• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[27.09.1972] Everyone’s a stranger somewhere | Benjy, Geraldine, Ambroise

[27.09.1972] Everyone’s a stranger somewhere | Benjy, Geraldine, Ambroise
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
26.10.2025, 00:05  ✶  
Powietrze było ciężkie od wilgoci, jak po deszczu, chociaż niebo nie płakało tego dnia. Słońce zawisło nisko, mimo to zaledwie prześwitując przez rozrzedzone korony drzew, jak gdyby samo nie chciało mieć nic wspólnego z Lasem Wisielców. Oj tak - Las Wisielców miał swoją reputację, zresztą nazwę też nieprzypadkową, nie trzeba było wiele, by człowiek poczuł się tu niechciany. Zresztą, gdy się tu pojawiłem, pierwszym dźwiękiem, jaki usłyszałem było skrzypnięcie suchej gałęzi pod butem, które w gęstej, ciężkiej ciszy zarzmiało jak ostrzeżenie. Stąpałem po zeschłych liściach, które przy każdym kroku szeleściły pod butami, gdzieś z daleka odezwała się sowa, a echo rozniosło jej głos nienaturalnie daleko. Wiatr przynosił zapach mokrej ziemi i czegoś, co przypominało rdzę.
Stanąłem przy granicy, na rozstajach - tam, gdzie z polnej drogi robiła się trzy ścieżki, które kilka metrów później znikały w półmroku. Czekałem na resztę, wsłuchując się w skrzypienie gałęzi poruszanych wiatrem i w ten nierówny rytm stukotu mojego własnego serca, który pojawiał się zawsze, gdy znajdowałem się za blisko miejsc, które znałem z dzieciństwa. Nie dlatego, że były szczególnie złe. A może jednak? Dzieciaki z Little Hangleton mówiły o ciałach, które podobno huśtały się w ciemnościach na suchych konarach, o duchach skazańców, o zaklęciach i o klątwach, które ponoć tu przędły własne sieci z ludzkich głosów, mamiąc wędrowców i zsyłając na nich szaleństwo. Dla mnie to miejsce miało inny ciężar. Nie mit, nie plotkę, a wspomnienie.
Znałem tę ziemię lepiej, niż bym chciał.
Ścieżkę na północ, która prowadziła do stawu, kamień, pod którym zawsze gromadziły się salamandry, dąb, który ktoś przed laty spróbował podpalić, a który mimo wszystko przetrwał, pociemniały, z bliznami. Wszystko tu było takie samo jak wtedy, tylko mniejsze, albo to ja urosłem. Dom, który mieliśmy sprawdzić, znajdował się głębiej, chociaż nie w samym Lesie Wisielców, a przynajmniej nie w tej jego oficjalnej części - leśna posiadłość, podobno przed laty należała do jakiegoś zamożnego kolekcjonera artefaktów.
Odwróciłem się w stronę drogi, nasłuchując kroków - jeszcze ich nie było. W kieszeni kurtki obracałem różdżkę między palcami, tak dla zajęcia dłoni, nie z niepokoju, ale coś w tej ciszy miało w sobie napięcie. Westchnąłem, zaciągając się powietrzem, wrzesień w Little Hangleton zawsze miał w sobie coś niepokojąco znajomego, jakby świat co roku odtwarzał ten sam, nie do końca przyjemny zapach dzieciństwa, pachniało mokrą ziemią, zbutwiałymi liśćmi i dymem z dalekich kominów w wiosce. Nie chciałem wspominać, nie chciałem wracać do tamtych dni, do tamtego domu, do krzyków i ciszy po nich, ale każde drgnienie liścia, każde pęknięcie gałęzi gdzieś w głębi lasu zdawało się przypominać, że przeszłość nie potrzebowała zaproszenia, żeby wrócić. Gdzieś w oddali zakrakała wrona, echo poniosło się pośród drzew, niechętnie przyznałem przed sobą, że to miejsce coś we mnie poruszało. Tak - tutaj wszystko się zaczęło, chociaż wolałbym, żeby nigdy nie musiało.

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
26.10.2025, 00:05  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
27.10.2025, 09:36  ✶  

Okolice Little Hangleton niosły ze sobą wiele historii i chyba żadna z nich nie miała dobrego zakończenia. Było to miejsce, które u wielu powodowało dreszcze, nikt raczej nie przepadał za zapuszczaniem się w okoliczne lasy. Geraldine nie znała tych okolic jakoś bardzo, bywała tu czasem, kiedy czegoś od niej potrzebowano, nie było to jej ulubione miejsce na ziemi, jednak doceniała to, iż faktycznie można było tu zaznać spokoju. Mało kto się lubił tutaj zapuszczać.

Cel ich wizyty był jasny. Mieli się tu spotkać z Benjy'm który miał im pomóc dokonać rekonensansu. Czuła dziwne uczucie na myśl o tym, że wrócą do miejsca, w którym coś się zmieniło. Pamiętała ostatnią wizytę jej i Roise'a w nawiedzonym dworku, przebiegła ona dość kontrowersyjnie, ale tak właściwie to dzięki temu coś zmieniło się w ich życiu, więc mogła to chyba zaliczyć do tych dobrych wspomnień.

Fenwick wychował się w tym miejscu, zastanawiała się, czy dla niego wizyta w Little Hangleton będzie wiązała się z drobnym powrotem do przeszłości, czy raczej bardzo głęboko zakopał wspomnienia związane z domem rodzinnym i raczej nie miał ochoty do nich wracać. W sumie chyba nie do końca dało się uniknąć pewnych rozważań, nawet jeśli bardzo się tego chciało.

Teleportowali się z Ambrois'em kawałek od lasu, przez co musieli jeszcze przejść na nogach spory kawałek. Nie przeszkadzało jej to, Geraldine przywykła do pokonywania kilometrów na swoich własnych kończynach, tak właściwie to ostatnio jej tego brakowało. Spędzili kilka tygodni na załatwianiu spraw okołoślubnych, przez co nie do końca miała szansę na to, by znaleźć się w miejscach, które najbardziej lubiła, blisko natury z dala od ludzi.

Szli całkiem żwawym tempem w miejsce, w którym mieli się spotkać. Na rozstaju dróg miał czekać na nich Benjy. Już z daleka dostrzegła jego, znajomą sylwetkę, najwyraźniej pojawił się tutaj przed nimi. - Nie jesteśmy spóźnieni? - Mruknęła jeszcze cicho do męża, bo wolałaby jednak, aby pojawili się o czasie. Nie była osobą, która miała w zwyczaju się spóźniać, bo ceniła czas swoj i innych.

Poprawiła kaptur na głowie, miała wrażenie, że stukot jej butów jest wyjątkowo głośny, pewnie przez to, że nie było tutaj żywej duszy, tylko czy aby na pewno? Podczas wizyt w Lesie Wisielców można było poczuć się obserwowanym, jakby każdy śledził jej krok, na szczęście nie mieli się tam zapuszczać.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
27.10.2025, 12:49  ✶  
Jeśli miałby być zupełnie szczery, Ambroise sam nie do końca wiedział, co powinien sądzić o tym pomyśle, nawet jeśli był on wspólny. W teorii wydawało się to całkiem ciekawym rozwiązaniem. Niemalże genialnym posunięciem, na jakie wpadli gdzieś pomiędzy ślubnym chaosem, tego dnia zamierzając wreszcie wykonać jakieś fizyczne kroki w celu realizacji planu odwiedzin w Little Hangleton.
Tym bardziej, że zgodnie z tym, czego udało im się dowiedzieć, tereny dawnej posiadłości nadal w znacznej mierze należały do Matki Natury, która krok po kroku, rok po roku na powrót przejmowała zabudowania dworku i przyległe budynki. Nikogo nie interesował potencjał nieruchomości, nie było ofert kupna, ba, teoretycznie nie było nawet oferty sprzedaży. Była owiana zdecydowanie zbyt złą sławą, aby ktokolwiek przez te wszystkie lata poczynił jakiekolwiek kroki w celu doprowadzenia jej do stanu dawnej świetności.
Szczególnie, że przecież żadne z nich dwojga (a tylko oni byli tam pamiętnego dnia) nie powiedziało nikomu o odkryciu, jakiego wtedy dokonali. Nie podzielili się tą wiedzą. Nie zasugerowali nikomu, że problem mógł być już w znacznej mierze rozwiązany, może nawet całkowicie nieistniejący. Zwyczajnie zamknęli ten rozdział, gdy tylko mogli to zrobić, pozwalając, aby osiadł na nim naprawdę gruby kurz. By była to zaledwie kropla w morzu wspomnień, drobny epizod w ich wspólnej historii, nawet jeśli, bądź co bądź, był to dla nich moment przełomowy.
Niby od pamiętnego dnia minęło już naprawdę sporo czasu, ale nie dało się ukryć, że tamte wydarzenia miały na nich naprawdę duży wpływ. W większej mierze pozytywny, temu także nie można było zaprzeczyć, ale mimo wszystko...
...gdy czasami wracał pamięcią do tego, co wydarzyło się na pograniczu wiosny i zimy wiele lat wstecz, w dalszym ciągu czuł się odrobinę wytrącony z równowagi. Głównie dlatego, że im bardziej próbował przypomnieć sobie część wydarzeń, tym bardziej dochodził do wniosku, że nie miał nad nimi jakiejkolwiek kontroli. Niemalże wszystko było dla niego rozmyte, osnute mgłą, nieostre i wzbudzające więcej wątpliwości niż przynoszące odpowiedzi.
Na ogół decydował się zatem nie wracać tam myślami. Jakim więc cudem szedł teraz u boku Riny, stawiając jak najbardziej fizyczne kroki w kierunku miejsca, z którego we troje mieli udać się do tamtej rezydencji? Sam nie wiedział. Może to była oznaka dorosłości? Bo na pewno nie desperacji w związku z naprawdę beznadziejną sytuacją panującą na rynku nieruchomości spełniających ich wymogi. Co to, to na pewno nie. Ani trochę.
Tak czy siak, najważniejsze było to, że tego nieco nazbyt wilgotnego, jesiennego dnia zjawili się w okolicach Little Hangleton, gotowi na kilka chwil powrócić do przeszłości. Całe szczęście, tym razem w towarzystwie kogoś, kto mógł być dla nich niemalże nieocenioną pomocą. Tym bardziej, że Benjy nie tylko zgodził się pomóc im w sprawdzeniu dawnej klątwy, lecz także bez wątpienia zrobił dla nich więcej niż którekolwiek chciałoby przyznać na głos.
Tak, Roise miał pełną świadomość tego, co jeszcze miało towarzyszyć im w drodze przez zagajnik. Każde z nich miało własne demony. W okolicach Lasu Wisielców były one szczególnie głośne, nawet jeśli celowo nie zamierzali wchodzić tam ani do pobliskiego miasteczka. Little Hangleton również swego czasu napsuło im całkiem sporo krwi. Szczególnie jego przyjacielowi.
Ambroise zmierzył wzrokiem sylwetkę kolegi, majaczącą im na horyzoncie, gdy zbliżali się do miejsca spotkania, tylko na moment przenosząc wzrok na Geraldine i kręcąc głową.
- Nie, jesteśmy nawet przed czasem - odpowiedział, nie musząc spoglądać na zegarek, aby móc stwierdzić, że od właściwej godziny dzieliło ich jeszcze całkiem sporo minut.
Nie dodał także, że nie wie, dlaczego kumpel to sobie robił, pojawiając się tu jeszcze przed nimi. Poniekąd dlatego, że doskonale znał odpowiedź, poniekąd zaś z tego względu, że nie zamierzał o tym dyskutować nieproszony. Po prostu doceniał zaangażowanie, wychodzenie poza strefę komfortu, aby coś dla nich zrobić. To miało dlań naprawdę wiele wartości.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
27.10.2025, 15:56  ✶  
Zerwał się wiatr, nie silny, raczej taki, który tylko poruszał gałęziami i rozgarniał nienaturalnie długo wiszącą mgłę powoli snującą wśród drzew, ale wystarczający, żeby ściągnąć mi kaptur z głowy. Przez moment poczułem chłód na karku, tak znajomy, że aż mimowolnie się wzdrygnąłem - to był ten charakterystyczny ziąb wrześniowego popołudnia, nieprzyjemnie zimno-lepki, wilgotny, pachnący ziemią i dymem z odległych kominów.
Zerknąłem po raz kolejny na ścieżkę - nie zdziwiło mnie, że była nadal pusta, bo chociaż nigdy się nie umawialiśmy, kto dotrze pierwszy, z jakiegoś powodu wiedziałem, że to ja będę tym, który stanie tu samotnie i w milczeniu policzy minuty. Tak po prostu działało życie, gdy miało się naprawdę głęboką niechęć do jakiegoś miejsca, w którym, mimo wszystko, musiało się być. Czas w takich chwilach rozciągał się niemiłosiernie.
Przysiadłem na obalonym pniu, stukając palcem w kolano. Pamięć podsuwała mi obrazy, których wcale nie chciałem widzieć - stary dom na skraju miasteczka, po drugiej stronie otaczających je pól i lasów, zapach kurzu, echo rozmów z kuchni, dźwięk kroków, który nadal potrafiłem dopasować do każdej twarzy. Przeszłość nigdy nie przychodziła w całości - raczej w jej odłamkach, które wbijały się pod skórę, kiedy człowiek najmniej tego chciał. Zamrugałem, jakby to mogło przegonić te obrazy.
Kiedy wreszcie usłyszałem głosy, ulga była niemal fizyczna. Początkowo ledwie rozróżniałem dźwięki, echo rozmowy niesione przez wiatr, trzask gałązek pod butami, ale po chwili wśród nagich krzewów dostrzegłem sylwetki. Machnąłem ręką, prostym gestem, nie przesadnie entuzjastycznym.
- W końcu. - Powiedziałem, bardziej do siebie niż do nich, kiedy zbliżyli się na tyle, bym mógł dostrzec znajome twarze. - Macie wszystko, czego potszebujecie? - Zapytałem, wstając i poprawiając kołnierz płaszcza, który podwinął się na wietrze. - Bo jeśli tak, to luszajmy. Nie chcę, szeby zapadł zmlok, zanim dojdziemy. - Niby jeszcze mieliśmy czas, ale kto wie, co miało nas zastać po drodze, albo na miejscu. - No to co? Idziemy? - Powiedziałem cicho, wbijając wzrok w ciemniejące wejście między drzewami. Nie to, którym mieliśmy podążyć, tylko to drugie. Las Wisielców, który mieliśmy minąć bokiem, milczał, ale to milczenie miało w sobie jakąś czujność, jakby samo miejsce przysłuchiwało się naszym słowom.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
27.10.2025, 17:08  ✶  

Nikt nie wypytywał je o wydarzenia w opuszczonym dworze, tylko ona i Roise wiedzieli o tym, co właściwie się tam wydarzyło, może to i lepiej bo to miejsce mogło wzbudzić zainteresowanie. W czasach swojej świetności na pewno było najpiękniejszym budynkiem w okolicy, całkiem nieźle ukrytym od tych bardziej uczęszczanych miejsc.

Padł pewien pomysł, a więc warto było sprawdzić, czy w ogóle jest szansa myśleć o jego realizacji, musieli zobaczyć, czy faktycznie budynek nie był już nawiedzany przez żadne byty, czy historie które się w nim rozgrywały zostały dokończone, wtedy dopiero będą mogli zastanawiać się nad resztą. Nad tym, czy na pewno warto inwestować w coś takiego. Jeśliby to zrobili to czekała ich długa droga to tego, aby kiedyś faktycznie móc się tutaj przenieść. Cel był jednak warty poświęceń. Tylko, że właśnie, po pierwsze wypadało się tam rozejrzeć. W końcu oni sami byli tu ostatnio dawno temu, wspomnienia mogły się więc już zacierać, a to co zostało w pamięci być nieco wyidealizowane.

Mogli mieć pewność, że historia nie zatoczy koła, nawet jeśli podczas tamtej wizyty nie do końca udało im się pozbyć tego, co było w domu. Miał im towarzyszyć Benjy, który znał się na klątwach. Ambroise mógł być pewien, że tym razem nie skończy z bełtem w nodze. To mogło być całkiem dobrym argumentem, aby tutaj wrócić, skoro mogli ominąć tę część związaną z robieniem sobie krzywdy nic ich nie powstrzymywało od sprawdzenia, jak faktycznie miało się to miejsce.

- Doskonale. - Spodziewała się tego, ale potwierdzenie było przydatne, dzięki temu miała pewność, że znaleźli się tu o czasie, a nawet przed nim. Nie miała pojęcia, ile czasu Fenwick tu na nich czekał, ale w takiej sytuacji nie musiała się tym martwić bo byli punktualni.

Znaleźli się w końcu tuż przed mężczyzną. Geraldine rzuciła mu krótkie spojrzenie i zmrużyła oczy, bo albo jej się wydawało, albo usłyszała padające z jego ust w końcu , przecież się nie spóźnili. Postanowiła jednak zignorować ten komentarz. - Możemy ruszać. - Zgadzała się, że im szybciej zaczną wędrówkę tym lepiej, bo dni robiły się coraz krótsze, i już niedługo miało zrobić się ciemno. Być może była odważna, ale wolała nie zapuszczać się w te okolicę w całkowitym mroku. Kto wiedział co właściwie mogło się z niego wyłonić, wolałaby jednak tego nie sprawdzać.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
27.10.2025, 18:25  ✶  
Odnosił wrażenie, że tak to już się jakoś składało (co było bujdą na resorach, bo zwyczajnie to on tak to złożył, podejmując szereg różnych decyzji), że statystycznie rzecz biorąc, nocami robił o wiele więcej dziwnych rzeczy niż większość społeczeństwa. Ostatnie miesiące szczególnie wyraźnie mu to potwierdziły. Cierpiąc na bezsenność i nie usiłując już dbać o układanie sobie życia prywatnego, dosyć głęboko zanurzył się w kilka spraw, których normalnie starałby się unikać. Prostowanie ich było zaś czyimś, co dopiero miał próbować zrobić. Wcześniej nie uważał tego za konieczne.
Teraz? Teraz wiele się zmieniło, nie mógł zbyt długo odkładać tego na później, uznając tego za swój problem z przyszłości. Nie, gdy teraźniejszość mogła dogonić go praktycznie w każdym momencie, a nie odpowiadał już wyłącznie za siebie. Kiedyś wreszcie musiał sięgnąć do tego konkretnego bagna, wyjmując stamtąd wiadro wyjaśnień i starając się nie dostać w łeb łopatą przeznaczoną do zakopywania konsekwencji jego beznadziejnych, ryzykownych decyzji.
W tym momencie jednak cofnęli się jeszcze dalej. Do tej bardzo zamierzchłej przeszłości, samych początków ich świadomej wspólnej historii. Miejsca, w którym tak naprawdę zaczęli być sobie bliscy, nawet jeśli później zagmatwali się w coś, co nazywali mianem przyjaźni. Tak, wtedy też był tu poniekąd w tych samych interesach, o których wkrótce musiał porozmawiać z Geraldine. Tyle tylko, że w żadnym z tych momentów za nic w świecie nie chciał być tu po zmroku.
Tak, zgadza się. Bywał w naprawdę różnych miejscach, robił naprawdę różne rzeczy, statystycznie patrząc, miał okazję bardzo dobrze poznać wiele makabrycznych sekretów kryjących się w mroku nocy. A jednak nawet on nie pomyślałby tak nieracjonalnie, aby świadomie wepchnąć ich na pogranicze Lasu Wisielców w momencie, w którym musieliby przyświecać sobie różdżkami.
Zdecydowanie zbyt wiele słyszał o tym miejscu. Nawet biorąc pod uwagę to, że większość tych historii była wyssana z palca, to jeśli chociaż promil był prawdziwy (a był), Roise wolał sprężyć ruchy i dotrzeć do dworku jeszcze za dnia. Najlepiej zaś również za dnia stamtąd wyjść, nie spędzając tam nocy, jeśli to nie było zupełnie konieczne.
Tyle tylko, że ta myśl przeszła mu przez głowę dopiero na widok Benjy'ego i na wspomnienie przyjaciela o nadchodzącym wieczorze. Być może, z dużym prawdopodobieństwem, całkowicie na pewno nie poruszyli wielu istotnych kwestii, zbyt mocno skupiając się na samym fakcie, że mieli tu wrócić. Co prawda, tym razem z dodatkową, profesjonalną obstawą kogoś, kto znacznie bardziej znał się na rzeczy niż oni wtedy (teraz zresztą też), ale sam fakt wzbudzał w Greengrassie całkiem sporo emocji.
Jeśli bowiem była to bardzo zła decyzja z ich strony, tym razem miał już świadomość, że mogli napotkać naprawdę wiele przeszkód i nieprzewidzianych komplikacji. Nie był już aż tak swobodny, nie machał na wszystko tak lekką ręką, jak wtedy. Nie obawiał się tej wizyty, był do niej całkiem pozytywnie nastawiony, ale fakty pozostawały faktami. To mógł być kiepski pomysł, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydawał się całkiem zachęcający.
No, bo kto inny, jak nie oni mógłby wpaść na coś takiego? Kto inny, jeśli nie ich grono (no, bo teraz nie byli już tylko we dwoje; i to pod wieloma względami) mógł cofnąć się pamięcią do dosyć emocjonujących, emocjonalnie trudnych wydarzeń w nawiedzonym dworze i stwierdzić: a w galerii, na której mnie potrzeliłaś moglibyśmy zrobić świetlik w dachu i postawić kilka paproci? No właśnie.
Jeśli jednak w istocie mieli rację i był to dobry pomysł, ten teren dawał im naprawdę wiele możliwości. Wiadomo, że pamięć ludzka bywała zawodna, lubiła również koloryzować wspomnienia, ale jeśli Ambroise się nie mylił (a nie lubił się mylić) mogli mieć dostęp do całkiem dobrej infrastruktury. Przynajmniej, o ile jej stan nie pozostawiał na tyle dużo do życzenia, że równie dobrze mogliby wszystko wyburzyć. To już była jednak sprawa na przyszłość.
Teraz potrzebowali ruszyć w drogę. Kiwnął zatem głową, przyglądając się pierw jednemu, później drugiemu z towarzyszącej mu dwójki. Tak, jemu również nie umknęło tamto w końcu. Po prostu nieznacznie wywrócił na nie oczami, aby moment później kiwnąć głową.
- Mamy wszystko. Możemy iść - stwierdził.
Nie potrzebowali robić sobie przerwy, zdecydowanie jeszcze nie na tym etapie. Do samej rezydencji nie było zresztą aż tak daleko, aby robili z tego coś na miarę długaśnej wyprawy. Musieli tylko ruszyć, aby wyrobić się przed nocą. Spojrzał zatem na ich towarzysza, nie gestykulując mu jednak ruchem dłoni, tylko bez dalszego zawahania ruszając ścieżką w kierunku gęstwiny. Nie miał nic przeciwko temu, aby iść pierwszy, o ile nikt nie postanowi go wyprzedzić. Profilaktycznie tylko poprawił różdżkę w rękawie płaszcza, gotowy dobyć jej w razie takiej konieczności.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
27.10.2025, 22:34  ✶  
Oboje zgodzili się ze mną, że musieliśmy iść, więc nie zwlekaliśmy bez potrzeby.
- No, to luszajmy. - Powiedziałem cicho, pozwalając im minąć mnie i wejść przodem między drzewa. Ambroise ruszył pierwszy, jego sylwetka szybko wtopiła się w szarozielony cień, następnie ja przepuściłem Geraldine, gestem dłoni dając jej do zrozumienia, by szła przede mną, bo w takim wypadku zdecydowanie wolałem zamykać pochód. Przez chwilę szliśmy w milczeniu, słychać było tylko szuranie butów po liściach i stłumione echo naszych oddechów.
Z każdym krokiem zapach wilgotnej ziemi gęstniał, powietrze stawało się chłodniejsze, wierzby i dęby pochylały się coraz bliżej, jakby próbowały nas zatrzymać, zanim zrobimy coś głupiego. Nasza trasa wiła się między nimi, cicha i wąska, a z oddali majaczyła ciemna bryła dworku, ledwie widoczna przez gęstniejącą mgłę.
- Wiecie. - Odezwałem się w końcu, żeby przerwać to gęste milczenie, które ciągnęło się między nami niczym pajęczyna, jaką chwilę wcześniej zdjąłem z twarzy. - Znam oficjalną welsję tej histolii. Tę, któlą powtaszzają w miasteczku, o klątwie, duchach, szekomym właścicielu, któly nie potrafił umsześ, jak naleszy. - Zatrzymałem wzrok na sylwetkach idących przede mną. - Ale takie welsje nigdy nie mówią o tym, co naplawdę się tam wydaszyło. - Oparłem dłoń o pień mijanego drzewa, żeby przeskoczyć nad zwalonym konarem. - Więc? Jak to właściwie wyglądało tam dla was tam, w ślodku? - Nie było to pytanie wścibskie, raczej coś w rodzaju próby niezbyt delikatnego dotknięcia tematu, który wisiał w powietrzu od chwili, gdy zgodziliśmy się na to wyjście. Wiedziałem, że oboje już tu byli, ale niewiele więcej. Nie oczekiwałem natychmiastowej odpowiedzi. W takich sprawach nikt nie mówił od razu. Las wokół nas zdawał się gęstnieć, jakby sam słuchał, ścieżka zwężała się z każdym krokiem, gałęzie drapały materiał rękawów, a powietrze gęstniało, jakby im dalej od pola, tym bardziej las chciał nas zatrzymać.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
28.10.2025, 00:01  ✶  

Nie było sensu dłużej zwlekać. Słońce miało zajść już niedługo, a zgodzili się w tym, że w tym wypadku to im raczej nie sprzyjało. Ruszyli więc niemalże od razu, bez zbędnych pogawędek, zresztą w drodze również mogli sobie nakreślić sytuację. Sama Geraldine nie do końca wiedziała, co się tam wydarzyło, ta historia była dziwna, w sumie w tamtym momencie naprawdę cieszyła się z tego, że jakoś udało im się wyjść z tego dworku w jednym kawałku, podejrzewała, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co oni.

Ambroise ruszył przodem, Benjy obstawiał tyły, jej trafił się środek. Cóż, nie przywykła do tego, ale nie skomentowała jednak takiego obrotu spraw w żaden sposób. Niby najbardziej bezpieczne miejsce w szeregu, ale nie wydawało jej się, aby takiego potrzebowała, w sumie był to moment, w którym musiała przestać myśleć o sobie, więc niech tak już będzie. Gdyby coś się wydarzyło to na pewno nie będzie stała z boku, to nie było w jej stylu. Wolała jednak przyjąć wersję, w której docierają do tego opuszczonego dworu, bez żadnych, niepotrzebnych przebojów.

Fenwick się odezwał. Geraldine milczała przez chwilę, bo próbowała wrócić do wspomnień z ich ostatniej wizyty w tym miejscu. Było to jakieś sześć lat temu, więc obraz jej się dość mocno rozmazywał, zresztą, już kiedy stamtąd wyszli nie do końca ogarniała, co się tam właściwie wydarzyło.

- Gdy weszliśmy na teren dworku coś się stało, jakbyśmy zostali wciągnięci w wydarzenia przeszłości, nie wiem, czy to była iluzja, czy inne sztuczki, ale zupełnie zapomnieliśmy o tym kim byliśmy, przyjęliśmy role, które dla nas naszykowano. - Starała się mówić jak najjaśniej, ale to wcale nie było takie proste, bo nie do końca kojarzyła, jakie ewentualnie magiczne procesy mogły tam zajść.

- Przenieśliśmy się na przyjęcie zaręczynowe, które zakończyło się rodzinnym dramatem, ktoś kogoś zabił, później ja strzeliłam do Ambroise'a z kuszy, po bełcie ma ślad do dzisiaj. - No i do dzisiaj naśmiewał się z niej, że chujowo strzela z kuszy i lepiej, aby w jej towarzystwie nie brała żadnej do ręki.

- Duch? - W sumie zapytała pytanie sama sobie. - Tak, to chyba był duch, jakaś postać mi podziękowała za to, że uratowałam jej narzeczonego, który za każdym razem, gdy rozgrywała się ta historia umierał, więc to chyba był koniec. - Nie miała jednak co do tego pewności, bo nie do końca znała się na takich bytach.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#10
30.10.2025, 18:52  ✶  
Układ, jaki przyjęli nie był jakoś wyjątkowo przemyślany. No, przynajmniej nie przez niego. Tak po prostu wyszło i sam Ambroise niespecjalnie zastanawiał się nad tym, że w miejscu takim jak to prawdopodobnie dużo rozsądniej byłoby puścić przodem kogoś, kto bardziej od niego znał się na starciach siłowych z magicznymi bestiami albo z ludźmi o niekoniecznie dobrych intencjach, których raczej nigdy nie brakowało w tej okolicy. Ot, dosyć bezmyślnie ruszył przed siebie, gdy ustalili, że nie powinni robić sobie żadnych zbytecznych przerw, aby jak najszybciej dotrzeć do zabudowań posiadłości.
Szedł więc przodem, od czasu do czasu oglądając się przez ramię. Na Geraldine, na Benjy’ego, na ścieżkę, która wiła się między zdziczałymi krzakami róż i chaszczami. Z pozoru wyglądał tak, jakby całą uwagę poświęcał nierównemu terenowi, po którym przyszło im się poruszać, jednak we własnej głowie starał się powrócić pamięcią do tamtych chwil pod na przełomie wiosny i zimy, gdy w milczeniu pokonywał niemalże tę samą trasę.
Czy słusznie? Nie miał pojęcia. Po prostu to robił, czując znajome ukłucie niepokoju, które towarzyszyło mu zawsze, gdy wracał do miejsc ze swojej niekoniecznie chlubnej przeszłości. Nawet takich, w których historia w pewnym sensie obróciła się na ich korzyść, bo mimo wszystkich wydarzeń, pomimo postrzału z kuszy i chwilowego braku świadomości tego, kim był, ostatecznie weszli tam we dwoje, ale wyszli już razem.
Najistotniejsze, że pytanie, jakie doleciało do jego uszu od strony przyjaciela nijak go przez to nie zdziwiło. Nie, gdy sam myślał o tamtym czasie. W pewnym sensie spodziewał się konieczności głębszego poruszenia tego, co ich tu popchało. Zarówno wtedy, jak i teraz. Fakt faktem, powinni byli zrobić to wcześniej, nie w drodze na miejsce, ale cóż. Nie mieli już na to wpływu.
Odruchowo zwolnił, żeby zabrać głos i nie musieć krzyczeć pod wiatr, ale wtedy dotarły do niego słowa Riny. Uśmiechnął się pod nosem, gdy Geraldine zaczęła mówić o tamtym wydarzeniu. O dworku, który już przed laty był tylko ruiną, a mimo to wciągnął ich wtedy w coś, co trudno było nazwać inaczej niż przeklętą iluzją. Tak jak wtedy, szli teraz tą samą wąską, zarośniętą ścieżką, po której dawno nikt nie chodził. Każdy kolejny krok wywoływał ciche trzaski suchych gałązek a w powietrzu unosił się ciężki i znajomy zapach wilgotnej ziemi starego lasu.
Głos dziewczyny miał w sobie coś hipnotyzującego. Każde słowo żony docierało do niego całkiem wyraźnie, odznaczając się między odgłosami natury i niosąc z sobą wspomnienie wieczoru sprzed lat. Tamtej nocy, która wciąż tliła się w jego pamięci jak niedogasła świeca.
Nie przerywał jej. Nie chciał przedwcześnie wtrącać własnego komentarza. Wtedy przed laty był dla niej tylko kimś z towarzystwa, z którym los połączył ją przypadkiem w jednej z wielu ryzykownych wypraw. Teraz? Byli już po ślubie, złączeni czymś więcej niż tylko ustną umową z kimś innym.
Na dźwięk własnego imienia uniósł brew, odwracając lekko głowę.
- Jak na celowanie w serce, trafiłaś… Powiedzmy, że symbolicznie - rzucił w tył, nie obracając jednak głowy.
Zatrzymał się na sekundę przy czymś, co musiało być częścią przewróconego płotu, przeskakując przez zbutwiały fragment drewna. Dopiero wtedy obejrzał się przez ramię, rzucając całkiem swobodne spojrzenie w kierunku Riny.
- Nie mówiąc już o tym, że przez tydzień nie mogłem spać na jednym boku - skomentował gładko, po czym zamilkł na moment, dając jej czas, by rzuciła jakąś uszczypliwość.
Tak jak przed laty, tak i teraz nie było w nim śladu złości. Raczej ciekawość, chłodne zdumienie i to dziwne poczucie, że to właśnie w tamtej chwili zmieniło się między nimi coś bardzo znaczącego, choć żadne z nich nie potrafiło tego wtedy nazwać.
A jednak, gdzieś w głębi czuł, że to, co wydarzyło się w dworku zostawiło w nich ślad głębszy niż tylko bliznę po bełcie. Czasem, gdy dotykał miejsca, gdzie przeszłość dosłownie go ugryzła, przypominał sobie zszokowane oczy Geraldine i to drżenie w dłoniach, które wtedy wydawało się równie rzeczywiste, co zapach dworskiego wina i starego drewna.
Kiedy znów spojrzał przed siebie, dwór był już blisko. Pogrążony w półmroku wysokich drzew rzucających cienie na trawnik, z częściowo zarwanym dachem na budynku gospodarczym i ze zdziczałym ogrodem, który dawno przestał przypominać cokolwiek stworzonego ludzką ręką.
Ambroise poprawił płaszcz, odgarniając z twarzy kosmyk włosów rozwianych przez wiatr i biorąc głębszy wdech. Nie należał do tych, którzy lekceważyli przeszłość nawiedzonych miejsc. No, przynajmniej już tego nie robił. Zbyt wiele razy widział jak potrafiła wracać, wciskać się w teraźniejszość, deformować granice między tym, co żywe a tym, co powinno już dawno spoczywać w ziemi.
Ten samej, która była miękka i śliska po ostatnich deszczach. W powietrzu unosił się zapach mokrej trawy i wilgotnego drewna, a nisko wiszące słońce rozlewało na wzgórzach jasne światło przełamane pierwszym zwiastunem chłodnej poświaty nocy. Kroki trójki czarodziejów rozbrzmiewały równym rytmem. Z każdą minutą w oddali coraz wyraźniej majaczyły zarysy miejsca, które jeszcze przed zmierzchem zaczynało wyglądać jak cień własnej historii.
Miał nadzieję, że rzeczywiście zakończonej.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (4829), Benjy Fenwick (4427), Geraldine Greengrass-Yaxley (4057), Pan Losu (29)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa