29.10.2025, 10:23 ✶
12.09.1972
Poranek
Poranek
Z 8 na 9 września miał pełne ręce roboty. Nie tylko jako śmierciożerca, ale także pod własnym nazwiskiem. Prowadzenie podwójnego życia nie należało do najłatwiejszych, lecz do tej pory udawało mu się żonglować tożsamościami bez najmniejszego problemu. Pokazywał się tam, gdzie ludzie chcieli go widzieć - pod taką postacią, pod którą powinien. Dla części był bohaterem, obrońcą Londynu, który uratował kilka istnień przed śmiercionośnym ogniem. Dla jednak zdecydowanej większości był zgubą - postacią odzianą w czarny płaszcz, mającą na twarzy maskę, która rzucała kolejne śmiercionośne zaklęcia tylko po to, by zabijać. Cudem udało mu się przeskakiwać pomiędzy kolejnymi punktami na mapie, siejąc jednocześnie chaos i zapobiegając mu. Był wykończony: a to przecież był dopiero początek. Żaden z nich nie mógł spocząć na laurach, bo w każdej chwili mroczny znak na przedramieniu mógł zapiec, sygnalizując że Czarny Pan ich wzywa do siebie.
Ale nie mógł również odpocząć i czekać na wezwanie. Nie należał do departamentu przestrzegania prawa, lecz wciąż był pracownikiem Ministerstwa Magii. Musiał chodzić do pracy, pomagać w innych miejscach - a jednocześnie jego myśli wciąż wracały do jednej jedynej osoby, o którą się niepokoił.
Astoria była uparta, a on sam nie wierzył w to, że jej zapewnienia o tym, że było już lepiej, są prawdziwe. Może i by uwierzył, gdyby tamtej nocy nie trzymał jej w ramionach, kruchej i słabej, balansującej na granicy omdlenia. Nie mógł się skupić na pracy - wziął cały wolny dzień, bo przecież musiał jeszcze zabrać Primrose z mieszkania Victorii. Ale zamiast wrócić do domu, teleportował się pod rezydencję Averych, znajdującą się na obrzeżach Londynu. To tam Astoria kazała mu się odstawić i to tam została, zanim nie przetransportowano jej do Munga. Wiedział o tym, bo informacje ze szpitala dochodziły do niego wręcz same - w końcu tym całym grajdołkiem zarządzała jego krewna. Stał przed posiadłością, ściskając w dłoni teczkę pełną eliksirów, które przesłał mu ojciec 10 września. Podzielił je między osoby, którym chciał pomóc - i między siebie. Dym, który zatruł ich płuca, nie był zwykłym dymem, ale według słów Reynarda dało się złagodzić kaszel. Trzeba było tylko być konsekwentnym w braniu kolejnych dawek.
Skrzat poprowadził go przez korytarze, chociaż wyczuwał od stworzenia niechęć w swoim kierunku. Nie przejmował się jednak tym - to było tylko narzędzie, które miało wypełniać wolę swojej rodziny. Nie podobało mu się, że stworzenie się zawahało, gdy powiedział, żeby zaprowadziło go do matki Astorii. A jeżeli jej nie było: do ojca. Kogokolwiek, kto mógł udzielić mu pozwolenia na zobaczenie tej, którą uratował podczas spalonej nocy. Widok bezbronnej Avery, która do tej pory jawiła mu się jako buńczuczna, pewna siebie i niezależna, wżarł się w jego umysł - nie potrafił wyplenić tego widoku spod powiek. Widział ją, leżącą pośród zgliszczy, za każdym razem gdy zamykał oczy. Musiał się upewnić, że wszystko było z nią dobrze.