Noc była niczym ciemny woal roztaczający się nad budynkami w dolinie u podnóża Ben Nevis - jednego z bardziej urokliwych miejsc za dnia, teraz w nocy zaś pogrążonych w zupełnie innym klimacie. Zamiast jasnego światła dnia oblewającego blaskiem wypielęgnowane rośliny, kwitnące kwiaty i taflę pobliskiego jeziora, wydawało się, że na rozległy ogród spłynęła czarna, jedwabna zasłona dająca wrażenie znalezienia się gdzieś na pograniczu snu i rzeczywistości.
Nie dało się poddać w żadną wątpliwość to, że organizatorom tego wieczoru zdecydowanie chodziło o podobny efekt. Nic tu nie było przypadkowe. Od magicznego labiryntu pośrodku trawnika, który zaledwie kilka dni wcześniej był idealnie gładki, tylko na potrzeby tej jednej nocy zyskując wysokie ciemnozielone ściany z krzewów. Przez liczne fontanny tryskające nie tylko wodą, lecz także winem i szampanem. Po starannie umiejscowiony zespół muzyczny grający ciche, nastrojowe melodie słyszalne w każdym zakamarku ogrodu, ale nie natrętne tylko wyłącznie budujące eteryczny, mistyczny klimat.
Nieważne jak blisko muzyków by się było. Za każdym razem efekt był dokładnie ten sam i miało się wrażenie, jakby dźwięki muzyki dochodziły z bardzo daleka, splatały się z szelestem liści i poskrzekującym mamrotaniem nietoperzy przelatujących nad głowami gości balu.
Spoglądając na nie, odruchowo mocniej nasunął prostą białą maskę na oczy i poprawił długą, śnieżnobiałą pelerynę o obrzeżach przyozdobionych złotym haftem układającym się w plątaniny spiralnych roślinnych wzorów. Przekładając drewniany kostur do drugiej dłoni, strzepnął pelerynę w taki sposób, aby jasnoniebieska wewnętrzna część jedwabiu ułożyła się właściwie, poprawiając przy okazji włosy - na tę okazję znacznie dłuższe, ciemnosiwe i proste niczym druty. O stalowoszarym, niebieskawym poblasku wpasowującym się we wszystkie inne błękitne akcenty. Dyskretne, proste, nieprzesadzone. Przy gęstej szarej brodzie zupełnie zmieniającej rysy jego twarzy nie uważał, by potrzebował wiele więcej, aby wtopić się w przebrany tłum.
Uniósł głowę, podziwiając ciemne niebo, które zdobiły migoczące gwiazdy, starając się nie rozglądać po twarzach ludzi z tłumu, nie dając do zrozumienia, że mógł na kogokolwiek czekać. Choć przecież czekał, usiłując kryć przy tym uśmiech wypełzający mu na twarz na myśl, że z powodzeniem mogli już kilka razy minąć się w tłumie. Był cholernie zadowolony z tego stroju.
Wyglądało na to, że nawet ta mniej kontrolowana część natury sprzyjała ich gospodarzom. Po kilku ostatnich dniach wypełnionych deszczem i wiatrem, teraz było ciepło i sucho. Niemalże idealnie. Księżyc wisiał wysoko na niebie, oświetlając posiadłość w całej jej okazałości a zdecydowanie było na co patrzeć. Nocne powietrze było nasycone delikatnym zapachem jaśminu i bzu, które kwitły wśród innych bujnych, zielonych krzewów, jaśniejąc na ich tle.
Każdy zakątek ogrodu był przemyślany, misternie zaprojektowany. Ścieżki wijące się pomiędzy krzewami i zwisającymi gałęziami drzew oplecionych dzikim winem, bluszczem i bladoniebieską wisterią sprawiały wrażenie, jakby prowadziły do tajemniczych miejsc, gdzie działy się rzeczy, które mogłyby zaistnieć jedynie w snach.
Nic więc dziwnego, że ściany labiryntu niemal od razu przyciągały przybywających gości. Noc była jeszcze młoda, przyjęcie dopiero się zaczynało i miało trwać do białego rana. Mimo to niektórzy już czerpali pełnymi garściami z klimatu, racząc się bombelkami z letnimi owocami.
Powolnym krokiem przemierzał ogród, zmierzając w kierunku szerokich marmurowych schodów spływających łukiem na trawnik, skąpanych w bladofioletowym dymie pachnącym lawendą, maciejką i nocnymi kwiatami. Niespiesznie mijając roześmiane pary i rozmawiających ze sobą ludzi.
Wspaniałe suknie wyglądały jak uszyte z pajęczej nici, utkane z mgły albo wody, szaty były zdobione kryształami, które odbijały światło, jakby same świeciły, jak gdyby zaklęto w nich tęczę, a płaszcze i peleryny zdawały się lewitować w powietrzu. Wśród przebrań dało się dostrzec postaci ze legend, mitów i podań. Znanych i nieznanych, interpretacje, gotowe koncepty, przesadzone i nieprzesadzone. Każde bardziej skomplikowane od poprzedniego, bardziej wyszukane i eteryczne.
W pewnym momencie przystanął w miejscu, przysłuchując się słowom niskiego czarodzieja, wokół którego zgromadziła się całkiem liczna grupa. Niski, krępy mężczyzna był ubrany w kowenowe szaty koloru purpury, z maską z rogami, która bez wątpienia przedstawiała Gwyn ap Nudda - postać nie pasującą do szkockiego klimatu, jednak poniekąd na miejscu w tej atmosferze, w klimacie gęstego woalu nocy. Zdecydowanie chodziło o efekt, który udawało mu się osiągnąć.
Czarodziej całym sobą przyciągał do ciebie coraz ciaśniej otaczający go krąg ludzi, a gdy zaczął snuć swoją opowieść, cała uwaga skupiła się na nim. Mogło się zdawać, że jego głos wnikał w duszę zebranych jak melodia, przenosząc ich do innego świata. Opowiadał o podróżach do dalekich krain, o spotkaniach z legendarnymi bestiami oraz o wielkich bitwach stoczonych ze stworzeniami o przedziwnych nazwach.
Ambroise wyczuwał bezsens wszystkich tych słów, ale mimo to ich słuchał, postanawiając na kilka chwil pozostać w tym miejscu, bo gdzie indziej najłatwiej byłoby się spodziewać spotkania z kimś faktycznie posiadającym praktyczne doświadczenie z magicznymi stworzeniami, jeśli nie przy bajarzu z koziej dupy? Nie musiał się rozglądać. Po prostu czekał.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down