Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Nadciągała burza. Jeszcze nie błyskało, ale to była tylko kwestia czasu. Dało się to wyczuć w powietrzu. W podmuchach wiatru poruszających tymi wyjątkowo wstrętnymi firankami w kuchennym oknie, których Ambroise jeszcze nie miał okazji ściągnąć.
Charakterystyczny zapach, gęsia skórka na przedramionach, włoski stające dęba na karku i specyficzna aura nie do pomylenia świadczyły o tym, że już wkrótce miała rozpętać się wichura z piorunami. Gdyby tylko ktokolwiek z nich zdawał sobie sprawę z tego, co tak naprawdę miało ogarnąć Londyn już zaledwie za kilka godzin...
...ale tak nie było. Ze wszystkich wyjątkowych zdolności, które Ambroise mógł odziedziczyć po wyśmienitym rodzie matki, niestety nie był prekognitą. A może raczej stety? Czasami lepiej było nie wiedzieć, co los ma w zanadrzu, aby móc tak po prostu cieszyć się bieżącą chwilą.
Zaś on bez wątpienia był teraz całkiem szczęśliwy. Zdecydowanie czuł się znacznie lepiej niż jeszcze poprzedniego wieczoru, gdy rozstawał się z Geraldine, wychodząc do pracy. Mając z tyłu głowy myśl o tym, że to najprawdopodobniej oznaczało rozpoczęcie wdrażania powolnego procesu rozchodzenia się każde w swoją stronę.
W końcu przeciągali to już od tygodnia. Coraz bardziej się gubili, miotali, motali. Nie mogli trwać obok siebie przez kolejne dni, łudząc się, że cokolwiek z tego będzie a jednocześnie raz po raz powtarzając sobie nawzajem, że powinni się rozstać...
...prawda?
Prawda?
Otóż bujda, bowiem wystarczyło zaledwie kilka godzin, żeby znowu znaleźli się tuż obok siebie, obejmując się nawzajem ramionami i prowadząc pierwszą z wielu rozmów. Tę zadziwiająco spokojną. Wtedy jeszcze całkiem przyjemną. Później było wyłącznie coraz gorzej.
W przeciągu zaledwie dwunastu godzin, może nawet mniej, padło między nimi naprawdę dużo słów. Mało kto byłby w stanie poradzić sobie z intensywnością tych wszystkich dyskusji. Zajebiście spokojnych, pozbawionych krzyków, ale jednocześnie uderzających w bardzo niskie tony.
Co dopiero mówić o wyjściu z nich nie tylko obronną ręką, ale także wspólnie. Pierwszy raz od praktycznie dwóch lat mając całkowitą jasność: chcieli być obok siebie. Ze sobą. Wrócić nie do tego, co mieli przed laty, bo to już nie było możliwe, ale do siebie nawzajem. Zbudować życie na nowo.
Nie spróbować ponownie. To nie miała być jedynie próba. Ze strony Ambroisa była to niewypowiedziana deklaracja. Znacznie bardziej zdecydowana niż kiedykolwiek. Tym razem nie zamierzał spierdolić sprawy.
To było naprawdę parszywe półtora roku. Zarówno dla niego, jak i dla jego dziewczyny. Teraz już na powrót oficjalnej. Jego kobiety. Te słowa brzmiały naprawdę dobrze. Zwłaszcza w jego głowie, gdy przebudził się z drzemki, odnajdując się u jej boku w sypialni, którą dzielili przed laty. Kiedyś to był jego dom, to było jego miejsce, jego mieszkanie. Teraz sytuacja nadal była skomplikowana, ale chyba powoli zmierzała ku dobremu.
Wszystko, co mogło pójść źle prawdopodobnie co najmniej zboczyło w tym kierunku. Nie potrzebował za bardzo tego analizować, aby zdawać sobie sprawę z tego, że jego decyzja o odejściu dla dobra Riny w istocie nie przyniosła niczego dobrego. To było całkowicie bezsensowne poświęcenie, nawet jeśli w dalszym ciągu nie chciał patrzeć na to w tych kategoriach.
Może jeszcze nie mieli okazji prowadzić głębszych rozmów na temat tego, w jaki sposób miało wyglądać ich wspólne życie. Co powinni zmienić, dostosować, zrobić, aby rzeczywiście odbudować ich bezpieczną przystań. Zostawili to na trochę później, wracając do domu ze spaceru z psami i dając się ponieść chwili.
Byli zajęci zdecydowanie bardziej satysfakcjonującymi czynnościami. Takimi nie wymagającymi zbyt wielu dialogów. Pierwszy raz od naprawdę wielu miesięcy spędzili ze sobą prawdziwie błogie chwile, zasypiając w swoich ramionach. A gdy obudził się, jak zwykle jako pierwszy, tuż obok Geraldine, jakoś wyjątkowo nie spieszył się do tego, żeby wstać.
Jeszcze przez pewien czas leżał w łóżku tuż obok niej, zanim pocałował dziewczynę w czubek głowy, okrywając ją kołdrą i wymykając się z sypialni. Rano po powrocie z Munga nie zdążył wziąć prysznica, teraz zamierzał to nadrobić. Mimo wszystko, nie lubił mieć świadomości, że pachnie tymi wszystkimi powszechnie wykorzystywanymi eliksirami albo środkami do dezynfekcji. Niby miał świadomość, że i tak nie dało się tego uniknąć. Gdzieś tam zawsze trochę dawał szpitalem. Dawno temu trwale przesiąknął wonią medykamentów, której sam nie czuł, ale Geraldine już bez wątpienia tak. Nie zwracała mu na to uwagi, jednak był tego całkowicie świadomy.
Na tyle, że tego dnia wziął wyjątkowo dokładny prysznic. Jeden z gatunku tych, które przestał brać praktycznie dwa lata temu. Bardzo długi jak na niego, metodyczny, mający zapewnić, że zdecydowanie nie śmierdziałby już eliksirem wiggenowym albo szkiele-wzro. Miał na to czas, bo nie spieszył się na kolejny dyżur. Rina jeszcze nie wstała, więc mógł swobodnie umyć się i zacząć przygotowywać późne śniadanie (czy tam wczesny obiad).
Tak jak to obiecał: bekon. Naprawdę dużo bekonu, jajek, puszystych placuszków zamiast tostów czy zwykłego chleba. Do tego trochę warzyw, bo mimo wszystko zamierzał wrócić do przemycania ich w posiłkach.
Kręcił się boso po kuchni, gwiżdżąc pod nosem niedawno zasłyszaną melodię. Z mokrymi włosami luźno puszczonymi na ramiona i na plecy, praktycznie niemal w całkowitym negliżu, bo przecież to było jego terytorium, tak? Nie zamierzał kłopotać się powrotem do sypialni, aby założyć na siebie coś więcej niż bokserki i nieco przykrótki (bo nie swój) kuchenny fartuszek. Te pierwsze zgarnął wychodząc z pokoju. Raczej odruchowo niż celowo, bo zupełnie zapomniał o tym, że nie mieszkali już sami. Drugi znalazł na wieszaku obok paleniska. Najpewniej należał do niesławnej Kimi, która rozpierdoliła mu jego perfekcyjny układ pomieszczenia. Toteż Roise raczej nie miał problemu z rozciągnięciem pasków jej fartuszka. I tak nie byli kwita.
Nie chciał budzić Geraldine przed posiłkiem. Zamiast tego zajął się przygotowywaniem wszystkiego na tip top. W końcu zamierzał się wykazać...
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down