— Nawet nie wyobrażasz sobie, jakie było moje zdziwienie, kiedy na progu powitał mnie twój ojciec, warczący „czego”. A na pytanie o to, gdzie znajdę jego syna, odpowiedział, że w świetym Mungu.
Te słowa wypowiedziała dwumetrowa kobieta, przestępując przez próg szpitalnej sali. Wbrew pozorom nie kierowała ich do posiwiałego czarodzieja, czytającego Czarownicę, ani też do czarownicy, która ocierała łzy nad jakimś romansidłem.
Miodowe oczy wpatrywały się w leżącego nieco dalej, pod białą pościelą Fergusa, do którego Rowle adresowała te słowa. Zatrzymała się przy łóżku i z konsternacją wymalowaną na twarzy, zmierzyła młodego Ollivandera nieprzychylnym spojrzeniem.
— Twój ojciec mówił coś o, cytuję, cholernym Flincie, zgubie całego rodzinnego dorobku i nawałnicy nieszczęść, jaka spada na tak wspaniałych wyrobników, jak Ollivanderowie.
Podeszła do stojącego nieopodal krzesła, przesunęła je bliżej Fergusa i usiadła z miną, która jasno wyrażała dezaprobatę oraz „mów, co takiego się wydarzyło”. Ponieważ nie do końca panowała nad wyrazem twarzy, po ciężkim westchnięciu, spytała:
— Jak się czujesz i co takiego się stało, Fergie?
Serce Rowle na chwile zamarło, kiedy usłyszała, że młody rzemieślnik znajduje się w szpitalu. Jego ojciec nie mógł podać jej zbyt wielu szczegółów, prócz tego, że uległ on jakiemuś wypadkowi i spędzi w klinice kilka najbliższych dni.
Widok bladego jak ściana znajomego, z podkrążonymi oczami i z ręką grubo owiniętą bandażami tym bardziej ją zmartwił. Nie wyglądał, jakby miał spędzić w Mungu kilka dni, a co najmniej tydzień lub dłużej.
Wypadek przy pracy? Jeżeli tak to jaki? Nie miała zielonego pojęcia o tworzeniu różdżek, tak jak Fergus nijak się nie znał na anatomii bahanki. Dlatego tym bardziej zastanawiała się, co takiego wydarzyło się w warsztacie, że potrzebował aż pomocy uzdrowicieli.