8 września 1972, późny wieczór
Guinevere & Hannibal
To, co działo się na ulicach Londynu, było chyba ostatnim, czego Guinevere w ogóle się spodziewała; nie widziała tego nawet w snach, nie wyczuwała ostrzeżeń, które być może pływały po meandrach absolutu. Niby wiedziała, ze nie jest za dobrze w Anglii, przybyła na Wyspy Brytyjskie w drugiej połowie kwietnia i była już na miejscu, gdy Voldemort i jego Śmierciożercy zaatakowali sabat z okazji Beltane na początku maja, ale nie było jej przy tym – wszystkiego dowiadywała się z gazet i radia. Nie inaczej było dzisiaj, to również radio było źródłem informacji… przynajmniej do momentu, w którym nadawało, a gdy na linii nastała głucha cisza, było już jasne, że jest jeszcze gorzej.
I właśnie dlatego musiała się tutaj udać.
Dziadkowie błagali ją, żeby została w domu, tam przecież nic wielkiego się nie działo, może prócz pojawienia się dziwacznej runy, wyczuwało się też niepokój zwierząt, ale McGonagall miała takie poczucie, że powinna. Że jest potrzebna. Że jej obecność może sprawić, że ktoś tę noc dożyje do rana i będzie mógł o tym opowiadać wnukom… Powołanie to dziwaczna rzecz. To poczucie, już odkąd jest się małym dzieckiem, że przyszło się na świat, by może nie robić znaczenie dla wielu ludzi, a dla poszczególnych jednostek, bo tym właśnie było uzdrowicielstwo, któremu Ginny zaprzysięgła swoje życie, gdy składała przyrzeczenie uzdrowicielskie na koniec nauki.
Z wąską, drewnianą skrzynką z przytroczonym doń skórzanym paskiem, by wygodnie było ją nosić na ramieniu, Ginevra teleportowała się do Londynu, w miejsce w miarę dla niej znajome, niedaleko publicznego kominka, którym można było skorzystać z sieci fiuu. Ale sieć fiuu… jakiś szósty zmysł podpowiadał jej, że nie powinna z tego korzystać. Pożary miały miejsce w całym Londynie, skąd więc mogla mieć pewność, że ten kominek nie uległ zniszczeniu? Więc… Co robiła niezmiernie rzadko – skorzystała z teleportacji. Ludzie byli przekonani, że tego nie potrafiła, bo zwykle to ktoś ją teleportował, albo w ogóle rezygnowała z tej formy podróży, a prawda była taka, że… umiała, a i owszem. Ale tego nie znosiła.
Bo za każdym razem chwilę później musiała zwymiotować. I nie inaczej było tym razem. Przeniosła się z cichym pyknięciem i od razu poczuła, jak wykręciło jej żołądek na druga stronę, aż z jękiem zgięła się w pół. Zaraz otarła usta wierzchem dłoni i rozejrzała się na boki.
Ogień. Wszędzie był ogień. Z oddali słychać było jego ryk, mieszający się z krzykami ludzi – i to było… Obezwładniające. Było niczym, w porównaniu z tym, co mogła sobie wyobrazić słuchając radio. Rozejrzała się na boki, pewniej złapała swoją różdżkę, którą wolała mieć na wierzchu, pozwoliła, by jej ciało odrobinę się zmieniło – a oczy przybrały iście koci charakter, zmieniając się na złote o pionowych źrenicach (chciała znacznie lepiej widzieć w półmroku i obecnych warunkach) i rzuciła się do biegu… Ale niezbyt szybkiego, nie chcąc się od razu zmęczyć.
Nie musiała biec długo, ledwie kilkadziesiąt metrów, gdy zauważyła wyciągnięte do przodu, na bruku, nogi. A potem resztę ciała, opierającego się o bramę. I więcej jej nie było trzeba, bo za chwilę już klęczała na kocich łbach, obsypana pyłem klejącym się do ubrania, spiętych włosów. Wyciągnęła dłonie do ręki mężczyzny, chcąc wymacać puls i sprawdzić, czy jeszcze żyje, a prawda była taka, ze był w opłakanym stanie.
Ale żył. Czuła słabe uderzenia pod palcami, ale to jej wystarczyło. Cholera, jak długo tu już leżał? Jej chłodne dłonie przeniosły się do jego twarzy, gdzie chciała delikatnie otworzyć jedną jego powiekę. Nie wiedziała nawet czy stracił przytomność, spał, czy może po prostu sobie siedział i czekał na… coś. Albo na kogoś. Kogoś takiego jak ona?
// Teleportacja bez rzutu – bo z bezpiecznego miejsca;
odgrywam zawady: Kompleks bohatera, Wrażliwy żołądek, oraz używam przewag: Animagia, Chimera i Leczenie