Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Było już dobrze po dwunastej, choć słońce nawet nie próbowało przebić się przez warstwę niskich, ołowianych chmur. Szarość dnia nie ustępowała. Aura niedzielnego popołudnia była niemal tak samo ponura, chłodna, nasycona zapachem wilgotnej ziemi i kończącego się lata, co wczesny poranek. Wiał chłodny wiatr. W powietrzu unosiła się delikatna nuta soli morskiej przytłumiona nieco gryzącą w nozdrza wonią dymu z ognisk i z kominków.
Roise szedł sam. No, może nie do końca samotnie, jednak Geraldine z nim nie było. Zostawiła go z uśmiechem i pocałunkiem, obiecując, że dołączy niebawem. On wyszedł pierwszy, zabierając ze sobą Pierdołę i Cukra na spacer połączony z piknikiem i piciem na plaży. Dokładnie tak jak to oznajmił rano. W końcu nie rzucał słów na wiatr, czyż nie?
Mieli przejść się po wzgórzach porośniętych kwitnącym wrzosem, zaś później zasiąść na kocu rozłożonym na nieco wilgotnym piasku, racząc się ognistą pociąganą wprost z butelki, jedzeniem z kosza piknikowego przygotowanym przez skrzaty i widokiem morza.
Z tą niewielką zmianą planów, jaka nastąpiła niemal w ostatniej chwili, a przez którą wspólny spacer mieli zaliczyć podczas powrotu do domu. Teraz szedł sam, trzymając kosz piknikowy na ramieniu i wystawiając twarz na podmuchy chłodnej bryzy. Z minuty na minutę czuł się coraz bardziej żywy, bardziej rozbudzony, po prostu szczęśliwy.
Nieważne jak paradoksalnie by to nie brzmiało wobec wszystkiego, co wydarzyło się przez ostatnie dni. Wrócił do domu. Jego ludzie byli bezpieczni. Wszyscy przeżyli noc pożarów, nikt nie ucierpiał w nich zbyt mocno. Los darował im kolejnych ciosów. A spalone mieszkania? Cóż, nie miały aż takiego znaczenia.
Psy krążyły wokół niego, wciąż w ruchu, ani na chwilę nie trzymając się jego nogi, jednak w gruncie rzeczy wcale nie musiały tego robić. Były na swoim terenie. Mogły swobodnie eksplorować okolicę, raz za razem wracając do Ambroisa, po czym znów wybiegając gdzieś do przodu. Być może znajdowały się tu po raz pierwszy, ale w pewnym sensie to było również ich terytorium. I chyba zdawały sobie z tego sprawę.
A przynajmniej taką wersję wybierał, puszczając je luzem i nie obawiając się o to, że gdzieś zabłądzą, umkną, pognają za dzikim zwierzęciem albo coś w tym rodzaju. Nie było na to nawet najmniejszych szans. Były zbyt inteligentne, żeby tak po prostu się zgubić. Zdążył to zauważyć już w Whitby. Teraz wyłącznie ugruntowywał swoją opinię na ich temat.
Mniejsze prawdopodobieństwo odnosiło się już chyba tylko do spotkania kogoś na swojej drodze. W końcu byli nie tylko na niemal zupełnym odludziu, lecz także na prywatnych ziemiach. Mimo oddalenia od głównych zabudowań, to wciąż była posesja Ursuli. A ciotka zdecydowanie dbała o prywatność.
Rzucał im patyk na zmianę. Nie kłóciły się o swoją kolej. Już nie. Wystarczyło zaledwie kilka rzutów zapoznawczych, żeby pojęły, że ta miała nadejść prędzej niż później. Poniekąd dogadywały się lepiej niż znaczna większość małych dzieci.
Biegły z radością, tarzając się w liściach i błocie, potem wracały zziajane, szczęśliwe, gotowe do następnej rundy. On z kolei co jakiś czas pociągał łyk z butelki ognistej whisky, trzymanej w kieszeni płaszcza, po czym znów rzucał kijem.
Nie pił dla zapomnienia. Już nie. Pił dla siebie. Dla chwili. Dla tego miejsca, które znał od dziecka, a które mimo wszystko wciąż potrafiło go zaskoczyć. Zupełnie tak jak dziś, kiedy trawa była bardziej mokra a niebo bardziej szare niż mógłby spodziewać się po mglistym popołudniu na wrzosowiskach.
Z drugiej strony, przecież słyszał o tym, co stało się poza Londynem. O czymś na kształt wyrwy, rozdarcia nad głowami ludzi w wielu hrabstwach. O pyle sypiącym się z chmur nie tylko nad stolicą. O niepokojącym, stalowoszarym odcieniu, jaki przybrało niebo w Dolinie Godryka. Wbrew pozorom, wcale nie tak daleko od Exmoor.
Przespał się dwie, może trzy godziny, więc czuł się całkiem wypoczęty. Bezsenność zdecydowanie miała swoje zalety. Nie potrzebował zbyt wiele snu na raz, szczególnie że nie chciał tracić tego pierwszego dnia po powrocie do domu. Mógł odpocząć wieczorem.
Nie wnikał w to, czemu ostatecznie wyszedł sam. Nie został poproszony o to, by zostać. Wręcz przeciwnie. Dostał jasną informację, że powinien zająć się zwierzętami, więc wyszedł z nimi z domu, mając całkiem dobry humor. Zdecydowanie lepszy niż nad ranem, być może trochę spotęgowany wypitym alkoholem, ale głównie ulgą, obecnością najbliższych i tym błogim spokojem wsi.
W takich momentach nie zadawał pytań. Znał Rinę zbyt dobrze, żeby dociekać. Nie w chwili, w której ona sama ewidentnie nie paliła się do wyjaśnień. Z wyrazu jej twarzy wyczytał, że nie było to nic złego. Ot, raczej konieczność zajęcia się czymś przy okazji, co nie wymagało jego obecności, więc nie miał powodów do niepokoju. Wiedział, że jego dziewczyna i tak się zjawi, może nawet szybciej niż sądził. To mu wystarczało.
Mimo upływu lat, Geraldine nadal miała w sobie ten nieuchwytny, specyficzny rytm. Zawsze zaskakujący, ale jednocześnie przewidywalny jak przypływ na morzu. Trochę chaosu, trochę porządku, ciutka zaskoczenia odnośnie tego, co przyniesie ze sobą. Wiedział, że Yaxleyówna go nie wystawi, że pojawi się na czas, jeśli nie chwilę wcześniej. A że do wskazanej godziny było jeszcze całkiem sporo minut, nie spieszył się ze spacerem przez pola.
Szedł powoli, rozkoszując się niemal sielską ciszą. Wdychając powietrze pachnące jesienią i wsłuchując się w odgłosy wydawane przez odlatujące ptaki. Prócz tego świat dookoła milczał. Czasem tylko jeden z psów zaszczekał na coś, co zwróciło jego uwagę.
Mimo ciężaru kosza, pomimo chłodu i powoli ustępującego zmęczenia, Ambroise czuł się dobrze. Lepiej niż mógłby przyznać. W tym milczeniu wrzosowisk było coś niepokojąco przyjemnego. Jakby wszystko znalazło się na swoim miejscu, chociażby nawet na moment.
Psy wróciły zdyszane, ale nadal skore do zabawy. Z liśćmi i błotem na łapach, utytłane w mokrym piachu, przeszczęśliwe. Jedno przyniosło patyk, drugie wyglądało, jakby miało zamiar ukraść go i uciec w chaszcze, ale chwilowo jeszcze tego nie robiło. Na ten moment oba były wyjątkowo grzeczne. Zarówno wobec niego, jak i siebie nawzajem.
Uśmiechnął się pod nosem, po czym ponownie rzucił badyl. Tym razem mocniej. Tak, żeby powrót ze zdobyczą zajął psom dłuższą chwilę. Potem znów pociągnął łyk alkoholu z butelki, czując przyjemne ciepło rozchodzące się w przełyku.
Powoli, niespiesznie skierował swoje kroki w stronę stromego zejścia na dziką plażę, nie kłopocząc się wołaniem zwierząt do nogi. Już i tak widział, że powoli zaczynają zmierzać w jego stronę, dlatego kontynuował zejście na piasek.
Dwie, może trzy minuty później siedział już na kocu, wpatrując się w dwa niemożliwie mokre stworzenia ochoczo brodzące w wodzie. Świat był spokojny. Cisza, choć przerywana szumem fal i pluskaniem, jeszcze nigdy nie brzmiała tak dobrze.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down