• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 12 13 14 15 16 Dalej »
Styczeń 1972 r. || Henrietta & Robert || Obsequium amicos, veritas odium parit

Styczeń 1972 r. || Henrietta & Robert || Obsequium amicos, veritas odium parit
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Henrietta Mulciber-Slughorn
#1
28.01.2023, 18:29  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.12.2023, 12:36 przez Morgana le Fay.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Robert Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem

Obsequium amicos, veritas odium parit
Uległość tworzy przyjaźń, prawda rodzi nienawiść

ϯ ϯ ϯ

[Obrazek: memento1.jpg]

ϯ ϯ ϯ

Ostatnie czego Henrietta chciała w swoim życiu, to ponowne zamążpójście. Sam fakt, że byłaby zmuszona żyć z drugą osobą, tolerować jej przyzwyczajenia i cechy, powodował u niej irytację. Na to, że w ogóle rozważyła wyjście za Mulcibera, złożyło się kilka argumentów. Przede wszystkim - potrzebowała wsparcia w kwestiach zawodowych. Jego nazwisko otwierało drzwi, których sama nie mogłaby nawet uchylić. Rodzina. Naciski rodziców Henrietty już od jakiegoś czasu były tym silniejsze, że wcale nie robiła się młodsza, a przecież wciąż nie miała dziedzica krwi. Brakowało jej również stosownych dla rodziny Slughorn wyróżniających ją cech. Śmiało możnaby powiedzieć, że w pewnym momencie stała się czarną owcą domu. W tym wszystkim nie pomagał fakt, że ojciec był skonfliktowany z Horacym Slughornem, z którym nieustannie rywalizował. Przełożyło się to niestety na brak obecności Henrietty w Klubie Ślimaka. A potem jeszcze śmierć Theodore`a. Nigdy nie byli przyjaciółmi. Niemal zawsze skłóceni, nigdy nie zdecydowali się podać sobie ręki. To sprawiło, że oddalili się od siebie praktycznie żyjąc osobno. Kilka lat temu Theodore zaginął, a jego ciała nigdy nie odnaleziono. Lenore próbowała. Jakkolwiek by nie było, wszak wciąż był jej mężem. Bez skutku. Nigdy nie wrócił.

A teraz Robert. Na początku, przed podpisaniem dokumentów, był miły, szarmancki, wręcz dżentelmeński. Jej to jednak nie interesowało. Za dobrze znała Theodore`a, by zawierzyć tym czczym zachowaniom. Już nie wspominając o tym, że małżeństwo samo w sobie było czysto aranżowane. Dla niej, kobiety, która umiłowała swoją pracę i mającej wysokie ambicje zawodowe, małżeństwo było jedynie formalnością. Nie pragnęła zbliżeń z Robertem, spędzania z nim czasu. Nie szukała w nim uznania, poklasku, chwały. Dziedzic... Najchętniej oddałaby etap ciąży surogatce. Liczyła się jedynie krew i odpowiednie wychowanie potomka. Z całą pewnością jednak nie nadawałaby się na matkę. Nigdy nie potrafiła obdarzyć innych jakimiś głębszymi uczuciami, nawet własnych rodziców. Możnaby pomyśleć, że czuje się przez to w jakiś sposób wybrakowana, ale nie. Pod kątem zawodowym składało się wręcz idealnie.

Do posiadłości Roberta wprowadziła się tuż po ślubie. Niechętnie, acz z konieczności. Najchętniej bowiem mieszkałaby sama, nieopodal Ministerstwa Magii. Przez ostatni czas jednak w domostwie było jej mniej niż bardziej. Wychodziła wcześnie rano, wracała późno. A gdy wracała, najczęściej siadała przy biurku w salonie i zaczytywała się w lektury prawno-podatkowe. Czasem coś pisała. Niejednokrotnie zasypiała we wczorajszym odzieniu na pobliskiej kanapie, nie fatygując się do łoża. Tym razem jednak był dzień wolny. Niedziela. Cóż... Mogłaby ten czas poświęcić swojej innej pracy: pisaniu lektury związanej z opodatkowaniem.

Zdarzyło się jednak inaczej. Musiała wreszcie przedyskutować pewne kwestie z małżonkiem, jakkolwiek jego obecność w jakiś dziwny sposób ją irytowała. Dopełniła więc porannej, codziennej rutyny. Ubrała się tak, jak zawsze - w jej pojmowaniu nie było czegoś takiego jak ubiór domowy. Henrietta wychodziła z założenia, że nigdy nic nie wiadomo, a zawsze dobrze jest być przygotowanym. Dlatego też nie rozstawała się nawet ze swoją różdżką. Włożyła ciemnoniebieską suknię do kostek z bufiastymi rękawami i czerwone pantofle. Uszy, szyję oraz nadgarstek ozdobiła perłami. Umalowawszy się i uczesawszy, zeszła wreszcie na dół, gdzie spodziewała się zastać Roberta. Nie kryła się ze swoją obecnością.

Obrzuciła go spojrzeniem swych zielonych, pustych oczu. Owszem, był przystojny. Nie miało to jednak znaczenia. Nie żywiła do niego jakichkolwiek uczuć. Poza okazjonalną odrazą. Przystanęła przy framudze na kilka sekund taksując otoczenie, a następnie poczyniła kilka kroków w przód, aż wreszcie usiadła nieopodal męża w głębokim fotelu, opierając ręce o podłokietniki i splatając palce w niewysoką wieżyczkę. Wbiła wzrok w Roberta.

– Ustalmy pewne zasady. – Rzekła, a jej głos był pewny siebie, acz spokojny. Przeniosła zieleń oczu na widok za oknem, który zdawał się być bardziej uspokajający. – Moje życie to praca. To nie podlega dyskusji. Nie będę wchodzić ci w drogę. Nie będę również gospodynią. Możemy kogoś zatrudnić. Nie interesuje mnie kto to będzie. Nie interesuje mnie również czy będziesz miał z nią romans czy jakkolwiek inną, bliższą relacją. Dopóty, dopóki nie wpłynie to na nasze bezpieczeństwo i powagę. – Jeśli Robert chciał jej przerwać, nie pozwoliła mu. Z mężczyznami takimi jak on należało obchodzić się twardą ręką. I jasno stawiać granice. – Jak już zdążyłeś zauważyć, więcej mnie w pracy, aniżeli w domu. To się nie zmieni. Jeśli będziesz potrzebował mego wsparcia jako żony lub zaistnieje sytuacja wymagająca mej obecności, zawsze będę do dyspozycji. Nie oczekuj jednakże, że zrobię ponad to. Między nami nigdy nie będzie zażyłości innej niż formalne małżeństwo.

Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#2
28.01.2023, 22:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.01.2023, 22:33 przez Robert Mulciber.)  

Potrzebował 12 lat, żeby po śmierci pierwszej żony, zdecydować się na kolejny związek. Nie z powodu żałoby. Nie z powodu poczucia straty, które uniemożliwiało mu ponowne zaangażowanie się. Alis nie znaczyła na tyle dużo, żeby odcisnąć swoje piętno na życiu Roberta. Pozostawić w nim jakiś trwały ślad. Tutaj chodziło o coś innego. O interesy. Pozory. O pieniądze mogące pomóc rozwinąć biznes, dzięki któremu obecnie utrzymała się rodzina Mulciberów. Wybierając kolejną partnerkę, małżonkę, przeprowadził staranną selekcje. Nie mogła to być pierwsza lepsza kobieta. Istniały kryteria, które ta musiała spełniać. Identycznie jak w każdej innej sferze swego życia, tutaj również starał się wszystko zaplanować, musiał dobrze pomyśleć.

Zyskać pewność, że podejmuje słuszną decyzje. Wybór najlepszy z możliwych.

Henrietta nie była ideałem. Nieco zbyt stara. Zdecydowanie za bardzo niezależna. Do tego jeszcze cieszyła się nie najlepszą opinią. Ciążyły na niej oskarżenia o zabójstwo pierwszego męża. Przez długi czas nie był pewien czy była tym koniem, na którego powinien postawić. W zasadzie, to nie była nawet tym, który znajdywał się na prowadzeniu. Na te, wysunęła się dopiero na ostatniej prostej. W momencie gdy obok wad, pojawiła się też skromna lista plusików. Bogactwo. Praca w ministerstwie. Szerokie znajomości. Dobre relacje z rodziną, do której należała.

Bo przecież Slughornów miał okazje poznać jeszcze w czasach szkolnych.

W późniejszym czasie również pozostawali w dobrych stosunkach.

I tak też przechodzimy do chwili obecnej. Robert zawsze starał się doprowadzać swoje sprawy do końca. Tutaj również nie odpuszczał. Starał się. Walczył o realizacje wyznaczonego celu. Po pewnym czasie zaprowadziło ich to wreszcie przed oblicze urzędnika, w obecności którego obydwoje złożyli podpisy na dokumencie będącym deklaracją - tego, że odtąd będą żyć razem.

Stworzą rodzinę.

Tak jakby Robert potrafił to zrobić z kimkolwiek. Mniejsza jednak o to.

Poranek, identycznie jak wszystkie pozostałe, spędzał w swoim ulubionym fotelu. Dawno już wstał. Opuścił sypialnie. Nie zwykł spędzać zbyt dużej ilości czasu w łóżku. Noga założona na nogę, w ręku Prorok Codzienny. Najnowsze wydanie gazety. Na stole kubek mocnej kawy. Obok niego talerz, na którym znajdywał się najzwyklejszy rogal. Proste śniadanie. Albo może jego pozostałości? Choć kroki Henrietty dotarły do jego uszu, nie spojrzał w jej kierunku. Nie przywitał się. Przez ostatnie dni starali się nie wchodzić sobie w drogą i ten stan rzeczy mu ani trochę nie przeszkadzał. Miesiąc miodowy dobiegł końca.

Szkoda tylko, że stało się to jeszcze przed tym nim się zaczął

Podczas gdy Henrietta zajęła miejsce na fotelu, on nadal czytał. Przerzucił stronę. Papier zaszeleścił. Kolejny artykuł o niejakiej Heather Wood. Gwiazdeczka quidditcha. Szkoda tylko, że już upadła. Jej roześmiana twarz, widoczna na zdjęciu, zdradzała aż nadto wyraźne oznaki braku intelektu. Tak bardzo typowe dla sportowców. Nawet nie tracił czasu na czytanie o jej kolejnym związku. Nie było takiej potrzeby. Tylko prychnął, przenosząc spojrzenie na kolejny nagłówek. Nie oderwał się od tekstu, kiedy Lenore zaczęła mówić. Tak jakby wcale tego nie zarejestrował. Prawda jednak była taka, że zamiast mocniej zagłębić się w relacje z jakiegoś przyjęcia, tym razem miało ono miejsce u Blacków, nawet uważnie jej słuchał.

Nie przerywał. Głos zabrał dopiero, kiedy skończyła.

- Skończyłaś już, moja droga? - zapytał, starannie składająć gazetę. Pierw zamykając, następnie złożył ją na pół, później na cztery. Odłożył na stół, zachowując odpowiednią odległość od filiżanki kawy oraz talerzyka z regalikiem. Po napój sięgnął. Nadal był ciepły, choć już nie gorący. Dał jej dość czasu, żeby potwierdziła, iż przekazała mu wszystko. Wypił w tym czasie ze dwa łyki. Może trzy. Cukru było jednak nieco zbyt dużo. Następnym razem będzie musiał zwrócić uwagę na właściwą liczbę kostek. - Przede wszystkim cieszę się, że znalazłaś czas na chwilę rozmowy, ale następnym razem postaraj się proszę nie przeszkadzać mi podczas śniadania. To mój czas na poranną lekturę, kawę i chwilę odpoczynku. Twoje towarzystwo nie jest wskazane. - zaczął, spoglądając wreszcie na kobietę. Spojrzenie miał puste, głos również jakiś taki... nawet nie chłodny. - Nie zamierzam interesować się Twoimi sprawami, ale Ty nie będziesz też zajmowała się tym, co dotyczy mnie. Oczekuje jedynie, że pojawimy się razem na przyjęciach, oficjalnych spotkaniach. Będziesz się odpowiednio zachowywać i prezentować. Nie potrzebuje Twojej bliskości, nie liczę też na większość zażyłość pomiędzy nami. To... - wskazał palcem u prawej dłoni na siebie i na Henriettę. - to tylko obowiązek i umowa, z której się wywiążesz. Myślałem, że już wcześniej to sobie wyjaśniliśmy.

Skończywszy, sięgnął po talerzyk i znajdujący się na nim rogal, który przygotowany został w wersji dość lekkiej. Twarożek, rzodkiewka. Nic więcej. Odgryzł niewielki kawałek, starając się przy tym, żeby okruszki nie wylądowały w innym miejscu, niż na podstawionym właśnie talerzyku. Nie lubił kiedy lądowały na ubraniu, fotelu, nawet podłodze. Na stole też niekoniecznie.

- Jeśli masz ochotę na śniadanie, poproś Selar. - zreflektował się po krótkiej chwili, odkładając talerzyk na stół. Wytarł usta papierową chusteczką. - Możesz zjeść je w kuchni lub mniejszym salonie. - dorzucił instrukcje. Pozostałości papieru, umieścił na talerzyku, starając się, żeby nie znalazł się on nazbyt blisko rogalika. To byłoby obrzydliwe.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Henrietta Mulciber-Slughorn
#3
30.01.2023, 20:24  ✶  

Żałoba… Trudno w jej przypadku mówić o żałobie. Nigdy nie była specjalnie przywiązana do Theodore`a. W pewnym momencie wspólnego życia postanowili żyć osobno. Tak było lepiej. Bezpieczniej dla nich obojga. Każde zdecydowało się podążyć swoją drogą. Przez to wszystko nigdy nie doczekali się potomka. Skłóceni niemal od zawsze, byli idealnym przykładem tego, że małżeństwo aranżowane całkowicie za plecami zainteresowanych osób po prostu nie miało prawa się utrzymać. Rozwód…? Niewiele im brakowało. Tylko że Theodore zaginął. A przecież nie była na tyle spaczona, by nawet z cieniem żalu wyszeptać avada kedavra.

Cóż, tak naprawdę to Leopold i Geraldine zadecydowali o wyborze małżonka. Czy raczej przygotowali listę opcji, które miała do wyboru. Nie była długa. Zaledwie trzy pozycje. Jednego mężczyznę wykluczyła od razu. Nie potrzebowała kogoś bez ambicji, celu, odpowiednio silnego charakteru. Mieliby na siebie zbyt negatywny wpływ. Druga pozycja była nieco kontrowersyjna. Wahała się. Wahała się pomiędzy nim, a Robertem. Musiała obojgu sprawdzić. I ostatecznie wybór padł na Mulcibera. Wiedziała z plotek korytarzowych jaki ma prawdziwy charakter i kim jest. Był dla niej niebezpieczny. Władca umysłu, którego siły nie znała i mogłaby nawet nie wiedzieć, że siedzi w jej głowie. Nie mogłaby wszak żyć z myślą, że musiałaby się nieustannie oglądać za siebie. Dylemat był duży. Ogromny. A jednak postanowiła związać się właśnie z nim. Wiedząc, że dla Roberta kobieta jest tylko dodatkiem, w dodatku mało istniejącym, upatrzyła w tym szansę. Bo, oprócz nazwiska, mógł jej dać swego rodzaju wolność. Wolność, która pozwoliłaby Lenore realizować się w tym w czym chciała: swojej pracy i realizacji aspiracji zawodowych. Było za wcześnie na osądy, ale póki co — nie myliła się.

Henrietta niewiele spała tej nocy. Bezsenność bywała męcząca mniej lub bardziej, czasem aż nazbyt negatywnie wpływając na jej zdrowie, ale nie na wszystkie aspekty swego życia miała wpływ. Nie wszystko mogła kontrolować. To była jedna z tych rzeczy. Tego ranka nie miała też ochoty na śniadanie. Zresztą, zwykle jadała dopiero po południu, co niektórych dziwiło. Ona była już jednak przyzwyczajona do tego stanu rzeczy.

