się brzmieć bardziej twardo i londyńsko. - Tudzież rad jestem, że mogłem posłużyć ci oparciem, Panienko - mogła wybrać opcję, która jej bardziej odpowiadała, bo dla niego obie były właściwe.
Po tym przeniósł wzrok w tym samym kierunku, w którym spojrzała i bardzo nieznacznie uniósł brwi.
- Zakładam, że w przeciwnym kierunku? - Nie powinien się w to wtrącać, spytał z uprzejmości podszytej dalszą próbą dowiedzenia się, z kim ma do czynienia zanim wyminie dziewczynę i dostanie kosę pod żebra, do których miała idealny dostęp od dołu.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Alchemiczny Kot
I cannot reach you
I'm on the other side
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Avelina mierzy 157 centymetrów wzrostu i waży około 43 kilogramów. Nie jest blada, wręcz zawsze opala się na brązowo. Ma ciepłe brązowe oczy, które podejrzliwie patrzą na obcych i radośnie na przyjaciół. Usta ma pełne i czasami pomalowane czerwoną szminką, gdy się uśmiecha pokazuje przy tym zęby nie mając nad tym kontroli. Włosy ma brązowe i zwykle proste. Czasami jak nie zadba o nie to puszą się jej od wilgoci. Ubiera się w szerokie, kolorowe spodnie i luźne bluzy. Czasami narzuci na siebie szatę. Na pierwszy rzut oka Avelina sprawia wrażenie osoby spokojnej i cichej. Wokół niej zawsze unosi się zapach palonego drewna, pod którymi tworzy swoje mikstury oraz suszonej nad kominkiem lawendy. Nie jest to zapach szczególnie mocny, ale wyczuwalny. Dopiero przy bliższym poznaniu można stwierdzić, że jest też wesoła i czasami zabawna. Jest osobą dosyć sprzeczną, ponieważ walczą w niej dwie osoby październikowy Skorpion i numerologiczny Filozof.

Avelina Paxton
#4
11.11.2024, 13:10  ✶  

W uszach szumiało jej ze stresu, serce łomotało jak zlękniony ptaszek w zamkniętej klatce. Ponad dwa miesiące temu zaatakowano sklep, w którym pracowała i gdyby nie Brenna zapewne nie przeżyłaby tamtego ataku, a jednak szła teraz ciemną ulicą w mglisty wieczór. Strach przed obcymi nadal wirował wokół jej głowy i serca, ale jednocześnie nie chciała wiecznie odczuwać strachu. To nie było przyjemne uczucie, to nie było nic, co pozwoliłoby jej żyć w pełni jak zawsze. Może jednak powinna szybko go minąć i wrócić do domu? Może to znak od niebios, że nie powinna ulec pokusie szukania nowych roślinek. Rośliny zwykle nie mają nóg i nie uciekają, a w nocy przecież nic nie zobaczy, nie? Może wróci tu jutro rano? I tak miała wolny poranek, mogła wstać wcześniej, zjeść ciastko w drodze do lasu i wypić ciepłą kawę z termosu. Brzmiało nawet odrobinę jak relaks, a przecież jeśli los zechciałby, aby poznała tego człowieka lepiej to w końcu wrzuci ich na jedną, wspólną ścieżkę, nie?

Czuła jak policzki jej pulsują od ciepła. Była zdecydowanie zestresowana samym spotkaniem z innym mężczyzną. Avelina od długiego czasu miała pecha do mężczyzn i każda jej relacja z nimi kończyła się szybko i bardzo dziwnie. Wolała więc spotykać ich stojąc za ladą apteki, a nie na ciemnych uliczkach. Tak było bardziej komfortowo. Paxton należała do osób niezręcznych w prywatnych kontaktach. W aptece była profesjonalna, miła i po prostu urocza, ale jeśli spotkało się ją na ulicy zamieniała się w dzikiego, płochliwego kota, który więcej milczał i obserwował niż wchodził w interakcje. Życie za ladą apteki, z nosem utkwionym w księgach o zielarstwie i eliksirach, ze stosem magazynów naukowych zalegających w każdym kącie jej mieszkania było łatwiej się nauczyć być miłą i profesjonalną. Życie osobiste nie było takie łatwe, nie szło się nauczyć jednego schematu mówienia, wykucia uprzejmych formułek i nauczenia się enigmatycznego uśmiechu, na każdą zaczepkę ze strony spotkanych osób. Tam musiała żyć, odpowiadać na zadane pytania i te pytania zadawać. Tu leżał pies pogrzebany, aby mieć przyjaciół musiała wyjść do nich ze swoim sercem, ale bała się zranienia, więc każdy wokół niej po prostu był, ale nigdy nie zdobył jej serca, bo każda próba zbliżenia sprawiała, że Avelina uciekała, chowała się i znikała.

