• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [06.09.1972] the truth beneath the rose | Ambroise & Geraldine

[06.09.1972] the truth beneath the rose | Ambroise & Geraldine
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
16.02.2025, 22:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:49 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

Maida Vale, 06.09.1972, poranek

Poranek należał do tych przyjemnych. Roise nieco zaskoczył ją swoim pomysłem, ale stwierdziła, że na niego przystanie, zresztą nigdy nie potrafiła mu odmawiać - no prawie nigdy. To miała być randka! Pierwsza od dawien dawna, co samo w sobie sprawiało, że ten dzień należał do dosyć wyjątkowych.

Nie wrócili na noc do Whitby, Greengrass w końcu zaprosił ją do swojego mieszkania przy Horyzontalnej, o którym dowiedziała się ledwie kilka dni temu. To też było dla niej dość zaskakujące, zwłaszcza że mieszkał tuż nad ich wspólnym przyjacielem, co właściwie uważała za całkiem nie najgorszy pomysł. Dobrze było mieć świadomość, że otaczają się znajomymi ludźmi.

Także ten dzień miał być inny od wszystkich poprzednich, bo Ambroise postanowił wziąć ją na randkę, taką prawdziwą randkę. Zdążyła się nawet ubrać w długą, zwiewną sukienkę w butelkowo zielonym kolorze, kiedy jej chłopak, w sumie chyba nie chłopak, ale mniejsza o to, poszedł do najbliższej kwiaciarni po bukiet. Oczywiście, że do tej sukienki ubrała swoje ciężkie buty ze smoczej skóry, bo jakże by inaczej, ale zdążyła na szybko się ogarnąć i wyglądała wyjątkowo dobrze, jak na siebie samą. Rzadko kiedy można było spotkać ją w takiej odsłonie. Wiatr rozwiewał jej długie włosy, na twarzy Yaxleyówny gościł uśmiech, bo czuła, że coś się zmienia, że może faktycznie jeszcze nie wszystko stracone. Sam Ambroise również prezentował się dzisiaj wyjątkowo elegancko, cóż, w jego przypadku to wcale nie było takie dziwne, mimo wszystko nie przestawała rzucać w jego kierunku ukradkowych spojrzeń. Nie mogła się jakoś przed tym powstrzymać.

Słońce dosyć nieśmiało wyglądało zza chmur, jednak w powietrzu czuć było już zbliżającą się jesień. Dzień należał do tych przyjemnych i ciepłych, jednak lato zdecydowanie już postanowiło ich opuścić. Mieli całkiem sporo planów na ten dzień, ale mieli go zacząć od wizyty w Maida Vale.

Yaxleyówna ścisnęła mocniej dłoń Roisa, gdy znaleźli się przed jedną z bram do ogrodów. Nie do końca była pewna co tutaj robili, niby Roise nakreślił jej nieco sytuację, ale niespecjalnie ją to obchodziło. Grunt, że byli tu razem, na oficjanlnej randce.

W lewej dłoni trzymała bukiet lilii, które wręczył jej Ambroise, nie wiedzieć czemu, najczęściej to właśnie je od niego dostawała, przeczuwała, że te kwiaty były chyba jego ulubionymi, a może jej ulubionymi, może ich razem? Cóż, to też nie było dzisiaj najważniejsze, zresztą z tego, co jej się wydawało mieli też oglądać teraz jakieś specjalne kwiatki. Nie, żeby była ogromną pasjonatką roślin, ale w tym wypadku zupełnie jej to nie przeszkadzało.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#2
17.02.2025, 00:11  ✶  
Ten dzień był inny. Ambroise czuł to od samego rana. Od chwili, gdy o brzasku obudzili się w mieszkaniu przy Horyzontalnej, czując chłodnawy powiew płynący z niedomkniętych drzwi balkonowych. Z jasną strugą światła słonecznego bijącego po oczach przez niedbale zaciągnięte kotary. Z uczuciem całkiem błogiego spokoju ogarniającego duszę. Szczególnie wtedy, kiedy korzystając z wczesnej pory, nie musieli zrywać się z łóżka, tylko mogli jeszcze przez chwilę pobyczyć się w miękkiej pościeli.
Zupełnie tak jak kiedyś. Jak przez wiele wcześniejszych lat. Nie tak jak ostatnio w Whitby, gdzie mimo wszystko zawsze podskórnie zdawał sobie sprawę z tego, że wszystko się między nimi zmieniło. Nie, tego poranka było inaczej.
Jeśli miałby to porównać do jakiegoś konkretnego momentu, prawdopodobnie sięgnąłby do samych początków ich relacji. Było niczym tamtego majowego popołudnia spędzanego pośród zupełnie innych czterech ścian, o innej porze dnia, a jednak w tak bardzo podobnych okolicznościach.
Tego wczesnego poranka również instynktownie przygniótł Yaxleyównę ramieniem, zarzucając na nią nogę wyciągniętą spod kołdry i zatapiając twarz w jej znajomo pachnących włosach. Wymamrotał coś pod nosem, samemu nie do końca wiedząc, o co mu przy tym chodzi, po czym niemal bezwiednie sięgnął ustami do szyi Geraldine, by złożyć pocałunek na jej skórze. Powolny, leniwy, niespiesznie przechodzący w przesunięcie wargami w kierunku płatka ucha dziewczyny, tam również pozostawiając ślad w postaci muśnięcia.
W teorii nic się nie zmieniło. Z pozoru ich sytuacja wcale nie uległa diametralnej poprawie. Nie odnaleźli nagle antidotum na wszystkie swoje problemy. Nie znaleźli magicznej formuły na zażegnanie wszelkich kryzysów, na odegnanie niebezpieczeństw, na stanie się z powrotem tymi dawnymi ludźmi albo zupełnie kimś innym. Kimś beztroskim.
W ich ręce nie trafiło nic, co pozwoliłoby im nie tylko w dalszym ciągu trwać w tym ostatnim zawieszeniu w czasie i przestrzeni, bo to robili od prawie tygodnia. Nie tylko nadal karmić się wszystkimi żywymi wspomnieniami przeszłości, lecz tak po prostu cofnąć się w czasie. Naprawić wszelkie błędy, nie dopuścić do ich popełnienia.
Nie zmienili swojego życia. Zresztą, czy w ogóle jakieś mieli? Nadal nie byli w tym zgodni. To też nie odeszło w niepamięć.
A jednak pierwsze godziny chłodnego wrześniowego dnia spędzonego w Londynie przyniosły nieoczekiwany powiew iście wyśmienitego nastroju. Pierwszy raz od bardzo dawna z tak nieskrywanym entuzjazmem zabrał się za przygotowywanie śniadania (mięsnego - rzecz jasna), nie dopuszczając informacji, że kawa i papierosy w zupełności miały im wystarczyć. Nie. Nie tym razem. Nie, gdy z przyjemnością zajął się tymi wszystkimi drobnostkami, pozwalając sobie na naprawdę wiele niewielkich gestów zwieńczonych tą jedną propozycją.
Może nie do końca przemyślanym pytaniem, ale odbierając przy stole list od głowy Towarzystwa Herbologicznego niemalże od razu podchwycił temat. Pomysł, który narodził mu się w głowie zasługiwał na wcielenie w życie. W końcu, jeśli nie teraz to kiedy? Obecnie byli jeszcze całkiem szczęśliwi, nie zastanawiając się nad niczym więcej. Nie dziś. Tak mogło pozostać jeszcze choćby przez kilka godzin.
To była randka. Nie ukrywał tego. Ba. To określenie po raz pierwszy padło właśnie z jego ust. Opuściło je całkiem lekko i przyjemnie w formie z pozoru luźnej propozycji, choć nie dało się ukryć, że liczył na jej przyjęcie. Przyniosło mu to naprawdę dużo wewnętrznego ciepła kontrastującego z chłodem nadchodzącej jesieni przedzierającym się przez cienki, elegancki płaszcz i wkradającym się pod wyjściowy szalik.
Oboje zadbali o to, by prezentować się dokładnie tak jak przystało na ludzi wybierających się na wspólny spacer zwieńczony obiadem w jednej z tych kameralnych restauracji w, o dziwo, niemagicznej części miasta. Bliskość do Maida Vale miała z tym trochę wspólnego, choć zdecydowanie dużo bardziej liczył się prestiż tego miejsca mający dopełnić całą otoczkę świętowania. Czego? Nie wiedział. Nie wnikał.
Zamiast tego postarał się o to, aby w rzeczywistości zadbać o wszystko. O kwiaty (lilie - nawet nie musiał się nad tym zastanawiać), pudełko czekoladek, dwie butelki alkoholu mającego chłodzić się do czasu ich powrotu do mieszkania. Lecz przede wszystkim o to, aby od samego początku dać Geraldine do zrozumienia, że to nie był jedynie pospiesznie wymyślony pretekst dla wybrania się wspólnie, by oglądać jakieś tam kwiatki.
Zresztą patrząc na nią niemalże przez cały czas odkąd opuścili dom, zaczynał wątpić w to, czy w ogóle mógł się przy niej skupić nawet na czymś tak nietypowym jak rzekomy fenomen czarnych róż w rosarium Lestrange'ów. Raczej trudno było mu na dłużej utrzymać spojrzenie na czymkolwiek innym aniżeli na jej zwiewnej sukience, rozwianych włosach, rumianych policzkach czy błysku w niebieskich oczach.
W końcu stanęli jednak przed właściwą bramą. Jedną z tych wskazanych jako te, przez które mogli swobodnie udać się do ogrodów, bądź co bądź mając przecież zaproszenie. Nie było sensu, aby stali przed wejściem, toteż bez słowa sięgnął, by otworzyć bramę. Nie puszczając dłoni Riny, gestem głowy dał jej do zrozumienia, że mogła pierwsza przekroczyć granice włości rodu ich wspólnego przyjaciela.
- Panie przodem - rzucił miękko, usiłując nie spoglądać na dół jej pleców, gdy zamykał za nimi bramę.
Wkroczyli na teren rosarium, które całkiem dobrze pamiętał z czasów młodości spędzonej między innymi u Lestrange'ów. Tym razem było jednak inaczej. Dało się to wyczuć niemalże od samego wejścia. Coś rzeczywiście wisiało w powietrzu. Tylko co?

!Maida Vale


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#3
17.02.2025, 00:11  ✶  

Maida Vale


Dlaczego to miejsce nagle wydaje się być takie... Porzucone? Zatrzymujesz się przy oranżerii, której szklane panele są pokryte pajęczyną delikatnych pęknięć. W przytłumionym świetle dostrzegasz, że na szybach pojawiają się ślady drobnych dłoni – delikatne odciski, które znikają, gdy tylko zbliżysz się do szkła. Wewnątrz zauważasz starą donicę, z której wyrasta pojedyncza czarna róża. Jej płatki są wilgotne. Rosa? A jednak masz wrażenie... jakby kwiat przed chwilą zapłakał. Dotykając płatków, słyszysz za sobą ciche kroki, ale kiedy się odwracasz, nikogo tam nie ma.

Do kości można odnieść się w dowolnym fragmencie sesji - w przypadku nieznajdowania się w miejscu docelowym, należy się w nie przemieścić i odegrać scenę z kostki. Jeżeli postać biorąca udział w sesji jest istotą wodną (selkie lub wiłą) lub posiada przewagę Żeglarstwo, może odczytać zawarte tutaj wspomnienie. W tym celu musi skontaktować się z Mistrzem Gry. Postacie biorące udział w tej sesji nie mogą już użyć kości Maida Vale w ten sam dzień fabularny. Daty sesji nie można przesunąć.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
17.02.2025, 01:23  ✶  

Zachowywali się dzisiaj tak, jakby wcale nie wisiały nad nimi czarne chmury szarej rzeczywistości. To było miłą odmianą, mogli w końcu złapać oddech od tych wszystkich trudnych rozmów, które ostatnio ciągle im towarzyszyły, które powodowały niepewność, wprowadzały niepotrzebne zamieszanie i przynosiły im kłótnie, które do niczego nie prowadziły. Całkiem łatwo przychodziło im lawirowanie między tymi wszystkimi emocjami, co powodowało po raz kolejny spory mętlik w jej głowie. Tyle, że to nie na tym chciała się dzisiaj skupiać.

Skoro Roise zaproponował jej randkę, to chciała wykorzystać ten dzień w wyjątkowy sposób, oddaliła te niepokojące ją myśli bardzo daleko, jakby wcale nie dotyczyły ich wspólnego życia. Nie, żeby jeszcze wczoraj zastanawiała się nad tym, czy łączy ich coś więcej, czy to miało być pożegnanie, czy chwilowy powrót do przeszłości, czy jeszcze coś innego. Nie było sensu tego nazywać, szczególnie kiedy zaprosił ją na randkę. Niby to nic wielkiego, ale jednak w tym wypadku znaczyło to dla niej dość sporo, bo czy gdyby naprawdę chciał, żeby znowu ich drogi się rozeszły to robiłby coś takiego? To byłoby irracjonalne, ale w sumie wszystko co ostatnio robili było irracjonalne, bez sensu więc szukać jakiegoś wyjaśnienia dla tej sytuacji.

Skorzystała z okazji, pierwszy raz od dawna mogła się wystroić, nie, żeby specjalnie za tym przepadała, jednak od czasu do czasu nawet lubiła włożyć na siebie coś innego. Poczuć się jak ktoś inny, bardziej normalny? Tak, dzisiaj czuła się wyjątkowo zwyczajnie, ale dodawało to uroku temu, co się między nimi działo. Jakby wcale nie wisiało nad nimi fatum, jakby byli po prostu dwójką ludzi, którzy chcieli lepiej się poznać, chociaż przecież mieli to już dawno za sobą. Mimo wszystko było to całkiem miłą odmianą od tej codzienności w której ostatnio tkwili.

Czuła bowiem, że będzie to dobry dzień i nie zamierzała pozwolić na to, aby cokolwiek im go popsuło, już ona się o to postara, miało być idealnie, zresztą z Roisem zawsze było idealnie, to akurat nie podlegało dyskusji. Dawno jednak nie dali sobie takiego luźnego dnia, więc to nieco zmieniało ich perspektywę.

Mieli wyśmienite nastroje, wyglądali całkiem uroczo, kiedy spoglądali na siebie ukradkiem, właściwie tak, jak robili to kiedyś, na samym początku znajomości, kiedy nie mogli do końca nacieszyć się swoją obecnością. Pamiętała to uczucie, kiedy w końcu nie musiała ukrywać przed nim swoich uczuć, gdy mogła w końcu sięgnąć po to na czym jej zależało. Czuła się trochę jakby dostali powtórkę tej rozrywki, w sumie zasługiwali na nowy początek, może ten dzień miał właśnie tym być? Nie było sensu tego zakładać, mimo wszystko gdyby faktycznie tak się stało, to na pewno by się nie obraziła. Propozycja wyszła od Roisa, co napawało ją optymizmem, bo to on ostatnio usilnie próbował jej sugerować, że nic z tego nie będzie, może zmienił zdanie, może zaczął zauważać, że ich izolacja nie miała sensu? Aktualnie nie chciała tego roztrząsać, bo jeszcze doprowadziłaby do kolejnej kłótni, wolała się skupić na tych miłych chwilach, którymi postanowili się obdarować, bo taki właśnie miał być ten dzień - miły i przyjemny.

Mieli oglądać jakieś kwiatki w rodzinnej posiadłości ich przyjaciela, pamiętała, że Roise należał do jakiegoś kółka zielarskiego, nie wypytywała go jednak o nie za bardzo, bo nigdy ją to specjalnie nie interesowało. Zdecydowanie wolała faunę od flory, ale w tym wypadku nie miało to żadnego znaczenia. Grunt, że znaleźli się tutaj razem.

Ruszyła więc przodem, tuż przed Ambroisem, kiedy ten otworzył bramę. Jej ruchy były wyjątkowo powolne, jak na nist, w końcu nigdzie się dzisiaj nie spieszyli. Mieli rozkoszować się tym dniem, kolejnym który wyrywali szarej rzeczywistości. Mimo tego, że ruszyła przodem to nie wypuszczała dłoni mężczyzny ze swojej, szkoda by było, żeby jej się gdzieś tutaj zgubił.

- Przypomnij mi proszę, co za kwiatki mamy tutaj podziwiać. - Mruknęła cicho, chociaż wokół nich nie było nikogo, kto mógłby ich podsłuchać. Nie miała oporu przed tym, aby przyciągnąć Roisa za rękę jak najbliżej siebie, cóż chciała mieć go tuż obok, w końcu byli na randce, miała zamiar cieszyć się jego obecnością, skoro już nadarzyła się ku temu okazja. Kto wie, kiedy ponownie dojdzie do tego, że zaprosi jayna prawdziwą randkę.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
17.02.2025, 05:43  ✶  
Gdyby ktoś ich teraz dostrzegł naprawdę trudno byłoby mu powiedzieć, że jeszcze niespełna kilkanaście godzin wcześniej walczyli z wymuszaną na sobie koniecznością zachowywania dystansu czy z narastającymi wątpliwościami. Nie. Nie, gdy zachowywali się niczym zupełnie inni ludzie. Tak, jakby nie mogli do końca nacieszyć się swoją obecnością, więc starali się czerpać przyjemność z każdej wspólnie spędzonej chwili.
Bowiem czy w istocie nie było w ten sposób? I czy nie tak wyglądały te wszystkie prawdziwe randki? Te, które już kiedyś mieli okazję odbywać, choć nigdy we właściwy sposób (choć czym on niby był i kto o tym decydował). Teraz też zresztą nie do końca podążali za utartymi schematami. Razem spędzili wieczór, razem wstali nad ranem, razem wyszli z domu. Nawet jeśli na chwilę się rozdzielając to wciąż razem wchodząc na teren ogrodów i zamierzając go razem opuścić. Razem było naprawdę miłym, wdzięcznym słowem. Przyjemnym akcentem w zazwyczaj tak szarej i ponurej rzeczywistości, z której objęć obecnie się wyrwali. Zachowując się inaczej niż zwykle, ale niezupełnie obco. Po prostu tak, jakby na kilka chwil przestali być ludźmi po przejściach a stali się tymi, którzy nie musieli szukać drogi (przejścia?), bo przyszłość malowała się przed nimi w naprawdę pięknych barwach. Nie w kolorze czerni, nawet jeśli to z jego powodu się tu znaleźli.
- Róże, panienko Yaxley, róże, ale nie takie zwykłe - odparł równie cichym, niemalże konspiracyjnie brzmiącym tonem głosu, dając pociągnąć się za rękę.
Chwilę wcześniej nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo ekscytujące mogły być te drobne gesty, więc teraz nie mógł nic na to poradzić, że mimowolnie szeroko się uśmiechnął. Spacerowali po ogrodzie, tak po prostu splatając palce, ale było w tym coś przyprawiającego o szybsze bicie serca. Niemalże oscylującego na cienkiej granicy pomiędzy zwykłą przechadzką bez żadnych niewłaściwych czy zdrożnych gestów a potajemną schadzką w ogrodzie wciąż jeszcze pełnym zielonych i kwitnących roślin.
Jesień jeszcze nie wdarła się do Londynu. Przynajmniej niezupełnie. Było chłodno, gdy przemierzali ulice w drodze do tego miejsca, jednak tu w gąszczu krzewów i za wysokimi żywopłotami było znacznie mniej rześko. Choć nie całe to przyjemne ciepło było zasługą naturalnych osłon przed wiatrem, czyż nie? Nie dało się tego ukryć.
Nie przy częstotliwości raczej mniej niż bardziej ukradkowych zerknięć słanych przez niego ku jego towarzyszce. Nie, gdy co najmniej kilkukrotnie ich spojrzenia spotkały się na sekundę lub dwie. Zaraz odwracane w ten ponownie dziwnie figlarny sposób. Trudno byłoby mu powiedzieć, czemu tak się działo, ale w tym momencie miał jeszcze mocniejsze wrażenie, jakby w którymś momencie postanowili całkowicie cofnąć się w czasie.
Może nie do końca tak winny wyglądać standardowe początki damsko-męskich relacji. Nie w ich świecie. Już to, że znaleźli się tu całkowicie sami byłoby uznane za pewne przekroczenie granicy dobrego smaku. Na tyle subtelne, że większość osób z pewnością nic by sobie z tego nie zrobiła, ale jednak bez wątpienia.
Kolejnym (już bardziej znaczącym, choć z pozoru niewiele większym) naruszeniem konwenansów był sposób, w jaki odruchowo zareagował na to pociągnięcie go za rękę. Nie w ten prowokacyjny, ale ze wszech miar fałszywy sposób, jaki zazwyczaj towarzyszył ruchom tego typu. Nie.
Nie grali. To było szelmowskie, nie wymuszenie kokieteryjne, zaś on sam także odpowiedział na to w bardzo prosty sposób: zamieniając splatanie palców na objęcie dziewczyny w talii. Na ukradkowe rozejrzenie się dookoła (ono było już raczej teatralne), przyciągnięcie jej do siebie i jeden przelotny skradziony pocałunek.
Trwający ułamek sekundy. Nie dłużej niż mrugnięcie oka, za to całkiem słodki. Uśmiechnął się pod nosem, wyciągając ramię ku dziewczynie. W przeciągu niecałych kilku minut trzy razy przesunęli granicę. Już teraz nosiło to raczej znamiona całkiem udanej pierwszej randki, jeśli patrzyliby na to w tych kategoriach.
A chyba powinni, prawda? Nieważne jak to wyglądało. Czym tak właściwie to było i do czego zmierzali, skoro nic między sobą nie ustalili. W dalszym ciągu błądzili w gęstej mgle, tyle tylko, że teraz na krótki moment dostrzegli w niej całkiem ładnie błyszczące ogniki. Chyba nie błędne, choć ani myślał się nad tym zastanawiać.
Tym razem przyjął dokładnie tę samą narrację, co jego prześliczna towarzyszka (tak, w istocie wyglądała dziś przepięknie, lśniąc na tle ogrodu) stając z nią na jednym gruncie i bynajmniej nie miał przy tym na myśli wyłącznie terenów rosarium Lestrange'ów. Dziś nie było między nimi przepaści. Tego dnia nie stali po przeciwnych stronach barykady.
Trzymali się za ręce, obejmował ją w talii, zaraz kulturalnie, choć bez słowa proponując jej jego ramię. Za minutę bądź dwie mogąc kolejny raz zmienić zdanie, co było po prostu przyjemną częścią ich dnia. Elementem atmosfery, jaka panowała między nimi od rana. Nie musieli przesadnie się starać, aby nie zniknęła zastąpiona przez coś dużo bardziej niechcianego...
...a przynajmniej tak mu się wydawało. Nie teraz. Dziś było inne. Słodsze. Pachniało bukietem lilii subtelnie oplątanych rafią, trzymanym w dłoniach Geraldine. I różami kwitnącymi w ogrodzie, choć na ten moment nie przyszło im jeszcze dostrzec żadnej z czarnych, które rzekomo miały przejmować tereny. Nie przeszli jednak jeszcze zbyt daleko. Ich kroki były powolne. Niespieszne. Spacerowe.
- Te mają być czarne - stwierdził tym samym cichym głosem, dopiero po chwili rozwijając wcześniejszą wypowiedź. - Aż dziw, że nie przyciągają tu zastępów zranionych romantyków - tym razem już tylko się uśmiechnął.
To zdecydowanie był inny, lepszy dzień. Taki powinien pozostać.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
17.02.2025, 13:50  ✶  

Trudno było im wybrać jedną wersję tego, w jaki sposób mieli się w stosunku do siebie zachowywać. Raz na siebie wrzeszczeli, wyrzygiwali sobie wszystkie swoje żale, później lgnęli do siebie, jakby wcale nic złego się między nimi nie wydarzyło, a teraz pojawiło się coś zupełnie innego, wybrali się na randkę, oficjalną randkę, nazwaną tak przez nich - znowu, jakby wszystko miało wrócić do normy, jakby wcale tego nie utracili, jakby nadal mogli to robić. To było zupełnie świeże, bo przecież odkąd znowu zaczęli się ze sobą spotykać (czy to w ogóle było spotykaniem? nie miała pojęcia), ale jednak trwali przy sobie od momentu opuszczenia przez nich jaskini potwora. Nic nie zakładali, niczego nie nazywali, po prostu się obok siebie budzili i zasypiali i spędzali ze sobą całe dnie. Było to dziwne, ale nie zamierzała tego komentować, nikomu tym nie przeszkadzali, nikomu nie robili krzywdy - no może poza sobą nawzajem, bo tylko sobie tym mieszali w głowach.

Z drugiej strony, czy faktycznie mieszali? Zachowywali się dość dziwne, to prawda, ale ciągle próbowali jakoś odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, nie do końca wierzyła, że łatwo przyjdzie im teraz z siebie zrezygnować, co było całkiem budujące, ale też musieli jakoś odnaleźć się w tym czymś.

Ich randki nigdy nie były szczególnie typowe, dosyć mocno różniły się od tych, które były mile widziane w ich kręgach. Nigdy jednak nie kryli się z tym, co ich łączyło, niemalże od razu po tym, jak swietrdzili, że nie chcą być tylko przyjaciółmi ze sobą zamieszkali. Wiele decyzji podejmowali na opak i inaczej niż było to ogólnoprzyjęte, ale to też było ich. W zasadzie nikt nie miał im prawa narzucać co wypadało, a co nie, bo i tak zrobiliby dokładnie tak jak chcieli.

- Niezwykłe róże, brzmi dobrze, może się dzisiaj czegoś nauczę. - Nie, żeby była szczególną fanką akurat tematu roślin, chociaż jeśli były to faktycznie jakieś anomalie to może mogłoby i nawet ją zaciekawić. Lubiła dziwactwa, więc to wcale nie było takie głupie, aby się tutaj pojawić. Świat ostatnio wariował i najwyraźniej z roślinami działo się to samo.

Gdyby ktoś spojrzał na nich teraz z boku zapewne stwerdziłby, że są całkiem uroczy. Wyglądali, jakby faktycznie to była pierwsza randka, byli w tej bliskości całkiem niewinni, splecione ręce, delikatny pocałunek, a później kolejna forma dotyku, bo oczywiście, że wsunęła rękę pod jego ramię, gdy jej to zaproponował. Już nie było odwrotu, zresztą nigdy nie byłaby w stanie go odrzucić, za bardzo ją do niego ciągnęło, właściwie od bardzo dawna. Znowu wydawało jej się to właściwe, ich obecność tutaj, dokładnie w takiej formie. Była spokojna, nie przejmowała się niczym, w ogóle nie myślała o tych wszystkich innych palących problemach, którymi powinna się zajmować.

- Myślę, że jak ludzie zaczną plotkować, to miejsce stanie się bardzo oblegane. - Każdy kiedyś miał złamane serce, a czarne róże wydawały się czymś, co pasowałoby do takiego nastroju. Gdyby nie Roise zapewne nie wiedziałaby o tym, że można je tutaj spotkać, bo to najwyraźniej było coś nienaturalnego, gdy wieści rozejdą się po Londynie zapewne wiele osób zacznie tutaj przychodzić, wiadomo, jak działała poczta pantoflowa.

- Ciekawe dlaczego są czarne, jak mniemam to nie jest szczególnie częste? - Zmierzali przed siebie, w poszukiwaniu tych róż, jeszcze chwila, a pewnie będą mieli przyjemność je obejrzeć. Nie, żeby był to temat, który specjalnie ją interesował, ale chciała pozwolić Ambroisowi popisać się swoją wiedzą, a wiedziała, że na pewno będzie mógł jej na ten temat sporo powiedzieć.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
17.02.2025, 15:43  ✶  
To było miłe. Naprawdę miłe uczucie. Coś, co obecnie praktycznie im się nie zdarzało. Coś nieoczekiwanego, nawet jeśli padło z jego własnych ust. Nie zastanawiał się zbyt długo nad złożeniem Rinie propozycji i nie żałował tego ani przez chwilę, całkiem umiejętnie wypierając jakiekolwiek zdroworozsądkowe myśli. Nie były im teraz potrzebne.
- Nie, nie jest - przytaknął, wbijając wzrok w dosyć odległe drzewo majaczące w oddali, wokół pnia którego oplatały się obiecująco wyglądające pnącza.
Byli jednak jeszcze stanowczo zbyt daleko, aby móc dojrzeć coś bardziej znaczącego, toteż Ambroise nie wskazał tego Geraldine. Nie przyspieszył też kroku. W końcu znaleźli się tu na spacer, nie w celu sycenia jego badawczych skłonności. Jasne, cholernie go to interesowało, nie mógł tego ukryć, ale jednocześnie nie chciał, żeby jego dziewczyna doznała wrażenia, że zabrał ją tu wyłącznie z łaski. Czy z przymusu, bo przecież tak też to mogło wyglądać.
Odkąd opuścili leże dopplegangera nie rozdzielali się na dłużej niż na kilka godzin. A i wtedy on sam instynktownie myślał o konieczności powrotu do domu, czując ten nieokreślony niepokój władający jego umysłem. Tak, być może to był wynik tamtych wydarzeń. Na pewno był to wynik tamtych wydarzeń. Coś na kształt paranoi, może skrzętnie wypieranej traumy. Czegoś, czego nawet nie chciał ani nie próbował nazwać.
Liczył się tylko fakt, że spędzili ze sobą niemalże tydzień. Praktycznie cały jego urlop wzięty na okoliczność polowania na demona. Zadania, z którego co prawda mógł nie wrócić (więc papierologia powinna być ostatnią rzeczą, jaką należało się zajmować), ale i tak zadbał o to, aby mieć czysto w papierach. Pierwszy dyżur czekał go dopiero za dwa dni i to wieczorem.
Do tego czasu mogli...
...no, właśnie. Niby mogli, niby nie mogli. Nie powinni, ale jednocześnie raz po raz szukali wzajemnego dotyku i kontaktu. W przypływie emocji i szoku pojawili się w ich dawnym nadmorskim domu, nie tylko zostając tam wtedy na noc, lecz po kilku dniach uświadamiając sobie, że zaczęli zachowywać się tak, jakby faktycznie planowali tam wrócić na dłużej. Być może ostatnią noc spędzili w jego mieszkaniu przy Horyzontalnej, ale to do Whitby sprowadzili swoje zwierzęta. To o konieczności dokonywania napraw w tamtym miejscu już parokrotnie rozmawiali. To ono przyciągało ich uwagę.
No, jeśli ta nie była skupiona na sobie nawzajem, a jednak nie dało się ukryć, że przez większość czasu właśnie tak było. Posyłali sobie mniej lub bardziej ostrożne spojrzenia. Z chwili na chwilę coraz bardziej odruchowo przychodziło im robienie tych wszystkich małych rzeczy. Nieduże, całkiem słodkie i czułe gesty. Kosmyk włosów wsunięty za ucho, przelotny pocałunek, nieco tłumiony uśmiech.
Gdyby nie to, że nie dało się ukryć tego, kim w istocie byli, z zewnątrz naprawdę mogli sprawiać wrażenie po prostu jednej z tych kolejnych par. Młodych i zakochanych. Dopiero rozpoczynających ostrożne zaloty. Dyskretne obdarzanie się dotykiem, ukradkowe kradnięcie pocałunków, skryte, na swój sposób konspiracyjne uśmiechy. Prowadzili cichą rozmowę, nachylając się ku sobie, nie stroniąc od kontaktu, jednak jak na nich całkiem niewinnego.
Prawdopodobnie nigdy nie byli jeszcze tak blisko dawania złudzenia całkowicie normalnej pary. No, poza tym drobnym faktem, że mało która całkowicie standardowa para mogła pozwolić sobie na prywatne spotkanie w środowy poranek. Takie spacery były zazwyczaj rezerwowane na popołudnia czy też wczesne wieczory. Nawet pośród ludzi z ich środowiska. Przynajmniej tego społecznego, bo zawodowo oboje raczej wyłamywali się ze standardowych ram.
Tych, w których nigdy nie lubili być, niemal zawsze podążając za swoimi oczekiwaniami i planami. Całe szczęście nikt nie usiłował narzucać im stylu życia. Szczególnie wtedy wiele lat wstecz, gdy znaleźli się pośród tłumu innych ludzi. Kiedy podjęli decyzję o tym, że chcą należeć do siebie nawzajem i do nikogo innego. Ich rodziny były raczej na tyle zadowolone z faktu, że oboje nareszcie zdecydowali się na wejście w stały związek z kimś o właściwym statusie, że nie musieli słuchać narzekań na nieco niestandardowe postępowanie.
Może na samym początku usiłowali sprawiać pozory. Przynajmniej podczas tych pierwszych spotkań z członkami rodów. Jednak bardzo szybko przestali kryć się ze wspólnym mieszkaniem. Po tygodniu czy dwóch dostał od swoich teściów pierwszy list adresowany na mieszkanie Geraldine. Później kolejne. Jego własna rodzina również bez zbędnych pytań przeszła z tym do porządku dziennego.
Po prostu ze sobą zamieszkali. Z dnia na dzień, nawet bez zbyt wielu rozmów i rozważań. Niby nigdy nie mówiąc wprost o innych sprawach idących w parze z tą zmianą, ale nie trudno było domyślić się, że nie byli współlokatorami z osobnymi pokojami. Ani tym bardziej, że nie czekali do ślubu ze skonsumowaniem swojego związku.
- Wtedy pewnie je zamkną - stwierdził całkiem realistycznie jak na to, że w tym momencie ani trochę nie zachowywał się jak ta racjonalna wersja siebie. - Wiesz jak to jest, mało kto potrafi szanować naturę - to mówiąc, lekko wzruszył ramionami.
Randkowali, tak. Robili to w przeszłości, ale czy kiedykolwiek mieli okazję tak naprawdę się ze sobą spotykać? Nie jako przyjaciele plączący się w uczuciach. Nie jako ludzie nie do końca wiedzący, gdzie leżą granice ich oczekiwań. Jako młoda, zakochana para prowadząca osobne życia, ale skłonna ku temu, by powoli zacząć je ze sobą łączyć. Splatać jak to teraz robili ze swoimi ramionami.
Nie. To było na swój sposób całkiem nowe. Myśl o tym, że randkowali, jakby byli kimś zupełnie innym. Szczęśliwym i beztroskim. Choć przecież tego dnia kolejny raz obudzili się tuż obok siebie, wcześniejsze dni spędzali w jednym domu i wielokrotnie rozmawiali o rzeczach typowych raczej dla starego małżeństwa.
Momentami bardzo zgryźliwego, bo nie dało się ukryć, że było między nimi naprawdę dużo niedopowiedzeń, różnic w opiniach i gorzkich słów. Te jednak zostały gdzieś daleko za nimi. Przynajmniej chwilowo.
- Właściwie to nawet nie tyle nie są szczególnie częste, co same z siebie w ogóle nie występują w naturze. Nie takie, wiesz - jego głos był cichy i spokojny, głęboki i opanowany, bez dwóch zdań wskazując na to, że szykował się do co najmniej krótkiego wykładu na temat tego fenomenu. - Są wspominane w książkach, fakt, ale bardziej w formie motywu literackiego, metafory, elementu dodającego dramatyzmu czy czegoś w ten deseń. We właściwych księgach, tych naukowych, występują raczej jako ciekawostka. Mit, legenda, coś, gdzieś, kiedyś. Większość czarnych róż, jakie widzisz na straganach, w kwiaciarniach czy o których słyszysz w opowieściach... ...na przykład tych rzekomo rosnących w Turcji... ...w rzeczywistości jest albo sztucznie barwiona, albo zaczarowana, albo w istocie po prostu bardzo, bardzo ciemnobordowa. Technicznie rzecz biorąc, nie ma czegoś takiego jak naturalne czarne róże. Nawet w naszym świecie - tu rzecz jasna miał na myśli czarodziejów - albo przynajmniej nie było... ...jak do tej pory - stwierdził z zamyśleniem, nie zatrzymując się ani na moment, tylko niespiesznym krokiem podążając w obranym kierunku.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
17.02.2025, 16:33  ✶  

Nie spodziewała się, że będą mieli okazję spędzić jeden z tych dni w taki sposób. To było zaskakujące, ale w ten całkiem pozytywny sposób. Mieli złapać oddech, nie przejmować się tym wszystkim co działo się wokół nich, co działo się z nimi. Mieli być jak wszyscy inni, zwyczajni ludzie, którzy powoli zaczynali się poznawać. Temu chyba służyły randki? Pojawili się razem w ogrodach, później mieli zjeść razem obiad, no i skończyć w jego mieszkaniu, co pewnie nie było takim typowym zachowaniem na pierwszej randce, ale to był tylko i wyłącznie drobny szczegół, taki sam jak ten, że rano wyszli razem z jego łóżka, co też nie wyglądało najlepiej. Mogli jednak w ciągu dnia poudawać, że jest inaczej, że dopiero się poznają, że to wszystko miało być dopiero przed nimi. To powodowało, że ten dzień był nieco wyjątkowy, naprawdę nie wiedziała, kiedy ostatnio zrobili coś takiego.

- To fajnie. - Całkiem fajnie, było zobaczyć coś nietypowego, czyż nie? Nawet jeśli temat roślin był jej raczej obojętny, to pewnie zapamięta te czarne róże na dłużej, zwłaszcza, że ponoć to się raczej nie zdarzało. Będzie mogła się pochwalić tym, że je widziała, gdyby w ogóle ktoś o to pytał... Mniejsza o to, najważniejsze, że Ambroise postanowił ją tutaj zabrać ze sobą, tak to pewnie nawet nie miałaby świadomości, że w rozarium Lestrange'ów występują jakieś anomalie.

Odkąd złapali się za ręce, kiedy uciekali z jaskini właściwie zaczęli spędzać ze sobą każdą wolną chwilę, to było dziwne, nietypowe, zwłaszcza po tym, jakie mieli do siebie podejście jeszcze w czasie wakacji. Sporo sobie wyjaśnili, Yaxleyówna zrozumiała nieco spraw, powoli otwierały jej się oczy, docierało do niej, że to co między nimi zaszło nie było tylko jej tragedią. Myślała inaczej, bo tak było prościej, oskarżyć go o to, że to on był odpowiedzialny za jej złamane serce. Nie, żeby poznanie przez nią nowych faktów zmieniło to, że wtedy naprawdę czuła się fatalnie, teraz jednak zdawała sobie sprawę, że go też to dotyczyło, może nawet bardziej, bo on podjął decyzję, zresztą to co wyszło na jaw u Corneliusa o tym świadczyło. Nie chciała jednak póki co poruszać tego tematu, nie do końca umiała to zrobić, zamiast tego skupiała się na tym kolejnym wyjątkowym dniu, który mieli spędzić razem. Tak właściwie to nigdzie jej się nie spieszyło, nie pytała Ambroisa, kiedy będzie musiał wrócić do pracy, wiedziała jednak, że na pewno już nniedługo nie będą mogli spędzać ze sobą każdej chwili, na pewno nie tak intensywnie jak teraz, bo Roise miał normalną pracę do której musiał wrócić. Mimo wszystko naprawdę była mu wdzięczna, że poświęcił jej tyle wolnego czasu. Mógł się przecież gdzieś zaszyć i udawać, że nie obchodzi go jej los, to też byłoby całkiem wygodne, a jednak trafił z nią do Whitby, chyba jedno i drugie czuło, że to jest jedyna słuszna możliwość. Zaszyli się tam, jak kiedyś, z dala od całego świata. Wracali do starych, wspólnych przyzwyczajeń.

- Możesz mieć rację, nie zdziwiłoby mnie to wcale. - Tak, zdawała sobie sprawę, że ludzie potrafili być naprawdę okropni, zamiast podziwiać rośliny pewnie zaczęliby je niszczyć, to nie było zaskakujące. Pojawiłyby się tutaj tłumy, które chciałyby obejrzeć na anomalie na własne oczy, co mogło spowodować, że zupełnie przypadkiem zaczęliby niszczyć te czarne róże. Nie zakładała nawet, że byłoby to świadome, ale wiadomo, jak wygląda sytuacja, gdy przez jedno miejsce przetaczają się tłumy ciekawskich osób.

- Jak myślisz, dlaczego się tu znalazły, to jakiś nowy gatunek? Pojawił się nagle, niczym królik z kapelusza? - Cóż, nawet ją to zaciekawiło. Dlaczego nagle w Maida Vale pojawiły się nowe gatunki róż? Czarny kolor raczej nie kojarzył się z niczym dobrym, nawet ona zdawała sobie z tego sprawę, czy powinni spodziewać się jakiegoś zagrożenia, czy natura chciała ich o czymś poinformować? Kto właściwie mógł to wiedzieć...

- Hmm, wszystkie czarne róże, które były dostępne do tej pory tak naprawdę nie były czarne, dopiero te tutaj są prawdziwe, to dziwne. - Oczywiście nie zamierzała udawać, że nie uważa tego za dziwne, wręcz przeciwnie, musiała się tym z nim podzielić.

Szła przy boku Ambroisa, wtulając się w jego ramię, już za chwilę powinni zobaczyć ten fenomen na własne oczy, naprawdę była tego ciekawa, szczególnie po tym krótkim wykładzie, którym ją uraczył. Miała niesamowite szczęście, że był takim specjalistą w tej dziedzinie, cóż, jej chłopak był wyjątkowo mądry, była prawdziwą szczęściarą. Aktualnie wcale nie rozmyślała nad tym, że wcale nie był jej chłopakiem, bo przecież nie ustalili oficjalnie, że do siebie wrócili. Cóż, nie było jej to jednak do niczego potrzebne, fakty mówiły same za siebie. Szli ramię w ramię, nie spiesząc się nigdzie, spędzali czas razem, najwyraźniej dokładnie tego chcieli. Niczego więcej do szczęścia nie potrzebowała, żadnych deklaracji. Cieszyła się tą krótką, wspólną chwilą, właściwie to nie mogła się również doczekać tego, co miała im przynieść reszta dnia, bo to nie było do końca typowe dla nich zachowanie. Nadal potrafili się zaskakiwać, co również wzbudzało w niej ciepłe uczucie, mimo, że spędzili ze sobą przecież siedem lat, na różnych stopach znajomości, to ciągle byli w stanie robić coś nowego.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#9
17.02.2025, 20:23  ✶  
Prawdopodobnie popełniali naprawdę znaczący błąd nie wyjaśniając sobie niemal żadnej z ciążących im kwestii, ale tego dnia szczególnie nie chciał zajmować tym swoich myśli. Dziś było pięknie. Tak jak mu to kiedyś powiedziała, czyż nie?
Jeszcze będzie pięknie.
Tym jeszcze uczynili dzień dzisiejszy i było dobrze. W istocie.
- Na pewno mam rację, ale dziękuję - rzucił lekko, odrobinę przekornie, dalej podtrzymując ten całkiem luźny ton rozmowy.
Miękki głos, pewną nie do końca uświadomioną czułość, z jaką spoglądał w kierunku Geraldine nie tylko wtedy, gdy prawiła mu komplementy. No, bo lubił, gdy przyznawała mu rację, co nie? Szczególnie, że w ostatnim czasie stosunkowo nieczęsto to robiła. Raczej stawali po przeciwnych stronach barykady. Mieli wobec siebie nawzajem naprawdę dużo obiekcji. Raczej częściej się ze sobą nie zgadzali niż zgadzali, nawet jeśli jednocześnie na najbardziej podstawowej płaszczyźnie teoretycznie byli wyjątkowo zgodni.
Nie ukrywali tego, że w dalszym ciągu coś ich ze sobą łączy. Nie starali się zakrzywiać rzeczywistości w taki sposób, aby wmawiać sobie coś zupełnie innego. Jak choćby to, że mieli na to jakikolwiek wpływ. Lub to, że w ich wspólnym geście było odnalezienie sposobu, aby się tego pozbyć.
Być może mogli coś z tym zrobić. Być może teraz o tym nie myślał ani tym bardziej nie mówił, ale skoro udało im się przez półtora roku unikać kontaktu przy jednoczesnym obracaniu się w tym samym otoczeniu i mieszkaniu przy jednej ulicy, to...
...być może, ale tylko być może, nawet jeśli nie miało im się udać przerwać tej dziwacznej więzi to mogli ją choć trochę rozciągnąć? Odsunąć się od siebie już nie w granicach Wielkiej Brytanii, lecz poza nie? Może pomysł odnośnie wyjazdu z kraju, jaki narodził się w głowie Ambroisa był rozwiązaniem części ich problemów.
Tak. Mieli je. Nie dało się tego ukryć. Mieli je nie będąc razem. Mieli je będąc obok siebie. Przez całą noc rozmyślał o tym wszystkim, co padło podczas obu wizyt niedawno złożonych przyjaciołom. Zarówno tych gorzkich, jak i słodkich słowach.
Jego własnym parszywym wyznaniu, o którym usilnie nie rozmawiali, choć powinni. Ale też o pierwszym tak szczerze wypowiedzianym przy kimś zwierzeniu, które Rina wydobyła ze swoich ust poprzedniego dnia. Powinno być dla nich całkowicie normalne, naturalne i cieszące. Było słodko-gorzkie.
Mógł znieść konieczność ponownego odsunięcia się od dziewczyny. Przełknąć gorycz z tym związaną. Stać się jej sojusznikiem, choć cóż to byłby za sojusz? Nie potrafili utrzymać go nawet przez jeden krótki dzień. Zająć się wspólnie sprawą związaną z widmami w Kniei, zażegnać kryzys na tyle, na ile byli w stanie to zrobić, korzystając ze wszystkich metod i wszelkiego wsparcia. Domknąć swoje sprawy i wyjechać.
Może wtedy nie czuliby tak swojej obecności. Nie dzialaliby na siebie w aż tak intensywny sposób. Nie patrzyliby na siebie z utęsknieniem. Nie miotaliby się to w jedną, to w drugą stronę. Od złości, niezrozumienia i wyrzutów do słodkiego smaku wzajemnej bliskości.
Nie łudził się, że wrażenie pustki całkowicie by zniknęło, ale przynajmniej nie mieliby wrócić do wypatrywania siebie nawzajem w tłumie. Do słania sobie innych, bardziej smutnych spojrzeń niż te teraz, bo w tej chwili było inaczej.
Czemu?
Nie chciał o tym myśleć. Na pewien czas świadomie odsunął od siebie wszystko, co mogłoby im przeszkodzić w byciu sobą, ale też jednocześnie zupełnie kimś innym. Swoją najlepszą wersją? Tą nieskażoną niczym? Tą, którą winni być, ale nigdy nie byli?
No, może przez chwilę. Na samym początku wspólnej drogi potrafili zatracić się w podobny sposób w swojej obecności. Szczególnie w tamte pierwsze weekendy nad morzem. Doskonale pamiętał tamten czas. Zupełnie inny świat. Życie było wtedy dużo prostsze, los zdawał się być dla nich łaskawszy.
Mogli zachowywać się jak dwoje młodych, zakochanych ludzi. Momentami może nawet nieco jak dzieci, którymi szybko przestali być. Przy sobie odnajdywali utraconą dziecięcość. Skłonność do żartów, do zaczepek i igraszek. W tej chwili było podobnie, nawet jeśli zarazem inaczej.
To było jak cofnięcie się w czasie do przeszłości, ale trochę wygładzone. Zmiękczone przez pryzmat minionych lat, może nawet lekko wyidealizowane. Nigdy nie byli aż tak konwencjonalni. Tak bardzo normalni, nie zachowywali się aż tak niewinnie.
Starali się, ale te starania przychodziły im naprawdę lekką ręką. Przynajmniej z jego perspektywy. Po naprawdę trudnym lecie i wyjątkowo parszywym początku jesieni, ten dzień był niczym rodem wyjęty z pocztówki albo jednej z tych przesłodzonych książek czytywanych przez jego macochę. A Ambroise zdecydowanie zamierzał podtrzymać to wrażenie.
Być może paplanina Evelyn mogła choć raz posłużyć czemuś faktycznie przydatnemu? Najważniejsze, że w tej chwili nie musiał myśleć o swoim zachowaniu. Po prostu był. Tak jak i Rina była przy nim.
Tuż obok. Ramię pod ramię. Ciepły dotyk ciała kontrastujący z rześkością poranka powoli przechodzącego we wczesnej przedpołudnie. Rozwiane jasne włosy co jakiś czas łaskoczące go w szyję pod wpływem podmuchu wiatru. Zarumienione policzki, błyszczące oczy, pełne wargi aż proszące się o kradzież kolejnego pocałunku.
Niby mógł upierać się przy tym, że byli tu z ramienia Towarzystwa Herbologicznego albo w ramach znajomości z ich wspólnym przyjacielem, ale byłaby to wyjątkowo marna wymówka. Tak. Bez wątpienia chciał zobaczyć te tajemnicze, rzekomo rzeczywiście całkowicie czarne róże. Ale najpiękniejszy widok miał przed oczami tuż od samego rana. Gdy tylko rozchylił powieki, przewracając się w wymiętej pościeli i podświadomie wiedząc, że to ten dzień.
Nie myślał o tym, że w pewnym sensie to mogło być coś znacznie bardziej przykrego niż zakładali. Że z pewnej perspektywy zdawało się to być wręcz idealnym pożegnaniem. Tym, które mieli sobie dać zanim podażą każde swoją drogą, podejmując decyzję o trzymaniu się na dystans. Nawet jeśli miałyby ich jeszcze kiedyś łączyć wspólne sprawy (a przecież mieli przed sobą kwestię kromlechu odnalezionego przez Yaxleyównę w lesie) skoro nie mogli być razem, nie powinni zachowywać się, jakby było inaczej.
No. Prócz dzisiaj. Dziś nie było naznaczone przeszłością. Dziś nie było rozdziałem ich książki. Dziś było samodzielną opowieścią. Czarne róże, przez które tu przyszli kolejny raz stały się elementem scenografii, nawet jeśli jednocześnie mówił Rinie o tym jak wyjątkowym fenomenem były.
O ile rzeczywiście nikt ich nie zaklął, rzecz jasna. Greengrass musiał zobaczyć je na własne oczy, aby całkowicie uwierzyć pogłoskom i informacjom od głowy Towarzystwa Herbologicznego. Inaczej wolał pozostawać sceptyczny, mimo że miał swoje teorie. Nie dzielił się nimi wszem i wobec, ale Geraldine zdecydowanie była w jego kręgu zaufania. Szczególnie, gdy sama zadała mu to pytanie.
- Nie wiem czy miałaś okazję zwrócić na to uwagę albo w ogóle się z tym zetknąć, ale od wielu miesięcy obserwujemy różnorakie anomalie związane z roślinami. Natura zaczęła... ...może nie nazwałbym tego buntowaniem się, ale zachowuje się inaczej. Dziczeje, momentami sama łamie swoje prawa - stwierdził powoli, dalej stawiając spokojne kroki w kierunku drzewa i pobliskiej oranżerii, która też przyciągała jego uwagę.
Sam jeszcze nie do końca wiedział, z jakiego powodu, ale było w niej coś nietypowego. Nie do końca pasującego do całego obrazka. Zaś to instynktownie nasuwało na myśl możliwy związek z anomaliami, czyż nie?
- Zmierzam do tego, że to nie byłby pierwszy raz, gdy dzieje się coś, co nie powinno mieć miejsca, ale też nie sądzę, żebyśmy mogli traktować to jak królika wyciąganego z kapelusza. To rzeczywiście osobliwe, ale nawet w braku logiki musi być jakaś logika - i poniekąd po to tu byli, czyż nie?
Aby spróbować ją odnaleźć. Jak na ten moment odnajdując głównie siebie nawzajem, co było nawet lepsze.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#10
17.02.2025, 21:32  ✶  

Dobrze było dać sobie chociaż jeden taki dzień. Całkowicie beztroski, bez żadnych oczekiwań, bez pytań, odpowiedzi których nie mogli otrzymać. Zwyczajny dzień, jakby nie dotyczyły ich te wszystkie nawarstwiające się problemy. To była naprawdę miła odmiana, zupełnie niespodziewana, ale im potrzebna. Zasługiwali na to, by dostać cały dzień dla siebie, nie, żeby nie spędzili ze sobą ostatnich kilku dni, ale tym razem było inaczej. Nie poruszali niewygodnych tematów, zachowywali się, jakby wcale nie istniali, nie poruszali tych niewygodnych kwestii, po prostu udawali, że nie istnieją. Nie było to szczególnie dojrzałe zachowanie, ale przecież nie miał im nawet kto tego zarzucić, bo to oni byli panami swojego losu. Skoro jedno i drugie zgodziło się na to, aby spędzić ten dzień w taki sposób, to nie miał im kto tego zabronić. To mogło przynieść kolejny mętlik w głowie, ale czy właściwie dałoby się jeszcze bardziej poplątać to wszystko, co ich łączyło? Nie wydawało jej się, cała sytuacja i tak była mocno skomplikowana, więc ten jeden, zwyczajny dzień niczego nie zmieniał.

Za to wprawił Yaxleyównę w wyjątkowo dobry nastrój, czego nie ukrywała, nie dało się nie zauważyć, że faktycznie promieniała. Jakże mogło być inaczej skoro znajdowała się u boku swojego najdroższego, nie rzucali w siebie oskarżeniami, nie kłócili się, tylko traktowali ten dzień jak swoistą sielankę. Bardzo łatwo odnalazła się w tej sytuacji, czuła, że im się ona należy, że to co robili było właściwe. Mieli już to kiedyś, przeżywali podobny czas w swoim życiu, dosyć długo trwał, moment, w którym wydawało jej się, że nic lepszego nie mogło się jej przytrafić. Problemy wydawały się nie istnieć, liczyli się tylko oni sami i to, że się odnaleźli, że byli gotowi spróbować tworzyć swój wspólny świat, razem.

Nie było to może dokładną powtórką z rozrywki, bo tym razem nie mieli jakichś dalekosiężnych planów, to miał być tylko ten dzień, może i noc, ale kto by się tym właściwie przejmował. Cieszyła się, że choć przez chwilę będzie im dane znowu to przeżywać.

Nie miała zamiaru odsuwać się od niego choć na moment, przylepiła się do jego ramienia niczym rzep, właściwie to ktoś z boku mógłby zauważyć, że znajdowała się nieco zbyt blisko, ale opinia innych nigdy jej szczególnie nie obchodziła, zresztą to nie było nic nowego. Już to kiedyś robili, już to mieli. Wiele dla siebie znaczyli. Gdy pokazywali się w towarzystwie nie dało się nie zauważyć, że byli w sobie szaleńczo zakochani, przez te wszystkie lata, ich uczucie nie słabło wraz z mijającym czasem, wręcz miała wrażenie, że stawało się coraz silniejsze, że z każdym dniem coraz bardziej się od niego uzależniała. Nie potrafiła bez niego żyć, tak jej się wydawało. Kiedy ich drogi się rozeszły starała się jakoś egzystować, ale to nie było łatwe, nie kiedy ciągle czuła, że czegoś jej brakuje, że kogoś jej brakowało.

Przewróciła oczami słysząc jego komentarz, nie byłby sobą, gdyby jej się nie odgryzł. - Ależ oczywiście, na pewno masz rację Roise, nie wiem, jak w ogóle mogłam to podważyć. - Niech mu będzie, tym razem faktycznie oddała mu ostatnie zdanie, bo właściwie bez sensu było ciągnąć tę dyskusję. Zgadzała się z nim, to nie zdarzało się zbyt często, ale bywały i takie momenty, o których wolałaby zapomnieć, bo jednak sporą przyjemność sprawiało jej mierzenie się z nim, chociażby słowem, tylko po to, aby móc znaleźć jakąś wspólną wizję. To zawsze wymagało sporo pracy i cierpliwości, ale było warte poświęconego czasu. Nauczyło ich współpracować, szukać wspólnych rozwiązań, z czasem naprawdę lekko im to przychodziło. Na tym chyba powinny polegać związki, przynajmniej tak się jej wydawało, bo jeśli chodzi o jakieś dłuższe relacje, to ta z Roisem była jedyną, jaką udało jej się kiedykolwiek stworzyć. Zresztą nie sądziła, że będzie jakaś kolejna, nie weszłaby w coś takiego, nie kiedy miała świadomość, że gdzieś tam jest on, ten właściwy, w zasadzie to nawet przeznaczony. Może to były dość wygórowane słowa, ale naprawdę w to wierzyła. Nie sądziła, że znajdzie się inna osoba, która chociażby mogłaby spróbować zająć jego miejsce, nigdy by do tego nie dopuściła.

Nie wydawało jej się, że ten dzień wyglądał tak tylko i wyłącznie przez to, że ktoś poprosił Ambroisa, aby obejrzał te dziwne, czarne róże. Wcale nie musiał jej tutaj ze sobą zabierać, a stworzył idealną sytuację do tego, aby spędzili ze sobą ten dzień w zupełnie inny sposób, tak, jak nie robili tego od dawien dawna. Doceniała ten gest. Frajdę sprawiło jej nawet to wystrojenie się i przyjęcie roli całkiem niewinnej dziewczyny, która szła pod rękę z mężczyzną, który miał zamiar starać się o jej względy. To nie było istotne, że w zasadzie to nie musiał się już starać, że już dawno przepadła i zatraciła się w tym uczuciu. Wszystkie te drobne gesty, po które sięgał tego dnia spowodowały, że znowu czuła się wyjątkowo.

Ten dzień zupełnie nie pasował do tych wszystkich, które mieli ostatnio szansę razem spędzić. Miał być zupełnie inny, w sumie to naprawdę podobał jej się ten pomysł, zresztą gdyby tak nie było, to przecież nie spacerowałaby z nim teraz po tym ogrodzie.

- Może nie z roślinami... - Zamyśliła się na moment, bo faktycznie miała szansę też zmierzyć się z podobnymi anomaliami. - ale zwierzęta, one też trochę się zmieniły. - Przypomniała sobie o tym wielkim błotoryju, którego upolowała latem wraz z Erikiem, w sumie to ona upolowała, a on pilnował, żeby wyszła spod ziemi. Bestia była wyjątkowa, ogromna, nigdy w życiu jeszcze nie widziała takiego ogromnego przedstawiciela tego gatunku, być może to też było powiązane. Skoro rośliny nieco się buntowały, to przecież mogły działać również na zwierzęta.

- Pewnie czasem po prostu tak się dzieje, kto wie dlaczego. - Nie czuła, że mieliby znaleźć odpowiedź na to pytanie, czy właściwie też jej potrzebowali? Mogliby po prostu zaakeceptować to, że tak po prostu jest. Bez grzebania w tym wszystkim, jak zwyczajni ludzie, którymi przecież dzisiaj byli.

Szli przed siebie, aż w końcu dotarli do oranżerii. Yaxleyówna zawiesiła na niej wzrok. Zaczęło jej towarszyszyć dziwne uczucie. Nie miała pojęcia skąd się wzięło, jakby to miejsce było zapomniane i potrzebowało uwagi. Miała wrażenie, że po plecach przeszedł jej dreszcz, czym był spowodowany? Skąd w ogóle wzięło jej się te dziwne uczucie, nie wiedziała, przeniosła wzrok na Roisa, chciała sprawdzić, czy i on coś wyczuł, czy może tylko jej się coś wydawało?

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (8128), Geraldine Greengrass-Yaxley (6049), Pan Losu (165)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa