Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Gdy dotarli do Exmoor, było już jasno, ale słońce nie próbowało wygrywać z mgłą. Nadal chowało się za chmurami. Na wsi dzień budził się ciszej niż w mieście. Bez wrzasków, bez harmidru... ...i przede wszystkim bez smrodu spalenizny. Bez wszechobecnej śmierci.
Kiedy wreszcie minęli ostatnie zabudowania i asfalt ustąpił miejsca żwirowej alei prowadzącej do rezydencji, miał wrażenie, że jego ciało trzyma się w pionie już tylko siłą uporu. Pieprzone zabezpieczenia przeciwko teleportacji z zewnątrz na teren posiadłości nigdy nie dały mu się tak bardzo we znaki. Nie mogli tak po prostu skoczyć do rezydencji. O nie. Ursula była na to zbyt przezorna.
Musieli przebyć mniej więcej pół mili pomiędzy miasteczkiem a granicą terenu należącego do Lestrange'ów, przekroczyć bramę i dopiero wtedy w teorii mogli przenieść się wprost do domu. Tyle tylko, że byli na to chyba zdecydowanie zbyt zmęczeni. Żadne z nich nawet nie wyszło z tą inicjatywą. Po prostu zafundowali sobie naprawdę długi spacer.
Jeszcze półtorej mili, może kawałek więcej zanim zza granicy linii drzew wyłoniły się zabudowania. Jasne ściany, ciemny dach, okna jeszcze w większości zasłonięte kotarami i skropione rosą. Gęsta mgła unosiła się nad trawnikiem. Szerokim, długim i idealnie przystrzyżonym. A jakże. Jednym z tych, których sterylność aż biła po oczach.
To była polać idealnie niewykorzystanego terenu. Swoista deklaracja mam od cholery pieniędzy i nie muszę tu nic uprawiać. W tym stanie ten widok był dla Roisa nawet całkiem zabawny. Zdecydowanie bardziej niż powinien być.
Prawie zaczął się śmiać. Zupełnie znikąd. Kompletnie z dupy. Tak bardzo rozbawił go ten widok.
Powietrze pachniało trawą i wsią, ale w tym dobrym sensie. Lasem, wilgocią, może nutą morskiej soli, choć do morza był całkiem spory kawałek. Wonią świeżości, nie dymu.
Było cicho. Wyjątkowo cicho, niemal sielsko. Zupełnie tak, jakby ktoś nagle założył mu nauszniki.
Przez moment miał wrażenie, że to nierealne. Że może śpi. Może wreszcie śpi, chociaż było to mało prawdopodobne. Nie pamiętał, kiedy ostatnio naprawdę miał możliwość zamknięcia oczu na dłużej niż kilkanaście sekund. Ten nagły spokój zdawał się mącić mu w głowie. Mgła unosząca się nad polami też potęgowała wrażenie derealizacji, ale ta cisza...
...ta cisza była zarazem najlepsza i najgorsza. Odrywała od rzeczywistości, ale w gruncie rzeczy chyba właśnie tego teraz najbardziej potrzebował. Zapomnienia. Oderwania. Szczególnie, że jakakolwiek rozmowa między nim a towarzyszami ucichła praktycznie wieki temu. Żadne z nich nie miało, o czym mówić.
Nigdzie się nie paliło. Przynajmniej tutaj. Nikt nie krzyczał. Nikt nie umierał. Oddał swoją zmianę. Przyszli inni. Z Edynburga, z Dublina, nawet ktoś z Rotterdamu. Ściągnięto dodatkowych ludzi. Wszystkich, których byli w stanie zmobilizować w tak krótkim czasie, aby być w stanie zapewnić zastępstwo schodzącemu pierwszemu frontowi.
Nawet nie wiedział, z kim się mija w drzwiach oddziałów, ale miał wreszcie komu przekazać pacjentów. Wreszcie mógł wyjść. I wyszedł. Ostatnie raporty, ostatnie polecenia, ostatnie spojrzenie na zegar. Przekazał odpowiedzialność i wreszcie poczuł coś, co przypominało ulgę. Nie radość. Ulgę.
Sytuacja została względnie opanowana, choć trudno byłoby mówić o wielkiej wygranej. Zepchnął z siebie wszystko, co na nim ciążyło... ...przynajmniej próbował... ...i pozwolił sobie wyjść. Tak właśnie to nawet nie tyle pozwolił, co przyjął fakt, że mu to zalecono. Nie, wręcz mu to nakazano.
A on jeden z nielicznych razów w życiu wcale nie oponował. Nie usiłował twierdzić, że da radę pociągnąć przynajmniej jeszcze jedną zmianę. Zamiast tego zabrał swoje rzeczy i opuścił pole bitwy, łapiąc się z pozostałą dwójką i tak tu przybywając.
Wyszedł nie jako bohater. Po prostu jako ktoś, kto miał dosyć. Ledwo trzymał się na nogach, ale nie mógł jeszcze odpocząć.
Miał piekące oczy a jego gardło było suche jak po wypaleniu paczki papierosów naraz. Niemal wszystkie mięśnie pulsowały mu tym charakterystycznym tępym bólem, który nie zwiastował niczego dobrego. Był tak piekielnie zmęczony, że mógłby paść twarzą na podłogę i przespać dwie doby. Albo na trawnik. Trawnik też byłby dobry.
Ponoć w Ministerstwie było ciutkę lepiej. Mung za to zmienił się w epicentrum chaosu. Z całym swoim doświadczeniem, przyzwyczajeniem do dyżurów trwających po czterdzieści osiem godzin, czasami nawet dłużej, Roise był tylko jednym z niewielu, którzy próbowali załatać coś, czego nie dało się już naprawić w całości. Niby mieli sprzęt, mieli środki, mieli przygotowanie. Ale to oznaczało też, że to do nich wysyłano wszystkie najcięższe przypadki.
Chaos. Prawdziwy armageddon. Pierdolnik, jakiego nie da się opisać. Przez ostatnie kilkadziesiąt godzin nie jadł nic konkretnego. Nie spał ani pięciu minut. Przemieszczał się między oddziałami. Nie miał już swojego stałego miejsca. Nie działał w czterech ścianach jego gabinetu. Nie zajmował się specjalistycznymi przypadkami.
W Mungu nie obowiązywały już praktycznie żadne procedury. Każda decyzja musiała zapaść natychmiast, bez gwarancji, że była słuszna. Zmieniali priorytety na bieżąco, łapali się przypadków, które jeszcze mogli odratować i patrzyli jak reszta gaśnie. Dołącza do statystyk. Do długich list ofiar pożarów, których jeszcze nikt nie robił. Chwilowo skupiano się na czymś innym. Mógłby udawać, że jeszcze kilka godzin da radę, ale znał swoje granice. Potrzebował znaleźć się w Exmoor, więc to zrobił. Razem z dwiema pozostałymi milczącymi postaciami, które towarzyszyły mu do drzwi.
Dom w środku niczego, ale pełen bliskich ludzi. Jednych z najbliższych. Najbliższych. Teraz już tak. Nawet nie był w stanie powiedzieć, w jaki sposób to na niego oddziaływało, ale zdecydowanie motywowało go do tego, by iść dalej.
Rezydencja nie należała do niego, ale znał ją prawie jak własną kieszeń. Nie potrzebował specjalnego zaproszenia, nie potrzebował też przewodnika. Chwilowo nie miał także zamiaru witać się z kimkolwiek. Chciał tylko znaleźć się przy Geraldine.
Zatrzymał się wyłącznie na moment przed schodami na górę, gdy Corio rzucił mu pytające spojrzenie, ale nie odpowiedział. Prue gdzieś zniknęła, może poszła sprawdzić pokój albo napić się herbaty, strzelić kielona, cokolwiek. Nie obchodziło go to.
Pokonał stopnie z jakąś nową energią. Po kilka stopni na raz. Całkiem długimi susami, choć jeszcze chwilę wcześniej bolały go nogi. Rzucił torbę na podłogę pod ścianą na korytarz, po czym bezwiednie oparł się o drzwi do swojego starego pokoju, biorąc głęboki wdech.
Nie pukał, ale też nie wszedł od razu. Przylgnął czołem do drewna. Było chłodne. Trzeźwiące. Potrzebował znaleźć się w sypialni, ale to nie o pomieszczenie chodziło.
Najpierw to miejsce należało tylko do niego. Dorastającego dzieciaka z zawieszonymi na ścianach plakatami drużyn quidditcha i jakąś przypadkową grafiką, którą kiedyś uznał za oryginalną. Potem stało się ich wspólną sypialnią na okoliczność, gdy zdarzało im się tu wpadać. Poważniejszą, ale nie za poważną. Z czystą pościelą i książkami rozrzuconymi na nocnym stoliku. Z tymi wszystkimi łowieckimi gratami.
Po rozstaniu pokój znowu stał się jego samotnią. Było dziwnie cicho, dziwnie inaczej sypiać w pustym łóżku. Bez ubrań na krześle i randomowej kuszy opartej o szafkę. Wiedział, że Geraldine wtedy wybierała pokój na dole. Gościnny, nawet jeśli nigdy nie trafili tu razem w tamtym czasie.
Wtedy uważał, że tak było lepiej. Tak było uczciwiej. Bez złudzeń. Nie musieli udawać, że wszystko gra. Nie ciskali w siebie gromami. Zostając na noc, nie mijali się w korytarzach. Tym bardziej, że zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób by się to skończyło. Prędzej niż później. A wtedy usiłował wmawiać sobie, że tego nie chce.
Teraz chciał wierzyć, że sypialnia znów należy do nich obojga. Że wszystko wróciło na swoje miejsce. Do normy. Potrzebował Geraldine. Po prostu. Całym sobą.
Nie po to, żeby opowiadać, co widział. Wręcz przeciwnie: po to, by przestać analizować ostatnie dwa dni. Myśleć i obrażeniach, bilansach zgonów czy magicznych anomaliach, skutkach czarnomagicznych klątw rzucanych przez motłoch.
W Mungu zasuwał jak w transie. Leczył, zszywał, stabilizował. Nie zawsze skutecznie. Był taki moment, kiedy zrozumiał, że cokolwiek zrobi, nie uratuje wszystkich... ...i coś w nim się wtedy zacięło. Został tylko automat: reaguj, priorytetyzuj, mieniaj decyzje. Ratuj tych, którzy jeszcze mogą przeżyć. O reszcie nie myśl.
Ale teraz zostawił to za sobą. Potrzebował znaleźć się przy swojej dziewczynie... ...i może się nawalić. Nawalić się chyba też potrzebował. Dokładnie w tej kolejności.
Wreszcie nacisnął klamkę i pchnął drzwi, wsuwając się do sypialni. Wciąż jeszcze w płaszczu, dalej w butach, ale z głęboką ulgą. Z poczuciem, że tutaj wszystko zaczyna wracać do normy.
- Jestem - odezwał się cicho, ledwo słyszalnie, trochę chrapliwie. - Wróciłem - chwilowo nie zamierzał mówić nic więcej.
Nie musiał planować. Zatrzymał się na chwilę. Wziął oddech. I przez ten jeden moment pozwolił sobie poczuć, jak bardzo potrzebował Riny. Jak cholernie długo minęło, odkąd mógł ją objąć. Poczuć ciepło skóry, znajomy zapach włosów. Pocałować. Po prostu być obok.
W tym wszystkim zupełnie zapomniał o tym, co stało się między nimi w Londynie. O irytacji i rozdrażnieniu. O chęci strofowania. Komentowania decyzji, które uważał za głupie. To już nie miało znaczenia. Nie musiało mieć. Nic nie musiało.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down