Nie patrzyła na niego gdy mówił. Nawet nie drgnęła. Wydawała się być całkowicie odcięta od tejże rozmowy, jakby miała głęboko w poważaniu to, co mówi. Nie przerwała w żadnym momencie. Nie przeszkadzał jej ten obojętny ton głosu; tak wyprany z jakiegokolwiek uczucia do niej. Nie odpowiedziała nawet na sugestię dotyczącą śniadania. Zauważywszy, że nie ma już nic więcej do powiedzenia, oparła dłonie o podłokietniki fotela i wstała lekko zawieszając złączone palce na wysokości brzucha. — Doskonale. — Rzekła. Dopiero teraz obrzuciła go chłodnym, tak obojętnym spojrzeniem, jak ton jego głosu. Spodziewała się jakichś konkretniejszych instrukcji, jakichś wyraźnych zakazów i nakazów, ale nic takiego nie miało miejsca. Doskonale. Opuściła dłonie i obróciła się na pięcie, by wyjść. Postąpiła kilka kroków do przodu, energicznie, szybko, jakby pod jej nogami się paliło.

Gdy nagle przystanęła. Ledwie dwa kroki od framugi. Obróciła się lekko, tym razem bezpośrednio patrząc na swego małżonka. — Musimy mieć przynajmniej jednego dziedzica. Przekażę ci kalendarz z odpowiednimi ku temu dni.

Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#4
05.02.2023, 18:13  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.02.2023, 18:16 przez Robert Mulciber.)  

Nie podobała mu się jej postawa. Nie w smaku mu było to, jak Henrietta zachowywała się podczas tej rozmowy. Wiedział jednak, że wszystko jest tylko kwestią czasu. Prędzej czy później nauczy się zasad. Zrozumie w jaki sposób funkcjonuje rodzina, której stała się częścią. Z własnej, nieprzymuszonej woli, nikt jej wszak do tego nie zmuszał. Robert był człowiekiem cierpliwym. Nie wyrywał się. Nie działał w sposób impulsywny, pod wpływem mniej bądź bardziej gwałtownych emocji. O tych ostatnich zresztą zwykł mawiać, iż nie powinny one kierować człowiekiem.

Sam starał się im na to nie pozwalać.

Skinął w jej kierunku głową, kiedy wyraziła zadowolenie z otrzymanych instrukcji. Być może nie były szczególnie dokładne, ale w opinii Mulcibera - na tym konkretnym etapie powinny okazać się więcej niż wystarczającymi. Z biegiem czasu na pewno pojawią się kolejne kwestie warte poruszenia. Wtedy też nimi się zajmą. Nie było potrzeby, aby zanadto wybiegać z tym wszystkim do przodu.

Chciał ponownie sięgnąć po gazetę. Nie zdążył zapoznać się jeszcze z całością, a co istotne - stanowiło to w jego przypadku część czegoś podobnego do małego rytuału. Każdy dzień zaczynał w sposób podobny. W tej samej kolejności - o ile coś nie zakłóciło przyjętego porządku - wykonywał te same czynności. Lubił mieć nad swoim życiem kontrolę, a to przejawiało się na różnych jego płaszczyznach. Czasem było mniej widoczne, innym razem dużo bardziej. Henrietta zapewne będzie potrzebowała pewnej ilości czasu, żeby wszystkie te drobnostki zauważyć; żeby się swojego męża nauczyć.

W normalnym związku powinno to działać w dwie strony.

- Dziedzic. - powtórzył za nią, rezygnując z podniesienia Proroka Codziennego. Cofnął rękę, ta wróciła w okolice uda. Wylądowała na szarym materiale spodni. - Nie zamierzałem jeszcze poruszać tego tematu, ale skoro sama go zainicjowałaś. - tutaj wskazał jej gestem, że nie powinna w takim przypadku opuszczać pomieszczenia. Jeszcze przez chwilę. Mogła stać. Mogła też ponownie zapaść się w fotel. Swoją drogą był to całkiem wygodny mebel, choć miał zarazem swoje latka. Jak większość rzeczy, które znajdywały się w rodzinnej posiadłości Mulciberów. Niekiedy można było wręcz odnieść wrażenie, że czas jakimś dziwnym trafem zatrzymał się tutaj w miejscu. - Usiądź. Zajmie nam to jeszcze chwilę. - doprecyzował, wydając polecenie. Nie zamierzał jednak naciskać na to, żeby usiadła faktycznie. Co najwyżej odnotować w pamięci to, w jaki sposób się zachowywała. Starał się na swój sposób lepiej ją poznać. Porównać wcześniejsze obserwacje z tym w jaki sposób wygląda wspólna rzeczywistość.

Jak gdyby można było jeszcze cokolwiek odkręcić. Z całego tego bagna się wyplątać.

I może faktycznie było można? Mulciber nigdy nie stronił od rozwiązań bardziej drastycznych. Był skłonny pozwolić sobie na wiele, jeśli miało to się wiązać z mniejszymi bądź większymi korzyściami. Przez lata nauczył się dbać o swoje interesy, choć obecny status, zajmowana pozycja, mogły temu do pewnego stopnia przeczyć.

- Przede wszystkim, moja droga Henrietto, zapewne jest dla Ciebie zrozumiałe, że Twój dość zaawansowany wiek może budzić pewne obawy. W Twoim wieku kobiety już raczej nie zostają matkami, a nawet jeśli do tego dochodzi, może wiązać się to z różnymi chorobami, które w późniejszym czasie będą warunkować to, jak wygląda życie dziecka. Mogą wynikać z nich pewne ograniczenia, których dobrze byłoby uniknąć. - kontynuował po krótkiej chwili, jaka została jej dana, na ustosunkowanie się do wydanego polecenia. Usiądź. - Z tego względu chciałbym, żebyś w najbliższym czasie skonsultowała się w tej kwestii z kilkoma uzdrowicielami. Dla większej pewności. Z poprzednim małżonkiem również nie doczekałaś się potomka, dlatego uważam, że warto w tym przypadku zdecydować się na dokładne sprawdzenie czy nie stoi za tym jakaś zdrowotna przyczyna. Oczywiście byłoby dobrze, gdybym mógł w takiej wizycie uczestniczyć, dlatego kiedy już wszystko ustalisz, poproszę o poinformowanie mnie o terminie. Ze swojej strony zadbam o to, żeby być w tym czasie dostępnym. Także nie będziesz musiała się martwić tą kwestią. - zakończył, dając jej tym samym możliwość, żeby odniosła się do tych kwestii. Za chwilę będą musieli zająć się również kolejnymi. Skoro powiedziane zostało A, musiało też paść B oraz C. Każda rozpoczęta sprawa musiała zostać zamknięta bez zbędnych opóźnień. Niepotrzebnego odkładania tej czy tamtej kwestii na później.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Henrietta Mulciber-Slughorn
#5
13.02.2023, 22:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.02.2023, 22:55 przez Henrietta Mulciber-Slughorn.)  

W tej jednej kwestii byli podobni — oboje cechowali się cierpliwością, oboje starali się maskować swoje uczucia, jeśli już jakiekolwiek mieli, oboje uważali, że niepodobna okazywać gwałtownych emocji. Na ten moment nie przeszkadzało jej to, jak się do niej odzywa, jak prezentuje. Dopóki nie wchodził jej w drogę i nie starał się na siłę przekonać do swoich racji, dopóty nie obchodziło ją, co o niej myśli. Nigdy nie oczekiwała jakiegokolwiek zrozumienia ze strony tego mężczyzny.

Tak, istotnie z biegiem czasu będą dochodziły kolejne niuanse, które z pewnością oboje będą musieli wypracować, a nawet wspólnie dojść do konsensusu — jakkolwiek by to nie brzmiało w ich sytuacji. Trudno zresztą oczekiwać, by już teraz, w tym momencie, wiedzieli jakie konkretnie mogą to być sytuacje.

Cóż… Lenore z całą pewnością nie będzie mu przeszkadzać w codziennym rytuale. Dzisiejszy dzień był wyjątkowy pod tym względem. Paradoksalnie, Henrietta rozumiała, że każdy ma swoje ceremoniały, upodobania i zwyczaje. Choć Robert z pewnością nie szanowałby jej granic, tak ona nie zamierzała wchodzić z nim w interakcję bardziej niż to konieczne. Małostkowość nie była w jej naturze, chociaż… Może Mulciber wydobędzie z niej cechy, których oboje wcześniej by się nie spodziewali u niej dostrzec? Któż to wie.

Nie uśmiechnęła się. Nie poruszyła się nawet jej górna warga w grymasie. Patrzyła swymi zielonymi, wyzbytymi z emocji oczami — na mężczyznę, którego już wkrótce miała szczerze znienawidzić. Aż dziwne, że wcześniej niż Mulciber poruszyła tę kwestię. Szczególnie w kontekście jego kolejnych słów.

Nie posłuchała jego polecenia. Zgodnie już ustalili, że ich relacji jest jedynie umową, a ona nie zamierzała poświęcać dla niego więcej czasu niż to konieczne. Mulciber mógł więc zaobserwować w jej zachowaniu wyjątkową rezerwę w jego kierunku. Była wobec niego konkretna. Może nieco wyrachowana. Miała pewność siebie i nie bała się tego, co mógłby jej zaraz zrobić. Uważnie obserwowała jednak jego gesty przypisując je do konkretnych elementów jego zachowania. Była niezwykle spostrzegawcza i już dawno dostrzegła chociażby jego nerwicę natręctw, choć tego nie zauważyłby chyba tylko ślepy.

Przecież oboje doskonale wiedzieli, że już niczego nie można odkręcić. Że są na siebie skazani. Że albo jedno albo drugie będzie być może w przyszłości chciało pozbyć się drugiego na dobre celem oswobodzenia się z kajdan tegoż układu. Z pewnością charakter ich relacji i to, w jaki sposób się do siebie odnosili, mógłby doprowadzić nawet i do takiego obrotu sytuacji.

Zaśmiała się na dźwięk zaawansowanego wieku. Nawet nie starała się ukrywać tego, że jego teza jest co najmniej śmieszna. Nie czuła się staro. No cóż, z pewnością nie tak staro jak Mulciber mający lat… 44? 45? — Przede wszystkim, mój drogi mężu, graniczny wiek, o którym mówisz, zaczyna się od 35, a nawet 40 roku życia kobiety. Myślę, że w tej materii jestem bardziej obeznana niż ty. — Odpowiedziała, a jej głos był łagodny, choć nieco sarkastyczny. — Niemniej, zgadzam się co do konsultacji i badań u kilku uzdrowicieli. Jest to wskazane niezależnie od wieku. Poinformuję cię o dostępnych terminach nim uzgodnię czas wizyty. — W tym momencie, w którym nawiązywał do Theodore`a, jej twarz stała się bardzo poważna. Atmosfera w pomieszczeniu nagle zgęstniała. — Nigdy nie wspominaj Theodore’a. — Jej głos był inny. Zimny, wręcz nacechowany żądaniem powiązanym z groźbą. To z pewnością mu się nie spodoba, ale to był jeden z nielicznych tematów, którego w jej obecności lepiej nie wspominać. Ich relacja była jaka była, ale… Mimo wszystko darzyła swego zaginionego męża estymą. I gdyby tylko wrócił, z całą pewnością można byłoby się spodziewać, że Henrietta będzie chciała anulować swoje małżeństwo z Mulciberem.

Jakby jakiekolwiek odkręcenie mogło być możliwe.

Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#6
16.02.2023, 19:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2023, 23:38 przez Robert Mulciber.)  

Dość wcześnie nauczył się tego, jak ważne jest panowanie nad własnymi emocjami. Starał się nie pozwolić na to, żeby wpływały one na jego zachowania, na gesty, na słowa, które opuszczały usta. Oczywiście nie znaczy to, że był jak kamień. Robert w dalszym ciągu posiadał uczucia. W dalszym ciągu zdarzały się sytuacje i trafiały osoby potrafiące w sposób skuteczny wyprowadzić go z równowagi. Nie było to jednak zadaniem prostym do realizacji. Przez te wszystkie lata stał się człowiekiem w jakimś stopniu specyficznym.

I cóż tu więcej powiedzieć? Na pewno nie jest obecnie kimś łatwym we współżyciu.

Nie brał pod uwagi innej opcji, jak dostosowanie się przez Lenore do przedstawionych wytycznych. Weszła do jego świata dobrowolne. Świadomie. W następstwie tej decyzji, musiała dostosować się do panujących w tym domu zasad. Nie widział tutaj miejsca na żadne kompromisy. Na ustępstwa. Zmiany. Miało być na jego. Wszystko miało wyglądać w taki sam sposób jak to miało miejsce do tej pory. Przyzwyczaił się do tego stanu rzeczy.

Nie zamierzał się uczyć nowych sztuczek.

Obserwował swoją małżonkę, starając się odnotować jej reakcje, ruchy, zwrócić uwagę na każdy grymas, jaki choćby na krótką chwilę pojawił się na twarzy. Wbrew temu czego można było się spodziewać, w jakimś sensie starał się ją lepiej poznać. Zrozumieć. Wiedza na temat drugiej osoby potrafiła zmienić się w broń o dużej sile rażenia. Mulciber był tego świadomy. Potrafił z tego korzystać. Nie miał przed tym większych oporów.

Podobnie było z wieloma innymi kwestiami.

Podniósł się ze swojego dotychczasowego miejsca, kiedy Henrietta zaśmiała się. Nieśpiesznie, dając jej czas na wypowiedzenie kolejnych słów. Słów, które oczywiście starannie odnotował. Podszedł do niej. Spokojny. Opanowany. Nic nie wskazywało na to, żeby w jego wnętrzu działo się coś innego. Przeciwnego temu, co było widoczne na pierwszy rzut oka. Chociaż... chociaż może? Nieco sztywniejsza postawa. Spojrzenie przez moment jakby mniej puste. Bardziej żywe? Tu trzeba było jednak prawdziwie bystrego spojrzenia.

- Mam nadzieję, że z czasem nauczysz się okazywać mi odpowiedni szacunek i panować nad swoimi emocjami. - mówił, umieszczając dłoń na jej podbródku. Utrzymując kontakt wzrokowy, ograniczając przez chwilę możliwości poruszania. - Nie podoba mi się Twoje dzisiejsze zachowanie. Nie akceptuje tego. Następnym razem wyciągnę w stosunku do tego odpowiednie konsekwencje. Nie miej co do tego wątpliwości. - przy ostatnich słowach pozwolił sobie umieścić dłoń na jej policzku, niby czułym gestem, przesuwając ją w dół, ku szyi. Wreszcie zabierając. Cofnął się o krok, drugi. Zerwał wzrokowy kontakt. - Będę czekać na informację dotyczącą terminu. Możesz odejść. Nie ma potrzeby, żebyś dłużej tu przebywała.

Nie czekał. Nie interesowała go w tym momencie jej reakcja. Wrócił do wcześniejszego zajęcia, na swój fotel. Do śniadania, kawy, Proroka Codziennego. Do swojego stałego rytuału, który został na chwilę przerwany. Teraz jednak wszystko wracało na swoje właściwe tory, co Robertowi odpowiadało. Trzymanie się właściwego porządku dnia miało dla niego olbrzymie znaczenie. Zapewniało potrzebny komfort.

Miał nadzieje, że w przyszłości Henrietta już nie popełni podobnego błędu; że już w niczym mu nie przeszkodzi. Oczekiwał, że kobieta dostosuje się do zasad, które panowały w tym domu od wielu lat. Niezmiennie.

Innej możliwości Robert w zasadzie nie widział.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Henrietta Mulciber-Slughorn (1826), Robert Mulciber (2001)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa