11.12.2024, 02:43 ✶
W jednej z ciasno przytulonych do siebie uliczek, w miejscu, w którym neutralność Alei Horyzontalnej stopniowo zamieniała się w obmierzłość Nokturnu, znajdował się pub. Właściwie, to nazywanie tej speluny pubem było przerostem formy nad treścią. Thirsty Joe, bo tak nazywał się tej wątpliwej reputacji przybytek, swoje lata świetności miał już dawno za sobą. Po śmierci właściciela - od którego wziął swą nazwę - stał się jednym z wielu podupadających lokali cuchnących tanimi papierosami, z odrapanymi meblami i zdecydowanie zbyt drogimi pintami jak na ilość rozcieńczonej w nich wody. Mimo to stał się miejscem spotkań lokalnych szumowin - zbyt łajdackich, by spotykać się w mniej obskurnych miejscach, a jednocześnie zbyt porządnych, by zabawiać się na Nokturnie. Punkt przejściowy. Pijacki czyścieć.
Zdecydowanie nie było to miejsce, które pasowało do kogoś takiego jak Perseus Black. Nie był to lokal, w którym powinien znaleźć się szanowany (przynajmniej miał taką nadzieję) uzdrowiciel. Gdyby ktoś powiedział mu, że od alkoholu, który tam podawano, można było poważnie się zatruć, uwierzyłby na słowo i nawet nie chciałby sprawdzać na własnej skórze. A mimo to właśnie to miejsce stało się celem podróży Perseusa - a właściwie jego dach. Podczas swoich młodzieńczych pijackich przygód odkrył, że w zaułku za pubem znajduje się drabina prowadząca na samą górę. A z niej z kolei rozciągał się widok na część magicznego Londynu; migoczące światła Alei Horyzontalnej, stłumiony blask Nokturnu i złota poświata splendoru Pokątnej.
Nie, to nie był jego świat. A mimo wszystko lubił tam przychodzić. Lubił stłumione odgłosy wrzawy dochodzące z dołu, stukot szkła i muzykę starej szafy grającej. Lubił patrzeć na migotliwe światła i... myśleć. Po prostu myśleć, przestać na moment być Perseusem Blackiem i stać się człowiekiem. Po prostu człowiekiem, samotnym tak bardzo, jak tylko można poczuć się samotnym w tak wielkim mieście. Miał przy sobie butelkę wina ukrytą skrzętnie w wewnętrznej kieszeni jego marynarki - jedną z tych, która została mu to tym nieszczęsnym weselu. Planował upić się nią samotnie na dachu, a potem... Potem co? Jeśli będzie miał szczęście, spadnie z niego i skręci sobie kark.
Minęły lata, a drabina wciąż była na swoim miejscu. Nieco zardzewiała, w dwóch miejscach brakowało szczebli, ale wciąż spełniała swoją funkcję. Szkoda tylko, że Perseus nigdy nie miał dobrej kondycji, dlatego kiedy wreszcie dotarł na górę, potrzebował dłużej chwili na złapanie oddechu. Rozejrzał się po dachu, a chłodny, zwiastujący jesień wiatr szarpnął za poły jego marynarki i rozwiał włosy. Dach tego wieczora był pusty, choć - jak domyślił się po dwóch przewróconych skrzynkach leżących na środku - nie była to tylko jego samotnia. Usiadł na jednej z nich z wahaniem, jakby zastanawiając się, czy nie załamie się pod jego ciężarem. Potem mocował się z butelką wina, ale zanim zdążył upić z niej pierwszy łyk, usłyszał charakterystyczne trzeszczenie metalowej drabiny. Twarz Perseusa mimowolnie ściągnęła się w grymasie stanowiącym pomieszanie lęku i niezadowolenia. Kiedy jednak zdał sobie sprawę z tego, że osobą przerywającą jego samotne rozmyślania była młoda dziewczyna, dziecko właściwie, jego rysy natychmiast złagodniały, a sam przybrał niemalże paternalistyczną postawę.
— To chyba nie jest najlepsze miejsce dla młodej damy — rzekł zamiast powitania, nie rozpoznając w dziewczynie młodej Mulciberówny. A nawet gdyby z jakiegoś powodu jej twarz wydała mu się znajoma, nie potrafiłby dopasować jej do żadnego imienia. Wyglądało to co najmniej komicznie - on, odziany w bawełniany garnitur i kaszmirowy sweter, z elegancką laską opartą o swoje ramię i butelką koszmarnie drogiego wina w swojej dłoni, znajdował się na szycie lokalu o wątpliwej reputacji i śmiał pouczać obcą osobę o tym, czy to odpowiednie miejsce...
Zdecydowanie nie było to miejsce, które pasowało do kogoś takiego jak Perseus Black. Nie był to lokal, w którym powinien znaleźć się szanowany (przynajmniej miał taką nadzieję) uzdrowiciel. Gdyby ktoś powiedział mu, że od alkoholu, który tam podawano, można było poważnie się zatruć, uwierzyłby na słowo i nawet nie chciałby sprawdzać na własnej skórze. A mimo to właśnie to miejsce stało się celem podróży Perseusa - a właściwie jego dach. Podczas swoich młodzieńczych pijackich przygód odkrył, że w zaułku za pubem znajduje się drabina prowadząca na samą górę. A z niej z kolei rozciągał się widok na część magicznego Londynu; migoczące światła Alei Horyzontalnej, stłumiony blask Nokturnu i złota poświata splendoru Pokątnej.
Nie, to nie był jego świat. A mimo wszystko lubił tam przychodzić. Lubił stłumione odgłosy wrzawy dochodzące z dołu, stukot szkła i muzykę starej szafy grającej. Lubił patrzeć na migotliwe światła i... myśleć. Po prostu myśleć, przestać na moment być Perseusem Blackiem i stać się człowiekiem. Po prostu człowiekiem, samotnym tak bardzo, jak tylko można poczuć się samotnym w tak wielkim mieście. Miał przy sobie butelkę wina ukrytą skrzętnie w wewnętrznej kieszeni jego marynarki - jedną z tych, która została mu to tym nieszczęsnym weselu. Planował upić się nią samotnie na dachu, a potem... Potem co? Jeśli będzie miał szczęście, spadnie z niego i skręci sobie kark.
Minęły lata, a drabina wciąż była na swoim miejscu. Nieco zardzewiała, w dwóch miejscach brakowało szczebli, ale wciąż spełniała swoją funkcję. Szkoda tylko, że Perseus nigdy nie miał dobrej kondycji, dlatego kiedy wreszcie dotarł na górę, potrzebował dłużej chwili na złapanie oddechu. Rozejrzał się po dachu, a chłodny, zwiastujący jesień wiatr szarpnął za poły jego marynarki i rozwiał włosy. Dach tego wieczora był pusty, choć - jak domyślił się po dwóch przewróconych skrzynkach leżących na środku - nie była to tylko jego samotnia. Usiadł na jednej z nich z wahaniem, jakby zastanawiając się, czy nie załamie się pod jego ciężarem. Potem mocował się z butelką wina, ale zanim zdążył upić z niej pierwszy łyk, usłyszał charakterystyczne trzeszczenie metalowej drabiny. Twarz Perseusa mimowolnie ściągnęła się w grymasie stanowiącym pomieszanie lęku i niezadowolenia. Kiedy jednak zdał sobie sprawę z tego, że osobą przerywającą jego samotne rozmyślania była młoda dziewczyna, dziecko właściwie, jego rysy natychmiast złagodniały, a sam przybrał niemalże paternalistyczną postawę.
— To chyba nie jest najlepsze miejsce dla młodej damy — rzekł zamiast powitania, nie rozpoznając w dziewczynie młodej Mulciberówny. A nawet gdyby z jakiegoś powodu jej twarz wydała mu się znajoma, nie potrafiłby dopasować jej do żadnego imienia. Wyglądało to co najmniej komicznie - on, odziany w bawełniany garnitur i kaszmirowy sweter, z elegancką laską opartą o swoje ramię i butelką koszmarnie drogiego wina w swojej dłoni, znajdował się na szycie lokalu o wątpliwej reputacji i śmiał pouczać obcą osobę o tym, czy to odpowiednie miejsce...
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory