05.11.2024, 11:10 ✶
Florence poświęciła większość swojego życia uzdrawianiu i klątwołamaniu. Nie należała do osób wszechstronnie utalentowanych, mocno skupiona na tej konkretnej dziedzinie, wyłamując się z rodzinnych tradycji dotyczących Departamentu Tajemnic z jednej strony i Przestrzegania Prawa z drugiej. Wciąż była jednak córką swojego rodu, a to oznaczało, że kiedy jeszcze była nastolatką, musiała nauczyć się obsługiwać przekładnie Bulstrodów – choćby po to, by swobodnie poruszać się po domu – następnym krokiem zaś była nauka ich montażu.
Nie zajmowała się tym od dawna. Nie musiała, nie pracowała w końcu w zabezpieczeniach, a wolała poświęcać się pracy w szpitalu. Ostatnimi czasy wszystko stawało się jednak… niespokojne. Voldemort, śmierciożercy, to po Beltane stało się nagle zagrożeniem znacznie bliższym niż Florence kiedykolwiek by się spodziewała. Problematyczne okazały się jednak także zupełnie inne sprawy, jakich nie spodziewała się jeszcze bardziej: takie jak bracia włamujący się do pokoi jej koleżanek, by wyrwać im serca albo historyczki magii dobijające się do drzwi jej kuzynostwa, aby połamać im żebra.
Florence nie była osobą szybką w działaniach, a jednak w pewnym sensie: była kobietą czynu. Kiedy widziała jakiś problem, którym należało się zająć, szukała rozwiązań. Dlatego niedługo po bijatyce braci Prewett – na tyle szybko, by nie wywietrzała z ich pamięć, ale na tyle późno, by Szkiele Wzro zrobiło swoje przy zrastaniu kości – stanęła na progu ich kamienicy z pudełkiem, wypełnionym komponentami. Skoro dała radę założyć przekładnie na sypialnię Geraldine, powinna poradzić sobie także tutaj.
– Dzień dobry, Basiliusie – przywitała się, gdy kuzyn otworzył drzwi. – Pomyślałam, że na wypadek, gdyby horda wściekłych historycznych magii wdarła się do waszego domu, przyda się wam jakieś pomieszczenie, do którego trudno się dostać – poinformowała, bez owijania w bawełnę. – Przekładnie Bulstrodów – dodała i stuknęła palcem w przyniesione pudełko. Nie było to może idealne zabezpieczenie – takie WON przydałoby się bardziej – ale uchodziło za niemożliwe do złamania i nie każdy miał możliwość, aby je sobie załatwić.
Nie zajmowała się tym od dawna. Nie musiała, nie pracowała w końcu w zabezpieczeniach, a wolała poświęcać się pracy w szpitalu. Ostatnimi czasy wszystko stawało się jednak… niespokojne. Voldemort, śmierciożercy, to po Beltane stało się nagle zagrożeniem znacznie bliższym niż Florence kiedykolwiek by się spodziewała. Problematyczne okazały się jednak także zupełnie inne sprawy, jakich nie spodziewała się jeszcze bardziej: takie jak bracia włamujący się do pokoi jej koleżanek, by wyrwać im serca albo historyczki magii dobijające się do drzwi jej kuzynostwa, aby połamać im żebra.
Florence nie była osobą szybką w działaniach, a jednak w pewnym sensie: była kobietą czynu. Kiedy widziała jakiś problem, którym należało się zająć, szukała rozwiązań. Dlatego niedługo po bijatyce braci Prewett – na tyle szybko, by nie wywietrzała z ich pamięć, ale na tyle późno, by Szkiele Wzro zrobiło swoje przy zrastaniu kości – stanęła na progu ich kamienicy z pudełkiem, wypełnionym komponentami. Skoro dała radę założyć przekładnie na sypialnię Geraldine, powinna poradzić sobie także tutaj.
– Dzień dobry, Basiliusie – przywitała się, gdy kuzyn otworzył drzwi. – Pomyślałam, że na wypadek, gdyby horda wściekłych historycznych magii wdarła się do waszego domu, przyda się wam jakieś pomieszczenie, do którego trudno się dostać – poinformowała, bez owijania w bawełnę. – Przekładnie Bulstrodów – dodała i stuknęła palcem w przyniesione pudełko. Nie było to może idealne zabezpieczenie – takie WON przydałoby się bardziej – ale uchodziło za niemożliwe do złamania i nie każdy miał możliwość, aby je sobie załatwić.