Jej uważne spojrzenie brązowych oczu świdrowało postawę mężczyzny. W takich okolicznościach bardziej wzbudzał strach. Dłonie Aveliny już dawno znalazły się w kieszeniach sporej, ciepłej kurtki, gdzie trzymała w pogotowiu różdżkę. Na głowie miała ciemną czapką, która w czasie dnia miała kolor granatowy i tego samego koloru szalik. Nie miała pewności, czy mężczyzna spotkany był czarodziejem, czy mugolem, nie miała pewności, czy pójdzie dalej, czy ją zaatakuje – fizycznie nie miała szans; w pojedynku również nie miała szans. Potrafiła warzyć rośliny i transmutować przedmioty. Mogła co najwyżej zamienić jego różdżkę w kalafior, czy inny przedmiot i uciec, co też było jej mocną stroną, bo od zawsze stroniła od wysiłku fizycznego, więc pewnie wyplułaby płuca w połowie długości chodnika do najbliższego rogu ulicy. Nie zauważyła jednak, aby ten chciał ją zaatakować, więc stanęła bokiem ustępując mu miejsca, by mógł przejść.

Avelina nie żonglowała osobowościami, wręcz miała wrażenie, że żadnej nie miała. Zawsze była spokojna, skryta, cicha. Siedziała w jakichś kątach i obserwowała ludzi. Praca za ladą była podobna, czasami ktoś zagadał ją o pogodę, ale nie musiała się silić na ciągnięcie rozmowy, ponieważ ludzie przychodzili do niej w konkretnym celu. Jej przyjaciele należeli do osób ekstrawertycznych, więc jak ich spotykała to oni mówili, a ona po prostu starała się uczestniczyć w rozmowie. Jeśli patrzysz na nią i widzisz niepozorną, spokojną osobę, to właśnie taką osobą ona jest. Nic więcej.

Uśmiechnęła się lekko, może sprawił to jego głos, a może i słowa o tym, że był rad z pomocy przed rozkwaszeniem jej nosa o chodnik, bo zapewne tak by się to skończyło, gdyby nie jego obecność tutaj. Danielle pewnie by miała z niej świetną zabawę,  gdyby do niej zgłosiła się po pomoc w kwestii uleczenia jej nosa. Jeszcze raz spojrzała na ciemną uliczkę. Chciała i nie chciała tam iść.

– Jeśli mam być szczera, to chciałam tam pójść, podobno rośnie tam unikalna roślina, która rozkwita o tej porze – lubiła rzadkie rzeczy, a w lutym niewiele roślin kwitnie, w końcu jest to sezon na raczej egzystowanie pod kocem z ciepłą czekoladą w ręku niż wzrost roślin, które kwitną głównie na wiosnę. – Wiem, że nie powinnam tam iść sama – zerknęła na niego czując jak spaliła buraka ze wstydu, że zwierza się obcej osobie – wrócę tu jutro rano. Do widzenia – przesunęła się obok niego w przeciwnym do niego kierunku, ale znowu się zawahała. Cholernie kusiło ją iść w tamto miejsce. Łatwiej byłoby pod postacią kota, ale przecież nie zamieni się przy nim w swoją formę animaga. Starała się tego nie zdradzać tego nikomu obcemu, nawet jeśli była zarejestrowanym animagiem.

* * *

Tak jak powiedziała tak też zrobiła. Wczesnym rankiem z dużą torbą na ramieniu zjawiła się w okolicach lasu, do którego chciała iść poprzedniej nocy. Miała na sobie grubą, czarną kurtkę, czapkę w kolorze granatowym i tym samym kolorze szaliku. Na rękach miała jednopalcowe, ciepłe rękawiczki. W dłoniach trzymała termos z kawą, a w torbie miała dwa słodkie ciastka z kremem.


Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
16.11.2024, 22:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.05.2025, 17:22 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Wąska uliczka, w której przystanęli, nie odróżniała się niczym od innych przesmyków prowadzących do ciemnego lasu. Tego, którego zarys był obecnie ledwo widoczny, otulony gęstą mgłą snującą się po brudnych, skutych lodem kostkach brukowych niczym delikatna, lecz nieco upiorna kurtyna.
Mrok otaczał niemalże wszystko w zasięgu wzroku sprawiając, że bardziej odległe krańce alejki wydawały się na swój sposób mroczne, złowieszcze, kryjące w sobie cienie. O tej porze roku ciemność z nieznanych przyczyn zawsze wydawała się bardziej intensywna niż zazwyczaj.
Latem było tu nawet całkiem przyjemnie, jednakże teraz latarnie uliczne z ich osmalonymi od płomieni kloszami rzucały zbyt mało światła, aby rozjaśnić ciężki, ponury klimat nocy. Ich słabe pomarańczowo-żółte światło ledwo docierało do ziemi, sprawiając, że cienie w krańcach uliczki tańczyły, zmieniając swoje formy w groteskowe kształty.
Zimowe powietrze było rześkie i przenikliwe. Każdy oddech zdawał się zastygać w płucach Ambroisa. Nawet mimo grubego ciemnego płaszcza z wysokim kołnierzem zaciągniętym pod sam nos czuł jak igiełki mrozu wciskają mu się pod ubranie, szczypiąc odsłoniętą skórę i pokrywając ją mroźnym rumieńcem.
Mgła otulała go niczym zimny koc, unosząc się dookoła i przysłaniając sobą wszystkie detale architektoniczne wokół nich. Zazwyczaj wyraźne kształty domów nagle stały się wyłącznie zarysami. Szczególnie, że okna większości budynków zasłaniały ciężkie zasłony nie przepuszczające praktycznie żadnego światła z wewnątrz zza szyb, za którymi w cieple kryli się mieszkańcy tej części Londynu.
Aby nie wpatrywać się zbyt długo w swoją rozmówczynię, wcale nie żywiąc chęci, aby ją w jakikolwiek sposób straszyć lub przytłaczać, Greengrass uniósł podbródek, patrząc przed siebie ponad ramieniem drobnej kobiety, wbijając spojrzenie w niemalże nieprzeniknioną ciemność.
Właśnie tam za nią na wysokości jego wzroku w mglisty powietrzu niewyraźnie zamigotały samoistnie przygasające światła starych, zmrożonych szyldów lokali, które jeszcze niespełna rok wcześniej tętniły życiem, dziś będąc jedynie ponurymi cieniami samych siebie.
Wszystko się zmieniało. Niespełna przez kilka miesięcy ich pozorny, jak się okazało - złudny spokój został zaburzony i wywrócony do góry nogami. Dało się to odczuć szczególnie w takich miejscach jak to. Na obrzeżach miasta, które nie były ani do końca mugolskie, ani całkowicie magiczne.
Tu mieszały się ze sobą te dwa światy. Z tym, że ten czarodziejów w ostatnim czasie zaczął coraz bardziej się wycofywać. Ciężko było tego nie robić, gdy widmo nadciągającej wojny było już tak dostrzegalne. Niemal jak duszący woal - jeszcze powiewający na lodowatym wietrze, ale jednocześnie coraz bliżej twarzy, powoli zaciskający się na szyi.
Trudno było mu przywołać obrazy z dawnych dni, kiedy każda z tych małych uliczek tętniła życiem nawet tak późno w nocy zaś hałas i gwar były nieodłącznym elementem późnych spacerów między mugolsko-czarodziejskimi barami, miejskim rytmem.
Bezkształtne, pozbawione detali sylwetki drzew majaczyły gdzieś w oddali. Wyrastały w niebo ze zmrożonej ziemi, ich gałęzie i konary wyciągały się ku górze jak potworne ramiona mogące chwycić każdego, kto odważyłby się zbliżyć ku linii lasu.
W tej nocnej scenerii i w zlewających się zamglonych kształtach i w ciemnościach, Ambroise dostrzegł nieregularny błysk światła przebijający się przez mgłę. To nie była kolejna latarnia, która znów rozbłysła próbując przebić się przez mleczną wilgoć, rozświetlając ciemności rozpościerające się dookoła.
Nie. To było upomnienie, że powinien ruszyć dalej zamiast zagadywać się z nieznajomymi. Nieważne, jak bardzo potrzebowałyby jego pomocnego ramienia. Był ze wszech miar uprzejmy, ale nie był rycerzem w lśniącej zbroi tylko człowiekiem, który chciał załatwić swoje sprawy i wrócić do domu jeszcze przed wschodem słońca.
- To raczej nie najlepszy pomysł na spędzenie nocy - odezwał się w dalszym ciągu uprzejmie, ale raczej zdecydowanie. - Żaden kwiat nie jest warty zgubienia się w gęstej mgle - w teorii nie powinien wypowiadać się w temacie cudzych planów, ale zazwyczaj nie miał nawet najmniejszych oporów przed tym, by to zrobić.
Szczególnie, kiedy nie brzmiały zbyt rozsądnie. Nawet z perspektywy zielarza, botanika, uzdrowiciela. Szczególnie nie z perspektywy pośrednika towarami na czarnym rynku i twórcy eliksirów, również tych niekoniecznie zawierających same przyjemne roślinne składniki, za którymi sam wielokrotnie chodził w ciemną i nieprzystępną noc.
Tyle, że on czuł się na to przygotowany. Ostatnio może trochę mniej, ale wciąż. Przez głowę przebiegła mu myśl o tym, co usłyszał od dziewczęcia, niemalże już otworzył usta, żeby spytać ją, o jaką roślinę jej dokładnie chodziło, bo może warto byłoby, aby on także się po nią schylił i jej poszukał. Było wiele różnych opcji, lecz zanim Roise zdążył się odezwać, blask znowu przykuł jego uwagę.
Wbijając wzrok w opalizujące błękitne światło, które znowu pojawiło się w oddali, bardzo powoli kiwnął głową. Poniekąd z aprobatą, bo słowa, które wydostały się spomiędzy warg drobnej kobiety nareszcie brzmiały logicznie. Nie było sensu, aby szła teraz na poszukiwania czegokolwiek.
Tym bardziej, że Roise po tych kilku chwilach wreszcie zawyrokował o tym, czy miała mu wbić kosę pod żebra i odpowiedź wybrzmiała w nim stosunkowo jasno. Nie - nie sądził, aby trafił na kogoś takiego. Dlatego z tym spokojniejszą aprobatą przyjął stwierdzenie o powrocie tu nad ranem.
On do tego czasu miał odbyć swoje spotkanie i powrócić do domu, do Whitby, do Geraldine, zaszywając się w spokoju nad morzem i mając nadzieję nie wracać tu zbyt szybko.
- Do widzenia - odrzekł kulturalnie, obdarzając kobietę bardzo nieznacznym uśmiechem bez ujęcia oczu. - I powodzenia - mógłby przy tym dodać, ale tego nie zrobił.
Tego wieczoru, tej nocy całe powodzenie było potrzebne właśnie jemu. Naturalnie zachowywał je dla siebie. Kulturalnie przepuścił dziewczynę w przejściu, odsuwając się w taki sposób, aby mogła przejść obok niego bez wrażenia, że zaraz mógłby capnąć ją i zrobić jej jakąś krzywdę. Po czym odprowadził ją wzrokiem dopóki nie zniknęła we mgle.
Następnie sam ruszył w stronę tej samej linii lasu, w którą odradzał jej się kierować. Miał zamiar szybko załatwić swoje sprawy...
...jakże sromotnie się mylił. Od słowa do słowa, od gestu do gestu, od założenia do założenia. Bardzo szybko okazało się, że cała sprawa nie miała zająć chwili. Utknął w tym cholernym lesie z myślą, że jego dziewczyna najpewniej będzie na niego wkurwiona, bo nie wrócił na noc. A nie miał możliwości wysłać jej żadnej wiadomości.
Cóż. Przynajmniej wiedziała, gdzie się wybierał. A on nie znajdował się w żadnym niebezpieczeństwie. Po prostu spotkanie, które miało trwać stosunkowo krótko, okazało się większą wyprawą wgłąb lasu, bo ten debil nie zabrał ze sobą właściwych rzeczy.
Nim Ambroise się obejrzał, noc praktycznie minęła. Kiedy rozstał się z towarzyszem na skraju lasu, blade światło poranka zdążyło trwale zalać nieboskłon. Było jasno. Zimno, mroźnie, ale przyjemnie. Śnieg skrzył się w promieniach słońca a na niebie płynęły niewielkie obłoczki.
Piękna, naprawdę piękna pogoda. Idealna pora na to, żeby wrócić do domu, po drodze zahaczając o kwiaciarnię, choć zjebę w domu i tak miał mieć przepotężną i nieuniknioną. Więc równie dobrze mógł jeszcze przez chwilę rozejrzeć się po okolicy, starając się zlokalizować jakąkolwiek anomalię? Coś, o czym wspominała jego przypadkowa towarzyszka zeszłego wieczoru?
Mimo zimna, zsunął kaptur z głowy, potrząsając nią i poprawiając jasną, gęstą, falowaną kitkę z włosów. Odchrząknął, mocniej naciągnął rękawiczki i rozejrzał się po okolicy, mrużąc przy tym oczy, gdy dostrzegł, że najwyraźniej już zaczęli zbierać się tu spacerowicze. Niezwykłe jak na tę porę roku, ale nie zastanawiał się nad tym zbytnio. Wracał do domu.

Koniec sesji


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (3098), Avelina Paxton (1397)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa