Teraz jednak, miesiąc po ostatnich zdarzeniach, Rowle wcale nie miał ochoty czytać o tym, że któryś z podopiecznych Prewetta ucierpiał w tym, co dotknęło New Forest. Nie chciał, bo wbrew pozorom darzył mężczyznę daleko idącą sympatią i jego wcześniejszy zryw, by udzielić mu należytej lekcji pokory, niewiele zmieniał w jego życiu i stracił już termin przydatności.
Dlatego napisał do Faye, prosząc ją o pomoc. No dobrze, prośba była tutaj słowem raczej na wyrost, bo Rowle zwyczajnie zażądał jej obecności, ale niemniej jednak podchodziło do sprawy na tyle poważnie by zaangażować w to kogoś, kogo zawodem było łapanie magicznych stworzeń. I nawet nie chodziło o to, że nie wierzył w swoje czy Prewetta umiejętności, bo tego było mu zwyczajnie zbyt daleko, ale zawsze dobrze było mieć dodatkową parę rąk, jeśli chodziło o łapanie spłoszonych i pewnie równie obrażonych abraksanów.
Kiedy więc Traversówna mu odpowiedziała, umówił się razem z nią w Londynie, by następnie przenieść ich do New Forest, uprzednio informując Laurenta o tym, kiedy pojawią się u niego, by nie musiał się zanadto martwić.
- Tak mi przykro - jego słowa wybrzmiewały współczuciem, kiedy wyciągnął do blondyna ręce, zamykając go w krótkim uścisku. - Nie wyobrażam sobie jak musiałeś się czuć, kiedy to wszystko się działo. Wiem, że to niewielkie pocieszenie, ale... dobrze, że tylko jeden z nich ucierpiał, a reszta zdążyła uciec - poklepał go, odsuwając się zaraz i odwracając bokiem, tak że mógł wskazać na towarzysząca mu kobietę. - To Faye. Jest magiłowcą, więc stwierdziłem że poproszenie jej o pomoc nie będzie złym pomysłem. Faye, to Laurent.