Cornelius stał w swoim mieszkaniu, w sypialni syna, otoczony przez stosy ubrań, zabawek i innych drobiazgów, które miały trafić do wyprawki Fabiana na weekendowy wypad z ciotką w góry. Jego ręce sprawnie układały wszystko w torbie, nie potrzebował do tego pomocy skrzatów, jednak myśli mężczyzny wciąż krążyły wokół nadchodzących dni, które zapowiadały się niezwykle intensywnie. Praca czekała na niego z otwartymi ramionami, żeby go wciągnąć i pochłonąć, a dyżury, które miał przed sobą, były zaplanowane na cały weekend. Ostatnio sytuacja w jego zawodzie była napięta, stres, niepewność i ciągły pośpiech stały się jego codziennością.
Corio co chwilę przerywał pakowanie, nasłuchując dźwięków dobiegających z klatki schodowej. Mimo, że mieszkanie otwarte drzwi do korytarza pozwalały na swobodne przenikanie dźwięków, nic nie słyszał, co gorsza, cisza tylko nakręcała jego napięcie. Czasami wydawało mu się, że było coś słychać, ale zaraz po tym, gdy przysłuchiwał się uważniej, wrażenie znikało. To tylko potęgowało jego niepokój, nic dziwnego, w takich momentach wyobraźnia potrafiła płatać figle. Co chwila wsłuchiwał się w dźwięki, które mogłyby sugerować, że na zewnątrz działo się coś niepokojącego, zwłaszcza, gdy przez dłuższy czas panowało tam milczenie.
Nagle niemal podskoczył, gdy, jak grom z jasnego nieba, usłyszał głośny tekst Aloysiusa: „Nikt nie jest ani demonem, ani opętany!” Cornelius westchnął z ulgą, a jego napięte ramiona opadły, jakby zniknął z nich ciężar. Kiwnął do siebie głową, zdając sobie sprawę, że spodziewał się tego komentarza, ale zawsze warto było upewnić się, że to, co się działo, nie zagrażało mu ani jego bliskim. Zwłaszcza, gdy miał tę możliwość, dzięki nagłej obecności Rookwooda, teraz zwanego Fenwickiem, do czego Corio nie zdążył się przyzwyczaić, mimo tego, że dokumenty, które to poświadczały, wyszły spod jego dłoni.
Wreszcie odłożył torbę z wyprawką na bok i postanowił na chwilę przerwać pakowanie. Wiedział, że wkrótce przybędą jego przyjaciele, nie tylko sam Benjy, a ich wizyty nigdy nie kończyły się na spokojnej rozmowie. Z doświadczenia wiedział, że w takich sytuacjach alkohol był niezbędny, gdyż emocje zawsze sięgały zenitu, a ich rozmowy potrafiły przerodzić się w głośne dyskusje. Zwłaszcza takie, jak ta ostatnia, a niechybnie też ta dzisiejsza.
Przeszedł do salonu, gdzie na stole od dawna stały cztery szklanki. Ustawił je równo, dbając o każdy szczegół. W głowie miał już plan, jak mógłby rozwiązać nadchodzące napięcia, by jakoś przejść przez to nawiedzenie z godnością. Wiedział, że przyjaciele mieli przyjść z wyrzutami, dlatego przygotował się na wszystko. Musiał być gotowy na ich emocjonalne tornado, które z pewnością miało nadciągnąć, gdy tylko przekroczą próg jego mieszkania. Szybko przygotował dodatkowe butelki, napełniając szklanki alkoholem. Wiedział, że będzie potrzebował nie tylko trunków, ale też sporej dawki cierpliwości, ale whisky nie mogło zabraknąć, nie po czymś takim.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)