- No dobrze, zamiast flądry, możesz być... ...hm... ...rozgwiazdą? - Zasugerował z całą premedytacją, nawet jeśli to ten wspomniany przez nią rekin zdecydowanie dużo bardziej pasował do Geraldine.
Nie mógł jednak nie rzucić czegoś od siebie. Niekoniecznie wyjątkowo pasującego, będąc tego zupełnie świadomym, ale w tym momencie pijąc do jednego z nieoczekiwanie znanych przez siebie faktów o rozgwiazdach: niektóre miały naprawdę niezłe tyłki. Poza tym naprawdę przyciągały wzrok, nawet jeśli ich faktyczna rola w podwodnym ekosystemie była raczej...
...no cóż, niezbyt dobrze wiedział, jaka. Mogli oglądać dziesiątki, jeśli nie setki odcinków dokumentów o morskim i oceanicznym życiu podczas chwil spędzonych w domu nad morzem, ale przyswajanie wiedzy na temat wodnej fauny nigdy nie było czymś, co Ambroise robił niemal bez użycia świadomości.
W przeciwieństwie do flory, o której już miał znacznie więcej wiedzy. Ta przychodziła mu praktycznie samoistnie. Był w stanie wyciągnąć z dupy (może nie rozgwiaździej) informacje na temat jakiejś rośliny tylko dlatego, że kiedyś miał z nią przelotny kontakt albo mgliście zapamiętał coś z literatury lub opowieści. W przypadku zwierząt to jednak nie działało już tak łatwo.
Jednakże co nieco z pewnością wiedział o rekinach. Na tyle, żeby w tym momencie mrugnąć raz czy dwa, leciutko kręcąc głową w wyrazie pobłażliwości. Doskonale to opisała. Oczywiście, że chciała być przerażająca. Choć może raczej była to kwestia respektu, jaki tym wywoływała. A temu z pewnością nie dało się zaprzeczyć.
- Niech ci będzie, jesteś rekinem - kiwnął wreszcie głową, nieznacznie wydymając wargi w wyrazie zastanowienia. - Wobec tego, czym ja jestem? - Musiał o to spytać, zwyczajnie musiał.
Doskonale pamiętał te wszystkie momenty, gdy dostrzegał efekt, jaki Geraldine miewała na ludzi dookoła niej. Nawet tamtej pamiętnej nocy w szpitalu, znaczna część personelu rzeczywiście bała się konfrontacji. O ironio, tej samej, która nigdy nie nadeszła, bo nie było ku temu żadnych podstaw.
Cóż, po prawdzie, sporo kwestii związanych z odbiorem przez otoczenie ich nie miało. On sam poniekąd wpadł w dokładnie tę samą pułapkę. Tyle tylko, że znacznie później. Wiele lat po tamtym wieczorze. I, o ironio, mimo tego, że przecież znali się lepiej niż ktokolwiek. Znał ją. Mimo to, pozwolił sobie uwierzyć w plotki zamiast włożyć to wszystko między bajki. Tak, to nie była najbardziej błyskotliwa reakcja.
- Myślałem, że nie potrzebujesz niczyjej opieki? - Wypalił praktycznie od razu, oczywiście, że zamierzając wykorzystać możliwość, jaką mu dała.
To nie była pierwsza okazja, przy której łapał dziewczynę za słówka. Ostatnia z pewnością też nie. Po prawdzie mówiąc, naprawdę lubił to robić. Na tyle mocno, że nie przeszkadzało mu robienie tego również w drugą stronę. Tak, to zdecydowanie był obusieczny miecz. A on ani myślał przestać z niego korzystać.
Prowokowała go, tak? On o tym wiedział, ona także zdecydowanie zdawała sobie sprawę z tego, co robi. Dostrzegał to w jej twarzy. W wyrazie oczu, które w tym świetle przybrały zadziwiająco ciemny, wręcz burzowy kolor. O czasu do czasu błyszcząc przy tym, gdy światło zamglonego księżyca padało na twarz Yaxleyówny. Lub jak teraz: kiedy lśniły same z siebie z powodu satysfakcji, jaką czerpała, myśląc, że go zagięła. Otóż nie. Ta rozgrywka jeszcze wcale nie zbliżała się do końca. Nie, skoro miał całkiem sporo do powiedzenia.
Chrząknął cicho, kląskając językiem o podniebienie. W dalszym ciągu odwzajemniał spojrzenie, ani myśląc odwracać wzrok czy nawet mrugać, choć odrobinę zaczynały piec go oczy. Nie, nie miał zamiaru wypowiadać niczego, co mogłoby być choć trochę zbliżone do tego, co mu powiedziała. Ani myślał.
- Najwięcej, co mogę zrobić to uścisnąć mu dłoń na powitanie - stwierdził, nie dodając oczywistego bierz to lub nie, które wybrzmiało samoistnie.
To i tak była dosyć mocna zmiana względem ostatnich miesięcy, kiedy wyłącznie wymuszenie kiwał głową w kierunku przyjaciela dziewczyny, raczej nie szukając okazji do tego, by porozmawiać. Jasne, mieli ze sobą całkiem sporo tematów. W przeszłości nawet lubił tego człowieka. Z czasem zaczął jednak pałać do niego na tyle znaczącą niechęcią, że nie zamierzał próbować odnawiać kontaktów i próbować osiągać porozumienia.
W tamtym czasie wydawało mu się to wręcz wyjątkowo odstręczające. W takich kwestiach miał raczej naprawdę nikłą cierpliwość i krótki lont. Będąc święcie przekonanym (i regularnie przekonywanym), że od pewnego momentu mógł dopisać wspólną kobietę do łączących ich spraw, umyślnie trzymał się z dala od sytuacji mogących poskutkować otwartym konfliktem.
W końcu nie odpowiadał wyłącznie za siebie. Musiał mieć na uwadze dobre imię całej rodziny. Był synem głowy rodu. Najstarszym dzieckiem Thomasa Greengrassa, który być może dawał mu nawet nazbyt szeroką, momentami nieco olewaszczą swobodę, ale raczej nie byłby zadowolony z publicznego przedstawienia tego typu.
Ambroise zatem wyjątkowo pilnował się swoich założeń o chłodnym dystansie. Nie szukał okazji do konfrontacji. Może nie unikał jej w ostentacyjnie widoczny sposób, ale zdecydowanie nie zachowywał się zgodnie z rzekomymi założeniami przyjaciela. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej dystansował się od wszystkiego, co w środku zżerało go do cna.
Całe szczęście, mieli to już za sobą. Nie bez przebojów, szczególnie wtedy, gdy czara goryczy gwałtownie przelała się z obu stron. Ostatecznie trudno byłoby powiedzieć, że nie wyszło im to na dobre. Ot, ironia losu. Wyrzucając z siebie większość wyrzutów, dosyć mocno oczyścili atmosferę.
Fiksowanie się na bezsensownej niechęci do Erika byłoby skrajnie głupie, nawet jeśli w dalszym ciągu nie zamierzał się z nim zaprzyjaźniać. Miał dosyć wąskie (choć paradoksalnie i tak nietypowo szerokie, jak na swoje standardy z przeszłości) grono najbliższych mu ludzi. Nie czuł potrzeby, aby to zmieniać. Nawet teraz, kiedy teoretycznie ta grupa nieoczekiwanie się pomniejszyła.
Potrzebował zaufanych ludzi, nie usilnego kumplowania się z kimkolwiek, kogo lubili jego najbliżsi. Nawet Geraldine, która cholernie dużo dla niego znaczyła. Zdecydowanie mogli mieć wspólnych przyjaciół. Dokładnie tak samo jak tych indywidualnych, z którymi druga strona nie czuła potrzeby trzymać zbyt blisko.
To było dosyć zdrowe podejście. Dla każdego zaangażowanego. Bez cienia wątpliwości. Poniekąd gdzieś w głębi duszy podziwiał przy tym Corneliusa za wyjątkową wyrozumiałość wobec dwojga przyjaciół, bo jako ich wspólny kumpel bez wątpienia przeżył całkiem sporo przez te ostatnie półtora roku.
- Mhm - uśmiechnął się pod nosem. - Nauka przez praktykę bywa przydatna - przyznał bez cienia zawahania, nadając tym słowom dokładnie tak autoironiczny wyraz, jaki prawdopodobnie powinny mieć, biorąc pod uwagę to, co działo się w ostatnich miesiącach.
Rzecz jasna, sam także twierdził, że potrafi uczyć się na błędach. Zdecydowanie był w stanie wyciągnąć wnioski z tego, co przynosiły mu niektóre decyzje czy zachowania. W innym wypadku nie byłby w stanie brać odpowiedzialności za ich efekty finalne. Tyle tylko, że pozostawała przy tym jeszcze jedna drobna kwestia. Było nią analizowanie samych pobudek, podstaw tychże reakcji, z czym bez wątpienia miewał...
...no, może nie problem. Przynajmniej w znacznej mierze nie uważał tego za kłopotliwe dla siebie. A więc pewne trudności? Wyzwania? Tak, bez wątpienia autorefleksja stanowiła dla niego pewne wyzwanie. Nie dlatego, że nie umiał tego robić. Przez to, że nie zawsze chciał aż tak głęboko wnikać w to, dlaczego robił to, co robił.
Nie lubił być podatny. Nienawidził przyznawać się do własnej słabości. W dużej mierze był to z pewnością skutek dosyć chłodnego, analitycznego wychowania. Środowiska pełnego naukowców, badaczy i wykształconych ludzi. Bliskich mu osób, pośród których nie było zbyt wielu równolatków Ambroisa. Nawet wśród rodziny matki, wychowywał się głównie ze starszymi od niego kuzynkami.
Z uwagi na to, bycie uczuciowcem nigdy nie wchodziło w grę. Wystarczyło, że trochę zbyt mocno odsłonił swoje uczucia, okazując te bardziej wrażliwe emocje, aby usłyszeć co najmniej jeden niezbyt przychylny komentarz o byciu mężczyzną, nie płaczliwym chłopczykiem. Miał być mocny, odpowiedzialny, decyzyjny. Nie słaby i podatny. Nic więc dziwnego, że ziarno rzucone na odpowiednio przygotowany grunt wyrosło w oczekiwany sposób. Może nawet trochę za mocno wybujały, momentami z nieco niekontrolowanym dalszym rozrostem. Jasne, trzymał się w ryzach. Szczególnie w ostatnich latach, kiedy sam zaczął dostrzegać niezdrowość niektórych systemów obronnych. Tyle tylko, że wymagało to od niego naprawdę dużych nakładów energetycznych.
Przez wiele lat rzeczywiście wkładał je w to, aby być jak najlepszym partnerem. Nie, nie człowiekiem. Partnerem. Nie uważał się za dobrą osobę, nie względem większości ludzi, na których zupełnie mu nie zależało. Miał swoich ludzi, jego bliskich, dla których rzeczywiście dałby się pokroić. W przypadku innych osób, najbardziej przyjacielską rzeczą, na którą było go stać było prawdopodobnie pomaganie im jako uzdrowiciel. Otaczanie ich medyczną opieką, dobieranie względnie neutralnych słów, aby przekazywać im informacje, nawet te najtrudniejsze. Niewiele więcej.
Zdecydowanie oddzielał od siebie te dwie płaszczyzny. Domowe, rodzinne i przyjacielskie życie od tego, w jaki sposób nosił się na co dzień. W jaki sposób wyglądała jego publiczna persona. Dosyć chłodna, zdystansowana i stanowiąca coś na kształt przeciwieństwa tego, kim był, gdy nie potrzebował tych wszystkich osłon. Kiedy mógł pozwolić sobie na wieczór taki jak ten. Na ściśnięcie dłoni Yaxleyówny i uśmiech, jaki jej posłał.
- Mamy wręcz nietypową zgodność - powtórzył to, co w ostatnim czasie padało już raczej w formie żartu niż potwierdzania prawdy.
Tak. Mieli ją. To była naprawdę dobra konkluzja. Tyle tylko, czy rzeczywiście była aż taka nietypowa?
Względem ostatniego niechlubnego okresu: z pewnością. Ale dotychczasowego życia?
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down