• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 11 Dalej »
[popołudnie 06/09/72] Shady's back, tell a friend (actually, pls don't)

[popołudnie 06/09/72] Shady's back, tell a friend (actually, pls don't)
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
19.02.2025, 00:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:55 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


Było późne popołudnie. Za oknami zaczęło robić się pochmurno. Na klatce schodowej w naszej kamienicy panowała szarość i ponurość, bo słońce postanowiło ukryć się za chmurami na stałe. Słodki zapach kadzidła wypełniał przestrzeń, gdzieś pod spodem dało się wyczuć delikatną nutę marihuany. Cisza była tak intensywna, że można było usłyszeć własne myśli.
Trzask drzwi kamienicy i dźwięki kroków dwojga ludzi wchodzących na wyższe piętro odbiły się echem w pustym pomieszczeniu, przyciągając moją uwagę. Oczywiście się tego spodziewałem. Patrzyłem na nich przez okno klatki schodowej, gdy przechodzili przez ulicę. Byłem przygotowany.
Stałem w milczeniu - przynajmniej, dopóki nie upewniłem się, że oboje znaleźli się na właściwym piętrze. Wtedy w ciszy rozległo się ciche „pop!” - to, co tylko ja mógłbym rozpoznać jako pęknięcie balonika z pysznej, truskawkowej gumy balonowej w moich ustach. Mój głos, z delikatnym francuskim akcentem, oznajmił:
- Nie rusiajcie szię ani do pszodu, ani do tyłu. - Powiedziałem powoli, starając się zabrzmieć poważnie, jak konkretny i zdecydowany człowiek. Musiałem brzmieć autorytatywnie, mimo tego, że wada wymowy mi w tym nie pomagała. Przynajmniej z wyglądu byłem wysoki i umięśniony - robiłem wrażenie, przynajmniej zanim się odezwałem. Moje ręce pokrywały runiczne tatuaże, które lśniły w półmroku. Na sobie miałem beżową koszulkę z krótkim rękawem, brązowe bojówki z licznymi kieszeniami, skórzane buty za kostkę, natomiast moje uszy ozdabiały złote kolczyki. Ciemnobrązowe włosy związałem w kitkę.
Zaraz po zabraniu głosu, wychyliłem się zza fragmentu ściany, by dostrzec ich wyrazy twarzy. Byłem ciekaw reakcji, więc przyglądałem im się badawczo.
- To nie byłoby pszemyślane...
Zezując na wykładzinę na półpiętrze, zauważyłem, że była trochę przesunięta. Nieznacznie I niezręcznie, bo trochę dałem ciała z ukrywaniem mojego rzemiosła. Oczywiście, nie było to przypadkowe - musiałem ją przesuwać, aby rozrysować tam kredą swoje wzory pieczęci.
W ustach miałem - cały czas przeżuwaną, gdy na nich patrzyłem - różową gumę balonową. To z niej powstawał dźwięk „pop!”, gdy ją rozciągałem. Zanim postanowiłem się odezwać ponownie, z moich ust wyleciało kolejne „pop!” pękającego balonika truskawkowej słodyczy.
Przez chwilę przyglądałem się im intensywnie, a potem, powoli, dosadnie wypowiedziałem jedno obce słowo, brzmiące francusko. Czekałem na ich reakcję, ale wydawali się nieporuszeni. Przede wszystkim nie zareagowali sykiem na moją wypowiedź. Nic się nie stało. Zadowolony kiwnąłem głową. Prawie załatwione, został jeden mały detal.
- Solki. - Rzuciłem, wyciągając tyci mugolski pistolecik na wodę. Z dupy... Przepraszam - z tylnej kieszeni spodni. Praktycznie od razu pociągnąłem za spust, strzelając w ich kierunku przezroczystą, bezwonną, bezsmakową, która rozchlapała się między nimi. Zastygnąłem w oczekiwaniu. Spojrzałem na mężczyznę i kobietę, czekając na ich reakcję.
Woda, bo tym była, rozbryzgując się z głośnym „psik!” i lekko zmoczyła obie postacie.
Nic się nie stało. Obserwowałem ich, czekając na jakąkolwiek reakcję. Postanowiłem, że to był właściwy moment na wyjaśnienia. Kiwnąłem głową z aprobatą, a potem, odwracając się w stronę wnętrza korytarza, rzuciłem głośno i wyraźnie.
- Nie demony i nikt nie jeszt opętany! - Odezwałem się, rzucając usatysfakcjonowane spojrzenie na parę. W moim głosie brzmiała nutka nonszalancji. Przeniosłem wzrok z powrotem na nich, a uśmiech na mojej twarzy stał się wyraźniejszy. - Zajebiszcie, bo nie znam szię na egsorcyzmach. - Spojrzałem na parę, a w moim głosie pojawiła się nutka przyjacielskości. Byłem gotów na dalszą interakcję.
- Sekunda, muszę pszełamaś pieszęś. - Uprzedziłem. - Hej. - Dodałem, mój ton był znacznie bardziej przyjazny niż wcześniej. Chciałem, by wiedzieli, że nie mają powodu do obaw, mimo, że sytuacja była trochę niecodzienna. Miałem nadzieję, że w ten sposób uda mi się rozładować atmosferę, która przez chwilę była napięta jak plandeka na żuku.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#2
19.02.2025, 05:29  ✶  
To był naprawdę miły dzień. Od samego wczesnego poranka, poprzez wspólną wizytę w rosarium (nawet w tamtej niemal na pewno nawiedzonej oranżerii) aż do obiadu w restauracji. Ba, również podczas powrotu do mieszkania towarzyszyła im naprawdę przyjemna atmosfera. W tym momencie może już nie do końca tak lekka jak podczas spaceru. Wypity alkohol i coraz późniejsza pora dnia zdecydowanie robiły swoje. Nie dało się ukryć, przynajmniej w oczach Ambroisa, że o ile wcześniej mieli stosunkowo luźne plany, o tyle teraz mieli plany.
I te plany dotyczyły raczej bardzo prywatnego wieczoru spędzonego w mieszkaniu, być może zahaczającego o noc w Londynie zanim nad ranem wróciliby do zwierząt w Whitby, które do tej pory zdecydowanie miały poradzić sobie same. Odpowiednio je przecież do tego przygotowali, nawet jeśli może nie do końca spodziewali się, że zostaną w mieście na tak długo.
A tym bardziej nie, że przyjdzie im spędzać tu czas w ten sposób. Gdy poprzedniego wieczoru kładli się spać, raczej nie snuli planów na to, żeby spędzić ten dzień w taki sposób. A jednak to zrobili. Randkowali. Ubrani zdecydowanie lepiej niż zazwyczaj (co w jego przypadku znaczyło odstawienie się niczym szczur na otwarcie Podziemnych Ścieżek), wręcz wystrojeni. Zdecydowanie w naprawdę dobrych nastrojach. Niosący kwiaty, które rano wręczył dziewczynie i torbę z whisky oraz kawałkiem ciasta na wieczór. Prowadzący całkiem lekką dyskusję.
Gdy weszli na klatkę schodową kamienicy, znajdując się już w bardziej prywatnej przestrzeni niż wcześniej, Roise nie wahał się też dłużej, jeśli chodziło o bardziej zdrożne zachowania. Pocałował swoją dziewczynę, na kilka chwil odbierając im obojgu dech w piersiach i przyciskając Yaxleyównę do ściany. Odważnie sunąc dłonią po materiale na jej udzie. Podwijając jej jeden bok sukienki, trochę miętosząc przy tym materiał, ale co z tego? W końcu zaraz mieli znaleźć się całkiem sami, prawda?
Prawda?
No, kurwa, nieprawda.
Nie wiedział tego jeszcze, kiedy ją całował. Nie zdawał sobie z tego sprawy, kiedy kąsał jej wargi i dawał pociągać się za swoje. Kiedy wywoływał znacznie większy (i jakże satysfakcjonujący) rumieniec na policzkach i dekolcie dziewczyny.
Kiedy zupełnie nie przejmował się śladami jej pomadki na jego twarzy. Kiedy w końcu zaczęli wchodzić po schodach, zupełnie rozproszeni sobą nawzajem. Trzymając się za ręce, posyłając sobie spojrzenia, kilka razy prawie potykając się przez to o schody.
Kiedy wreszcie stanęli na wykładzinie piętro niżej niż docelowe mieszkanie, w dalszym ciągu zachowywali się jak para zakochanych szczeniaków. Poza ich dwojgiem, klatka schodowa była całkowicie pusta. Pozostało im jeszcze wyłącznie nieco bardziej uważać i odrobinę konspiracyjnie (głównie dla zabawy, odrobiny adrenaliny, raczej nie chęci krycia się) przemknąć przez piętro należące do ich wspólnego przyjaciela...
...i byliby u siebie. Co z tego, że w teorii nie istnieli już żadni oni? Ten dzień był inny.
No, kurwa, jeszcze nie wiedzieli jak bardzo inny.
Dopiero nieoczekiwany odgłos poprzedzający czyjąś ostrzegawczą wypowiedź przerwał idylliczne wrażenie intymności. Choć nieoczekiwana wypowiedź powinna zabrzmieć co najmniej groźnie, ton głosu, akcent i barwa brzmienia mężczyzny nie dodawały... ...a wręcz całkowicie rozwiewały... ...powagę tych słów.
Mimo to, Ambroise zareagował wręcz instynktownie, ruchem ręki powstrzymując dziewczynę przed zrobieniem kolejnego kroku i zatrzymując ją w miejscu. Siebie także. Nie spróbował pchnąć Geraldine za jego plecy wyłącznie za to, że w istocie byłoby to wspomniane parszywe zrobienie kroku a on nie chciał ryzykować.
Jeszcze nie.
Wpierw musiał zorientować się, o co chodzi i...
...kurwa. Niczego mu to nie rozjaśniło. Nawet wtedy, kiedy ich rozmówca wyłonił się ze swojej kryjówki zaś z ust Greengrassa mimowolnie wydostało się ciche:
- Rookie - pozbawione jakiejkolwiek radości z powodu zobaczenia znajomej mordy.
Wręcz przeciwnie. Szczególnie po słowach o tym, że ich ruchy mogły być nieprzemyślane. Pardon...
...niepszemyślane.
Tylko jakimś cudem nie skomentował tego, co tutaj w rzeczy samej było najbardziej nieprzemyślanym... ...niepszemyślanym... ...posunięciem. I zdecydowanie nie chodziło o nic, co było związane z nimi. O nie. To nie oni zachowywali się, jakby ochujali.
- Raczysz mi wyjaśnić - zaczął, nawet nie próbując kończyć tego zdania. - Co do chuja się tu odpierdala i co ci odjebało, że uważasz to za rozsądne posunięcie? - Wybrzmiało dostatecznie wyraźnie.
Wręcz idealne niewerbalne... ...cóż... ...z uwagi na ilość niecenzuralnych słów cisnących się na usta Ambroisa, to chyba przekleństwo. Niewerbalne przekleństwo skierowane w stronę drugiego mężczyzny wraz z wyraźnie coraz bardziej poirytowanym spojrzeniem.
Mimo to, Roise nie zamierzał ignorować tamtego ostrzeżenia, jakie na samym początku dotarło do nich od strony Fenwicka vel Rookwooda. Tu akurat na tyle dobrze znał talenty przyjaciela, że był w stanie od razu założyć najgorsze. Czy tam najlepsze. To chyba zależało od intencji Benjy'ego (tudzież Aloysiusa) a te były dla Greengrassa totalnie niezrozumiałe.
Najpewniej miały jakiś tam ukryty sens, ale na ten moment był skłonny stwierdzić, że Loys wyciągnął je sobie z dupy. Zupełnie jak tamten pokraczny pistolecik na wodę, którym ich zaatakował.
Kolejna rzecz, której Ambroise za cholerę się nie spodziewał i na którą zareagował z kilkusekundowym opóźnieniem, potrząsając przy tym głową jak mokry pies, bo...
...no, kurwa.
Przytkało go. Pierwszy raz od dawna tak bardzo go przytkało. A jednak i tak stosunkowo szybko się odetkał.
- Och, zapewniam cię, że zaraz mnie coś opęta - syknął wreszcie, raczej bardziej ostentacyjnie ostrzegawczo aniżeli ozięble (co nie było dla niego takie typowe; przynajmniej nie dla jego dorosłej wersji) mrużąc przy tym oczy.
A jednak poniekąd dostał swoje wyjaśnienie, czyż nie? Informacje najwidoczniej zajebiście szybko się roznosiły. Zwłaszcza takie, które za cholerę nie powinny trafiać do ogółu społeczeństwa. Toteż gdyby nie fakt, że to był Rookwood... ...no, Fenwick, do którego zawędrowały, Ambroise bez chwili zawahania porozmawiałyby sobie z najpewniej ni mniej, ni więcej, nikim innym tylko Corneliusem.
Niechybnym prowodyrem całego cyrku, jaki się tu teraz odstawiał (Bellowie klaskaliby jajami na widok takiego show; szczególnie ich kobiece przedstawicielki) choć aktualnie nie było go widać na horyzoncie. Co prawda, Roise jednocześnie był w stu procentach pewien, że większość metod weryfikacji wyszła od Aloysiusa, ale to Corio był tu głównym winnym. Corio i jego długi jęzor.
Corio i jego nieobecna facjata. Corio i jego dupa kryjąca się w mieszkaniu, na co wskazywał gest i głośny komentarz Fenwicka rzucony za plecy. Corio i jego nagła przezorność. Corio i jego hebanowe klepki zastępujące braki w głowie.
Tak. To Lestrange był tutaj mózgiem operacji. Zdecydowanie. Tak się składało, że to chyba nigdy nie miało ulec zmianie. Rookwood zawsze robił za organ wykonawczy, przy okazji często gęsto wciągając w to także Greengrassa, ale nigdy Lestrange'a.
Lestrange był z nich wszystkich najbardziej podstępną mendą. Ambroise mógł być z nim naprawdę blisko, nieustannie przyjaźnić się od ponad dwudziestu lat, jednak nie był w stanie ignorować niektórych faktów. Po prostu nauczył się z nimi żyć. Przeszedł do porządku dziennego...
...a potem okazywało się, że w dalszym ciągu można go było jeszcze zaskoczyć. Kolejny raz przekroczyć granicę perfidii, nawet jeśli sama idea i wykonanie być może zasługiwały na nieco uznania. Z pewnością były kreatywne. Niemalże tak jak nowa stylówka ich przyjaciela.
Od tych ubrań, poprzez tatuaże, kolczyki, fryzurę. Na nowym akcencie kończąc. Na nowym akcencie również zaczynając, bo cholera. Słysząc te ostatnie słowa, Roise niemalże parsknął śmiechem.
- Hipogryf upierdolił cię w język? - Być może jeszcze o to nie spytał, jednak zdecydowanie było to dostrzegalne w jego oczach, w których rozbłysły te nagłe kurwiki.
Jasne, nadal był zły. Zaskoczony tym, że dał się tak podejść. W dodatku w towarzystwie jego dziewczyny, co było dodatkowo irytujące. Jednakże skala absurdu niemalże wyjebała poza...
...cóż skala absurdu niemalże wyjebała poza skalę absurdu.
Zwłaszcza, że rookwoodowa sekunda nawet jeszcze się nie zaczęła.
- Rusz dupę i to ściągnij z łaski swojej - podkreślił, w razie, gdyby przyjaciel zdążył zapomnieć o tym, co powinien zrobić.
Jednocześnie pierwszy raz od kilku chwil przeniósł spojrzenie na Geraldine, nie powstrzymując się od ostentacyjnego przewrócenia oczami. Także zupełnie nie w jego charakterze. Zazwyczaj robił to znacznie subtelniej, ale tu się tak kurwa nie dało.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
19.02.2025, 10:05  ✶  

To był całkiem przyjemny dzień. Wydawać by się mogło, że całkiem zwyczajny, jednak nie dla nich. Wrzesień przyniósł dla Yaxleyówny sporo zmian. Pozbycie się demona ostatniego dnia sierpnia okazało się wcale nie być końcem jej wszystkich nawarstwiających się problemów, ale jakoś to zaakceptowała. Próbowała odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, z Roisem ponownie u jej boku, chociaż nie było to, aż takie oczywiste, bo w sumie niczego nie określili, niczego nie wyjaśnili, a dalej w to brnęli. Wręcz przeciwnie jeszcze bardziej wszystko komplikowali doprowadzając do tego, aby pojawiły się dni jak te. Nie, żeby jej się to nie podobało, bo przecież ona uważała, że stawianie granic nie jest im zupełnie potrzebne, to Greengrass twierdził inaczej.

Wrócili w końcu do kamienicy przy Alei Horyzontalnej, w całkiem dobrych nastrojach, nie mogło być inaczej, bo ten dzień był całkiem beztroski, zupełnie niczym się dzisiaj nie przejmowali, nie rozmawiali o tych wszystkich sprawach, które doprowadzały do kłótni. Potrzebowali takiego oderwania od rzeczywistości, nieco beztroski, w sumie przypomniało jej to o tym, jak mogło być między nimi dobrze. Kiedyś mieli to na co dzień, teraz było raczej wyjątkiem.

Niby mieli trwać przy sobie tylko i wyłącznie w Whitby, aby doprowadzić Piaskownicę do stanu użyteczności, jednak i ta niepisana zasada się zmieniła. To była kolejna noc, którą miała spędzić w jego mieszkaniu w Londynie, nie, żeby jakoś szczególnie ją to martwiło, chociaż może trochę powinno. Zaangażowała się w układanie swojego własnego życia, ale gdzieś z tyłu ciągle pozostawała z nią myśl, że wypadałoby w końcu zająć się młodszym bratem, którego widziała kilka dni temu, znajdował się w nie najlepszym stanie. Niełatwo jej jednak było wrócić do tej szarej rzeczywistości, która na nią czekała. Cóż, na pewno się tym zajmie, później, szczególnie, że mieli plany na ten wieczór.

Wypadałoby go odpowiednio zakończyć, szczególnie po takim dniu. Miała chęć zdjąć z siebie tę sukienkę, którą włożyła dzisiaj na siebie, bo nie przepadała za takimi ubraniami, najlepiej właściwie gdyby to Roise ją z niej zdjął, tak, wchodząc do kamienicy myślała głównie o tym, że zaraz pozbędzie się tych niewygodnych części garderoby, które jej, im tylko i wyłącznie przeszkadzały, mieli zamknąć się w czterech ścianach i zakończyć ten dzień w odpowiedni sposób.

Straciła czujność, nie ma się co dziwić, Greengrass przyparł ją w końcu do ściany i skupiona była tylko wyłącznie na tym palącym uczuciu, które się pojawiło. Mogli sobie już na to pozwolić, prawda? Już za chwilę mieli się znaleźć w jego mieszkaniu. Nie musieli się niczym przejmować, ani nikim. Jasne, niby mieszkał tu ich wspólny przyjaciel, swoją drogą dość dramatycznie się ostatnio u niego pokłócili, ale nie sądziła, że istaniała jakakolwiek szansa, że ich tu teraz zastanie. Zresztą byli dorośli, mogli robić co im się tylko podobało.

Bez zbędnego wahania pozwoliła się sobie zatracić w tym kolejnym pocałunku, żarliwym, bardziej zachłannym niż te słodkie pocałunki, którymi się dzisiaj obdarzali, w końcu mogli sięgnąć po wszystko, czego potrzebowali, a nie dało się ukryć, że ta dwójka wyjątkowo do siebie lgnęła.

Nie przejmowała się pomiętą sukienką, przecież już za chwilę miała się jej pozbyć, zresztą nigdy nie przywiązywała wagi do tak nieistotnych szczegółów. Jeszcze moment, parę schodów i będą mogli się w sobie zatracić. Tak, gdyby wszystko było takie proste. Powinni w końcu spodziewać się niespodziewanego, czyż nie?

Ich sielnakę przerwało pojawienie się typa. Wielkiego typa, który najwyraźniej miał wobec nich swoje własne plany. Prychnęła głośno, gdy wspomniał o tym, że mają się nie ruszać. Chyba nie wiedział z kim na doczynienia. Nie przywykła do wykonywania poleceń. Żadnych.

Roise nie chwalił się jej tym, że ma popierdolonego sąsiada, nie wiedziała więc do końca czego powinna się spodziewać, spojrzała więc na Greengrassa pytająco, dopiero po chwili ponownie wbiła wzrok w nieznajomego, właściwie to morda wydawała się jej jakaś znajoma, nie potrafiła jej jednak przypisać do żadnych personaliów, co było dość dziwne.

Spojrzała na wykładzinę, spod której wystawały jakieś wzory. Dotarło do niej, że póki co może faktycznie lepiej było się nie ruszać, bo chuj jeden wiedział, co typ zamierzał z nimi zrobić.

Odruchowo sięgnęła do swojego buta, po ten sztylet, który zawsze się tam znajdował. Chwyciła go w swoją lewą dłoń. Teraz czuła się dużo bezpieczniej. Nie miała pojęcia, co nieznajomy chciał zrobić, wolała więc mieć pewność, że będzie w stanie się obronić, jeśli zajdzie taka potrzeba. Typowo dla siebie nie rozpoczęła od wyciągania różdżki, zdecydowanie wolała inne metody walki.

Ambroise najwyraźniej wiedział kim jest typ, wcale jej to nie uspokoiło, bo ona nie miała pojęcia, co się dzieje. Nie znosiła tego uczucia.

Wtedy typ sięgnął po coś, odruchowo chciała się odsunąć, ale kurwa mać, mieli się nie ruszać, więc tego nie zrobiła, od kiedy to słuchała poleceń jakichś pojebów? Oberwała wodą, przez co na jej twarzy pojawiła się konsternacja, nie miała zielonego pojęcia, co się tutaj odpierdalało.

- Mogę być demonem i bez opętania. - Mruknęła pod nosem sięgając po gumkę do włosów, którą miała na nadgarstku, związała włosy, które mogły jej przeszkadzać w ewentualnej walce, nie znosiła, gdy właziły jej do oczu.

Wydawało jej się, że typ zszedł z tonu, gdy okazało się, że nie są opętani, w ogóle co to miało być? Skąd ten pojebany pomysł, jasne, znaleźli się ostatnio w jaskini z pewnym demonem, ale wiedziała o tym garstka osób. Ktoś się musiał wysprzęglić i przekazać mu tę informację, tylko po co, skoro wydawał się jej być zupełnie obcy. Właśnie, jej - Roise zdecydowanie go znał, to świadczyło o tym, że ktoś jeszcze spoza tego grona mógł go znać, na pewno nie przypadkowo znalazł się w tej kamienicy.

- To Twój kolega? - Zapytała jeszcze swojego chłopaka, bo najwyraźniej się znali, więc wolała ustalić kim on był i dlaczego odpierdalał tu swoje czary-mary.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
19.02.2025, 16:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.02.2025, 16:53 przez Benjy Fenwick.)  
Mogłem nie okazywać tego na zewnątrz, ale w głębi duszy cieszyłem się, widząc znajome twarze. Choć musiałem przyznać, że całe to widowisko było dość dziwne. Wyglądali na zbyt zaabsorbowanych sobą, by zwrócić uwagę na to, że ich prywatność miała zostać brutalnie przerwana. Przynajmniej z początku - stosunkowo szybko się skonfrontowaliśmy, nie lubiłem podchodów, oni raczej też nie. Stanęli przede mną, ją przed nimi, odstawieni jak na galę, a jednocześnie wymiętoleni. Trochę niezręcznie, bo chyba na pewno przerwałem im zakradanie się po klatce schodowej do mieszkania Ambroisa na chyba nie takie małe, patrząc na ich wygląd, tête-à-tête. Dziwnie mi było to widzieć. Cornelius ewidentnie miał rację, ale na razie nie zamierzałem komentować tego, co zastałem. Miałem zadanie do wykonania.
Kobieta z błyskiem w oku, sięgnęła po sztylet schowany w talii. Moje instynkty ostrzegawcze natychmiast się włączyły. Wyglądała na gotową do działania. W odpowiedzi, jakby na znak, uniosłem brzeg koszulki, pokazując pas z pochwami na kilka różnych broni, które zawsze miałem przy sobie. To przypominało te mugolskie filmy przygodowe, w których bohaterowie wyciągają bronie z najdziwniejszych miejsc, jakby to było coś zupełnie normalnego. Zawsze miałem skąd wyciągnąć kolejną broń, choćby z dupy.
Otworzyłem usta, by zripostować, że mam większy sztylet, ale w ostatniej chwili wstrzymałem się. Przeczesując włosy pałami, poczułem, że sytuacja jest na tyle napięta, że nie ma sensu podkręcać atmosfery. Mieli swoje powody, by być wkurzeni, a ja musiałem znaleźć sposób, by obrócić tę sytuację na swoją korzyść.
Szybko, jak na mnie, zreflektowałem się, że to nie czas na prowokacje. Byli po prostu wkurwieni, co wcale nie czyniło ich mniej niebezpiecznymi od demonów.
Uniosłem ręce na znak pokoju, starając się złagodzić napięcie.
- Soly, nic pelszonalnego. - Powiedziałem od razu, starając się brzmieć jak najbardziej neutralnie, choć w głębi duszy czułem, że sytuacja mogła wymknąć się spod kontroli.
Zerknąłem w kierunku kobiety, która stała naprzeciwko. Jej wyraz twarzy był skupiony, jakby wnikliwie analizowała sytuację. Poza tym raczej nie kryła złości. Całkiem usprawiedliwionej. Potem przeniosłem wzrok na Ambroise'a. Przyglądałem mu się badawczo, próbując ocenić jego wyraz twarzy i ogólny stosunek do mnie. Wyglądał na podkurwionego, to prawda, ale nie emanował chłodem. Wręcz przeciwnie, jego reakcje były jak najbardziej normalne, a jego oczy zdradzały coś więcej niż tylko gniew.
Wzruszyłem ramionami, mimo, że teoretycznie pytanie nie było skierowane do mnie. W międzyczasie, z nudów, podrzuciłem sztylecik między palcami, czując, jak chłodny metal delikatnie musnął moją skórę. Pyknąłem gumą balonową, a dźwięk przerwał tą chwilową, napiętą ciszę.
- Tak jakby goszej, bo plaktycznie jestem z nim lodziną, blatem. - Powiedziałem prosto, nie przejmując się tym, że może nie wszyscy są gotowi na tę informację. - Stalszym. - Dodałem, z lekkim uśmiechem, który miał złagodzić napiętą atmosferę.
Zmierzyłem Ambroise'a badawczo wzrokiem, próbując ocenić, co się dzieje w jego głowie. W końcu, mimo wszystko, w tej dziwnej sytuacji nadal tworzyliśmy jakąś formę rodziny.
Zerknąłem w stronę kobiety, zauważając, jak jej oczy błyszały w świetle. Była wnerwiona. Nie dziwiłem jej się - trochę mi odpierdoliło.
- Solki za pszesadne ślodki ostloszności, ale… Wiecie, jak to jest. Baldzo powasznie podchodzę do kwesztii bytów i opętań. To nie jesz tylko teolia czy zabawa. - Powiedziałem zanim zacząłem delikatnie zdejmować runy z pieczęci, klękając przy brzegu wykładziny. - Miałem jusz do szynienia z jednym takim demonem w Nikalagui... Niemal poszłał większość moich współplacowników do piachu. Pszypadkiem pszyczepił się do naszej glupy, a pszez to, że tak moszno się klył, nie mieliśmy pojęszja, w co się pakujemy, dopóki nie było za pószno.
Moje myśli wróciły do tamtego zdarzenia - chaosu, który zapanował, gdy w końcu odkryliśmy, co się dzieje. Zamilkłem, przesuwając dłonią z różdżką nad runami na podłodze pod wykładziną. Znałem ten układ na pamięć, nie musiałem podnosić dywanu. Mimo to musiałem być skupiony, by nie popełnić błędu. W miarę jak część pieczęci znikała, uniosłem wzrok na towarzyszy.
- Wiecie, to był szkulwiel, któly potlafił manipulować umysłami. Kalmił się złudzeniami, majakami, które nietludno było wywołać wszlód bandy ćpunów, alkoholików i oportunisztów. Ogólnie szecz bioląc, był mistszem w kleowaniu złuszenia szczęścia. Kiedy w końcu go odklyliśmy, mieliszmy cholelnie duszo ploblemów z jego zapieszętowaniem. Pięsz lazy jebaliszmy mu łeb maszetą. Nie dość, że był moszny, to jeszcze kalmił się pozytywnym gównem. Jego ulubionym daniem było danie w szyłę i zjazd na haju asz nie było z ciebie co szbierać... I... Gotowe. - Powiedziałem, wstając z podłogi i prostując się.
Otrzepałem ręce z niewidzialnego kurzu.
- Kiedy Colio opowiedział mi o szytuacji, od lazu stwieldziłem, że nie zamieszam się bawić w szadne ekspelymenty. Wystalczy, że mam na szobie jeden wyrok, a tu jest dziecko. - Podsumowałem. Ostatni raz pyknąłem balonem, a dźwięk rozległ się głośno w ciszy, która nas otaczała.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
19.02.2025, 20:36  ✶  
Nietrudno było domyślić się, że Ambroise był nawet bardziej niż poirytowany nagłą zmianą planów, jaka wynikła bez jakiejkolwiek możliwości interwencji z jego strony. Co gorsza miał wrażenie, że być może byłby w stanie przewidzieć potencjalne niebezpieczeństwo zamiast tak po prostu wpierdolić się wprost na minę pieczęć przykrytą wykładziną. W dodatku nie samotnie, ale z dziewczyną, która znaczyła dla niego na tyle dużo, że w tym momencie był wnerwiony nie tylko na Rookwooda, ale też głównie na siebie.
Może tego nie mówił. Być może nie wyciągał tego na wierzch, mimo że bez oporów wspominał o wielu innych równie znaczących rzeczach. To, że milczał nie zmieniało tego, że Geraldine była dla niego praktycznie wszystkim. Bez chwili namysłu zaangażował się dla niej w polowanie na dopplegangera, nie wahając się ryzykować własnym życiem, bo cholera kochał ją.
Nawet po półtora roku rozłąki. Po tym wszystkim, co się między nimi działo. Przy tych całych zawirowaniach, problemach, kłopotach. Po decyzjach uniemożliwiających mu (przynajmniej w jego oczach, bo nie mieli tu żadnej zgodności) powrót do przeszłości. Bycie razem na dłużej niż to, co sobie teraz dawali.
Może teraz wcale nie sprawiali takiego wrażenia, ale nie mieli wspólnej przyszłości. To, co teraz robili nie było próbami pogodzenia się. Wrócenia do siebie. Dania sobie drugiej szansy. To było... ...coś innego. Sam nie wiedział, co dokładnie. Tego dnia świadomie wybierał nie myślenie o tym. Nie zastanawiał się dłużej, po prostu żył.
Pozwalał sobie na to, żeby sięgać po to, czego pragnął. Dawał się rozpraszać temu, co robiła jego dziewczyna. Jej błyszczącym oczom posyłającym mu sugestywne spojrzenia. Malinowym wargom wygiętym w tym obiecującym półuśmiechu, który sprawiał, że Greengrassowi momentalnie robiło się gorąco. Że świerzbiły go nie tylko ręce coraz odważniej sunące po sukience Yaxleyówny. Cały ulegał wrażeniu coraz bardziej palącego pożądania.
Myślał wyłącznie o tym, by znaleźć się z nią na górze w mieszkaniu. Zamknąć za nimi drzwi i zatracić się w sobie nawzajem. Jakimś cudem powstrzymując się przed odważnymi gestami dopóki nie zostali całkowicie samo (ta, jasne) we wnętrzu kamienicy.
Wtedy zaczął pozwalać sobie na znacznie więcej. Na otwarty żarliwy dotyk, na niezaprzeczalnie coraz bardziej wygłodniałe pocałunki. Na słanie dziewczynie jawnie pożądliwych pociemniałych spojrzeń. Na niemalże ciągłe przerywanie wspinaczki po schodach po to, by obdarzyć się nawzajem kolejnym zaczepnym dotykiem. Pociągnąć dziewczynę za rękę, musnąć palcami jej podbródek, raz czy dwa wychylić się do tyłu, żartobliwie wymierzając jej klapsa w tyłek czy podszczypując ją w pośladek.
Zachowywali się całkiem szczeniacko. Głupkowato. Żarliwie. Na tyle, że całkowicie stracił czujność. Teraz był tym podkurwiony. Stał w miejscu, mierząc mężczyznę wzrokiem i ani myśląc powstrzymać Geraldine przed rzuceniem sztyletem w Rookwooda, jeśli chciałaby to zrobić. Atmosfera nie dawała się tak po prostu rozluźnić.
O nie. Czymkolwiek były zabiegi Fenwicka vel Rookwooda, zdecydowanie były personalne. Bez dwóch zdań. Nawet, jeśli ten ewidentnie starał się rozluźnić atmosferę po swoich odpierdalankach. Ambroise tego nie kupował. Nadal był równie zaskoczony, co rozjuszony. Poirytowany na tyle, by w dalszym ciągu rozważać zmazanie pięścią uśmieszku z twarzy przyjaciela. Ewentualnie wepchnięcie mu tej jego absurdalnie różowej pykającej gumy balonowej wprost w tchawicę.
Na szczęście dla typa, wszystko wskazywało na to, że rzeczywiście byli w tej chwili zapieczętowani w jednym miejscu, nie mogąc ruszyć się do przodu ani do tyłu czy wziąć problem w swoje ręce, ścierając nim wzory z podłogi. Sztylet błyszczący w dłoni Riny wydawał się naprawdę kuszącym rozwiązaniem.
A jednak nie czymś, co faktycznie należało zrobić. Mimo wszystko, wkurwiający czy nie (oczywiście, że to pierwsze), to był jego...
...chyba w dalszym ciągu przyjaciel. Niegdyś naprawdę bliski. Obecnie? Cóż, słysząc pytanie zadane przez Geraldine, Roise przeniósł na nią wzrok, po czym nieznacznie zmarszczył brwi, zastanawiając się nad odpowiedzią.
Musiał to zrobić, bo sytuacja między nim a Loysem była co najmniej skomplikowana. Kiedyś nie miałby nawet najmniejszego problemu z określeniem ich relacji. Teraz?
Zamilkł na chwilę, szukając właściwych słów. W przeciwieństwie do drugiego mężczyzny, który najwidoczniej wcale nie potrzebował się namyślać. Z ust ich towarzysza momentalnie popłynęły bardzo konkretne słowa...
...przynoszące ulgę? Może trochę. Odrobinę łagodzące sytuację? Być może.
Zmierzył Aloysiusa uważnym spojrzeniem, zadając mu tym samym jedno niewerbalne, ale cholernie istotne pytanie. Tak. W dalszym ciągu był na niego całkiem nieźle podkurwiony, jednak nie zamierzał kopać leżącego. Przyjaciel sam stwierdził fakt. Ten, który być może dla Geraldine nie był szczególnie jasny czy zrozumiały, lecz dla Greengrassa stanowił dostateczny powód, by Ambroise spróbował nieznacznie zluzować.
Przez kilka sekund przyglądał się Loysowi, cały czas utrzymując spojrzenie na ciemnobrązowycg oczavh kolegi, po czym nieznacznie kiwnął głową. Odchrząkując, przeniósł wzrok na swoją dziewczynę. Nie uśmiechnął się, jednakże nie ział aż takim chłodem czy wściekłością jak mogła się po nim spodziewać.
- Benjy jest... ...jakby to ująć... ...enfant terrible tej rodziny - stwierdził powoli, dosyć mocno podkreślając zarówno imię mężczyzny (w jego ustach brzmiące aż nazbyt francusko, za bardzo jak Bężi) jak i status jego brata (tu także nie szczędząc sobie przesadnie francuskiego akcentu).
Był w tym ostentacyjny do przesady. Wyjątkowo przeuprzejmy, brzmiąc równie kulturalnie, co wyniośle. Trochę kąśliwie, co zresztą niemal natychmiast podbił dodatkowym pytaniem wycelowanym w ich nieoczekiwanego towarzysza.
- Prawda, Rookie? - Zdecydowanie nie oczekiwał jednak potwierdzenia swoich słów, zamiast tego od razu przenosząc wzrok na dziewczynę. - We wczesnym dzieciństwie miał nieszczęśliwą dla siebie tendencję do gryzienia ołowianych prętów w łóżeczku i niestety, co nieco mu po tym zostało - stwierdził, dosyć znacząco zniżając głos i rzucając przelotne spojrzenie w kierunku Rookwooda. - Jest trochę upośledzony. Matka tłukła go szczotą do butów, ale nic to nie dało. Poza tym hipogryf upierdolił go w język - mruknął półgębkiem do Yaxleyówny, nawet nie starając się, aby w rzeczywistości nie zostać usłyszanym.
Nie obchodziło go to, co miał sobie o tym pomyśleć szanowny Aloysius Loys Benjamin Benjy Rookwood Rookie Fenwick. Znając go, raczej miał mieć to zresztą w dupie. Nie raz, nie dwa docinali sobie nawzajem w znacznie mocniejszy sposób. Bardziej perfidny, choć mniej wyrafinowany.
To nie było nic takiego.
Stanowiło po prostu drobny rewanż za całą tę otoczkę. Nawet, jeśli usprawiedliwioną historią o demonie i zadziwiającą przezornością ze strony Rookwooda. I Lestrange'a. O Lestrange'u, choć nadal niewidocznym, też nie można było przecież zapominać. Nie, skoro zdecydowanie wprowadził ich przyjaciela w część tematów związanych z dopplegangerem, o czym świadczyła cała ta opowieść snuta przez Rookiego podczas procesu ściągania run.
Na ten moment jej nie skomentował. Uniósł wyłącznie brwi, spoglądając na Geraldine i wreszcie wykonując pierwszy krok wgłąb korytarza. Nic się nie stało. Nic nie wybuchło. O dziwo nawet on, choć w pewnym momencie zdecydowanie był na granicy. Potrzebował ochłonąć.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
19.02.2025, 22:08  ✶  

Yaxleyówna zawsze była gotowa do działania, nawet jeśli paradowała między ludźmi w zwiewnej kiecce, która nie do końca pasowała do tego, jak wyglądała na co dzień. Była gotowa na wszystko, musiała być, w końcu nigdy nie wiadomo, kiedy jakiś potwór mógł pojawić się na jej drodze, czy człowiek, który by ją wkurwił. Uwielbiała swoje świecidełka, w przeciwieństwie do większości kobiet była obwieszona w broń, a nie biżuterię. Dzisiaj jednak miała przy sobie tylko i wyłącznie ten jeden sztylet, ale jak wiadomo nie istotna była ilość narzędzi, a to w jaki sposób nimi operowała, a to miała opanowane bardzo dobrze. Od najmłodszych lat bowiem uczyła się, jak powinna posługiwać się bronią białą, tak się jej to spodobało, że stało się to jej głównym narzędziem podczas walki. Częściej sięgała po ostrza niż po różdżkę, chociaż i z tą radziła sobie wyjątkowo dobrze. Bardzo chętnie zaprezentowałaby nieznajomemu swoje umiejętności.

Nie zrobiła na niej specjalnego wrażenia jego prezentacja broni, które miał ukryte pod koszulką. Wiedziała, że mało kto był w stanie jej dorównać w machaniu ostrzem. Jeśli o to chodzi była, aż przesadnie pewna siebie, ale miała ku temu powody.

- Jeśli nie personalnego, to jakiego, co? - Zdecydowanie czekał tutaj właśnie na nich, chciał ich zaskoczyć, nie do końca wydawało jej się więc, aby to nie była personalna sprawa. Oczekiwała jakichś wyjaśnień. Nie podobało jej się to, że obcy typ rzucał się na nich z pistoletem na wodę, a do tego przygotował na nich, konkretnie na nich pułapkę, na klatce, którą zmierzali do mieszkania Roisa, w którym wreszcie mieli zająć się sobą. To było posrane.

Mrugnęła kilka razy, kiedy wspomniał o tym, że jest blatem Ambroisa. Jakim niby chujem? Skąd nagle brały się u niego jakieś dodatkowe siostry, czy bracia? Była z nim przez wiele lat i nigdy nie miała przyjemności poznać kogoś poza Roselyn, czy trzymał ją pod kamieniem, czy może ich? Nic z tego nie rozumiała, niestety. To też ją irytowało. Wyciągał to rodzeństwo niczym magik królika z kapelusza. To było nienormalne. Z drugiej strony, cóż, ona sama przecież jeszcze niedawno miała wyimaginowanego brata bliźniaka, powinna więc być chyba nieco wyrozumiała jeśli o to chodzi.

- Musi być, skoro o nim nigdy nie wspominałeś. - Tym razem wpatrywała się dłuższą chwilę w Roisa, nie sądziła, że teraz wyjaśni jej coś więcej, ale chyba powinien. Zdecydowanie ta dwójka się znała, teraz to do niej docierało, najwyraźniej tylko ona nie do końca wiedziała z kim mają doczynienia. Nie sądziła jednak już teraz, że zamierzał im zrobić krzywdę, nie miała jednak pojęcia po co był ten jego cały, pokazowy performance.

- Skąd w ogóle pomysł, że nas coś opętało? - Tak, chciała usłyszeć to od niego. Mało kto o tym wiedział, znajdowali się w kamienicy, w której mieszkał również ich wspólny przyjaciel, podejrzewała więc, że i Cornelius ma z tym coś wspólnego. Ostatnio okropnie jej podpadał, czy naprawdę nasłał na nich tego typa niespełnego rozumu? Chyba będzie musiała z nim o tym porozmawiać, w sumie może tylko powiedzieć, co o tym myślała, bo nie do końca była pewna, czy da mu szansę na przeprowadzenie dialogu.

- Na szczęście nasz demon nie zabrał nikogo ze sobą do piachu, wychodzi na to, że całkiem nieźle sobie poradziliśmy. - Dorzuciła uśmiechając się przy tym złośliwie. Niby był specjalistą, a chyba nie do końca. Nie miała pojęcia po co ktoś nasłał na nich teog kolesia.

- Corio powinien trzymać język za zębami, bo jeszcze ktoś zechce mu go odciąć. - Była zła o to, że przyjaciel opowiedział o tym, co się im przydarzyło zupełnie obcemu typowi, przynajmniej dla niej obcemu. Może oni go znali, ale dla niej był nikim, no, wydawał się może nieco znajomy, ale nadal nie potrafiła stwierdzić skąd go zna, a sprawa demona była jednak jej osobistym problemem - nie Corneliusa, nie Ambroisa.

Na szczęście mężczyzna postanowił usunąć tę pieczęć, w końcu mogli się ruszyć. Nie przywykła do tego, że ktoś zmuszał ją do stania w miejscu. Niemalże od razu cofnęła się o krok, tylko dlatego, że wreszcie mogła to zrobić.

- Faktycznie wygląda, jakby miał nie najłatwiejsze dzieciństwo. - Rzuciła jeszcze do Ambroisa. Nie sądziła, żeby to co mówił było prawdą, ale nie dało się nie zauważyć, że typ był mocno odklejony.

- Jaki wyrok masz na sobie? - Rzuciła jeszcze, bo nie umknęło jej to, o czym wspomniał, Yaxleyówna była uważna i skupiała się na szczegółach, wolała się więc upewnić o czym właściwie mówi. Swoją drogą mogła go źle zrozumieć, bo typ faktycznie brzmiał, jakby upierdolił go w język jakiś stwór. Było to jednak dla niej dość istotne, bo wspomniał o dziecku, które w końcu było jej chrześniakiem.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
20.02.2025, 12:13  ✶  
Obdarzyłem Yaxley poważnym spojrzeniem ciemnobrązowych oczu, starając się dostrzec każdy szczegół jej twarzy. Nie wyglądała jak typowa panna z dobrego domu, szlachcianka czystej krwi, a raczej jak ktoś, kto świadomie odrzucił konwenanse na rzecz własnej wolności. Mogła być odstawiona i wystrojona, a i tak nie sprawiała wrażenia typowego targetu Roise'a sprzed lat. To zabawne, że oboje, mimo swoich różnic i problematycznych charakterów, znaleźli się w tym samym miejscu. W gruncie rzeczy, nie potrafiłem się temu dziwić. Patrząc na nich, w głębi duszy czułem pewną satysfakcję. To karma, pomyślałem, że na siebie trafili. Nie wiedziałem, czy to dobrze, czy źle, ale na pewno nie mogli się ze sobą nudzić. Jedynie zastanawiałem się, czy to dobrze, czy źle, że obecnie stojąc przeciwko mnie. W gruncie rzeczy... W tym chaotycznym świecie, dobrze było zobaczyć, że ta dwójka miała siebie nawzajem. Łatwiej jest dzielić ciężar z kimś bliskim. Ja, niestety, nie miałem nikogo u boku.
Mimo to - swój zawsze rozpozna swego. Mógłbym nie znać Geraldine Yaxley, nie dostrzegać ostrza w jej dłoni, ale i tak wiedziałbym, że nie jest grzeczną panną. Znałem ich oboje na tyle dobrze, aby zrozumieć, że to połączenie jest karmiczne. Jakby los zadecydował, że muszą się spotkać, a ich temperamenty idealnie do siebie pasowały. Ogień i jeszcze więcej ognia - zrozumienie, które nie wymagało słów. Typiara odstawiała nastroszonego łabędzia, stojąc za plecami Ambroise'a, który z kolei nie tylko jej na to pozwalał, a nawet robił podobną minę. W mojej duszy tliła się nuta rozbawienia. Nie przygasła, gdy usłyszałem pytanie.
- Zboczenie zawodowe. - Odpowiedziałem. Patrzyłem jej w oczy, czekając, aż zrozumie. Na litość boską - to nie było trudne do przewidzenia.
Spojrzałem na mojego przyjaciela, uśmiechając się szeroko, gdy nasze oczy się spotkały. Przeczesując palcami włosy, stłumiłem śmiech, czując ulgę, że przyjął moją wersję odpowiedzi bez większych zastrzeżeń. Cieszyłem się, że nadal akceptował moją narrację. Mimo wszystkich naszych jazd związanych z przeszłością i różnicami zdań, zawsze był dla mnie bratem, jakbyśmy nadal byli tymi samymi chłopakami z dzieciństwa, bez względu na wszystko.
- No wies… - Zacząłem, otwierając usta z lekko ironicznym uśmiechem. - Mosze to po plosztu lodzina jest telible? Famille telible, nie enfant? - Zaśmiałem się pod nosem, spoglądając na niego i jego dziewczynę. - Nie dopusczasz takiej opcji, plawda? - Moje słowa brzmiały lekko, nawet jeśli w ich tle kryła się nuta prawdy. - Ja po plostu jesztem plawdziwy...
Zamknąłem na chwilę oczy, starając się uporządkować myśli, które kłębiły się w mojej głowie. Spojrzałem na nich oboje. Przez chwilę trwałem w milczeniu, zbierając wnioski, a potem w końcu wyrwałem się z letargu. Po tylu latach łamania klątw, po wszystkich spotkaniach z tym, co niewidzialne i niewytłumaczalne, nie mogłem przyjąć do wiadomości, że ona naprawdę myśli, iż po prostu zignoruję takie zagrożenie.
- Szelaldin. - Zacząłem. W moim głosie zabrzmiała powaga, która rzadko się u mnie zdarzała. - Cztelnaszczie lat łamię klątwy, widziałem duszo chorego szitu. Kiedy ktoś mi mówi, sze kszestni jego dziecka mieli do szynienia z demonami, nie zamieszam się dwa lazy zasztanawiaś, czy ich uszucia mogą zosztaś uraszone, gdy splawcę, czy ich nic nie opętało. - W moim głosie brzmiała determinacja, ale i nutka frustracji. Jak można było bagatelizować takie sprawy?  Z niedowierzaniem pokręciłem głową, próbując zrozumieć, jak to w ogóle możliwe.
- Szluchajcie. - Zacząłem, starając się nadać mojemu głosowi powagę, jakiej ta rozmowa wymagała. - Nie jesztem tego taki pewien. Mówię to szczesze - nie mogę wylokować, nie znając wszystkich faktów. Jaszne, poszło wam zajebiszcie, pewnie tak. Natomiaszt to, o czym mówimy, to nie pszelewki. Demonów się nie lehcewaszy, a opętanie… To powaszna splawa. - Stwierdziłem. Nie mogłem po prostu zignorować potencjalnych zagrożeń. Nie mogłem uwierzyć, że ktoś może być tak naiwny. - Dlatego szolki, ale jak na lazie nie kupuję tej welszji bez konkletów. - Rozłożyłem ręce, byłem gotów bronić mojego zdania, bo co jak co, ale tu miałem rację. Może nie byli demonami, ale Cornelius nie umiał powiedzieć, co tam się wydarzyło, więc potrzebowałem usłyszeć wszystkie szczegóły, żeby być zupełnie spokojnym.
Wzruszyłem ramionami, przyjmując na siebie ciężar sytuacji, ale z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Colio jest lozsządny. Zna mnie na tyle, by wiedzieć, że mosze mi ufać. I nie maltw się, nie paplamy o tym kaszdemu, on co tszesiej, ja tylko co szóstej osobie. I to nie w piątki tszynastego, bo to pszesada. Zlestą, tak czy inaszej, wie, sze nie zdladzę niszyjego zaufania. W końcu to ja wylaszłem na konflontację z potencjalnym demonem. - Powiedziałem, spoglądając na nią poważnym wzrokiem, ale z nutą swobody w tonie. Może trudno było w to uwierzyć, zwłaszcza w tych czasach, ale oto byłem, w środku tej nieprzewidywalnej sytuacji, z myślami krążącymi wokół zaufania i lojalności - moich głównych wartości. - Tyle mogłem zlobić dla otoszenia. Bo, szczesze mówiąc, szaden geniusz nie wpadł na to, szeby mnie w to zaangaszować. Zwłaszcza, gdy splawa sięgała jescze dalej, bo i do ciebie, Amblois, i zahaszała o jeszcze pół piepszonego Londynu. No, bo po co brać łowcę i klątwołamasza do łowów i pieszętowania demonów, nie? To jakby kupować buty u szewca, a nie na bazarze u pakińsztańszkieho Turka z Roszji. Spoko. - Machnąłem ręką, żeby to zbagatelizować. Nie o to mi chodziło, żeby się kłócić. Spojrzałem na swoje buty od pakistańskiego Turka z Rosji, wzruszając ramionami. Szczerze mówiąc - były niezłe. Zdecydowanie lepsze niż niektóre, które widywałem na stopach moich towarzyszy.
Z gestem dłoni zaprosiłem towarzyszy do przejścia głębiej, ku otwartym drzwiom, które prowadziły do przytulnego salonu. Uśmiechnąłem się pod nosem na słowa Ambroise'a, chociaż nie zamierzałem ich komentować. Zamiast tego, skierowałem wzrok na Geraldine. Poświęciłem jej chwile badawczego spojrzenia, próbując odczytać, co kryje się za jej miną i pytaniem, które mi zadała.
Moje oczy wróciły do Ambroise'a. W tym momencie ja też zadałem mu nieme pytanie: czy można jej zaufać? Chrząknąłem, przerywając ciszę i dodałem:
- Plawdopodobnie taki, za któly połowa magisznego Londynu chce mnie zajebaś, a dluga się ze mną przeszpaś. Jeszcze tego nie welyfikowałem. - Mój ton był lekko ironiczny, ale w głębi duszy wiedziałem, że gra, w którą wszyscy bez wyjątku graliśmy, z każdym dniem stawała się coraz bardziej niebezpieczna.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#8
20.02.2025, 12:56  ✶  
Ani przez chwilę nie zdziwił się, gdy jego dziewczyna wyciągnęła sztylet z buta. Mogła mieć na sobie zwiewną sukienkę. W jego oczach wyglądać jak ucieleśnienie kobiecości, niezaprzeczalnego seksapilu, boginki przyciągającej uwagę Ambroisa na tyle, że ewidentnie tracił dla niej całą swoją uwagę, rozsądek i ostrożność, przez co znaleźli się w takiej a nie innej sytuacji. I był o to cholernie na siebie zły. Wściekły, rozdrażniony, poirytowany.
Raczej nie zamierzał szukać wymówek dla wyjaśnienia swojej nieprzezorności. Wręcz przeciwnie. Oto drugi... ...nie, trzeci raz w przeciągu zaledwie kilku dni dał się złapać w potrzask, bo za mocno się rozproszył. To nie napawało go entuzjazmem. To go wkurwiało, nawet jeśli poniekąd stanowiło jawny i niezaprzeczalny dowód na to, co usiłował przekazać Geraldine. Na jego stosunek do tego, kim mogli a kim nie powinni dla siebie być.
W końcu nie dało się ukryć, w jaki sposób aktualnie działała na niego jej obecność. Sprawiała, że stawał się nieostrożny, nieuważny, za mocno skupiony na czuciu, zbyt mało na myśleniu. Nie starał się jej nic udowodnić, nie teraz, nie w ten sposób, ale oto jeszcze jeden raz stanęli przed żywym dowodem na to, że stęskniony, zakochany Ambroise zachowywał się jak martwy Ambroise. Ba! Martwy i ściągający tą śmierć również na osobę, na której najbardziej mu zależało.
Żyli w trudnych czasach. Wojna już nie majączyła na horyzoncie. Nie pukała do drzwi, nie znajdowała się u progu, nie była nawet jedną nogą we wnętrzu ich domu. Ona na stałe rozgościła się w magicznym świecie, raz za razem dając o sobie znać. Atmosfera robiła się wyłącznie tylko coraz bardziej napięta. Z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień słyszało się o kolejnych tragediach. Następnym dramacie. Jeszcze jednym uderzeniu w podstawy ich społeczeństwa.
Jak mieli się przed tym chronić, gdy już niemalże dwa lata temu przekonali się o tym, że nawet ich wspólny front, ich trzymanie się na uboczu, nie mieszanie się w nieswoją walkę, ich pozornie bezpieczny status społeczny był niczym wobec niszczycielskich sił próbujących zaprowadzić nowy porządek w dotychczasowej rzeczywistości?
Tak. To był tylko Benjy. Roise wiedział, że nawet pomimo ich napiętych stosunków, różnic w poglądach i spojrzeniu na świat, Fenwick nie był dla niego zagrożeniem. Mogli nie wiedzieć, w jaki sposób się do siebie odnosić. Nie mieć pewności, na czym stoją, ale to jedno było jasne. Nawet po tak długim czasie wiedział, że mógł ufać intencjom przyjaciela.
Jak Aloysius to określił: brata. Gdzieś tam głęboko nadal byli braćmi. Nie zmienił tego upływ czasu, nie zmieniły tego spory i niesnaski, nie zmieniła tego rozłąka. Nic nie miało tego zmienić. Tak jak w przypadku Corneliusa i niechlubnego okresu półtora roku temu, tak i w tym wypadku czas nie naruszył podstaw ich relacji. Jedynie pokrył wszystko kurzem, spod którego wyłaniała się teraz śniedź.
No, może także trochę gówna i błota, bowiem nie dało się ukryć, że Ambroise raczej nie zareagował lekko na to, co odstawiał jego kumpel. Benjyemu odpierdoliło. Naprawdę ochujał i nie było dla tego prostego wyjaśnienia. Nie dało się tego nazwać niepersonalną sprawą i przejść z tym dalej do porządku dziennego.
Tyle tylko, czy aby na pewno?
Skoro się nie dało, to co teraz robili?
Nie chodziło przecież wyłącznie o pieczęć znajdującą się centralnie pod stopami Greengrassa, nawet jeśli naprawdę chciał sprawiać takie wrażenie. Rzucał nieprzychylne, nieprzyjazne, wręcz piorunujące spojrzenia w kierunku Rookwooda, ale to nie dlatego jeszcze się na niego nie rzucił. Gdyby chciał spróbować sprawdzić zabezpieczenia czy tam pułapki (jedno i drugie?) nałożone przez drugiego mężczyznę, niechybnie by to zrobił. Nie powstrzymałoby go nic, zwłaszcza jeśli zorientowałby się, że to wyłącznie on, nie oni oboje z Riną mieliby ponieść ewentualne konsekwencje tego zachowania.
Nie musiał stać w tym miejscu. Nic nie musiał. A jednak nie tylko tu pozostał, lecz także otworzył usta, pozwalając sobie na podjęcie dialogu. Czy przyjacielskiego? No nie do końca. Trudno byłoby o mniejsze natężenie kąśliwych słów z jego strony. Rzadko kiedy bywał aż tak uszczypliwy w stosunku do kogoś, z kim nie widział się od wielu miesięcy. Praktycznie rzecz biorąc to od lat.
Na tę przyjemność jak do tej pory zasłużyły wyłącznie dwie osoby. Obie stały z nim teraz na jednym korytarzu. Obie mierzyły się wzrokiem. On zaś spoglądał to raz na jedno, to raz na drugie. Wcale nie zamierzając sprawiać wrażenia, że gdyby doszło między nimi do konfrontacji, zamierzałby stanąć po stronie Fenwicka.
Może Benjy miał te swoje typowe posranie idealistyczne intencje. Być może chciał postąpić słusznie, choć bez wątpienia robił to w bardzo pokraczny sposób, jednakże to nie zmieniało faktu, że wkurwił tym Roisa. Tym i pykaniem tą swoją dziecięcą gumą balonową, jakby miał trzy latka, trzy i pół, sięgał głową zdecydowanie ponad stół. Pustą głową nieskalaną myślą, bo to Cornelius. Zasrany gadatliwy chujek był tu mózgiem całej operacji.
A on, pojebany szczyl zachowujący się, jakby z miłości odebrało mu rozum...
...on też nie błyszczał tu w żaden sposób. Tych dwóch aż nadto dobrze pokazało mu jego własną słabość. Sam nią sobie urągał. Sam był na siebie o to wkurwiony. Paradoksalnie, nie był zły wyłącznie na jedną jedyną osobę. Tę, na którą przeniósł teraz wzrok, starając się wzruszyć ramionami w taki sposób, aby nie wyglądać, jakby dostał paraliżu górnej połowy ciała.
- Zazwyczaj trzymamy go w piwnicy, bo sufit na strychu jest za niski a on nie potrzebuje więcej wstrząsów mózgu, wiesz. Nie wyciągamy go bez okazji - skwitował, przy czym może nie zdawał sobie z tego sprawy, ale Rina bez wątpienia miała rację.
Wcale nie zamierzał głębiej wnikać temat, przez który nigdy nie poruszał z nią istnienia tego największego skarbu, jakim był najdroższy braciszek.
Ufał jej. Był z nią całkowicie szczery. Jednakże to nie oznaczało, że bez powodu wyciągnąłby nie swoje sekrety. Tylko w ramach ciekawostki. Nie z żadnej istotnej przyczyny i bez konieczności. Nie był takim typem człowieka. Ewidentnie w przeciwieństwie do ich wspólnego przyjaciela, który w ostatnim czasie popadał w coraz bardziej irytującą tendencję do szastania cudzymi sekretami i wypowiadania się na tematy, na które nie powinien wyrażać swojej opinii.
Nie to, żeby to jakoś specjalnie dziwiło Ambroisa. Jak już sam wewnętrznie zdążył zauważyć, nie chodziło zresztą o dzielenie się sekretami z obcymi i niegodnymi zaufania, ale do kurwy nędzy...
...nie miał słów. Naprawdę nie miał słów. Zwłaszcza słysząc odpowiedź na pytanie dotyczące opętania. Gdyby nie trzymał rąk założonych na piersi, najpewniej opadłyby mu właśnie w tej chwili.
- Żelazna logika - wycedził przez niemal całkowicie zaciśnięte wargi, mimo wszystko nie będąc do końca w stanie zaprzeczyć temu, że coś rzeczywiście było w tym założeniu.
Temat dopplegangera był dla niego jednak na tyle cholernie świeży i drażliwy, że niespecjalnie chciał wysłuchiwać teraz tych wszystkich mądrości kogoś, kogo zdecydowanie przy nich nie było wtedy, gdy faktycznie ich potrzebowali. Kogoś, kto teraz postanowił im to wytknąć.
- Mhm, bo każdy normalny slałby sowy przez ocean, licząc, że odsiecz łaskawie zjawi się za pół roku - burknął tylko z tą samą przesadą, z jakiej skorzystał przyjaciel, bo niby w teorii wiedział, że tak to nie wyglądało.
Mimo to sytuacja została zażegnana, tak?
Rookie mógł sobie teraz pogwizdać.
Choć czy aby na pewno?
Poniekąd naprawdę brzmiał, jakby hipogryf upierdolił go w jęzor.
Cornelius natomiast mógł go już wkrótce nie mieć.
Tak, to był bardzo zgrany duet. Bez cienia wątpliwości.
- A nie, ślady po dzieciństwie ma znacznie głębiej - machnął ręką, zataczając nią koło w powietrzu wokół sylwetki Fenwicka, ale nie zamierzając dodawać, czy chodziło mu o fizyczność, czy o psychikę (na marginesie: o oba). - To? To po prostu jego twarz. Taką już ma - to mówiąc, dosyć prowokacyjnie uniósł brwi, wzruszając przy tym ramionami.
Cóż, nie wątpił, że już dawno zaczął sobie grabić, ale tak się pięknie składało, że będąc z takiego a nie innego rodu, miał w tym wyjątkowe doświadczenie. Dodatkowo pilnie uzupełniane przez wszystkie lata obcowania z dwoma najprawdziwszymi geniuszami zła. Mistrzami zasadzek. Mózgami planowania przestrzennego w taki sposób, aby wepchnąć w ich życie jak najwięcej pojebanych akcji.
Szybko, naprawdę szybko domyślił się prawdy. Tego jak wyglądały realia. Znacznie szybciej niż Geraldine, ale nic dziwnego. W końcu znał obu.
- Choć ta cała stylówka łoscy demodów jest mnie jest nowością - dodał, kolejny raz przyglądając się wszystkim tym zmianom, jakie bez wątpienia zaszły w człowieku, którego kojarzył z bycia... ...cóż... ...zdecydowanie bardziej klasycznym.
Ten tutaj nie tylko mówił, ale i wyglądał co najmniej osobliwie. Wręcz ziejąc aurą poszukiwacza przygód. Kogoś, kim Roise mimo wszystko nigdy nie spodziewałby się, że Loys zostanie. Nawet wiedząc to, co wiedział o nim już w szkole. Raczej widział go jako eksperta w zakresie klątwołamania dla instytucji takiej jak Bank Gringotta.
Nie mógł mu się jednak dziwić. Nie przy tym, co się stało, prawda? Takie życie z pewnością niosło wiele niebezpieczeństw, ale siedzenie na dupie w jednym miejscu też miało to robić. W gruncie rzeczy być może faktycznie lepiej było przeżywać życie na własnych zasadach.
- Poza tym, co ty tu robisz? - Dorzucił do pytania zadanego przez Rinę, przy okazji nawiązując kontakt wzrokowy z przyjacielem, by wyraźnie dać mu do zrozumienia swoją odpowiedź.
Nie wątpił, że Cornelius pewnie przedstawił już swój punkt widzenia i był on raczej zbieżny z tym Ambroisa, ale niewerbalne pytanie i tak wyraźnie padło. Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.
Wreszcie bardzo powoli kiwnął głową, jednocześnie niemal od razu kląskając przy tym językiem o podniebienie i unosząc dłoń.
Tak. Możesz.
- Tylko nie tu, co? - Nie pytał, stwierdzał fakt w razie, gdyby jego przyjaciel zapomniał, gdzie się znajdują, bo poniekąd tak to brzmiało, gdy Benjy zaczął walić tekstami o ruchaniu.
To była prywatna część korytarza. Jedyne mieszkanie na piętrze, górne zaś zajmował sam Ambroise, więc stamtąd też nie miało nadejść nic nieoczekiwanego (miał kurwa taką nadzieję, choć chuj go wiedział po całej tej akcji), jednak kamienica nie była już w całości własnością nikogo, komu można byłoby całkowicie zaufać. Mieli wyłącznie dwoje innych sąsiadów, zazwyczaj zachowujących się raczej jak duchy albo wampiry, ale prowadzenie takich rozmów na korytarzu wciąż byłoby szczytem idiotyzmu.
Poza tym zaczynała mu schodzić ilość promili we krwi a po całej tej szopce nie zamierzał powstrzymywać się od picia. Kolejny raz zamierzał zrobić nalot na barek Corneliusa. Tyle należało im się w ramach rekompensaty za doznane przeboje. No, tyle i jeszcze trochę więcej, toteż na powrót wyciągnął rękę ku Geraldine, chcąc w ten sposób zaznaczyć swoje miejsce.
Swoje stanowisko w tym, że nie zamierzał czuć się jak dzieciak przyłapany na zbrodni, bo wybrał się na randkę ze swoją byłą dziewczyną. Nawet jeśli zaledwie kilka dni wcześniej twierdził coś, co wykluczałoby taką możliwość. To zdecydowanie nie była najbardziej popierdolona rzecz tego popołudnia. Podium należało do planu tych dwóch debili. Ambroise zamierzał łaskawie im je pozostawić.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
20.02.2025, 14:57  ✶  

Czy Yaxleyówna faktycznie odrzucała konwenanse, które były typowe dla czystokrwistych? Może trochę. Nie robiła niczego wyjątkowego na tle pozostałych członków swojej rodziny, większość z nich w końcu była łowcami, tyle, że właśnie, ona nie miała tej jednej magicznej części ciała dyndającej między nogami, która świadczyłaby o tym, że to nie było nic złego. Jej ojciec nie miał nic przeciwko temu, ba była jego ulubienicą, od najmłodszych lat kształciła się pod jego okiem ku niezadowoleniu matki, która widziała nią w nieco innej roli, na szczęście to nie matka miała tutaj ostatnie zdanie. Geraldine nie miała problemu z tym, aby udowadniać wszystkim wokół, że znajdowała się w odpowiednim miejscu, bardzo chętnie demonstrowała swoje umiejętności, szczególnie wtedy, kiedy ktoś traktował ją lekceważąco, zwłaszcze jeśli robił to przez pryzmat płci. Zresztą nawet spoglądając na to, jak się prezentowała już na pierwszy rzut oka widać było, że niczego jej nie brakuje jeśli chodzi o dorównianie tej lepszej, bardziej wartościowej płci. Yaxleyówna była praktycznie wzrostu obu mężczyzny, którzy tutaj z nią stali, a oni nawet na facetów byli ponad przeciętni, więc nie, niczego jej nie brakowało, ani umiejętności, ani siły, czy czegokolwiek innego.

Ambroise nie musiał jej na nic pozwalać, od tego warto było zacząć. Yaxleyówna zawsze zachowywała się tak, jak chciała, nigdy nie przejmowała się tym, że może to wyglądać nieodpowiednio. Reagowała raczej szybko i bez zastanowienia, miała swój temperament i nigdy nie dążyła ku temu, aby go utemperować.

- We wszystkich którzy przechodzą strzelasz tym gównem? - Skoro było to zboczenie zawodowe, to pewnie tak robił, czyż nie? Nie chciało jej się wierzyć, że z takimi zapędami nikt nie postanowił go jeszcze zamknąć w Lecznicy Dusz.

Nie miała pojęcia, zielonego, o co chodzi z tą ich rodziną, nie zakładała, że ten typ mógłby być prawdziwą rodziną Ambroisa, bo kurwa trochę jej się to nie spinało. Roise raczej był ułożony, przynajmniej w większości sytuacji, a ten typ zachowywał się jak dzikus, którego ktoś wypuścił z zamknięcia, nie, żeby szczególnie jej to przeszkadzało, bo sama miewała różne momenty, ale jednak, zdecydowanie nie wyglądali, i nie zachowywali się, jakby byli ze sobą spokrewnieni. To powodowało, że nie do końca wiedziała, co się dzieje, ale pewnie już niedługo się dowie, nie zamierzała odpuszczać tego tematu, jeśli nie teraz, to wypyta o wszystko bardzo dokładnie Ambroisa.

- Łamię karki od jakichś dwudziestu lat, naprawdę potrafię sobie poradzić z jednym demonem, zresztą Roise także. - Nie zamierzała ignorować tego, że jej mężczyzna również miał z tym coś wspólnego. - Mimo wszystko dobrze wiedzieć, że martwisz się o Fabiana, to akurat ma sens. - No nie mogła pominąć i tego. Najwyraźniej chciał to sprawdzić dla ich chrześniaka, co nieco wybielało Fenwicka w jej oczach, tylko nieco. Mógł to przecież rozegrać zupełnie inaczej. Nie organizować tej całej pułapki, gdyby do nich przyszedł im im to wyjaśnił na pewno nie mieliby problemu z tym, żeby sprawdził, czy nie siedzi w nich jakichś demon, nawet jeśli wiedziała, że tak nie było.

Słuchała tego, co mówił Ambroise i zaczęła sobie układać pewne fakty w głowie. To wcale nie było takie łatwe zważając na to, że ten typ ciągle paplał, gęba mu się nie zamykała. Geraldine nie była przyzwyczajona, że wokół niej się, aż tyle działo. Był za oceanem, musiał wrócić, czyli nie było go na miejscu, to musiał być ktoś, kto postanowił wyjechać z Wielkiej Brytanii, pewnie jakiś znajomy, tyle, że skoro go nigdy nie widziała, to musiał wyjechać dość dawno, jakieś siedem lat temu? Może jeszcze dawniej. Nie kojarzyła go ze ślubu Corio, ani z żadnych innych spotkań, których przecież przez lata odbyło się naprawdę wiele. Była ciekawa kim dokładnie był i dlaczego wrócił tutaj właśnie teraz.

Nie odzywała się zbyt wiele, raczej przyglądała się mężczyznom mrużąc oczy, próbowała to wszystko zrozumieć, ale wychodziło jej to raczej chujowo.

- Ta sprawa była tylko i wyłącznie moją sprawą, zresztą została już załatwiona, więc możesz zejść z tonu. - Nie miała pojęcia dlaczego typ się tak zesrał o to, że go nie zaangażowała, skoro przecież jeszcze pięć minut nie wiedziała o tym, że Roise ma kumpla który jest jakimś pierdolonym łowcą demonów, nie wspominał jej o tym, jak mniemała dlatego, że go tutaj nie było. Zupełnie nie potrafiła ogarnąć dlaczego miał o to pretensje, zresztą Roise i tak miał gówno do powiedzenia w momencie, w którym szykowała się do wyjścia do jaskini, wtedy jeszcze ledwie byli w stanie przebywać w jednym pomieszczeniu, nieco się zmieniło, zupełnie przypadkowo, ale jednak.

Uniosła brwi, kiedy wspomniał o tym, że połowa magicznego Londynu chce go zajebać, co takiego mógł zrobić, że naraził się, aż takiej ilości czarodziejów? Kim do chuja był ten człowiek i dlaczego Corio mu ufał, w sumie Roise chyba też, bo póki co się na niego nie rzucił. To było dziwne i niepokojące, ale nie chciała aktualnie za bardzo drążyć. Klatka schodowa nie była ku temu odpowiednim miejscem.

Dostrzegła dłoń Roisa, którą wyciągnął w jej kierunku, więc ją chwyciła. Nie byli dziećmi, aby musieć się tłumaczyć z tego co tutaj robili, razem. Zresztą Lestrange kilka dni temu nie omieszkał im powiedzieć co o tym myśli, więc mieli to już za sobą. Podejrzewała, że tym razem nie będzie miał chęci poruszać tego temaru, zwłaszcza, że ostatnim razem nie zakończyło się to zbyt przyjemnie.

- Dobra, jebać to, Lestrange musi nam coś wyjaśnić. - Tak, nie umykało jej to, że Corio nasłał na nich swojego koleżkę, więc wypadałoby się z nim skonfrontować i zapytać go o to, co mu właściwie odjebało. Nie widziała żadnych przeciwskazań przeciwko temu, aby zrobić to od razu. Przynajmniej będzie miał szansę zobaczyć ich zadowolenie spowodowane tym, co się wydarzyło.

Skoro już to ustalili, to ruszyła do mieszkania Corio, gotowa powiedzieć mu co o tym myśli, tak właściwie to wszyscy tam weszli.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (4095), Benjy Fenwick (2384), Geraldine Greengrass-Yaxley (2648)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa