• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 16 Dalej »
[1952]The dove and the leopard fought at five o’clock || Vakel & Morpheus

[1952]The dove and the leopard fought at five o’clock || Vakel & Morpheus
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#1
27.11.2024, 08:34  ✶  

The dove and the leopard fought
at five o’clock
Morpheus Longbottom & Vakel Dolohov, 1952, Londyn



At five in the afternoon
At the stroke of five
The boy brought the white sheet
at five o’clock
A basket of lime all ready
at five o’clock
The rest was death and only death
at five o’clock

Wind carried off the cotton balls
at five o’clock
Rust scattered chrome and glass
at five o’clock
The dove and the leopard fought
at five o’clock
And a thigh with a desolate horn in it
at five o’clock
The bass strings began to thrum
at five o’clock
The bells of arsenic and smoke
at five o’clock
Federico García Lorca

Okultystyczne znaczenia dymu: W zależności od użytych ziół, dym może być użyty do łamania klątw, wzmacniania profetycznych umiejętności; oznacza też ofiarę całopalną i śmierć na przebłaganie bóstw.


Morpheus dokładnie pamiętał swój pierwszy pocałunek z Vasilijem. Potrafił, bez myślodsiewni, przywołać ten moment na powierzchnię wspomnień i odtworzyć w swojej głowie. Wtedy jeszcze Dolohov był niższy od niego, co zmieniło się mniej więcej półtora roku później, nadal miał jednak podobnie długie kończyny i wiotką figurę. Pamiętał wyraz jego twarzy, jak wyglądały jego piegi i ułożenie konkretnych kosmyków niesfornej grzywki.

Pamięć innych wydarzeń zacierała się w jego umyśle, w rozplenionych chwastach linii czasowych, które nie doszły nigdy do skutku. Vasilij był jego gwiazdą północną, nadającą mu kierunek, gdy zabłądził pośród nocy. Czasami rytuał między nimi był prosty. Czasami bardzo skomplikowany, bo byli skomplikowanymi ludźmi, otoczonymi konkretnymi oczekiwaniami. Vasilij był przy nim, gdy Morpheus wrócił z Ministerstwa z dziwnie pustym spojrzeniem, nieco przygasłym uśmiecham, duszą skażoną czymś, o czym nie chciał pisnąć ani słowa. Praca w Departamencie Przestrzegania Prawa tłamsiła go i nie tylko dla Dolohova zdejmował od razu po przekroczeniu progu ciemne, matowe, magiczne szaty. Szorował się z ludzi, z kodeksów i paragrafów, spłukiwał je razem ze wszystkimi bakteriami, zmywał z siebie rygor szufladek i mógł być dziwnym.

Wrześnie wyznaczały tak wiele ważnych ich dat. Początki. Rocznice. Nowe działania. Morpheus przychodził na każde wystąpienie Vasilija, chociaż nie zawsze wyglądał jak on sam, korzystając z drobnych błogosławieństw swojej szwagierki, słuchał jego przygotowań, a jeśli nikt z sali nie zadał odpowiedniego pytania, on to robił. Żeby zobaczyć pasje, z jaką Dolohov odpowiada, wstępując na naukowe salony. Nigdy nie zostawał długo, Vasilij wiedział dlaczego. Jasnowidzenie Morpheusa było ogniem, który trawił go po kawałku, a wyczuwanie intencji zbyt wielu kończyło się długą bezsennością i próbą ujarzmienia swojej głowy alkoholem.

To zaczęło się tydzień wcześniej. Dokładnie dwa tygodnie po tym, jak rodzina Vasilija ogłosiła jego zaręczyny z panną Mulciber, Morpheus wrócił do małego mieszkania na Horyzontalnej, kolebki niestworzonych idei i wniósł piach z ulicy do pracowni, nie zdejmując butów. Zaraz się poprawił, posprzątał po sobie i wszystko wróciło do normy, tylko że nie. To był dziwny czas, czas niepokoju i przez ostatnie tygodnie Longbottom dbał o ukochanego jak o najcenniejsze planetarium, zrobione z cieniutkich nitek złota, mogące zniszczyć się od samego podmuchu wiatru. Było źle i wciąż pamiętał sińce i krwiaki i godziny spędzone na opiece nad wątłą fizjonomią jasnowidza. A jednak, coś zimnego wkradło się w jego ruchy, coś co matowiło zębatki. Coraz częściej ignorował zadawane pytania, nocował w Warowni.

Pojawił się w ich pracowni, przemoczony do nitki, z bardzo dziwnym wyrazem twarzy. Woda z jego przydługich włosów skapywała na ramiona, a dalej po palcie w dół, tworząc niewielką kałużę dookoła jego osoby. Jego usta były niego sine, jakby spędził na ulewie zbyt dużo czasu. Tak właśnie było. Stał dziesięć minut w ulewie i wpatrywał się w światło w oknie i sylwetkę Vakela, która pojawiała się w nim czasami. Tak jak stał tam, tak teraz trwał w progu, niczym nieproszony gość. Zacisnął dłoń i ją rozluźnił. Różdżka emanowała ciepłem, które zamiast koić, parzyła. On sam dygotał z zimna.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
god (self-diagnosed)
If we swallow all the friends we have,
who will be there to blame
for things we've done

when the worlds collapse?
wiek
41
sława
VII
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
celebryta, widzący, twórca
Celebryta; Jedno z najbardziej znanych nazwisk Londynu. Nosi się w drogich ubraniach w gwieździste wzory, a jego ulubiony kolor to niebieski (najczęściej w ciemnych tonach, przeszywany złotą lub srebrną, błyszczącą nicią). Jest bardzo wysoki, ma ponad 180 centymetrów wzrostu i jest przy tym bardzo chudy, wręcz wychudzony. Zawsze przepięknie pachnie - nie wychodzi z domu bez spryskania się drogimi, męskimi pachnidłami. Czaruje słowem - wie jak mówić, aby docierać do ludzi.

Vakel Dolohov
#2
02.12.2024, 21:31  ✶  
Kimkolwiek była ta kobieta, Dolohov był całkowicie przekonany, że jej rodzinie na niej nie zależało. Gdyby uważali ją za osobę wartą czegokolwiek, jej ojciec kłóciłby się o to, żeby ją wydać za jednego ze starszych Dolohovów, a nie tego, na którego narzekały wszystkie ciotki. Wiecznie z głową w swoim gabinecie, nocującego na stertach książek i zapisków. Dla niektórych to podobno było wygodne - mąż, co go nigdy nie ma - święty spokój od rodziców żyjących mentalnie w poprzedniej epoce i ekonomiczna stabilność przy jednoczesnej możliwości robienia tego na co miało się ochotę. Tylko, że Dolohov gdzieś miał takie układy. Dlaczego miałby zwracać uwagę na kogoś mu obcego, jakkolwiek przejmować się jej samopoczuciem i losem, kiedy tak wiele było jeszcze do zdobycia? Ciągle patrzył w przyszłość - kierowały nim wielkie idee, przełom. I wbrew temu co mówił jego ojciec on miał z kim tu przełomowi iść. Nic tak nie rozgrzewało mu serca przed kolejnym wystąpieniem niż myśl o Morpheusie czekającym w Prawach Czasu z najnowszym wydaniem Proroka i tą swoją miną... Jakby się faktycznie patrzył na Boga, a nie szaleńca z dziwacznym poczuciem humoru. Istniało tak wiele rzeczy, o których chciał odpowiedzieć jemu i światu. Tak powinno wyglądać jego życie - pełne opowieści, za którymi szła wiedza zdobyta w pocie czoła i umysłu, a nie tych głupstw wyłapywanych z wiecznego klekotania pań w podeszłym wieku.

Wychodziło jednak na to, że granica tolerancji jego ojca była czymś, co dało się przekroczyć właściwie jednym zdaniem. Jeżeli nie chciałeś siedzieć w tej pracowni i szlochać jak nastolatek, to czasami zwyczajnie powinieneś zamknąć gębę. Prosta zasada, a jednak nie potrafił się do niej zastosować. Był zbyt impulsywny i chciał dostawać wszystko czego się chwytał. Jednym z elementów układanki na jakich trzymał swoje palce był Morpheus. W idealnym świecie Vakela nigdzie się on z Praw Czasu nie wybierał - ale jak miało się to skończyć teraz? Czy to... Mogło mieć dobre zakończenie? No przecież on nie chciał się żenić - jego miejsce było tutaj, z Longbottomem przy boku! Z nim i z innymi ludźmi wierzącymi w jego sukces. Tylko twarz go trochę bolała. Trochę bardzo. Trochę tak, że przestał widzieć na lewe oko, chociaż od godziny przykładał sobie do niego mrożonkę. Niby przyzwyczaił się do tego, że ojciec bił go za głupoty, ale jeszcze nigdy nie dostał tak mocno, żeby zastanawiać się nad pójściem do uzdrowiciela.

- Pszywołuje wspomnienia, co? - Spróbował zażartować, ale poruszanie obolałą twarzą wywoływało tak intensywny ból, że szybko tego pożałował. Zamiast śmiechu, z jego ust wydostało się syknięcie.

Wyglądał... źle. Skulony na kanapie próbował przeczekać najgorsze godziny po szarpaninie z nestorem rodu. Nie było tu ani Boga, ani kogokolwiek więcej poza przerażonym, choć upartym nastolatkiem w nieco doroślejszym ciele. Zadarł głowę do góry, wpatrując się w milczeniu w Morpheusa.


with all due respect, which is none
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#3
05.12.2024, 15:00  ✶  

Głos Vasiyenki wyrwał go z tego dziwnego marazmu. Niewyraźny, bełkoczący. Vasilij nigdy nie bełkotał.

Morpheus nie zerwał się i nie podbiegł do Vasilija, tylko dlatego, że nie sądził, aby nagłość i deszczówka sprawiły mu radość. Odwiesił płaszcz, zdjął buty, układając je równo na przeznaczonej do tego wycieraczce, odkleił od siebie wierzchnią szatę, również mokrą, zostając w samych spodniach i podkoszulku. Użył zaklęcia, aby osuszyć swoją głowę, chociaż tego nienawidził, włosy utworzyły dookoła niego krzywą, czarną aureolę kędziorów, odwykłych od swobody. Umył ręce i wtedy wrócił do ukochanego. Żart go nie rozbawił, przyozdobił jego powoli dojrzewające rysy marsem, dodającym mu jeszcze więcej lat i podobieństwa do Godryka.

— Zabiję go, wiesz o tym? Któregoś dnia rozwieszę jego wnętrzności na drzewku na Yule — warknął niewyraźnie pod nosem. To nie był pierwszy raz, kiedy agresja Morpheusa wychodziła na pierwszy plan, chociaż jedynie, co robił przy Vasiliju, były werbalne groźby. Tak często bluźnił przeciwko darom życia, a jednak tym razem brzmiało to nadwyraz prawdziwie, namacalnie, jakby została złamana jakaś bariera w głowie młodzieńca. 

Kartą urodzeniową Vasilija Dolohova była siła. Dama nie siłowała się z lwem na mięśnie, lecz była wewnętrzną harmonią, stabilizacją. Karta sukcesu, zapisanego w przeznaczeniu Vasiliya grubą nieskończonością nad głową kobiety. Ich wspólna przyszłość w prostym obrazie. Siła i jego lew. Lew, który mentalnie krążył po swojej klatce, skrobiąc pazurami po betonie. Pożerała go frustracja. Dlatego przywołał zaklęciem apteczkę i wyjął z niej dwa specyfiki.

— Dobrze, że zostawiłem maści od Elise — powiedział, klękając na podłodze obok Vasilija. Strach i gniew razem błyszczały w sarnich oczach. Ostatnim razem, gdy potrzebował smarowideł od szwagierki, rozciął sobie rękę w niefortunnym miejscu i krwawił jak zarzynana świnia, wyszedł mu wielki krwiak, który wyglądał bardzo groźnie, chociaż taki nie. Specyfiki Potterów pomagały głównie w kosmetyce, ale opuchlizna może zejdzie szybciej. — Pozwól mi...

Powoli sięgnął do woreczka z lodem. Gdyby to była Warownia, pierwsze, co Vasilij miałby na twarzy, to krwawy kawałek steka, ale to nie byli Longbottomowie, to był jego bóg. Jemu składa się ofiary innego rodzaju.

Nieprzyjemne uczucie przewalało mu się w żołądku. Poczucie, że powinien uciekać.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
god (self-diagnosed)
If we swallow all the friends we have,
who will be there to blame
for things we've done

when the worlds collapse?
wiek
41
sława
VII
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
celebryta, widzący, twórca
Celebryta; Jedno z najbardziej znanych nazwisk Londynu. Nosi się w drogich ubraniach w gwieździste wzory, a jego ulubiony kolor to niebieski (najczęściej w ciemnych tonach, przeszywany złotą lub srebrną, błyszczącą nicią). Jest bardzo wysoki, ma ponad 180 centymetrów wzrostu i jest przy tym bardzo chudy, wręcz wychudzony. Zawsze przepięknie pachnie - nie wychodzi z domu bez spryskania się drogimi, męskimi pachnidłami. Czaruje słowem - wie jak mówić, aby docierać do ludzi.

Vakel Dolohov
#4
05.12.2024, 21:05  ✶  
- Przestań, Morfeuszu.

Do tej pory uważnie obserwował jego ruchy po pomieszczeniu, ale teraz przekręcił głowę w bok, wlepiając wzrok w okno, o które wciąż obijały się krople deszczu.

- Jesteśmy naukowcami, bycie potworami bardzo chętnie zostawię mojej rodzinie. Niech się wypchają, z tym swoim całym... - Sapnął. To wcale nie było sapnięcie wywołane bólem podbitego oka - to słowa były teraz ciężarem nie do udźwignięcia. On nie wiedział, co powiedzieć. Niesłychana rzadkość i jednocześnie ostateczny dowód tego, że coś ukrywał.

Nie wzbraniał się przed pomocą. Wręcz przeciwnie - kiedy ich palce się zetknęły, chłopak bardzo szybko ustąpił - najwyraźniej opieka była dokładnie tym, czego oczekiwał. Wyglądało to tak, jakby chciał go sięgnąć, przycisnąć do siebie, ale coś nie pozwalało mu na zainicjowanie tej bliskości. Gula w gardle narastała do niepojętych rozmiarów.

- Nadal we mnie nie wierzy - powiedział i parsknął nieco żałosnym śmiechem. To nie był Dolohov znany komukolwiek - ten śmiech nosił w sobie znamiona rozpaczy i odrazy, ale w tym co mówił i jak mówił, kryło się coś jeszcze, coś o wiele bardziej oczywistego. Czysty strach. - Jest przekonany, że nie dostanę tego grantu na badania i nie będę mógł się utrzymać, więc ożenię się z nią dla pieniędzy. Próbował mnie moralizować, że jestem beznadziejnym synem, bo „dobrał mi żonę tak, żebym mógł pisać dalej te swoje wróżbickie pierdoły”. - Bardzo długo myślał, jednocześnie nie dał żadnej przestrzeni na wcięcie mu się w słowo, jakby trzymał tę chwilę i nie dopuszczał na odezwanie się kogokolwiek innego niż on. Kiedyś przecież musiał się do tego przyznać. - Uderzył mnie za powiedzenie, że nie ożenię się z tą Mulciberówną, bo kocham ciebie. - I chcę być z tobą.

Może nie zostało to zwerbalizowane, ale ten strach to był strach o Morfeusza właśnie. Oto tego felernego dnia uczynił osobę, którą kochał najbardziej na świecie obiektem nienawiści tyrana tak okrutnego, że opuszczał głowę w dół za każdym razem, kiedy znajdowali się w jednym pomieszczeniu. Dlaczego? Dzisiaj... klęczał przy jego nogach, jutro mogłoby go tutaj nie być.

Zakładał brak konieczności podzielenia się szeregiem wyzwisk, jakie padły w odpowiedzi.


with all due respect, which is none
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#5
05.12.2024, 22:55  ✶  

Lubił to słyszeć. Że jest naukowcem. Lubił słuchać Vasilija, więc długie wieczory mijały mu po prostu na piciu herbaty w fotelu i rzucaniu ewentualnych uwag odnośnie materii treściowej. Z ich dwójki to Vasiyenka był wizjonerem. Dlatego Morpheus odłożył z jego skroni lód, przyjrzał się urazowi z czujnością kogoś, kto może nie zna się na samym leczeniu, ale widział dostatecznie wiele urazów, często poważnych, aby wiedzieć, na co zwracać uwagę. Przysunął się trochę bardziej do opuchniętej części twarzy, obawiając się o uraz gałki ocznej.

Nabrał na palce magicznego smarowidła i zaczął rozprowadzać, tam gdzie skóra była obolała, siniała, gdzie krew pęczniała. Starał się robić to jak najdelikatniej, jak kochanek, a nie magilekarz, który ma jeszcze do obejścia dwudziestu pacjentów.

Zamarł, gdy padło ostatnie zdanie. Dziwne poczucie katastrofy w jego ciele nabrało rozpędu i przypominało kometę, która pędzi z niebios na Londyn i spadnie na Horyzontalną, aby ją spalić i pozostawić po sobie jedynie krater. Powiedział to. Powiedział to swojemu ojcu. Zimny deszcz przeszedł mu po plecach, ale zignorował go. Zrzucił na karb przemoczenia.

— Też cię kocham — odpowiedział z uczuciem, łapiąc jego dłoń i schylając się do knyknci, aby je ucałować, a później przyłożyć na nowo lód do opuchniętej powieki. Fizyczna afekcja była dość mocno obecna z jego strony, zdawał się tego potrzebować, mieć poczucie, że Dolohov na prawdę jest u jego boku. Pewna sztywność nagle była uzasadniona. Dolohov Senior wiedział. Wiedział o nim. Komu powie. Do czego to wykorzysta? Łatwo mu było wyobrazić sobie Godryka, który go po prostu wyrzuca z domu. Matka i ojciec się kochali, ale pod wieloma względami kobieta bardzo mocno wyznaczała swoje czasy, a i tak dość długo udało jej się wymieniać jedno dziecko (Aurorę, która została detektywem) na drugie (Morpheusa, o niemęskich dłoniach i zajęciach).

Nie wiedział, co powiedzieć więcej, bo zwyczajnie się bał. Jego ramiona spięły się, jak w oczekiwaniu na walkę. Musiał coś zrobić, a miał ochotę tylko stać się tym, czym według Vasilija nie był. Potworem.

— Wanna czy łóżko? Musisz odpocząć — zapytał, głos miał pełen napięcia. Nawet to kilka metrów w tę i w tamtą mogło mu pomóc. — Przeczytam ci moje uwagi do twojego artykułu, jeśli chcesz...

Cokolwiek, żeby nie myśleć, że on wie. I że właśnie przyklejono do jego pleców tarczę strzelniczą. To nic. Cierpienie uszlachetniania. Ulubione jagnię swojego Boga.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
god (self-diagnosed)
If we swallow all the friends we have,
who will be there to blame
for things we've done

when the worlds collapse?
wiek
41
sława
VII
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
celebryta, widzący, twórca
Celebryta; Jedno z najbardziej znanych nazwisk Londynu. Nosi się w drogich ubraniach w gwieździste wzory, a jego ulubiony kolor to niebieski (najczęściej w ciemnych tonach, przeszywany złotą lub srebrną, błyszczącą nicią). Jest bardzo wysoki, ma ponad 180 centymetrów wzrostu i jest przy tym bardzo chudy, wręcz wychudzony. Zawsze przepięknie pachnie - nie wychodzi z domu bez spryskania się drogimi, męskimi pachnidłami. Czaruje słowem - wie jak mówić, aby docierać do ludzi.

Vakel Dolohov
#6
07.12.2024, 02:45  ✶  
Też cię kocham to były słowa pożądane. Każdy człowiek chciał być kochany. Na różne sposoby. Jedni pragnęli uwielbienia i obsesji, inni spokojnej miłości, o którą mogli opierać się w trudnych chwilach. Dolohov (wbrew temu co uwielbiał o sobie opowiadać, wywyższając się ponad absolutnie wszystko, co było ludziom znane lub co przynajmniej podejrzewali o istnienie) nie był od tego wyjątkiem i gdyby ktoś go zapytał jakiej miłości oczekiwał - tej pełnej namiętności, ognia, czy może takiej spokojnej i stabilnej... odpowiedziałby wymijająco, oczywiście, ale w głębi ducha skryłby prawdę: oczekiwał każdej miłości. I Morpheus do tej pory dawał mu właściwie wszystko, o czym mógłby zamarzyć. Oto klęczał przed nim człowiek pragnący go cieleśnie, duchowo i umysłowo. Czuł się przy nim pożądany, podziwiany, otoczony opieką i czułością. Oczywiście, że czasem robił za dużo lub jego dotyk tego dnia stawał się zbyt szorstki, ale to przecież nie miało aż takiego znaczenia, prawda? Liczyła się średnia jego działań. Liczyła się też łącząca ich nić przeznaczenia, a ona mówiła coś bardzo prostego - nie tylko Longbottom miał obsesję na punkcie drugiej strony. To uczucie było obustronne i wbrew temu co można by myśleć, Dolohov wcale nie chciał ustępować mu w wyszukanych sposobach na okazanie drugiej stronie swojej zażyłości, jedynie okazywał to w nieco specyficzny sposób. Budowanie przestrzeni, kupowanie rzeczy, tworzenie miejsca, w którym mogli trwać razem i realizować swoje pasje - materialny język miłości nie był romantyczny (przynajmniej nie zdaniem większości znanych mu osób), a jednak był tym, jaki wybierał.

To też cię kocham nie było pozbawione zażyłości, niestety w powietrzu wciąż było wyczuwalne napięcie. Chłopak wiedział, skąd się brało, ale śmieszna sprawa - nie potrafił cofnąć czasu i wymazać durnego błędu, poza tym nie do końca wiedział jak. Nie uratuje go z tej pułapki żaden zmieniacz czasu. Nie przyzna się do bycia zepsutym moralnie - okej, ale to przecież wcale nie rozwiązywało sprawy wesela i...

- Chcę - odpowiedział na drugie pytanie, całkowicie pomijając pierwsze. Był nieuważny i rozkojarzony. Próbował odgonić jakkolwiek natrętne myśli zbierające mu w oczach łzy. - Albo nie chcę. - Może... to nie był dobry dzień na krytykę i... - Sam już nie wiem. - Jeśli był wizjonerem i mózgiem operacji, jeśli to on kreował te przestrzenie, zbierał tu zasoby, gromadził wiedzę, budował i tworzył, to naprawdę niewiele tego człowieka się w nim na ten moment ostało. Nie było żadnego wielkiego pomysłu - na tej sofce siedziała mała ludzka katastrofa, jaką nigdy nie chciał się stać.

Sprzeczność w działaniach. Z jednej strony drażniła go myśl o tym, że Morpheus widział go w takim stanie. Z drugiej pojawiało się w nim coś, czego do końca nie rozumiał. Strach przed jego zniknięciem. Wyjdzie stąd sam, albo ktoś go stąd zabierze, ale zniknie. I nieco bezwiednie, w reakcji na te obawy, zacisnął swoje palce na czymkolwiek mógł. Na jego rękach, albo na materiale ubrania.

Chciał zadać mu to jedno pytanie krążące po głowie, jedyne rozwiązanie kłębiące się gdzieś w pustce, jaką reprezentowała teraz jego głowa. Uciekniesz ze mną do Stanów? Albo gdziekolwiek indziej. Nie chciał za to pytać o rzeczy, które wolałby pozostawić nierozstrzygniętymi, świadom tego, jak bardzo prawda mogłaby go zawieść. Jesteś mną rozczarowany?

- Nie chcę być sam.

Czy próbujesz podsłuchiwać te niewypowiedziane pytania? To co chciałbym, żeby padło pomiędzy nami, ale nie chce przeleźć mi przez gardło?


with all due respect, which is none
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#7
10.12.2024, 22:39  ✶  

Czy Godryk go wydziedziczy? Czy matka się go wyrzeknie? Czy rodzeństwo będzie nadal się do niego odwiedzać? Nie wiedział, komu powie pan Dolohov. Komu zdradzi sekret syna. Czy następnego dnia będzie miał do czego wracać w pracy czy ujrzy jedynie świstek i puste biurko, a wszelkie drzwi się za nim zamkną. Jego świat wisiał na włosku, jego przyszłość. Wiedział, że Stany nie będą dla nich łaskawe.

Poddał swoją głowę chwili obecnej.

— Jestem tutaj, nie jesteś sam. — Może Morpheus podsłuchiwał. Może jednak znał jego ciąg myślenia bardziej, niż Vasilij chciał się do tego przyznać. Znał go lepiej niż własną duszę, gdy mówił: — Decyzja o grancie będzie niebawem. Jesteś geniuszem, przecież wiesz, że go dostaniesz. We dwoje nie musimy uciekać — gestem uniżenia grzesznicy z Nowego Testamentu, odsłonił skórę stóp Vasilija, przykładając do jednej policzek. Resztki deszczu, jak łzy oblewające Jeszułę. Metafora w metaforze. Ucałował je, w kompletnym zaprzeczeniu jakiejkolwiek granicy swojego uwielbienia. Największym wrogiem wolności był szczęśliwy niewolnik i nawet jeżeli teraz cierpiał, to przy Vasiliju właśnie taki był. Nie chował swojej wrażliwej myśli, drżącego umysłu, kruchych rzeczy, inaczej niż u Dolohova, Longbottom zdawał się topić w darze trzeciego oka. Dostrzegał za bardzo, zbyt niewyraźnie, dlatego przegrywał w walce ze samym sobą.

— Wybrać za ciebie czy potrzebujesz chwili? — Morpheus był niesamowicie fizyczną osobą. Lubił istnieć w przestrzeni, znać dotyk, dzielić go, a jednak w przestrzeni Vasilija stawał się niemal wyzbyty z potrzeb. Jego wieczny głód był nasycony, zaspokojony widokiem, zaspokojony dźwiękiem. Jak opowieści chrześcijańskiego folkloru, gdzie ekstaza przebywania z bogiem dawała wszystko, co było potrzebne. Poznając dogłębnie tarota, wczytywał się w historie o tych, którzy pozostawali skórą i kośćmi i żywili się jedynie ciałem swojego bóstwa, zrodzonego z ludzkiej kobiety.

Rozmasował kostkę Vasilija, aby zdjąć z pęcin napięcie. Uniósł ze swoich nizin spojrzenie na młodzieńca, czekając na pozwolenie, aby tamten mógł oddać władze w jego dłonie i pławić w rozkoszy poddania lub odzyskać rezon dyrygując swoim kochankiem wedle swojego upodobania. Longbottom był dziwakiem, ale to dobrze, bo Vasilij również był dziwny. Dorównywali sobie w tym wzajemnie, w tym niespotykanym rezonowniu dwóch różnych metali, wydających wspólnie jeden, czysty, świetlisty dźwięk, drżący w czaszce.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
god (self-diagnosed)
If we swallow all the friends we have,
who will be there to blame
for things we've done

when the worlds collapse?
wiek
41
sława
VII
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
celebryta, widzący, twórca
Celebryta; Jedno z najbardziej znanych nazwisk Londynu. Nosi się w drogich ubraniach w gwieździste wzory, a jego ulubiony kolor to niebieski (najczęściej w ciemnych tonach, przeszywany złotą lub srebrną, błyszczącą nicią). Jest bardzo wysoki, ma ponad 180 centymetrów wzrostu i jest przy tym bardzo chudy, wręcz wychudzony. Zawsze przepięknie pachnie - nie wychodzi z domu bez spryskania się drogimi, męskimi pachnidłami. Czaruje słowem - wie jak mówić, aby docierać do ludzi.

Vakel Dolohov
#8
11.12.2024, 16:13  ✶  
Nie był tutaj sam, to prawda, ale to nie znaczyło jeszcze, że zawsze będzie miał go obok. On zniknie. Jego przyszłość właśnie zrobiła się ciemna, bo dostęp do słońca przysłoniły mu czarne jak smoła chmury. Wszystko, co osiągnął. Wszystko, co budował... oh tak, był geniuszem, ale czy bycie geniuszem było wystarczające? Nie byłby pierwszym wizjonerem wchodzącym w życie z wielkim przytupem tylko po to, żeby wypalić się tak szybko jak zapałka.

Trzymał go wciąż i próbował zachować jakiekolwiek pozory stabilności, ale te jego ciało go zdradzało. Spadła z niego maska. Ręce, zawsze tak elegancko złożone, gestykulujące, teraz nerwowo szarpały Morpheusa za mankiety.

- Wszys-

Pociągnął nosem. Wyglądał, jakby szukał w wypowiadanych słowach, ucieczki, ale już teraz było oczywiste, że one go zdradzą.

- Wszystko, co miało nas zabezpieczyć rozpa-adnie się na kawałki. - Dolohov wyglądał jak poranione zwierzę. Zdesperowane, u kresu życia, jego ciałem wstrząsały konwulsje wskazujące na to, że kompletnie nie radzi sobie z tym, co go przytłacza. To był atak paniki, ale taki najgorszego sortu. Po chwili każde słowo, które próbował wypowiedzieć, ginęło w chrapliwym oddechu, aż wreszcie po opuchniętej twarzy popłynęła tak duża ilość łez, aby kompletnie się poddał. Jego wątłe ramiona zadygotały pod ciężarem prawdy. Ciężarem, którego już nie mógł udźwignąć.

Jego ciało drżało. Drżały jego chłodne dłonie, jego głos, noga ujęta przez Morpheusa.

- Ch...wili... - powiedział to, jakby w międzyczasie zadławił się powietrzem. - Co mi z jakiejkolwiek pojedynczej chwili - kontynuował bardzo niewyraźnie - skoro on cię zabije. Z-zabierze cię. - Zakrył twarz dłońmi. - Ja chcę każdą chwilę, każde drgnienie twojego serca, chciałem mieć to wszystko, a ty znikniesz. - Pociągnął nosem. Chciał przetrzeć oko z łez, ale to przecież nie było możliwe przez opuchliznę. Momentalnie przypomniał sobie o tym jak wygląda i na jego twarzy pojawił się niewyraźny grymas. - Zostanie po tobie tylko echo. - To nie było sprawiedliwe. Historie o miłości nie powinny kończyć się w taki sposób.

Puste echo tych pocałunków. Miał być na zawsze, a teraz wydawało mu się, że każde wzniesienie się klatki piersiowej Morpheusa zwiastowało koniec. Zgubę. Być z nim to jak pozwolić trawić się ogniu, ale przecież każdy jego dotyk bił w sercu Dolohova jak dzwon.

- To wszystko wkrótce zniknie - i załkał. Zamilkł już kompletnie, nic z siebie nie mógł wydusić. To wszystko wkrótce zniknie, a ja boję się, milczę, umieram. Wystawił do niego ręce, w błagalnym geście, żeby go wreszcie chwycił, ale trochę też po to, żeby złapać coś, co na ten moment wydawało mu się nieuchwytne.


with all due respect, which is none
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#9
11.12.2024, 21:48  ✶  

Otulił Vasilija swoimi ramionami i przyciągnął do siebie, siadając obok niego na sofce, aby oparł zdrowy policzek o jego klatkę piersiową, aby wsłuchał się w bicie serca, wcale nie tak spokojne, ale stanowiące sprzeciw wobec tej śmierci, o której chlipał Vakel. Z pozycji służącego, do pozycji obrońcy. Oddawał mu ciepło swojego ciała, swój oddech. Gładził ramię i plecy powolnymi, okrężnymi ruchami, próbującgo go uspokoić, chociaż panika i napięcie rosło razem z nim. On też bał się umrzeć, bał się tego, co może mu zrobić ojciec Vasilija, ale próbował być silny. Udawał, że jego policzków nie znaczą ścieżki łez tylko znów pada.

A przecież zawsze to wiedzieli, że Morpheus nosi na sobie ciężar terminu. Wszystko układało się zgodnie z tym, co mu zapowiedział w pierwszych dniach ich rodzącej się zażyłości i sprzeciwiał się ciemności, aby żyć kolejnego dnia i kolejnego. Dla siebie i dla niego.

— Eurydyka... Ona nie-nie wznosi protestu, b-bo wobec czego? Wobec tego, że jest kochana? — powiedział mu szeptem, łamiącym się, niekoniecznie uspokajająco, nie zapewniał go, że będzie dobrze, bo ciążace na jego ramionach poczucie nadchodzącego końca tylko pogłębiało się z każdym słowem. Jak miał też go przekonać, skoro piekielne vibratto strachu tak łatwo go pokonywało. — Nawet jeżeli... Coś się stanie, nie podążaj moją ścieżką. Obiecaj mi. Że-że stworzysz Prawa Czasu i będziesz... Będziesz najjaśniejszą gwiazdą.

Nawet jeżeli ojciec Vasilija będzie chciał go zabić, jego ukochany mógł mieć pewność, że nie odjedzie łagodnie do Limbo, zabierze ze sobą jak najwięcej, najlepiej również swojego... Ich opresora. Cis był dobrym drewnem, gdy chodziło o magię która ma krzywdzić innych. Tak samo, jak smocze serce. Morpheus bardzo często mówił o predestynacji i narzędziach czarodziejów, o sprzeciwie wobec ścieżki przeznaczenia, o nagłych zmianach. Analizował składowe. Najwięcej czasu zaś poświęcił właśnie cisowi, materiałowi, który łączył różdżkę jego i Vasilija. Jednego wieczoru, gdy leżeli wspólnie pod pościelą pachnącą krochmalem, opowiedział mu o łożu małżeńskim króla Itaki i jego żony, wyrzeźbionym z rosnącego drzewa oliwnego. Nasze będzie cisowe. Dokładnie tak powiedział.

Teraz pozostało mu tulić Vasilija, patrząc na ich odbicie w szybie, w dreszczu obawy. Nie chciał, żeby ten moment, jakkolwiek okrutny by nie był, się kończył, bo to, co mogło nadejść jako następne, napawało jeszcze większym lękiem. Całował więc czubek głowy Vasilija, wdychał jego zapach, nie mogąc ofiarować mu więcej słów pocieszenia.

Pociągnął nosem. Oczy miał opuchnięte.

— Zawsze będziesz mnie miał. Zawsze.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
god (self-diagnosed)
If we swallow all the friends we have,
who will be there to blame
for things we've done

when the worlds collapse?
wiek
41
sława
VII
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
celebryta, widzący, twórca
Celebryta; Jedno z najbardziej znanych nazwisk Londynu. Nosi się w drogich ubraniach w gwieździste wzory, a jego ulubiony kolor to niebieski (najczęściej w ciemnych tonach, przeszywany złotą lub srebrną, błyszczącą nicią). Jest bardzo wysoki, ma ponad 180 centymetrów wzrostu i jest przy tym bardzo chudy, wręcz wychudzony. Zawsze przepięknie pachnie - nie wychodzi z domu bez spryskania się drogimi, męskimi pachnidłami. Czaruje słowem - wie jak mówić, aby docierać do ludzi.

Vakel Dolohov
#10
15.12.2024, 19:50  ✶  
Cielesność nigdy nie była jego mocną stroną - dotyk był dla Dolohova bardziej częścią gierek niż faktycznego poszukiwania cudzego ciepła i bliskości. Nie nawykł do tego. Wychował się w domu pozbawionym takich gestów i wsiąknęło to w niego permanentnie. Pasowało to do obrazu majestatycznego boga będącego ponad wszystkim, niekoniecznie do zagubionego w rzeczywistości chłopaka poszukującego pocieszenia w partnerze. A jednak. Coś... coś sprawiało, że dzisiaj było inaczej.

Objął go szczelnie, ciasno i utonął w tym. W nim. W człowieku, na którym bardzo głęboko polegał, chociaż ciągle wmawiał sam sobie, że byłby w stanie utrzymać ich i jeszcze tłum innych osób mu podlegających. Okazywało się, że w tym wielkim planie zawodziła jedna, drobna sprawa - to że świat to nie było jedynie pociąganie za sznurki i naciskanie na odpowiednie klawisze, aby ustawić się w odpowiedniej pozycji. W tym wszystkim pojawiało się coś jeszcze. Emocje zduszone głęboko, potrzeby zgoła inne niż obsesja i chęć kontrolowania wszystkiego wokół. Czasami tym czego potrzebowali tak maniakalni ludzie było przypomnienie im, że porażki nie oznaczały końca, a zawalenie się sufitu nie oznaczało jeszcze opuszczenia ich przez każdego. Potknięcia były częścią istnienia, powtarzał to wszystkim - nie powinien zapominać tego sam.

- Morpheusie... - załkał, ledwo słyszalnie przez skrycie twarzy w jego koszuli. - Morpheusie przecież ja to udźwignę i zawsze miałem to udźwignąć, ale po co mi to wszystko jak nie będzie w tym ciebie? Ja nie... - Przełknął ślinę, nie dowierzając gdzież zaprowadził go los. - Nigdy nie podejrzewałem scenariusza, w którym naprawdę znikasz i to ja wydałem na ciebie wyrok. Nie-

Znów głucha cisza.

Nie byłeś nigdy częścią tego planu, a jednak kiedy przeszedłem do jego realizacji, wiedziałem dobrze, że wznoszę to dla nas.

- Jestem przerażony.

A niedługo będzie musiał stąd wyjść i udawać.

- N-nie - gula w gardle znów nie pozwalała mu tego powiedzieć.

Odetchnął. Piekło go w przełyk jakby ktoś mu kazał wypić jakiś kwas, a to tylko gorycz i rozpacz wylewały mu się z duszy wszędzie tam, gdzie mogły sięgnąć.

- N-nie chcę cię trrr---

Urwał i już można było pomyśleć, że tego z siebie nie wydusi, ale te słowa wylały się z niego tak, jak woda przebijająca wreszcie wniesioną na przekór niej tamę.

- Stracić cię. Jesteś miłością mojego życia - zadarł głowę w górę, znów zaciskając na nim ręce. Tym, co z niego teraz wybrzmiało była agresja, a nie bezbronność. Płomienna agresja, która stworzyłaby najsmutniejsze czarnomagiczne zaklęcie, jakie widział ten świat. - Jesteś miłością mojego życia, a ja się w tym zdradziłem i - wyraz jego twarzy znów się zmienił, wykrzywił się jak od kwaśnej cytryny i buchnął płaczem jeszcze raz - to cholerne przeznaczenie - i jeszcze raz - jak lokomotywa parowa, lecz tym razem doszło do tego drżenie chuderlawych rąk - I CO JA NIBY MAM ZROBIĆ? - Błagalny ton zdradzał to, jaką miał na to odpowiedź. - Nic. Nie umiem zrobić nic. - Złapał go wyżej, za kołnierz. - C-co ja mam ci obiecywać, że będę dalej sobą? Niech ta cholerna gwiazda zgaśnie, jeżeli to znaczy, że się będę budził z tobą w jednym łóżku nawet na końcu świata. Co mnie niby tu trzyma?!


with all due respect, which is none
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Morpheus Longbottom (2983), Vakel Dolohov (3166)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa