• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12.09.1972] we need a decoy, a bober, and a miracle || Ambroise & Romulus

[12.09.1972] we need a decoy, a bober, and a miracle || Ambroise & Romulus
Albo Roman
Przygrzewają, odgrzewają
Potem wody dolewają
To zupa Romana
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki - mierzy 193 cm. Elegancki, wyprostowany, z reguły z pogodnym uśmiechem na twarzy, ale często można również spotkać niecne ogniki w jego oczach, szczególnie kiedy przebywa w towarzystwie zaprzyjaźnionych sobie osób. Oczy szaroniebieskie, włosy ciemnobrązowe. Cechuje go nieskazitelnie gładka skóra, bez jakichkolwiek niedoskonałości. Nie uświadczy żadnych blizn. Ubiera się elegancko, zawsze adekwatnie do sytuacji. Bywa, że w jego towarzystwie kręci się biały, puchaty kot.

Romulus Potter
#11
04.06.2025, 17:04  ✶  
Może to zabrzmi dziwnie, ale czasami naprawdę czułem się jak szaleniec. Taki roześmiany, rozradowany, w szampańskim nastroju... Owszem, cały ja! Właściwie… Ambroise nie mylił się aż tak bardzo, twierdząc, że nie potrzebuję żadnych grzybków, żeby błyszczeć. Ale nie ukrywajmy: grzybki zdecydowanie przyspieszały ten proces. Więc...
Siedziałem, wpatrzony w Ambroise’a, uśmiechnięty jak natchniony wariat, ale w głowie – owce. Moje myśli skakały jak baranki przez płotki. Tylko że tych owieczek było zatrzęsienie, a każda inna – różnokolorowe, jakby je ktoś wypuścił z psychodelicznej bajki. Płotki też miały do wyboru różne: jedne zwykłe, drewniane, inne z krzaczków, a jeszcze inne – cukierkowe. Jedna bramka była zrobiona z czekoladowych żabek, oblanych miodem, posypanych solą himalajską i gwiezdnym pyłem. Przepyszna bramka. Jadłbym ją. Lizałbym słupki...
Więc może wcale nie byliśmy aż tak daleko od schrupanego przeze mnie Ambroise’a... Tyle że on już dziewicą nie był, więc po jaką cholerę te wszystkie wzniosłe aluzje do nocy poślubnej i ostatecznego ruchania?
– Nie mam agenta, mam ojca… A właściwie Nathana, ale jakoś zawsze ciśnie mi się tato, tylko że... to skomplikowane. W każdym razie, nie potrzebujesz magibobrów. Mógłbym je załatwić, owszem. Ale wiesz, co zrobią?! Rozlecą się szybciej niż Geraldine bez bobrów. A z bobrami? Z bobrami to tej kobiety nie złapiesz – rzuciłem, odpalając drugiego papierosa, bo pierwszy już się zjarał. Idealne śniadanie.
– Potrzebujesz prostego rozwiązania. Takiego, żeby kobieta się nie zorientowała, że coś wyjątkowego się święci. Poza ogniskiem, rzecz jasna. Więc… Wpadnę, rzucę moim aktorskim urokiem: ten wampir z piwnicy stracił przytomność, i Geraldine pójdzie w długą. GDZIE?! DO DOMU. Będzie szła do piwnicy, więc w holu zrobimy różany rozpierdol, zasadzimy jakieś krzaki i powiesimy kartkę: „HIHI, GŁUPI ŻART ROMKA, ALE PO LEWEJ W SALONIE JEST AMBROISE, WIĘC MOŻECIE SIĘ PRZYTULIĆ”. I ona pójdzie ci wjebać, a ty jej wtedy wjebiesz pierścionek na palec. Proste – stwierdziłem, robiąc pozę godną wybitnego geniusza. Nawet niewymowni nie potrafiliby tego wymyślić. No po prostu intelekt w czystej postaci.
– A jak będzie stawiać opór, mogę ją walnąć od tyłu zaklęciem odrętwiającym. Nie będzie miała szans. Pierścionek czy dwa. Ile chcesz, to wsuniesz bez problemu. Potem możesz nawet pomacać jej cycki bez ryzyka, że dostaniesz w ryj – powiedziałem z nonszalancją, bo Ambroise i tak wiedział, że czasem myślałem o tym, żeby pomacać półprzytomną Geraldine. Wtedy przynajmniej by mnie nie zdzieliła. Tak, to był mój plan. Od dawna. Ale raczej w ramach głupawki.
– Ewentualnie, jeśli los ci wywróżył te bobry, możemy je zamknąć zaklęciem w salonie. Wpadnę na ognisko i krzyknę: O KURWA, MAGIBOBRY W SALONIE ŻRĄ KANAPĘ!, ale trzeba wcześniej uprzedzić chłopaków, żeby machnęli na to ręką. Bo co? Myślisz, że sami nie będą chcieli pomacać magibobrów? Ja bym chciał – dodałem, czując suchość w ustach.
Pstryknąłem palcami po skrzata, żeby przyniósł mi kawę i coś do jedzenia. Ambroż mógł sobie zażyczyć, co tam chciał. Albo nie. Ale ja musiałem jednak coś zjeść. Padałem z nóg po wczorajszym. Głodny... jak bóbr pewnie.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#12
04.06.2025, 22:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2025, 22:25 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
No, nie wierzył w to, co właśnie opuściło usta Romulusa. Przez chwilę myślał, że to musiało być przesłyszenie. Bez dwóch zdań. Po prostu się przesłyszał. Ale nie, miał wyśmienicie dobry słuch. Roman naprawdę to powiedział. Lekką ręką, bez chwili zastanowienia, bez wahania informował, że cały misterny plan mógł pójść w pizdu...
...bo jednak nie miał agenta.
No kurwa.
- Mówiłeś, że masz agenta - zmrużył oczy, ponownie przenosząc wzrok na Pottera i posyłając mu jedno z tych spojrzeń. - Kiedy ja albo ojciec mówimy, że trzeba to załatwić, mój agent nie pyta, tylko znika, Roise. A potem problem też znika, Roise, takie są przywileje bogactwa, Roise. Ludzie mają problemy. Ja mam agenta, Roise. Niby to agent ojca, ale w praktyce mój osobisty skrzat do zadań niemożliwych, Roise. Jeśli coś da się kupić, on to kupi. Jeśli nie, też to kupi. To mój najlepszy agent, Roise. Mój agent? Była już o nim mowa? On nie czeka na moje instrukcje. Spokojnie, nie musisz rozumieć, jak to działa, Roise. On wie, że jestem ważniejszy niż kodeks, procedura i twoje święte oburzenie, Roise. Zezwolenia, pozwolenia, wizy, bilety, dziewczyny, zacieranie śladów? Mam jednego agenta, Roise, mam od tego swojego człowieka. Agent ojca? Nie. To już mój agent. Ojciec tylko go opłaca, Roise, no, weź się zastanów, jaka to wygoda, Roise. Agent, Roise, agent, ludzka wersja skrzata. Szczególnie, że jest niski, okrągły i niezbyt urodziwy, ale nie musi być za ładny, byleby nie zaburzał mi estetyki, w której zachowanie tyle wkłada, bo jest moim agentem, Roise, moim agentem od zadań specjalnych - jak na jego ucho, całkiem nieźle wychodziło mu naśladowanie bananowego, samochwałczego tonu głosu kumpla, którego Potter używał niemal za każdym razem, gdy wyciągał (teraz to już chyba rzekome) istnienie swojego agenta.
Czyli często. Wyjątkowo często. Praktycznie przy każdej możliwej okazji, jaka nadarzała się, żeby o tym wspomnieć. A teraz nagle okazywało się, że to nie tak?
Spojrzał na Romulusa, jeszcze bardziej mrużąc oczy i świdrując go spojrzeniem. Sam nie do końca wiedział, co chciał tym osiągnąć, jednak w tej chwili był coraz bliższy złapania kokonu z Romulusa i zrzucenia go z materaca na ziemię.
Po tych wszystkich historiach, jakie przedstawiała ta łajza, mogłoby się zdawać, że mityczny agent Pottera dzięki temu wyskoczy spod łóżka. Albo się stamtąd wyturla. Najpewniej w ostatniej chwili, podkładając poduszkę pod plecy swojego mistrza, aby ten przypadkiem nie uszkodził sobie swojego wyjątkowo giętkiego kręgosłupa moralnego.
Tak po prawdzie, to przestał słuchać gadki kumpla dokładnie w tym samym momencie, w którym padły słowa nie mam. To na nich się skupił. A jeszcze nawet nic nie palił, żeby tak bardzo odbiegać myślami. Choć może? Podejrzliwie przyzezował na to, co trzymał w palcach.
Wyglądało jak tytoń. Smakowało jak tytoń. Ale w gruncie rzeczy, cholera wiedziała. Cholera, łajza i kanalia. Człowiek, który podawał się za jego przyjaciela. I który nie tyle go okłamywał, bo Roise gdzieś tam mimo wszystko wyłapał jeszcze mógłbym je załatwić, owszem. Co po prostu nie chciał dać mu tego wsparcia.
Być może ten umiarkowanie nieatrakcyjny, ale mimo wszystko względnie estetyczny agent to była w istocie jakaś długonoga dziunia. Agentka. Tak po prawdzie, ani trochę nie zdziwiłoby to Ambroisa. Bardzo prawdopodobne byłoby, gdyby Roman wręcz zażądał od ojca kogoś, kto miał nogi do nieba i cycki w rozmiarze większym niż głowa.
- Mam proste rozwiązanie, Romek. Takie, które nie wymaga nokautowania ani straszenia. Poza tym, już widzę, jak Geraldine wierzy w to, że nagle zaczął interesować cię los Astarotha, mhm - a tu mu jechał taki miniaturowy powóz ciągnięty przez tycie testrale. - Poza tym, nie zapominaj, że ja to ja. Mogę macać cycki Geraldine, kiedy mi się żywnie podoba - oznajmił bez mrugnięcia okiem, nie czując ani krzty zażenowania z powodu wypowiedzenia tej uniwersalnej prawdy. - Chcę ją oczarować, nie otumanić. Ma być zachwycona, nie leżeć nieprzytomna na podłodze. Ja też mam wyjść z tego w jednym kawałku. A Ursula mnie zajebie, jeśli bobry zjedzą jej kanapę - zaczerpnął głęboki wdech, kręcąc głową i cmokając raz czy dwa. - Mają być bobry, ale na plaży. Zrobimy im tam jakąś zagrodę. Ognisko przeniesiemy w okolice jeziora. Albo odwrotnie - stwierdził, poważnie rozważając obie opcje. - Jeśli nie jesteś w stanie załatwić magicznych, niech będą zwykłe. Jeżeli nie trzy, niech będą dwa, ale mają być bobry. Geraldine zawsze marzyła o bobrach - dziś to marzenie miało się spełnić.
I chuj. Kropka.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Albo Roman
Przygrzewają, odgrzewają
Potem wody dolewają
To zupa Romana
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki - mierzy 193 cm. Elegancki, wyprostowany, z reguły z pogodnym uśmiechem na twarzy, ale często można również spotkać niecne ogniki w jego oczach, szczególnie kiedy przebywa w towarzystwie zaprzyjaźnionych sobie osób. Oczy szaroniebieskie, włosy ciemnobrązowe. Cechuje go nieskazitelnie gładka skóra, bez jakichkolwiek niedoskonałości. Nie uświadczy żadnych blizn. Ubiera się elegancko, zawsze adekwatnie do sytuacji. Bywa, że w jego towarzystwie kręci się biały, puchaty kot.

Romulus Potter
#13
05.06.2025, 15:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.06.2025, 15:09 przez Romulus Potter.)  
Dobrze, przez Ambroise’a coś mi się tam rozświetliło w głowie. Tyle że… to była stara sprawa. Dawno zakopana, przysypana kurzem i nieużywanymi wspomnieniami. Kiedy ja ostatnio wspominałem o swoim agencie? Kompletnie mnie to zdezorientowało. Opis jego postury niezwykle pomógł. Czasami wołałem na niego Skrzacie. Chyba za tym nie przepadał.
– Aaa… tego agenta! – przypomniałem sobie z teatralnym westchnieniem. – To go dawno zwolniłem. Zaburzał mi estetykę. No i, między nami mówiąc, nie był aż taki idealny, jak mi się wydawało na początku. – Machnąłem ręką, jakby chciał odgonić wspomnienie, które pachniało porażką i źle dobraną czcionką na wizytówce.
Szkoda mi było tylko tego pełnego dramatyzmu monologu Ambroise’a, który poświęcił na tę istotę swoje emocje. No, ale pozwoliłem mu się uzewnętrznić. Niech ma. Może mu się lepiej zrobiło? Może to, co mu tam na kichach zalegało, musiało po prostu wyjść? Czy to słowami, czy pierdem? Nie wnikam. Emocje są jak wino. Lepiej, jak wyjdą, niż jak mają sfermentować i eksplodować w nieodpowiednim momencie.
– I ja wcale tak nie brzmię – dorzuciłem ostrzegawczo, jakbym faktycznie miał w sobie jakąkolwiek zdolność do bycia groźnym wobec Roise’a. Chociaż... kto wie? Lepiej niech mnie nie testuje. Nosiłem przy sobie wahadełko i zamierzałem to robić ZAWSZE. Po akcji z Prudence nawet spałem z nim pod poduszką. Nie wiedziałem, co mi może strzelić do głowy w czasie hipnozy, ale jedno było pewne: to będzie coś oryginalnego. Potencjalnie nielegalnego. I prawdopodobnie nieodwracalnego.
A z nogami? Halo! Ja przecież miałem asystentkę! Przepiękna kobieta. Też z nią spałem.
Owszem, moje plany względem Geraldine mogły się wydawać... brutalne. Ale to wszystko wynikało z faktu, że ona też miała w sobie sporo przemocy. Była jak porcelanowa lalka z nożem w zębach – nigdy nie wiesz, czy się uśmiecha, czy szykuje do ataku. Zresztą, oboje byli siebie warci. Brałem pod uwagę ten idiotyzm mojego przyjaciela sprzed kilku lat, którego nie chciałem po prostu rozumieć, mimo że doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, skąd on wynikał. Czy też wypływał. NO. DEBIL.
Ale nie zawsze.
– Chwila... Chcesz PRZENIEŚĆ jezioro nad ognisko? To tak się da?! – zapytałem, nagle ożywiony. Chciałem w tym uczestniczyć. Tak bardzo, że aż mi się w środku zagotowało z ekscytacji. Czy to było legalne? Pewnie nie. Ale chuj. I tak chciałem to zrobić. Ba, chciałem to zobaczyć. Bardziej niż Geraldine swoje cholerne bobry.
– Kurde, za taką akcję to mógłbym ci tu zwieść całą setkę bobrów. Magi, sragi, jakich chcesz! – dodałem z szeroko otwartymi oczami. Ożywił się we mnie ten stary huncwot, ten, co kiedyś obgryzał pióra i śmiał się w twarz prefektom. Ten, co działał, zanim pomyślał. Czy to było mądre? Nie. Ale to było trzeba. Po prostu. TRZEBA BYŁO.
– Skrzat nam ogarnie bobry – powiedziałem z pełnym przekonaniem, jakby to był plan strategiczny godny całej Rady Magii. – Tylko wpierw posprząta moją sypialnię. Nie bój żaby, wyrobi się. A my zaraz lecimy, tylko zjem śniadanie.
Czekałem już tylko na swoje francuskie croissanty. Z masłem. I czekoladą. I najlepiej jeszcze z odrobiną triumfu w smaku.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#14
06.06.2025, 01:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.06.2025, 01:32 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Gdyby Romulus postanowił snuć swe rozważania trochę mniej internalnie a bardziej na głos (jak właściwie robił to przez większość czasu; aż dziw, że nie teraz), Ambroise bez chwili zastanowienia i bez jakiegokolwiek zawahania mógłby wymienić mu co najmniej trzy niedawne, całkiem bliskie daty wspomnienia o agencie.
Jedna z tych sytuacji miała miejsce raptem miesiąc wcześniej, kiedy po zbyt dużych ilościach wątpliwej klasy wina, całej grupie odpaliła się zbiorowa świadomość sommelierska i to Roman (praktycznie na dziewięćdziesiąt dziewięć procent to był Roman) próbował przekonać kelnera, że jego agent zna każdego właściciela winnicy na terenie Wielkiej Brytanii i nie tylko. I że to wino nie spełnia żadnych standardów. To rozbój w biały dzień, zbrodnia, winokradztwo, bla, bla, bla.
Tak. Roise miał dobrą pamięć. Może niekoniecznie do własnych przewinień (sam całkiem sporo wtedy gadał), przynajmniej nie oficjalnie, jednak z pewnością byłby w stanie z marszu wymienić przynajmniej kilka okazji, gdy Romek chwalił się swoim niezbyt estetycznym wizualnie skrzatem, który nie jest taki zły, tylko nosi za mało peleryn.
Data, przybliżona godzina, zarys okoliczności. Wszystko.
Tak. Bo Roise nie był głupi. A już na pewno nie był ślepy. Zmierzył Pottera wzrokiem. Zero refleksji. No, naprawdę. Jakby jego przyjaciel nie miał pojęcia, co mówił jeszcze dwie minuty temu. Albo dwa tygodnie wstecz, kiedy na sto pięćdziesiąt procent z jego kłamliwych ust padło: mój agent to geniusz, tylko za niski.
Był też na przykład ten raz przy śniadaniu w Dziurawym Kotle... ...nie tak dawno... ...prawda?... ...kiedy Romuś przez pełne trzydzieści trzy minuty opowiadał o tym jak jego agent przesłał mu propozycję nowej kampanii reklamowej z udziałem wampirów, żeby udobruchać trochę szefa wydawnictwa za ten niewydany tomik białych wierszy o krwiopijcach.
Wampirów, Roise! Myślałem, że on mnie zna! A on mnie zdradził! Z wampirami! To kanalia!
Może wtedy nastąpiło to zwolnienie? Nie zdziwiłby się zbytnio, kurwa. Takie rzeczy trudno się zapomina. To rzeczywiście była zdrada.
- Dokładnie tak brzmisz - powiedział spokojnie, bez cienia złośliwości, za to z cieniem rozbawienia.
Nie musiał wbijać szpil prosto w wielkie serce przyjaciela, skoro wystarczało jedynie nazywać rzeczy po imieniu. Fakty broniły się same.
Emanował przy tym absolutną pewnością swego i z pełną premedytacją nie doprecyzował, czy chodziło o monolog, ton głosu Romka, jego dramatyzm czy o potterowe zamiłowanie do patosu. Prawdę mówiąc, chodziło mu o wszystko naraz.
To był po prostu ten poziom absurdu, do którego zdążył się przyzwyczaić, ale i tak ledwie powstrzymał się przed tym, żeby nie przewrócić oczami. Nie zrobił tego jednak. Nie miał zamiaru. Odpuścił, jednak nie z poczucia łaski, tylko z wyrachowania. Ponieważ, gdy rozważył koszt energii potrzebnej na tę rozmowę i porównał ją z potencjalnym zyskiem, bilans wyszedł mu na minusie.
Poza tym, raczej aż nazbyt dobrze wiedział, że z Romulusem nie walczy się o to, w jaki sposób wygląda rzeczywistość. Nie, gdy Roman miał tę przeuroczą skłonność do malowania jej sobie wedle uznania. Zawsze z niepodważalnym przekonaniem, że jego wersja to wersja kanoniczna.
Tak. Za to go uwielbiał. Przynajmniej przez większość czasu. Nawet, jeśli o tym nie mówił. Romulus był czystym nieprzetworzonym chaosem twórczym. Chaosem z wybiórczym słuchem, z fragmentaryczną percepcją i z selektywną amnezją na to, co mu akurat nie pasowało. I wcale a wcale nie przypominał w tym Ambroisa. I z tekstami, które brał dosłownie z powietrza.
- Co? - Spytał z całą możliwą bezrozumnością, jaka tylko mogła pojawić się w tonie jego głosu.
Czyli dużą. Naprawdę szeroką. Rozległą. Co gorsza, to wszystko zaczynało go bawić. A kiedy coś takiego bawiło Ambroisa w momencie, w którym powinien być poważny, to oznaczało jedno: sytuacja wymknęła się spod kontroli i należało jeszcze raz wszystko przemyśleć. Tego zaś nie chciał robić, bowiem tak w zasadzie to aktualnie jego plan sprowadzał się do kilku niekwestionowalnych punktów.
W żadnym z nich, Greengrass nie uwzględniał nagłego przenoszenia jeziora nad ognisko. Potter ewidentnie się przesłyszał. Tym razem rzeczywiście. Albo robił sobie z niego jaja.
Ale... ...o dziwo... ...Roise nie zamierzał protestować. Nie. Do tej ostatniej koncepcji nie podszedł z takim sceptycyzmem, z jakim pewnie powinien to zrobić, bo... ...chciał to zobaczyć, nawet jeśli to brzmiało jak dokładnie ten rodzaj chorego impulsu, który mógł skończyć się interwencją służb magicznych i ewakuacją trzech pobliskich wiosek. Kto wie, może nawet wcale nie tak dalekiego miasteczka.
- Nie sądzę, żeby Rina uwierzyła w to, że bobry pojawiły się na plaży, skoro to jezioro przy lesie jest dla nich bardziej naturalnym miejscem bytowania - sam nie wiedział, czy mówił bardziej sam do siebie, układając sobie fakty, czy też do Romulusa, ale po prostu kontynuował na głos. - Co oznacza, że musimy przenieść ognisko znad jeziora nad morze. Albo użyć kształtowania, żeby stworzyć drugie, mniejsze jezioro na potrzeby ogniska. Jeśli masz taką fantazję, droga wolna - to brzmiało rzeczowo, bez cienia kpiny, choć była w tym nuta rozbawienia.
Całkiem szczerego, bo przecież Roman był, jaki był. Po prawdzie, właśnie taki miał być. Roise lubił tego wariata, nawet jeśli Potter od czasu do czasu doprowadzał go do granicy tolerancji. Dokładnie tak jak zaledwie ułamek sekundy później. Śniadanie i sprzątanie? Nóż kurwa.
Greengrass zmarszczył brwi i zerknął na zegarek, chociaż doskonale wiedział, która jest godzina.
- Romulus - miał bardzo spokojny głos.
Aż za bardzo opanowany.
Przymknął oczy. Westchnął głęboko. Na moment wyobraził sobie alternatywny świat, w którym jego przyjaciel miał choć odrobinę poczucia czasu. Trwało to pół sekundy. Potem pojawiła się ta wewnętrzna rezygnacja.
- Powiedz mi,
... ...tak po ludzku... ...czy ty masz świadomość, że planuję dziś oświadczyć się Geraldine? -
Tak właściwie, nie potrzebował odpowiedzi.
Potrzebował działania. Nie dlatego, że zaczynał fiksować się na rozkładzie dnia. Wcale a wcale. Po prostu miał plan. Konkretny. Jasny ciąg zdarzeń, w którym absolutnie nie było miejsca na śniadaniowe fanaberie. A na pewno nie o tej godzinie.
Nie był w nastroju na kompromisy. Już z pewnością nie wtedy, gdy w jego głowie układał się rozkład dnia. Dokładny, dopracowany i pod żadnym pozorem niepodlegający dywagacjom. Nie dzisiaj. Nie teraz. Nie, gdy okazja miała być taka a nie inną.
W świecie Greengrassa tych rzeczy nie robiło się spontanicznie. Oświadczyny miały być konkretne. Roise miał swoje standardy. Swoje założenia. Swoje nieprzekraczalne granice i swój porządek działań, które musiały wydarzyć się we właściwej kolejności.
Takich, które zakładały odpowiedni moment. Tego dnia. Raptem za kilkanaście godzin. Nie byle kiedy, byle jak. Nie po drodze, nie a bo tak wyszło. Nie był z tych, którzy biorą spontaniczność za szczyt romantyzmu. No, przynajmniej nie w przypadku podobnych gestów. Oświadczyny na spontanie brał za żenujące. Za lenistwo, za brak zaangażowania ukrywany pod płaszczykiem uczuciowej improwizacji zakochanych ludzi.
Tak. To był pewien paradoks, bowiem jednocześnie, gdyby to zupełnie od niego zależało, w następnym kroku zdecydowanie darowałaby sobie organizację wielkiego wesela i poprzedzających je przyjęć. Dokładnie tak jak rozmawiał o tym z Yaxleyówną, nie chciał robić z publicznego przedstawienia z czegoś, co powinno pozostać prywatne. Jako przedstawiciel szanowanego rodu, nie miał jednak praktycznie żadnego wyjścia.
Właśnie dlatego chciał przynajmniej kontrolować tę jedną sprawę. Zrobić ją na własnych zasadach. Ale nie. Romulus musiał chcieć śniadanie, najpewniej świeżego croissanta. Z masłem. I czekoladą. I jeszcze, kurwa, pewnie z gwiezdnym pyłem, tak?
- Nie ma czasu na śniadanie - powiedział z takim spokojem, z jakim równie dobrze mógłby podawać mu diagnozę śmiertelnej choroby.
Tyle tylko, że zupełnie bez adekwatnego współczucia. Nie chodziło o to, że miał coś przeciwko croissantom, nawet tym z czekoladą (a ogólnie nie był miłośnikiem słodyczy).
Po prostu mieli... ...tak, już nie tylko on miał... ...plan, który obejmował konkretną godzinę, konkretne miejsce i pewną bardzo konkretną sekwencję zdarzeń, którą trudno było zsynchronizować z romkową obsesją na punkcie idealnie wypieczonego ciasta francuskiego.
- Już po jedenastej. Rina wraca za siedem, góra osiem godzin. Tyle też mamy, żeby zaaranżować nie jedno a dwa miejsca - poinformował Pottera, wkładając w to jak najwięcej autorytetu. - Jak nas poniesie fantazja, może nawet dwa ogniska. Dwa jeziora. Duże i małe. Tylko zmiłuj się, na Merlina, Roman - stłumił westchnienie, bo przecież nie zamierzał wyjść na desperata.
Miał za to nadzieję, że przynajmniej trochę zabrzmiał jak ktoś, kto naprawdę zarządza czasem. Niestety znał rzeczywistość i wiedział, że prawdopodobnie chuja to da, jeśli Romulus rzeczywiście uprze się zjeść swoje ośmioskładnikowe śniadanie.
Tak, tak. Nie sześcioskładnikowe, rzecz jasna, bo sześć jest cyfrą kojarzoną ze złem. Nie siedmioskładnikowe, bo to byłaby profanacja świętej liczby. Z kolei też nie dziewięcioskładnikowe, bo to byłby dramat organizacyjny (nawet dla skrzatów Ursuli), który wymagałby zbyt długiego czekania. Ośmioskładnikowe tak. Ósemka była nieskazitelną, parzystą, podwójnie okrągłą i jednocześnie nad wyraz pompatyczną liczbą. Idealną dla Numerologicznego Imperatora Romulusa Petera Pottera.
No i ładnie wyglądała w notatkach, czyż nie? Była liczbą nieskończoności, jeśli ją położyć. Roise to wiedział. Wiedział to aż za dobrze, bo jego przyjaciel z pewnością miał osobny zeszyt tylko do planowania menu. Tabelki, wykresy i coś, co przypominało rozkład jazdy pociągów z Doliny Godryka do Londynu, ale dotyczyło harmonogramu spożywania posiłków w sezonie wiosenno-letnim i jesienno-zimowym.
Znał Romeczka. Znał go aż do szpiku kości. Wiedział, że jeśli ten chłop się uprze to i tak będzie jadł. Tyle tylko, że za cholerę nie mieli na to czasu. Na sprzątanie sypialni też nie. Należało działać już teraz. Zaraz.
- Weź pomyśl, Roman - tym razem westchnął, kręcąc głową. - Złap coś po drodze i jazda - zasugerował. - I zrezygnuj z tego sprzątania, okay, zrób to dla kumpla - niby nie prosił, ale...
...cholera.
Miał już pomysł, w jaki sposób mógł oświadczyć się Geraldine. Coś, co nie tylko spełniało jego standardy, ale też nie miało zostać natychmiast uznane za próbę dokonania rytualnego mordu albo się w nią przemienić, gdy Yaxleyówna poczuje się zagrożona. Lub (co gorsza) wściekła. Coś odrobinę awangardowego, bo w końcu jego dziewczyna zasługiwała na specjalne traktowanie, jednak pozbawionego przesady.
Od momentu, w którym na to wpadł (czyli chwili wcześniej), Roise wiedział, że bobry muszą być obecne. Tak, dokładnie: bobry. Magiczne, niemagiczne, wszystko jedno. Byleby były. To nie był żart. A nawet jeśli to brzmiało jak żart, to tylko dlatego, że wszystko, co mówił w obecności Romulusa często gęsto brzmiało jak żart.
Ale Roise mówił poważnie. Potrzebował bobrów. Dla Geraldine. Dla efektu. Nie do końca wiedział jeszcze jak je wykorzysta, jednak wiedział, że będą potrzebne. Potrzebował skrzata. Agenta. Pottera. Bobrów.
- Mam zamiar oświadczyć się Geraldine. Dziś. Nie zrobię tego, jeżeli nie będzie idealnie. A jeśli tego nie zrobię, to wszystko pójdzie się jebać. A jeśli wszystko pójdzie się jebać, to ty pierwszy polecisz za drzwi - tak, teraz to on zaczynał dużo gadać. - Zrób to dla mnie, dobra? Ogarnij bobry - to jeszcze nie była prośba, ale już zdecydowanie był blisko...
...cholera.
- Mają być prawdziwe. Żywe. Nie iluzje. Nie wynik jakiejś podejrzanej transmutacji. Prawdziwe bobry, które będą wyglądać, jakby przyszły tu z własnej woli. I będą względnie posłuszne. Na tyle, żeby nie rozeszły się w połowie wieczoru - zaznaczył profilaktycznie, przez moment zastanawiając się nad tym, co jeszcze powinien dodać.
Niby wymienił wszystko, na czym mu zależy. No, niby tak. Trzy bobry. No, ewentualnie dwa. Magiczne, sragiczne. To nie było takie ważne. Mogły być zwyczajne, z pewnością nie mogły być zmutowanymi eksperymentami ani czymś, co wcześniej wcale nie przypominało bobra (bo nim nie było) i zostało w niego naprędce transmutowane. Nie, transmutacja skrzatów w bobry nie wchodziła w grę, chociaż Romulus pewnie mógłby to rozważać.
To był ten rodzaj prośby, tak, to jednak była prośba,o kurwa, chyba zaczynał czuć presję czasu, której Roise nie rzucał zbyt często. A już zdecydowanie nie do byle kogo. Po pierwsze: ponieważ na ogół nie ufał ludziom w tych bardziej newralgicznych kwestiach. Niespecjalnie wierzył, że zrobią coś dokładnie tak jak należy. Po drugie: bo nie lubił być od kogokolwiek zależny. Ale wiedział, że ten konkretny człowiek ruszy niebo i ziemię, żeby wykonać zadanie, jeżeli tylko postawi się przed nim dostatecznie absurdalne wyzwanie.
Bobry.
Bobry były absurdalne.
Idealne.
Trzy. Mogą być dwa.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Albo Roman
Przygrzewają, odgrzewają
Potem wody dolewają
To zupa Romana
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki - mierzy 193 cm. Elegancki, wyprostowany, z reguły z pogodnym uśmiechem na twarzy, ale często można również spotkać niecne ogniki w jego oczach, szczególnie kiedy przebywa w towarzystwie zaprzyjaźnionych sobie osób. Oczy szaroniebieskie, włosy ciemnobrązowe. Cechuje go nieskazitelnie gładka skóra, bez jakichkolwiek niedoskonałości. Nie uświadczy żadnych blizn. Ubiera się elegancko, zawsze adekwatnie do sytuacji. Bywa, że w jego towarzystwie kręci się biały, puchaty kot.

Romulus Potter
#15
06.06.2025, 18:34  ✶  
– Co ty, chory jesteś? Ja nie będę sprzątał, tylko skrzat. Ja muszę oszczędzać swoje ręce na pisanie i tworzenie jezior – stwierdziłem, ale mimo wszystko nie zamierzałem odpuścić sobie śniadania. To była świętość. Jeśli chciał, żebym szybciej wszystkim się zajął... Nie, i tak bym nie wstał wcześniej.
– I zważ, że późno poszedłem spać, że przeżyłem wczoraj niewyobrażalną traumę, a jeszcze Benjy zarządził spanie w lesie. W LESIE, rozumiesz, Ambroise?! W prawdziwym lesie – powtórzyłem, przypominając sobie ten dramat, ten realny koszmar. Okrutne bywały ścieżki losu, ale okazałem się silny. Przetrwałem to, niezależnie od tego, jak ciężko i nieludzko tam było.
W międzyczasie skrzat przyniósł mi śniadanie do łóżka, więc zacząłem konsumować, proponując również Ambrożemu.
– Zjem nieco szybciej, ale zjeść muszę i kropka. Nie będę się mógł skupić, jeśli nie zjem. Jedzenie to świętość – stwierdziłem, bo potrzebowałem jeść. Dużo. Najwyraźniej za gigantycznym wzrostem szła szybsza przemiana materii. I wczoraj również mało jadłem. Potrzebowałem się nasycić. – I bobry, tak, zrozumiałem. Tylko powiedz, jak niby mam je ujarzmić? Nie dadzą się hipnozie. To zwierzęta. Byłby nam potrzebny ekspert od zaklęć niewybaczalnych albo co... Ale myślę, że to już gruba przesada – stwierdziłem, wzdrygając się. Kiedyś mi się śniło – jeden z tych najgorszych snów – że byłem pod wpływem imperiusa. Nie polecałem nikomu. Nie mogłem się ruszyć, a jednak robiłem rzeczy, których nie chciałem robić. Jak choćby sprzątanie.
Wzdrygnąłem się na tę myśl, ale odgoniłem ją czym prędzej. Skupiłem się na zajadaniu się croissantem. Również czekoladką. Popijałem kawkę. Byłbym w siódmym niebie, gdyby nie ambroise’owa aura spoceńca. Mieliśmy czas. Osiem godzin to fura czasu. Bobry ogarnie nam skrzat, sprzątanie mojej sypialni również. My ogarniemy jezioro, a Benek pewnie zajmie się ogniskiem. Muszę mu wspomnieć, żeby zrobił wystarczająco duże, by wrzucić do niego Prudence, a potem... Potem już popłyniemy. Zaraz popłyniemy, bo jednak nie mogłem się tak bardzo doczekać tworzenia jeziora, że wciągnąłem to śniadanie nie po szlachecku. Wieśniak, ale zapalony wieśniak z czystą krwią.
– Kurde, Ambroise. Przebieram się i wychodzimy, a ty, skrzacie, załatw nam bobry i pamiętaj posprzątać sypialnię – rzuciłem, po czym zająłem się na szybko garderobą. Miałem przygotowane już dawno zestawy na wiejski plener, więc poszło nader sprawnie. Mój przyjaciel nie miał co narzekać. Wręcz, jak na Pottera, ekspresowo. Nie poprawiałem nic ze swoją twarzą i nawet nie bawiłem się w poranną toaletę z filtrowaną wodą. Chciałem tworzyć własną wodę.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (10079), Pan Losu (40), Romulus Potter (3649)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa