29.12.2024, 16:11 ✶
Bajki i baśnie były obrazem świata widzianym oczami dzieci. Pełne szczęśliwych zakończeń, gdzie zło uginało się pod dobrem, wszyscy żyli długo, a w królestwie panował pokój. Ale prawdziwy świat tak nie wyglądał. Był brudny, paskudny, pielęgnował korupcję nad piękno. Zniszczenie i pożogę nad śmiech dzieci. Baldwin poznał ten świat – dławił się nim za każdym razem, gdy wpatrywał się w pełne smutku oczy Lorraine, zastanawiając się czasem czy nie lepiej byłoby jej w ciepłych objęciach Matki niż na tym ziemskim padole.
W pierwszej chwili nawet nie zareagował na złość Charliego, chyba nawet jej nie dostrzegał. Zbyt wielu ludzi było wiecznie na niego wściekłych, by zwracał uwagę na takie drobiazgi.
To nie jest uczciwe!
- Co nie jest uczciwe Charlesie?- Zapytał beznamiętnie, unosząc lekko brwi.- Słuchaj ja naprawdę nie chcę ci psuć sielsko-anielskiego wyobrażenia tego wszystkiego, stary. Ale Greybackowie to wilkołaki. Wszyscy to wiedzą. Nie wiem czy twojej pannie wyrasta ogonek w pełnię, ale wyobraź sobie, że wiem co ta rodzina odpierdala na Nokturnie.- Odstawił szklankę na stolik, zwyczajnie kręcąc głową na ten nagły wybuch. Charlie zachowywał się tak jakby fakt, że jego wybranka miała więcej psiej krwi niż czarodziejskiej było winą Malfoy’a. Każdy miał jakieś fetysze, a Baldwin nie zamierzał niepotrzebnie się wpieprzać w te Mulciberowe. Pieprzenie wilkołaków? Co następne? Mugole? Ghoule?
Słuchał go. Nie przerywał ani przez moment, ale z każdym kolejnym warkniętym w jego stronę słowem coś się w Baldwinie zmieniało. Drgnął. Zamrugał parokrotnie.
- Do twojego domu Charlesie? Dorobiłeś się na chujkoświeczkach czy ci go alfons opłaca? – Podniósł się nareszcie z kanapy, a Rozalinda skorzystała z okazji i ześlizgnęła się do jego kieszeni. Uniósł ręce w nonszalanckim, obronnym geście, jakby miał przed sobą co najmniej krawężnika z BUMu. Panie władzo proszę nie strzelać, obiecuję już nie bazgrać brzydkich graffiti na murach banku Gringotta i sugerować że pańska matka tanią prostytutką była!- Jaśnie pan wybaczy, że się wpraszam. Zapomniałem, że niektóre rody domagają się audiencji jak u mugolskiej królowej.- Jego ton nagle uderzył w zimne, niemal wściekłe nuty, choć sam Baldwin zniżył swój głos do szeptu.- Wiesz co Charlesie. Kiedy Cię zobaczyłem w Czarownicy myślałem, że nareszcie pojawił się ktoś ciekawy w tym nudnym jak pizda mieście. Myślałem, że wreszcie ktoś widzi czym jest sztuka. A teraz…- Pokręcił powoli głową, niemal zrezygnowany.- Teraz już chyba zaczynam rozumieć dlaczego za każdym kurwa razem, kiedy Scarlett się z tobą widzi wraca tak zraniona. To było dla mnie niepojęte. Zastanawiałem się co takiego mówi jej, jej własny brat, że te błękitne oczy błyszczą od wściekłości i bólu? Zabiłbym się, gdybym kiedykolwiek na dźwięk mojego imienia usta Calanthe wykrzywił grymas niechęci. Ale przecież kim ja kurwa jestem, żeby ci cokolwiek radzić, nie?- Wyprostował się spoglądając na chłopaka z wyuczoną latami czystokrwistego wychowania zimną obojętnością. Matka byłaby dumna. Pomyślał z obrzydzeniem do niej i samego siebie.
- Uważasz się za lepszego, Charlie? W tym swoim żałośnie pustym mieszkanku, kompletnie samotny wieczorami; bez nikogo, bo nawet twoja siostra siedzi teraz u mnie w domu. - Na twarzy Baldwina na nowo wykwitł ten parszywy, wszechwiedzący uśmieszek.- Jestem pewien, że tatuś będzie z ciebie dumny jak usłyszy, że się kundlisz z panną półkrwi.
W pierwszej chwili nawet nie zareagował na złość Charliego, chyba nawet jej nie dostrzegał. Zbyt wielu ludzi było wiecznie na niego wściekłych, by zwracał uwagę na takie drobiazgi.
To nie jest uczciwe!
- Co nie jest uczciwe Charlesie?- Zapytał beznamiętnie, unosząc lekko brwi.- Słuchaj ja naprawdę nie chcę ci psuć sielsko-anielskiego wyobrażenia tego wszystkiego, stary. Ale Greybackowie to wilkołaki. Wszyscy to wiedzą. Nie wiem czy twojej pannie wyrasta ogonek w pełnię, ale wyobraź sobie, że wiem co ta rodzina odpierdala na Nokturnie.- Odstawił szklankę na stolik, zwyczajnie kręcąc głową na ten nagły wybuch. Charlie zachowywał się tak jakby fakt, że jego wybranka miała więcej psiej krwi niż czarodziejskiej było winą Malfoy’a. Każdy miał jakieś fetysze, a Baldwin nie zamierzał niepotrzebnie się wpieprzać w te Mulciberowe. Pieprzenie wilkołaków? Co następne? Mugole? Ghoule?
Słuchał go. Nie przerywał ani przez moment, ale z każdym kolejnym warkniętym w jego stronę słowem coś się w Baldwinie zmieniało. Drgnął. Zamrugał parokrotnie.
- Do twojego domu Charlesie? Dorobiłeś się na chujkoświeczkach czy ci go alfons opłaca? – Podniósł się nareszcie z kanapy, a Rozalinda skorzystała z okazji i ześlizgnęła się do jego kieszeni. Uniósł ręce w nonszalanckim, obronnym geście, jakby miał przed sobą co najmniej krawężnika z BUMu. Panie władzo proszę nie strzelać, obiecuję już nie bazgrać brzydkich graffiti na murach banku Gringotta i sugerować że pańska matka tanią prostytutką była!- Jaśnie pan wybaczy, że się wpraszam. Zapomniałem, że niektóre rody domagają się audiencji jak u mugolskiej królowej.- Jego ton nagle uderzył w zimne, niemal wściekłe nuty, choć sam Baldwin zniżył swój głos do szeptu.- Wiesz co Charlesie. Kiedy Cię zobaczyłem w Czarownicy myślałem, że nareszcie pojawił się ktoś ciekawy w tym nudnym jak pizda mieście. Myślałem, że wreszcie ktoś widzi czym jest sztuka. A teraz…- Pokręcił powoli głową, niemal zrezygnowany.- Teraz już chyba zaczynam rozumieć dlaczego za każdym kurwa razem, kiedy Scarlett się z tobą widzi wraca tak zraniona. To było dla mnie niepojęte. Zastanawiałem się co takiego mówi jej, jej własny brat, że te błękitne oczy błyszczą od wściekłości i bólu? Zabiłbym się, gdybym kiedykolwiek na dźwięk mojego imienia usta Calanthe wykrzywił grymas niechęci. Ale przecież kim ja kurwa jestem, żeby ci cokolwiek radzić, nie?- Wyprostował się spoglądając na chłopaka z wyuczoną latami czystokrwistego wychowania zimną obojętnością. Matka byłaby dumna. Pomyślał z obrzydzeniem do niej i samego siebie.
- Uważasz się za lepszego, Charlie? W tym swoim żałośnie pustym mieszkanku, kompletnie samotny wieczorami; bez nikogo, bo nawet twoja siostra siedzi teraz u mnie w domu. - Na twarzy Baldwina na nowo wykwitł ten parszywy, wszechwiedzący uśmieszek.- Jestem pewien, że tatuś będzie z ciebie dumny jak usłyszy, że się kundlisz z panną półkrwi.