Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Miał wrażenie, że każdy krok, jaki robił stawał się cięższy od wcześniejszego. Ona też wyglądała w ten sposób. Zapłakana i zasmarkana. Roztrzęsiona. On z zewnątrz jakoś się trzymał, nawet jeśli wewnątrz już dawno rozpadł się na drobne kawałki.
Byli wykończeni. Zmęczeni, przytłoczeni świadomością tego, że dali sobie zbyteczną nadzieję, mimo że zawsze wiedzieli, że ich drogi w końcu się rozejdą. W milczeniu, w ciężkiej i przytłaczającej ciszy zeszli boczną klatką schodową na piętro jego oddziału. Wokół nie było żywej duszy. Martwej też nie. Szpital był pogrążony we śnie.
Między nimi także panowała przytłaczająca cisza, w której wciąż dostrzegał widma ich ostatnich rozmów. Niewypowiedzianych, ale niemal namacalnych obietnic. Gestów, nie tylko słów. Tych i tych. Tym razem zadziwiająco gładko mieszali je ze sobą. Wszystkich nadziei, które okazały się puste.
Wchodząc na oddział, nie zastał nikogo z nocnej gwardii, ale i tak zgodnie z niepisanym zwyczajami głośno zapowiedział, że wraca do siebie. W odpowiedzi usłyszał dosyć zaspane burknięcie drugiego uzdrowiciela docierające do niego z uchylonych drzwi jednego z pozostałych pomieszczeń. Całe szczęście dzielił zmianę z kimś, z kim łączyły go naprawdę dobre stosunki. Nie zwykli zawracać sobie dupy bez potrzeby. Ich współpraca zawsze przebiegała wyjątkowo naturalnie, zwłaszcza że każdy zwykł po prostu robić swoje.
Otworzył drzwi kluczem, bez słowa wpuszczając dziewczynę do środka i wchodząc tuż za nią. Odruchowo zamykając drzwi na zamek, choć przecież nie było sensu tego robić. Geraldine miała wyłącznie zabrać swój płaszcz, oddając mu szpitalne wierzchnie okrycie i opuszczając Munga. Mimo to podjął wszelkie środki ku temu, aby nikt nie mógł im przeszkodzić.
W czym? Sam nie wiedział, bo przecież zaledwie kilka chwil temu sam oznajmił, że nie było sensu się żegnać. A jednak ponownie miał wrażenie, że cała ta sytuacja była zbyt skomplikowana. Za bardzo pogmatwana. Nazbyt trudna, by tak po prostu skończyć się w ten kurewsko banalny sposób. Mimo to nie mógł uciec przed myślą, że ta noc zdawała się być ich wspólnym tragicznym testamentem.
Robiąc dwa kroki wgłąb pomieszczenia, zatrzymał się na chwilę, próbując pozbierać myśli. Powinien wrócić do swoich zajęć, ale w tym momencie nie potrafił dłużej milczeć. Ta cisza zbyt wiele go kosztowała. Bycie zdystansowanym i odległym, trzymanie się tak bardzo w ryzach, że czuł się tak, jakby sam zaciskał sobie pętlę na szyi.
Poniekąd to robił, czyż nie? Od samego początku. Od wielu miesięcy. Tego wieczoru zaczął pękać.
Nie potrafił dłużej dusić w sobie reakcji na słowa, jakie padły na dachu. W końcu się odezwał. Jego głos był cichy, ale wypełniony przygnębieniem. Nawet nie próbował tego ukrywać, bo po co? Skoro w istocie był to ich ostatni wspólny moment. Skoro tej nocy serwowali sobie najcięższą, najgorszą, ale też najszczerszą prawdę, na jaką mogli sobie pozwolić nie będąc w domowym zaciszu... bo nie mieli już wspólnego domu, prawda?
Piaskownica nie była ich, nawet jeśli spędzali w niej niemal wszystkie ostatnie dni, nawet jeśli mimowolnie czynili plany w stosunku do tamtego domu, pozwalając sobie na to wszystko, co teraz kolejny raz okazywało się błędem. Zupełnie tak jak wszystko, co dotychczas robili. Zachowywali się tak, jakby wcale ich to nie dotyczyło. Jak gdyby ten moment nie miał nieuchronnie nadejść. Jak ludzie mający przed sobą przyszłość.
- Widzę - powiedział cicho, jednak w jego głosie brzmiała wręcz przytłaczająca gorycz - widzę wszystko. Dostrzegam więcej niż ci się wydaje. I wiesz, co w związku z tym? Nic. Zupełnie nic. Nie przez ciebie. Sam nie wiem, po prostu nie wiem jak sobie z tym wszystkim poradzić - pauza, zamilkł, czując jak jego słowa wypełniają przestrzeń między nimi.
Jak uderzają w pustkę, odbijając się od niewidzialnej ściany, która na nowo zaczęła pojawiać się między nim a Riną. Jak na moment zastygają w powietrzu tylko po to, by spaść w przepaść z głuchym łoskotem. Wiedział, że to nie zmieniało ich sytuacji, ale nie mógł tak po prostu dłużej trzymać tego dla siebie. Nie teraz. Nie dziś.
Cisza, która zapadła po jego słowach była gęsta i przytłaczająca. A to nie był przecież koniec. Jeszcze nie. Skoro i tak zmierzali ku nieuchronnemu, mogli chociaż posunąć się do tej ostatecznej formy szczerości.
- Czy ty wiesz, ile mnie to kosztowało? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, ile mnie to kosztuje, nie walczyć o nas? Walczyłem o nas, wiesz? Walczyłem przez kilka miesięcy, zanim to wszystko się stało - zawahał się, ściskając dłoń w pięść, czując jak emocje kipią w nim tak mocno, że po prostu wreszcie musiały znaleźć ujście.
Czy był to odpowiedni moment? Lepsze pytanie: czy jakiś w ogóle mógł istnieć?
To zawsze było trudne. Na zawsze miało być trudne. Ale nie chciał miotać się z tym do usranej śmierci. Nie chciał dusić tego w sobie w chwili, w której nie dało się już bardziej spierdolić sytuacji. Nie było też nadziei na to, by ją naprawić. Szans na nowe, lepsze jutro, ale zdecydowanie nie mógł nic tym pogorszyć.
Nie dało się bardziej zjebać. Tym razem był tego pewien. Powiedzieli sobie już wszystko, dosłownie wszystko, każde najgorsze słowo, na jakie było ich stać bez posuwania się do kłamstwa, a jednak w tym momencie coś w nim pękło. Cała reszta też wylała się na wierzch.
- Tak, to był błąd. Jeden z wielu. Powinienem był od razu powiedzieć ci jak jest. Nie powinienem wtedy odchodzić bez słowa, ale to nie zmienia faktu, że mi też jest ciężko. W tym momencie nic już nie wiem, ale nie chcę cię ranić - zaczerpnął powietrze głęboko w płuca, wykorzystując ten moment w próbie zebrania myśli, które wciąż mu umykały.
Stwierdzał fakty. Być może bez potrzeby, ale przynajmniej usiłował postawić sprawę jasno. Aż tyle i tylko tyle. Nie chciał brzmieć desperacko, ale słowa same cisnęły mu się na usta.
- Nie chcę wierzyć, że to był błąd. Czarnowidztwo. Jak zwał tak zwał. Bo przez to stracilibyśmy nie tylko półtora roku. Straciliśmy znacznie więcej. Już tego nie odzyskamy - urwał, wbijając wzrok w jej odbicie w ciemnej szybie.
Padło. Powiedział to. Pierwszy raz na głos. Pierwszy raz nazwał to wprost i co z tego?
Nie chciał pytać, czy wiedziała, co to tak naprawdę oznacza. Tak, to mogło być błędne podejście, nawet tego teraz nie kwestionował. Nie zamierzał, był zbyt wyczerpany, za bardzo rozbity i rozstrojony. Być może w ogóle nie powinien nic mówić, ale nie zamierzał milczeć.
- Nie pytam cię już o to, czy naprawdę mogłabyś mi to wybaczyć. Wiem, że mówiłaś szczerze. To koniec. Nie bagatelizuję twoich uczuć, nie neguję ich. Ale mi też jest ciężko. Na koniec dnia nie traktuj mnie jak kogoś, kto robi to z bierności - zamilkł, bo chyba wyczerpał już wszystko, co mógłby powiedzieć; to i tak były zbędne słowa, puste frazesy, prawda?
W tej martwej ciszy, która ich otaczała, było coś, co sprawiało, że wszystko wydawało się jeszcze bardziej przytłaczające. W głębi duszy pragnął, by jej odpowiedź przynajmniej na chwilę zburzyła na nowo budowane mury. Ale wiedział, że żadne słowa nie zmienią tego, co już zostało powiedziane. Granice zostały przekroczone.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down