- Niektórzy nie potrafią brać odpowiedzialności za własne czyny - przytaknął bez najmniejszych oporów przed tym, aby zaliczyć młodszego brata dziewczyny do właśnie tego grona.
Zresztą nie tylko młodszego, czyż nie? Najstarszy także wyjechał z kraju, szwendając się cholera wie, gdzie i zostawiając wszystko na głowie środkowej siostry. Wedle wiedzy Roisa, nie było z nim praktycznie żadnego kontaktu, toteż nie mogli wiedzieć, co tak właściwie robił i co planował dziedzic Yaxleyów.
W tym wypadku, Ambroise skłaniał się w raczej wyjątkowo nietradycyjnym kierunku. Bardzo odmiennym od jego klasycznych, raczej konserwatywnych poglądów. Nigdy zresztą nie ukrywał, że punkt widzenia zależał od punktu siedzenia. Oczywiście, nie zmieniał go raz za razem, jednak w tym konkretnym przypadku, dostrzegając cały wkład, jaki jego dziewczyna dawała od siebie, aby utrzymać równowagę w
rodzinie i pozycję rodową, oddawanie władzy któremukolwiek z jej zupełnie nieprzystosowanych, niezainteresowanych braci było...
...co najmniej nierozsądne. Nie mówiąc już o całej niesprawiedliwości, jaka za tym podążała, ponieważ życie w środowisku czystokrwistych czarodziejów nigdy nie było i nie miało być sprawiedliwe. W tym wypadku raczej nie należało mieć złudzeń. Niektórych zwyczajów nie dało się wykrzewić, niektórych nawyków nie można było wyplenić. Jednakże przekazywanie odpowiedzialności w ręce kogoś, kto nigdy do niej nie dążył było wyjątkowo niesłuszne.
Z drugiej strony, jakiekolwiek odstępstwa od reguły z pewnością zostałyby przyjęte na niekorzyść rodziny Geraldine. W tym wypadku pozostawało im przyjąć aktualną narrację, licząc na to, że do któregokolwiek z braci dziewczyny trafi dziedziczenie (choć przekazanie go w ręce wampira było raczej wątpliwą kwestią) okaże się co najmniej nieszkodliwy. Obaj zdecydowanie byli bowiem skrajnie nieodpowiedzialni.
- Nie jest naszym dzieckiem - stwierdził fakt, jednak sposób, w jaki to stwierdził niósł ze sobą wiele dodatkowych znaczeń.
Wystarczył nawet sam ton głosu, w którym to powiedział, aby nie potrzebował dodawać wiele więcej. Zresztą. Nigdy nie był człowiekiem słowa. To jego czyny świadczyły o nim samym. Tak jak uczynki Rotha mówiły o tym, jakim nieczłowiekiem stał się najmłodszy z Yaxleyów.
Gdyby chodziło o ich własne dziecko, abstrahując od sposobu wychowania latorośli, Ambroise walczyłby o postawienie go do pionu. Wkładałby wiele energii, szukałby sposobów na poradzenie sobie z problemem. W tym wypadku też usiłował to robić, ale Rina miała rację. Nie mogli pomóc Astarothowi na siłę. To nie był ich problem. To nie było ich nie do końca właściwe przystosowanie młodzieńca do życia. To nie oni sprawili, że Yaxley nie potrafił odpowiadać sam za siebie. Że wychodził z pozycji ofiary, choć jednocześnie zachowywał się jak agresor.
Należało powiedzieć temu pas zanim to zniszczyło ich oboje. Nim zrujnowało im życie i szanse na wspólną przyszłość. Na własny dom, być może na rodzinę. Na wszystko, na co zaczęli pracować. Tak naprawdę już wiele lat wstecz, choć nie dało się ukryć, że teraz czekała ich odbudowa.
Czy mozolna? Być może, ale oboje pisali się na nią. W przeciągu ostatnich dni powiedzieli sobie więcej niż przez wiele miesięcy. Wyjaśnili naprawdę dużo. Podjęli dialog, chcieli wspólnie ruszyć dalej, podczas gdy niektórzy z ich otoczenia stanęli w miejscu, karmiąc się własnymi tragediami. Często gęsto wyimaginowanie nie do pokonania. A wystarczyłoby chcieć wydostać się z bagna...
- Wiem - przytaknął zdecydowanie, posyłając wymowne spojrzenie w kierunku jego dziewczyny.
Zrobił to na tyle jednoznacznie, aby Geraldine nie miała nawet najmniejszych wątpliwości, co do tego, co dokładnie miał na myśli, gdy odpowiedział jej w ten sposób. Tak, oczywiście. Zdawał sobie sprawę z tego, do czego pila Yaxleyówna. Nie był ignorantem, potrafił zrozumieć tak prosty przekaz, jednak to nie oznaczało, że zamierzał wykorzystywać akurat tę pozycję, w jakiej byli. Potrzebował mieć co najmniej równy wkład, nic innego nie wchodziło w grę.
Ze wszystkich przywilejów, jakie miał w życiu, ten konkretny był dla niego bardzo ukierunkowany. Nie dało się powiedzieć, że nie dostrzegał wszystkich benefitów i plusów płynących ze statusu materialnego Riny. Rzecz jasna, cieszył się z tego, jak dobrze powodzi się Yaxleyom. Nigdy nie zapierał się przed korzystaniem z dorobku dziewczyny dla wspólnych korzyści, ale tylko na określonych zasadach.
Nie zamierzał być pasożytem. Nigdy. Nader wszystko nie chciał dopuścić do sytuacji, w której mógłby poczuć się w ten sposób. Nie chodziło nawet o to, co mogło powiedzieć otoczenie. To nigdy nie było dla niego istotne. Natomiast jak najbardziej chodziło o to wewnętrzne wrażenie czucia się nie tyle zależnym, co niesamodzielnym.
Od dziecka wpajano mu konkretne przeświadczenia, których nie próbował wykrzewiać. Być może nie pielęgnował ich w sobie z celowością, ale bez wątpienia zwracał uwagę na to, by spełniać rolę, jaka była dla niego istotna. Być partnerem, wsparciem, mężczyzną, kimś odpowiedzialnym, dokładającym wartość do majątku, nie ją pomniejszającym.
Nie wątpił, że mimo wszystko, nawet ze spalonym mieszkaniem przy Horyzontalnej będzie ich stać na naprawdę dobrą nieruchomość. Szczególnie w okolicach, o których mówili. Nie musieli ograniczać się do jednego regionu, czyż nie? Oczywiście, wspomnieli o konkretnych terenach, jednak w gruncie rzeczy mogli rozejrzeć się w kilku regionach.
Teoretycznie powinien w pierwszej kolejności brać pod uwagę Dolinę Godryka. To była jego rodzinna okolica, oboje mieli tam znajomych, przyjaciół i dosyć często przebywali w tamtym miejscu. Tyle tylko, że przy wszystkim, co ostatnio miało miejsce, nie był to raczej zbyt racjonalny wybór.
Szczególnie, że mogli korzystać z różnorodnych środków transportu, aby szybko dostać się w tamte okolice. Niekoniecznie musieli tam mieszkać. Tym bardziej, gdy pierwszy raz od lat doszli do wniosku w rzeczywistości niosącego za sobą znacznie więcej aniżeli zwykłe kupmy sobie letni domek. Nie. Nie musieli mówić tego otwarcie, prowadzić dyskusji, wymieniać wielu poważnych słów, by wiedzieć, o czym tak naprawdę rozmawiają.
To miała być ich wersja rodowego majątku. Ich faktyczny poważny dom. Miejsce inne od wszystkich poprzednich. Inwestycja na lata, niebędąca tylko zakupem budynku. Tak, mogli mieć stajnie. Byleby daleko od szklarni. Tak, mogli mieć szklarnie. Byleby daleko od stajni. Tak, mieli mieć wszystko, czego pragnęli. I wiele więcej. Zasłużyli na to po wszystkim, przez co przeszli.
Potrzebowali stabilności pośród chaosu. Bezpiecznej przystani, której nie znaleźliby w Dolinie Godryka ani nigdzie w pobliżu Snowdonii. Musieli wybrać własny region, swoje miejsce na świecie. Razem.
- A więc konie - podjął dalej po chwili milczenia, uśmiechając się pod nosem, choć nieco krzywo. - Miejsce na stajnie, budynki gospodarcze, tereny na pastwiska i tak dalej. Co więcej? Jakie masz pozostałe twarde warunki? - Skoro już zaczęli rozmawiać o tym idealnym miejscu, warto było, aby roztoczyli przed sobą pełną wizję tego perfekcyjnego miejsca. - Las. Kawałek lasu. Prywatnego. Nie musi być olbrzymi, ale to musi być las. Nie zagajnik, nie młodnik - dorzucił od siebie. - Z drugiej strony moglibyśmy mieć kawałek plaży albo przynajmniej jakieś skałki nad morzem - kiwnął głową.
To była niewątpliwa zaletą domku w Whitby. Powinni brać to pod uwagę przy nowym zakupie.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down