12.05.2025, 01:27 ✶
11/09/1972 | popołudnie | dom w Exmoor
Obudziła mnie sowa. Przysiadła na parapecie, anonsując przybycie z charakterystycznym stukotem dzioba, który rozpoznałem przez sen. Była uparta, głośna i zmarznięta, a jej pazury zostawiały ślady na szybie. Otworzyłem zmęczone oczy i zakląłem pod nosem, zrzucając z siebie kołdrę, po czym znowu, przekląłem w myślach, gdy zobaczyłem, co trzyma ptak, ale bez ociągania wstałem - takich sytuacjach człowiek nie dyskutuje. Notatka była krótka, lakoniczna, charakterystyczna dla zleceń tej rangi - klasy trzeciej, podchodzącej pod czwartą - niecierpiąca zwłoki sprawa w okolicach Dorset, obecność wymagana natychmiast. Nie miałem czasu na poranne ceregiele - wciągnąłem ubrania, narzuciłem kurtkę, pochwyciłem torbę z podstawowym wyposażeniem i wypadłem z domu, zanim w ogóle ptaki zaczęły śpiewać, a na horyzoncie rozlało się pierwsze światło łuny wschodu.Zlecenie w Dorset okazało się nieco bardziej wymagające, niż przewidywałem, ale udało się załatwić sprawy w cztery godziny. Kiedy wróciłem do posiadłości, poczułem się... Dobrze. Może to dziwne, ale nie byłem zmęczony, nie czułem ani zmęczenia, ani znużenia. Wręcz przeciwnie - czułem to przyjemne, nieokreślone ciepło w piersi, które sprawiało, że uśmiechałem się sam do siebie, idąc przez cichy korytarz. W Exmoor wszystko było jeszcze spokojne, milczące, jakby cały dom nadal spał w oczekiwaniu na rozwój poranka. Wziąłem długi prysznic, pozwalając sobie na luksus ciepłej wody i ciszy, zmywając z siebie zapach prochu i pyłu - woda była gorąca, prawie parzyła, ale nie przeszkadzało mi to, a nawet wręcz przeciwnie - lubiłem to uczucie, jakby wszystko się ze mnie spłukiwało, i dzień zaczynał się od nowa. Podgoliłem się z większą starannością, niż zwykle, przyciąłem zarost, nawet ułożyłem włosy palcami - potraktowałem to poważniej niż zazwyczaj, z odrobiną niedbałej uwagi, przeczesując je palcami, by wyglądały dokładnie tak, jakbym nic z nimi nie robił. Zmieniłem ubrania - nic przesadnego, ale nie byle co - czysta, dopasowana koszula, ciemne spodnie, skórzane buty - nadal terenowe, ale już nie najbardziej wysłużone, to była ta druga para, na ważniejsze okazje. Nie dlatego, że musiałem, tylko chciałem - to było zaskakujące... To było... Idiotyczne, może nawet nieco próżne, ale pozwoliłem sobie na to - tak samo, jak pozwoliłem sobie na mimowolny uśmiech na myśl o dzisiejszym spotkaniu. O niej. O nas. Myśl o Prudence - o naszym ukradkowym spotkaniu - była czymś, czego jeszcze kilka tygodni temu bym w sobie nie zaakceptował, a dziś… Dziś czułem ciepło rozlewające się od środka.
Schodząc na dół, złapałem kawałek ciasta i coś przypominającego kanapkę, tylko, jakby za bardzo przekombinowanego i przyozdobionego. Skrzat coś bąknął z cichym ukłonem, ja tylko kiwnąłem głową, nie potrafiąc się pozbyć tego irracjonalnego uczucia ekscytacji. Godzina zbliżała się powoli, więc krążyłem po domu, udając, że czegoś szukam - sprawdzałem książki na półce, biorąc jedną dla niepoznaki, poklepałem kieszenie, upewniłem się, czy mam zapalniczkę, papierosy, przetarłem różdżkę szmatką - drobiazgi. W rzeczywistości po prostu czekałem, aż będzie można wyjść bez wzbudzania podejrzeń i niepotrzebnych pytań, bo wszyscy, którzy niedawno wstali, nareszcie zajmą się swoimi sprawami. Czułem się tak, jakby wszystko w świecie działało na moją korzyść - niebezpieczne uczucie, ale wtedy tego nie analizowałem.
Wyszedłem na zewnątrz paręnaście minut przed spotkaniem, nie chcąc się spóźnić - ja się nie spóźniałem, przynajmniej na ogół - ale mając czasu aż w nadmiarze, co już samo w sobie było podejrzane. Powietrze było świeże, ale nie chłodne, a niebo zalane szaro-błękitnym światłem kolejnego wczesnego przedpołudnia. Oparłem się o chłodną ścianę garażu, przymknąłem oczy, pozwalając nikłemu, ostrożnie świecącemu słońcu przesączać się przez powieki - czekałem, stałem z głową przechyloną do tyłu, potem zacząłem podziwiać okolicę, rozglądałem się, raz po raz uśmiechałem się bez powodu... Tak - na początku było dobrze. Lubię ciszę - lubię spokojnie czekać, kiedy wiem, na co czekam, i mam świadomość, że to ja jestem za wcześnie. Z tego powodu nie liczyłem czasu, patrząc w niebo, ale kiedy intuicyjnie zerknąłem na zegarek i zobaczyłem, że minęło kilka minut od umówionej godziny, coś we mnie drgnęło... Nigdy nie pozwalałem sobie na to, żeby tak na kogoś czekać. Nigdy. Wciąż byłem sam, oparty o zimną ścianę, z oczami utkwionymi gdzieś między drzwiami garażu a odległym wrzosowiskiem. Mój dobry humor parował. Cierpliwość - a miałem jej sporo, gdy tylko chciałem, więcej niż większość ludzi sądziła - powoli się wyczerpywała.
Dziesięć po, dwadzieścia po... No, dobra - zapaliłem papierosa, żeby zająć myśli, palenie przy dobrej pogodzie miało swój urok, a ja nigdzie się nie spieszyłem, miałem czas, my go mieliśmy. Minęło jeszcze pięć, potem dziesięć minut... Zacząłem palić na poważnie - nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni, ale dym z papierosa smakował inaczej, kiedy wiązał się z narastającym dziwnym wrażeniem zmieszania. Nie przyszedłbym, gdybym wiedział - nie dałbym się wciągnąć w spiralę oczekiwania. Nigdy nie pozwalałem sobie na to, by tak na kogoś czekać, nigdy, a jednak czekałem...
Piętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia pięć - odczekałem jeszcze trochę, nim znowu spojrzałem na zegarek, przy czym westchnąłem, ale bez goryczy - może coś ją zatrzymało, bo raczej dałaby mi znać, w jakiś sposób, gdyby nasze plany uległy zmianie. Papieros za papierosem... Czułem się coraz bardziej... Dziwnie. Nigdy nie czekałem na kogoś w ten sposób - to nie było w moim stylu - każdy inny moment w moim życiu, każda inna osoba, sprawiłaby, że nie miałbym cierpliwości do tego, by tak po prostu czekać, ale Prue... To była Prudence - miała swoje standardy, nie wystawiłaby mnie bez słowa po tym wszystkim, co wydarzyło się między nami wczoraj, i co jeszcze miało się wydarzyć - takie myślenie wydawało mi się jasne, nawet jeśli dopiero na nowo się poznawaliśmy. Nie była zawiedziona, żadne z nas nie było, więc nie miała podstaw, by robić coś takiego, ale...
Kiedy minęła jedenasta, ja wypaliłem czwartego papierosa, a potem piątego, szóstego, przestało być przyjemnie. Jeszcze jeden papieros - kolejny, teraz wypalałem je prawie na czas, dla sportu, żeby nie mówić, że ze zniecierpliwienia. Zaczęło mnie drażnić to czekanie - bo nie czekałem na kobiety, choćby nie wiem, jak bardzo mi się podobały i jak bardzo by mnie fascynowały - nie robiłem tego, nie pozwalałem sobie na to, nie lubiłem tego, ale... Na Prudence zaczekałem, nadal czekałem, starając się nie myśleć o tym, że przy niej zachowuję się, jak nie ja - daję jej więcej niż kwadrans, gadam zbyt dużo, za prywatnie, do tego szybko się spoufaliliśmy, wywróciliśmy nasze stosunki o sto osiemdziesiąt stopni, wczoraj było mi z tym dobrze, było mi z nią inaczej, jaśniej, spokojniej, ale teraz...
Czekałem ponad godzinę, prawie półtorej godziny - żenada, frajer - aż końcu wcisnąłem paczkę z powrotem do kieszeni, zgasiłem niedopałek o mur i przez chwilę jeszcze stałem w miejscu, próbując przekonać siebie, że nie mam prawa się wściekać - może miała powód, a ja nie powinienem tego brać do siebie, ale brałem. Oczywiście, że brałem.
Obróciłem się na pięcie i zabrałem się z powrotem do domu - niechętnie, ale bez pośpiechu. Wykorzystałem boczne przejścia, korytarze, które znałem jeszcze z dzieciństwa, szło mi to naturalnie - zbyt naturalnie, ponieważ, nim zdążyłem to dobrze przemyśleć, zakradłem się pod drzwi w korytarzyku mieszczącym pokoje gościnne, przystanąłem przy jednym z nich, wyciągnąłem rękę, zacisnąłem palce w pięść i... Wziąłem głęboki oddech, po czym uniosłem dłoń, żeby zapukać - chciałem się zaanonsować, chciałem... Chciałem... No właśnie, co właściwie chciałem? Żeby wyszła i przeprosiła - by mnie zapewniła, że to nie było celowe, chciała, ale nie mogła? Chciałem... Czego, kurwa, chciałem, skoro mieliśmy nie mieć żadnych oczekiwań? Zamarłem i wtedy mnie tknęło. Co ja, do cholery, robię? Czego ja w ogóle chcę? Sam nie wiem, czego... Tak - dotarło do mnie, co robię, jak wyglądam, a przede wszystkim - jak to wygląda. Uniosłem dłoń... I ją opuściłem. Odetchnąłem przez nos - nie byłem pewien, co właściwie zamierzałbym powiedzieć, albo po co miałbym to robić... Nie byłem zły - jeszcze nie, ale czułem się... Głupio. Wystawiony, naiwny, durnie romantyczny z jebanym piknikiem na leśnej polance, który nie doszedł i nie miał dojść do skutku. Poczułem się zraniony, chociaż to brzmiało zbyt dramatycznie, nawet w moich myślach. Mogła chociaż dać znać - tyle by zupełnie wystarczyło, ale cóż - poszedłem dalej - nie zapukałem. Odwróciłem się bez słowa i zszedłem do części wspólnej - nie chciałem tego analizować, czułem się wystawiony, ale nie miałem zamiaru robić z tego sceny - nie w tym domu, nie przed tymi ludźmi, nie... W ogóle nie. Nie robiłem takich scen. Zamiast tego ruszyłem do wspólnej części domu, szukając sobie jakiegoś zajęcia, planując zacząć czyścić broń, czy coś w tym rodzaju, ale wtedy podbiegł do mnie Fabian - mały, z rozczochranymi włosami i nieodłącznym uśmiechem. Podniósł ręce do góry, więc bez zastanowienia wziąłem go na barana. Ursula była w saloniku obok, więc dołączyłem do niej i młodego, pozwalając, by rzeczywistość dnia codziennego przykryła to, czego próbowałem nie czuć. Salon pachniał różanym kadzidłem i czarną herbatą, ciotka siedziała w fotelu, jak zawsze wyprostowana, jakby opierała się grawitacji samą siłą woli - kiwnęła głową i wróciła do czytania, a my zajęliśmy się rozmową o smokach, klockach, i czarach, które nie działały, chociaż „na pewno powinny” - czas mijał powoli, ale przyjemnie. Siedzieliśmy na dywanie, opowiadając historie o dzikich bestiach i czarodziejach, które coraz bardziej przypominały wspomnienia, niż bajki, tylko złagodzone - bez tych ostrych krawędzi, półprawdy przeznaczone dla dzieci... Było w tym coś kojącego - coś, co łagodziło zły humor, ale nie do końca.
Trzy godziny później skrzaty zaanonsowały obiad. Podniosłem Fabiana i zarzuciłem go sobie na plecy, a on zaniósł się śmiechem, wciskając palce w moje włosy. Razem zeszliśmy do jadalni. Stół był prawie pełen - Cornelius, Ursula, Ambroise, Geraldine, Elias, ja i Fabian... Astaroth przebywał w piwnicy. W jadalni zebrali się niemal wszyscy. Prawie - nie było Prudence, nie było też Romulusa. Nikt nie pytał, nikt nie komentował - ale mnie to uderzyło, jakby coś w układzie dnia zaczęło jeszcze bardziej zgrzytać - jedliśmy wśród szczęku sztućców i zapachu pieczonego mięsa, rozmawiałem z Ursulą o jakiejś rodzinnej klątwie u jej starej znajomej, którą trzeba będzie przeanalizować po nowiu. Do samego końca nikt nie poruszył tematu obojga nieobecnych - byli tu niemal sami dorośli, nie było wymogu udziału we wspólnych posiłkach, ale mnie to uderzyło, i choć nic nie powiedziałem, przez cały posiłek nie mogłem przestać o tym myśleć. Nie dlatego, że oczekiwałem czegoś konkretnego, przestałem mieć oczekiwania. Obiad dobiegł końca, przyszła pora na herbatę i ciasta. Minęły kolejne dwie godziny - czas tu płynął wolniej.
Wreszcie Ursula musiała się zająć sprawami biznesowymi. Cornelius zniknął razem z nią, a ja zostałem z pytaniem, czy mogę zająć się Fabianem. Skinąłem głową. Nie miałem nic przeciwko.
- Jasne. - Powiedziałem. - Choś, młody, pokaszes mi, gdzie uklyłeś swoje skalby...
Wyszliśmy na zewnątrz, na okrężny spacer wokół domu - dzień był jasny, ale chłodny, mgła zniknęła. Spacerowaliśmy wokół głównego budynku, Fabian trajkotał coś bez ładu, a ja znowu dałem się uwieść tej pozornej zwyczajności. Nie słuchałem go w pełni, ale jego obecność działała na mnie kojąco.
Wtedy to zauważył - pociągnął mnie za rękaw.
- Pac! - Zawołał nagle. - Co to?
Leżało przy schodach, niemal niezauważalne, połyskujące nieśmiało w trawie. Schyliłem się - pierścionek zaręczynowy, rozpoznałem go natychmiast, głównie dlatego, że była to ta jedna rzecz, która nie do końca odpowiadała mi w naszym układzie - ten widok, symbol na palcu Prudence, było w tym coś niewłaściwego. Zamarłem z dłonią nad nim, a potem podniosłem go ostrożnie, jakby mógł mnie oparzyć, obracając między palcami - nie pasował do tego miejsca, nie pasował do ziemi, nie pasował do tego dnia... Spojrzałem na schody, potem na pierścionek, potem w dal - nie wiedziałem, co o tym sądzić, i nie wiedziałem, czy chcę wiedzieć... Co do cholery? Spojrzałem na Fabiana, potem na schody, potem znowu na pierścionek. Patrzyłem na niego przez dłuższą chwilę, jakby sam przedmiot miał mi coś powiedzieć - miał w sobie coś niedopowiedzianego...
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)