Mogłoby się zdawać, że wieczór właśnie dobiegł końca. Ognisko zakończyło się naprawdę dużym fiaskiem. Może nie gigantycznym, jednak z pewnością znacznym i, cóż, znaczącym praktycznie dla wszystkich, którzy brali w nim udział. Dla jednych mniej, dla innych bardziej.
Oczywiście, Ambroise mógłby w tym wypadku stwierdzić, że największe skutki wydarzeń miał odnieść Romulus Peter Potter, który niemalże w tempie rozpędzonego Błędnego Rycerza miał ponieść konsekwencje swoich zachowań. Z tym, że dokładnie. Należało tu zwrócić uwagę na słowa klucze: swoich. Zachowań. Nie cudzych, nie powodowanych zewnętrznymi konsekwencjami.
Ich domniemany przyjaciel sam sprowadził na siebie gniew nie tylko pana tego domu, lecz także praktycznie wszystkich pozostałych gości. Roise był całkowicie pewien, że nikt nie miał wstawić się za Potterem w kwestii jego dalszego pobytu w Exmoor. Nikt. Kiedyś powiedziałby może z wyjątkiem Eliasa, który miał pod tym względem wyjątkowo dużo wyrozumiałości, przynajmniej jak na standardy Greengrassa. Ale teraz?
Miarka się przebrała. Ambroise nie zamierzał udawać, że jest w stanie tak łatwo wybaczyć koledze to, co miało miejsce. A także, będąc zupełnie brutalnie szczerym, również wszystko to, co tego miejsca nie miało. Szczególnie to drugie.
Pierścionek zaręczynowy nadal spoczywał w jego kieszeni, jednak w tym momencie ciążył mu niczym ironiczny symbol zdrady ze strony rzekomego najlepszego przyjaciela. Cóż. Najwyraźniej należało, by zweryfikował ten tytuł, ponieważ ewidentnie rozdawał go zbyt lekką ręką.
Tak, nie był w stanie ukryć przed sobą, że wobec siebie samego także miał wyrzuty. Może nie sumienia, bo niczego nie żałował. No, być może poza tym, że to nie on był tym, który mógł mieć przyjemność pierdolnąć Pottera na ławkę na werandzie a następnie wyjebać jego rzeczy na zewnątrz i kazać mu spierdalać przez główną bramę. Do Londynu czy do pobliskiego miasta. Nieważne. Chyba nikogo już nie obchodziło to, co zrobi gwiazda przedstawienia, nawet jeśli zegary dawno pokazywały początek nowego dnia.
Z drugiej strony? Miał okazję do konfrontacji i celowo z niej nie skorzystał. Gdy z Geraldine zebrali się z terenu rozproszonego jeziora, podejmując decyzję o zabraniu psów na późny spacer, Ambroise całkowicie celowo wybrał wejście inne niż to, przy którym skrzaty ulokowały nieprzytomnego delikwenta. Był wściekły, ale zamierzał zrobić wszystko, by dojść do siebie.
Nie chciał ziać złością na kogoś, kto był dla niego po tysiąckroć ważniejszy od innych osób. W tym szczególnie od fałszywego kooperanta. Kogoś, kto miał mu pomóc, wesprzeć go w jednej z najważniejszych chwil życia, tymczasem wybrał zachowywanie się jak kompletny, zupełny egoista. I zdrajca. I manipulant. Ktoś, kto nie odróżniał przyjaciela od wroga a gospodarza od gościa.
Przeszli więc bokiem, unikając przy tym także wchodzenia do sypialni, którą zajmowali razem przez te wszystkie lata. Nie chciał widzieć tego, co przeżył ich pokój. Całe szczęście, skrzaty domowe zdążyły przenieść większość ich rzeczy oraz zwierzęta do pomieszczenia gościnnego na dole. Być może trochę mniej personalizowanego, nie tak bardzo ich, ale w gruncie rzeczy całkiem przytulnego.
Było chwilę po północy, kiedy ponownie opuścili główny budynek, ruszając powoli przez puste wrzoskowiska skąpane w bladym świetle księżyca przesączającym się przez gęstą okrywę z chmur. Nie było zupełnie ciemno, nie było także jasno. Poza tym, co stało się przy ognisku, noc wydawała się wyjątkowo przyjemna. Nie za chłodna, niezbyt wietrzna.
- Plaża czy klify? - Spytał, zwracając twarz w kierunku Geraldine i sięgając do zapięcia smyczy, żeby spuścić psa.
Wcześniej profilaktycznie postanowił zadbać o to, by ich zwierzęta nie postanowiły zainteresować się mężczyzną leżącym na ławce po drugiej stronie domu. Naprawdę nie chciał kontynuować cyrku z początku wieczoru. Ani teraz, ani później, być może wcale. Naprawdę musiał to porządnie przemyśleć. Granica została przekroczona. Tyle tylko, że w tym momencie zostawiał to na inny czas. Teraz spacerowali na zewnątrz a przyjemna, lekko słona bryza omiatała mu policzki. Powoli trzeźwiał. Nie od alkoholu, od zdenerwowania.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down