• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[27.09.1972] Everyone’s a stranger somewhere | Benjy, Geraldine, Ambroise

[27.09.1972] Everyone’s a stranger somewhere | Benjy, Geraldine, Ambroise
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
30.10.2025, 21:06  ✶  
Szedłem kilka kroków za nimi, dłonie miałem schowane w kieszeniach płaszcza, różdżka znajdowała się pod ręką, ale nie w niej, chociaż moje palce co chwilę o nią zahaczały - odruch, nic więcej. Zatrzymałem się na moment, gdy spojrzałem na dwór, majaczący na dalekim horyzoncie, nie różnił się od dziesiątek innych, które widziałem - zniszczony dach, pociemniałe ściany, okna jak puste oczodoły, a mimo to miał w sobie coś, co kazało zwolnić, wsłuchując się w dźwięk naszych kroków. Czasem nie trzeba znać wszystkich faktów, żeby poczuć, że w powietrzu wisi coś ciężkiego, atmosfera miejsc po prostu pasuje do ich historii. Znałem podobne budynki - te, które nie puszczały tak łatwo. Czasem łamiesz klątwę, myślisz, że to koniec, a ona po roku, dwóch wraca, tylko w innym kształcie, trochę jak związek, którego nikt nie ma odwagi definitywnie zakończyć.
- Jeśli szeszywiście ktoś wtedy zawsze umielał i tym lasem nie umalł… To teoletycznie pętla mogła się zakończyś. Teoletycznie. - Podkreśliłem słowo tak, jak należało je podkreślać zawsze, kiedy mówiło się o magii. - Ale to nie znaczy, sze miejsce jest czyste. To znaczy tylko, sze nie powtószy automatu. - Mówiąc to, patrzyłem przed siebie, na ten dwór, który wyłaniał się zza krzaków i cienia drzew. Był większy, niż się spodziewałem, a jednocześnie… mniejszy, jakby czas przycisnął budynki ciężarem lat i wspomnień, aż się trochę zapadły w sobie.
Złapałem żuchwę dłonią, pocierając brodę - zrobiłem to bardziej z nawyku niż potrzeby. Ziemia pod butami była śliska, pachniała wilgocią i zgnilizną, gdzieś po lewej, w zaroślach, coś chrupnęło - pewnie sucha gałąź trzasnęła na wietrze, ale moja głowa i tak automatycznie skręciła w tamtą stronę. Zawód klątwołamacza uczył człowieka, że dźwięki w takich miejscach rzadko były przypadkowe.
Minęliśmy przewrócony płot, przeszedłem nad zgniłą deską, zahaczając czubkiem buta o coś, co pewnie kiedyś było ozdobną sztachetą, i  zorientowałem się, że lekko się uśmiecham. Nie wiedziałem czemu, może dlatego, że to zawsze tak samo wyglądało - stara posiadłość, dziwna historia, a ja znów w środku jakiegoś potencjalnego zamieszania, próbujący udawać, że tym razem będzie spokojnie. Wiatr przyniósł zapach dymu - nie było ogniska, nie widziałem żadnego światła, ale dym był, może tylko jako złudzenie, echo dawnych ognisk, wciąż tliło się w kamieniach, kto to wiedział.
- Niech to będzie szybka splawa, wchodzimy, oglądamy i wlacamy na kolację, dobla? - Westchnąłem. - Idziemy lasem, najpielw do głównego budynku, nie losdzielamy się, a jeśli cokolwiek zacznie was znowu wciągaś w jakieś odeglane lole, łapię was za kark i wyciągam siłą. Nie bawimy się w odgrywanie histolii, jasne? - Poprawiłem mankiet, chociaż nie było, po co. Po prostu… Ręce musiały coś zrobić. - I na litość Melina… Nikt dzisiaj nie stszela do nikogo. Bszmi jak plan? - Rzuciłem to luźno, ale nie do końca żartowałem - w takich miejscach żarty nigdy nie były do końca żartami.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
30.10.2025, 22:26  ✶  

Geraldine starała sobie przypomnieć jak najwięcej z tamtego wieczoru, szło jej to jednak dość opornie, bo przecież wszystko rozmazywało jej się już wtedy, gdy przyszło opuścić im to miejsce. Fakty mieszały się z iluzją, starała się zrozumieć wiele razy co właściwie się wydarzyło w tamtym miejscu, ale jakoś nigdy do końca nie uzyskała wyjaśnienia.

Pamiętała, że z Ambroisem spędzili tygodnie na próbie wyjaśnienia tego, co dokładnie zaszło, bo wyszli z dworku zupełnie odmienieni, pojawili się tam w momencie, w którym strzelali w siebie piorunami, a wyszli... cóż jako przyjaciele, co samo w sobie było dość mocno zaskakujące.

- Miałeś szczęście, bo rzadko kiedy zdarza mi się chybiać. - To było dla niej naprawdę bardzo wyjątkowe, nie miewała problemów z celnością, dobrze jednak, że ten jeden, jedyny raz nie udało jej się trafić tam gdzie chciała. Zresztą Roise wypominał jej tamten dzień i strzał do dzisiaj, zawsze dziwnie reagował, gdy brała w rękę kuszę. Nic nie było w stanie zmienić jego opinii na temat tej broni w jej rękach.

- Gdybym trafiła to zapadłbyś w wieczny sen, mimo wszystko tydzień niedogodności chyba nie był taki zły. - Jak nic by go wtedy zabiła, jakoś jednak udało im się tego uniknąć, zabawne dokąd ich doprowadziły tamte wydarzenia.

Nie sądziła, że wrócą jeszcze do tego miejsca, jak widać jednak po latach nadarzyła się ku temu okazja... mogło stać się ich własnością, w sumie nie było to takim złym rozwiązaniem. Pamiętała, że posiadłość zrobiła na niej ogromne wrażenie, może nieco się rozsypywała, ale nie o to chodziło.

- Oby faktycznie się zakończyła, a nie tylko w teorii. - Odpowiedziała Fenwickowi. Zdecydowanie wolałaby nie powtarzać tego, co się wtedy wydarzyło. Zbyt wiele ją to kosztowało. Jasne, znajdowali się w lepszej sytuacji, bo mieli przy sobie specjalistę, jednak wolała, aby nic nie mieszało jej w głowie - najlepiej już nigdy więcej.

- Liczę na to, że uda Ci się je dokładnie sprawdzić. - Dodała jeszcze. Jeśli mieli myśleć o kupnie tej nieruchomości, to powinni mieć pewność, iż nic nie czai się w mroku, że nagle coś znowu nie postanowi dać o sobie znać. Zbyt wiele mogli stracić.

Udało im się dotrzeć do granic posiadłości, Geraldine przystanęła na moment i otaksowała ją wzrokiem. Zapamiętała ją nieco inaczej, aktualnie sam budynek wydawał jej się być jeszcze większym, cóż nie można było mu odmówić tego, że robił wrażenie, zwłaszcza gdy był opuszczony.

- Nie mam nic przeciwko temu. - Rzuciła przez ramię do Benjy'ego. Naprawdę chciałaby, aby wszystko poszło prosto i za chwilę znaleźli się już daleko stąd bez żadnych, niepotrzebnych komplikacji. Zdawała sobie jednak, że w takich miejscach raczej nigdy nic nie szło tak jak planowano.

Trudno jej było zgodzić się z tym, żeby dzisiaj nikt do nikogo nie strzelał, to nieco przeczyło jej instynktom i mimo, że nie wzięła ze sobą kuszy, to wiedziała, że w środku na pewno jakąś znajdzie, postanowiła jednak przytaknąć. - A co jeśli Ciebie coś wciągnie w historię? - Jasne, był klątwołamaczem, znał się na rzeczy, ale musieli rozważyć każdą ewentualność.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
30.10.2025, 23:33  ✶  
Ostatnim razem, gdy wspólnie znaleźli się tak blisko tych nieszczęsnych dworkowych zabudowań, rzeczywiście weszli tutaj jako zupełnie inni ludzie. Nie sprzyjali sobie nawzajem, trudno byłoby nawet powiedzieć, że byli sojusznikami, choć traf losu sprawił, że z kilkuosobowej grupy, jaka teoretycznie miała podjąć się tamtego zlecenia, na miejscu zbiórki stanęli tylko oni dwoje. To była również ich wspólna decyzja, żeby mimo wszystko kontynuować to, po co tu przybyli. A więc może w rzeczywistości umieli dogadać się również przed opuszczeniem terenów posiadłości?
Najpewniej tak. Ba, z pewnością potrafili to robić. W końcu zdarzyło im się rozmawiać w całkowicie normalny, bardzo lekki i towarzyski sposób, zanim sami skomplikowali sobie własną znajomość, obracając ją o sto osiemdziesiąt stopni. A później robiąc jeszcze jeden obrót, choć niestety nie do końca pełny. Od niechęci przeszli do koleżeństwa, nawet jeśli nie takie mieli wtedy oczekiwania i nie było to dla nich całkowicie naturalne.
W tym momencie, gdy myślał o tamtych chwilach tuż po wszystkich wydarzeniach, na usta z pewnością cisnęło mu się coś zupełnie kontrastowego wobec tego, co wtedy mówił. Za cholerę nie opuścili dworku jako przyjaciele. Nie, tamtego dnia nie tylko wcielili się w rolę nieszczęśliwych, tragicznych i zagubionych kochanków. Oni nimi byli.
W końcu przez wiele miesięcy miotali się pomiędzy różnymi bardzo silnymi uczuciami. Od początkowego zrozumienia i niezaprzeczalnej chemii, poprzez wspólne niespodziewane przejścia, przez dłuższy czas pełen gniewu i frustracji, aż do tej rzekomej przyjaźni, która w gruncie rzeczy jednocześnie nauczyła ich sporo o sobie nawzajem, ale także bez wątpienia napsuła im krew. Była za ciasna, nazbyt dusząca. Ta rama, w którą się wciskali nigdy tak naprawdę nie należała do nich.
Być może jednocześnie byli swoimi najlepszymi przyjaciółmi, rozumieli się w końcu jak mało kto, ostatnio nawet przyjmując tę teorię o łączącej ich metafizycznej więzi. Ale jednak nie dało się ukryć, że przez własne skołowanie po wyjściu z posiadłości zaczęli używać niewłaściwego słownictwa, idąc w błędną narrację, podczas gdy od pierwszego dnia myślał wyłącznie o tym jednym.
- Miałem wyjątkowo dużo szczęścia, ma moitié, nie przeczę, ale... - Kląsnął językiem o podniebienie, uznając, że nie musi kontynuować, bo z pewnością i tak wiedział, co miał teraz na myśli.
Za to ta jej kolejna wypowiedź...
- Pocałowałabyś mnie wtedy? - Odbił, nic sobie nie robiąc z sugestii, że to z pewnością nie byłby taki wieczny sen.
Nie, ani przez chwilę nie wątpił, że gdyby nie chybiła, mogłaby go zabić. Mimo to, tak się nie stało, więc mógł zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Przynajmniej jeszcze przez ten kawałek drogi, jaki dzielił ich od docelowego miejsca, choć Roise już teraz zaczynał odczuwać ten specyficzny rodzaj napięcia, zanurzając się w panującym tu klimacie.
- Zawsze było tu tak urokliwie? - Spytał, kierując słowa głównie do Riny, chociaż wydawało mu się całkiem prawdopodobne, że Benjy również mógł być tu kiedyś za dzieciaka.
W gruncie rzeczy, Ambroise zwrócił wzrok w kierunku żony wyłącznie przez to, ile lat mogło dzielić te dwie różne perspektywy, dwie wizyty. Oni byli tu wcale nie aż tak bardzo dawno. To było sześć lat, nie ponad półtorej dekady. A jednak wydawało mu się, że posiadłość była wtedy jakby mniej zdziczała.
Chociaż...
...no, właśnie. Wtedy wystarczyło, że przekroczyli granicę bramy, wchodząc na trawnik, aby iluzja zaczęła działać. Ogród stał się bardziej wypielęgnowany, dom błyszczał, nawet jeśli wspomnienia Greengrassa po tym etapie robiły się stopniowo coraz bardziej mgliste i niewyraźne. Możliwe, że tak odbierał tę nieruchomość, bo po prostu zabarwił ją wraz z upływem czasu, mieszając rzeczywistość z majakami.
Teraz był trochę bardziej świadomy tego, gdzie przyszło im wkroczyć, więc być może postawił bardziej ostrożne kroki, ale...
...nic się nie stało. W oddechu, jaki zaczerpnął nie było jednak zbyt wiele ulgi. Słowa, jakie padły z ust Benjy'ego niosły ze sobą stanowczo zbyt ciężkie znaczenie, aby tak po prostu można było machnąć na nie ręką i stwierdzić chodźmy dalej. A odpowiedź Riny? No właśnie. Skąd mieli mieć pewność, że zaraz wszyscy nie przeżyją jakiejś iluzorycznej pętli? I to nowej, nie starej?
- Jest jakiś sposób, żeby to sprawdzić, zanim wejdziemy głębiej? - Spytał, przypatrując się to jednej, to drugiej osobie. - Poprzednio wszystko zaczęło się jeszcze w ogrodzie, ale skoro sam mówisz, że tym razem może być inaczej - musieli rozważać wszystkie alternatywne możliwości, prawda?
Tym bardziej, że teraz mieli już co stracić. Nie chciał ryzykować dla nieruchomości. Być może był materialistą, co tu ukrywać, ale nie aż takim.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
31.10.2025, 17:29  ✶  
Przesunąłem wzrokiem po murach, które majaczyły już w pełni, kiedy przekroczyliśmy granicę posiadłości - z bliska wyglądały gorzej, niż się spodziewałem, ale w tej ruinie było coś… Znajomego.
- Splawdzę wszystko. - Obiecałem, chociaż „wszystko” w takich przypadkach było pojęciem dość elastycznym. Przeciągnąłem spojrzeniem po fasadzie dworu, jakbym próbował z niej coś wyczytać, ale tak to już bywało - przekleństwo i wilgoć rzadko się starzeją ładnie.
- Gdyby mnie coś wciągnęło, to znaczy, sze naplawdę jest tu coś waltego zbadania. - Odpowiedziałem spokojnie, chociaż wiedziałem, że to brzmiało bardziej jak żart, i to nieśmieszny, niż zapewnienie. - Nie mam w zwyczaju ginąś w cudzych dlamatach. Zawodowa defolmacja, jak się zbyt często gszebie w takich tematach s pszeszłości, zaczynasz mieś alelgię na powtólki. - Dodałem po chwili, luźniej, odwracając głowę w stronę Gerdy. - Ale jeśli mnie coś „wciągnie w histolię”, to masz moje błogosławieństwo, szeby mnie spoliczkowaś. Albo rzucić we mnie pielwszym zaklęciem s bszegu. Nie ma sentymentów. Mosze pomosze. Mosze nie. Tylko nie stszelaj. - Zawiesiłem głos na chwilę, po czym dodałem. - Choś szczesze, jak mnie coś zacznie wciągaś, to pewnie już nie będziecie mieli szansy na leakcję. Te szeszy są szybkie. - Nie chciałem ich straszyć, ale udawanie, że to wycieczka krajoznawcza, też nie miało sensu. Uśmiechnąłem się krótko, chociaż pod spodem czułem coś bardziej napiętego. Nie lubiłem tego pytania, bo odpowiedź była prosta - jeśli coś mnie złapie, to prawdopodobnie długo się z tym nie poszarpie, takie rzeczy nie przepuszczają ludzi, którzy wiedzą i przez to widzą zbyt wiele. Wsunąłem rękę do rękawa płaszcza i wyciągnąłem różdżkę, drewno było chłodne, ciężkie, znajome, przesunąłem palcem po runach na rękojeści.
- Wiesz, Ambloise, splawdziś się da, ale bes wchodzenia w ślodek to trochę jak badanie lany pszes bandasz. - Wyciągnąłem różdżkę przed siebie, celując nią w przestrzeń trawnika tuż nad ziemią. - Dlatego wchodzimy lasem, a jak tylko coś się niepokojąco luszy, jak tylko zobaczycie cokolwiek, co wygląda zbyt znajomo, odwlacacie się i wychodzicie. Nie ma heloizmu, nie ma ciekawości. Ta ludela nie jest tego walta, nawet jeśli mogłaby byś miłym gniasdkiem. - Zrobiłem krótki, półokrągły gest, a powietrze rozwarstwiło się na moment, jak smuga ciepła nad kamieniem. Widać było tylko lekki błysk, taki, który większość ludzi uznałaby za złudzenie, za zakrzywienie światła. Dla mnie to był ślad - cienki, drżący, ledwo widoczny, nieaktywny.
- No, ploszę… - Mruknąłem pod nosem. - Coś tu się kiedyś spaliło, faktycznie, nie fizycznie, laczej w sensie enelgetysznym. Pętla mogła się domknąś, ale echo zostało. - Przesunąłem spojrzeniem po ogrodzie - tych wszystkich zarośniętych ścieżkach, które prowadziły donikąd.
- Słuchajcie, ja wiem, sze chcecie mieś pewność, sze to miejsce jest bezpieczne, zanim w ogóle złoszycie ofeltę i podpiszecie papiely, ale… - Zrobiłem krótką pauzę, wznawiając kroki. Nie miałem serca mówić, że żadne nawiedzone miejsce nie przestaje być nawiedzone, tylko dlatego, że ktoś tego chce, ale to chyba powinno paść. - Nie istnieje coś takiego, jak w stu plocentach czysty dom po takim zdaszeniu. To tak, jakbyście kupili dom po poszasze i liczyli, sze nie będzie pachniał dymem.
Liście kleiły się do butów, powietrze było ciężkie, ale w tym wszystkim kryła się pewna znajoma nuta.
- Zlóbmy tak. - Powiedziałem po chwili. - Wejdę pielwszy, jeśli coś się zacznie dziaś i nie da lady spieldoliś, to ja się s tym bawię, a wy, w mialę moszliwości, stoicie z tyłu i nie luszacie się, dopóki nie powiem. Nie dlatego, sze nie dacie lady, tylko dlatego, sze takiej magii nie intelesuje wasza odwaga. Intelesuje ją wasza obecność i zaangaszowanie, kapicie? - Tak, byłem gotowy na protesty i westchnienia, gdy to powiedziałem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#15
02.11.2025, 19:43  ✶  

- Wtedy, wtedy? Pewnie nie. - Nawet jeśli miałoby go to wybudzić z wiecznego snu. To nie był ich najlepszy, wspólny czas. Zdecydowanie. Pamiętała, że kiedy przemierzali drogę do dworku ostatnim razem nie szczędzili sobie niezbyt przyjemnych słów, jednak kiedy z niego wyszli coś się zmieniło. Najwyraźniej wspólne tragedie wyjątkowo potrafiły do siebie zbliżyć i otworzyć oczy na to, co było nieuniknione.

- Nieszczególnie zwracałam uwagę na otoczenie, zresztą było mniej przyjemnie, śnieg ograniczał widoczność. - Ostatni raz byli tutaj w zimie, kiedy wszystko okryte było białym puchem, teraz mogli nieco bardziej skupić się na tym, jak właściwie prezentowało się to miejsce.

Przeniosła wzrok na Fenwicka - jego sprawdzę wszystko zabrzmiało bardzo pewnie, ale zastanawiała się przez krótką chwilę na ile w ogóle jest to możliwe. Ten dworek był ogromny, tereny, które do niego należały również. Gdyby naprawdę chciał sprawdzić wszystko... to musiałby tu spędzić naprawdę dużo czasu, przynajmniej tak jej się wydawało, a że raczej była laikiem w jego specjalizacji, to w sumie mogła myśleć źle.

- Będę czujna, uwierz, potrafię reagować bardzo szybko. - Jeśli wiązałoby się to ze spoliczkowaniem go, albo rzuceniem w niego zaklęciem... oczywiście, że nie miała zamiaru stać bezczynnie, bardzo chętnie by go uratowała - zwłaszcza w sposób o jakim wspomniał.

Słuchała tego, co mówił bardzo uważnie, w pewnym momencie zmrużyła oczy, nie do końca chyba zaakceptowała to, co mówił, oczywiście, że musiała się odezwać. - Chyba wychodzimy, przyszliśmy tu razem i razem stąd wyjdziemy. - Nie widziała innej możliwości, naprawdę sądził, że zostawią go tutaj i sobie pójdą, gdyby coś nie poszło jak trzeba? No nie, przeniosła wzrok na męża szukając u niego wsparcia, wiedziała, że ma bardzo podobne podejście do niej, więc raczej stawiała za pewnik to, że również się odezwie.

- Jasne, nie istnieje opcja, że będzie całkowicie czysty, jednak wolałabym mieć pewność, że nasze dziecko nagle nie postanowi w kogoś strzelić z kuszy, czy zepchnąć ze schodów. - W dużej mierze chodziło o to, czy da się tu w ogóle żyć bez jakichś dodatkowych wrażeń.

- Czysto hipotetycznie, jeśli coś się zacznie dziać, a Ty nie będziesz mógł się odezwać... będziesz sam w środku, my będziemy tutaj, to co? - Nie mogli przecież czekać bezczynnie, aż go to wykończy. Geraldine w tym przypadku zdecydowanie wolała, aby przygotowali się na najgorszą z możliwych wersji. - Mamy Cię tam zostawić? Serio? - Nie wydawało jej się to w ogóle możliwe, bo nie miała w zwyczaju zostawiać swoich kompanów na polu walki i nie zamierzała udawać, że jest inaczej.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#16
03.11.2025, 17:15  ✶  
Po prawdzie mówiąc, nie mógł spodziewać się inaczej brzmiącej odpowiedzi, więc zdecydowanie nie był zaskoczony, gdy ją usłyszał. Mimo to, przekornie obrócił głowę w kierunku Riny, posyłając jej bardzo wymowne spojrzenie i teatralnie przy tym odchrząkując.
- Mogłaś skłamać, wiesz? Dla naszego wspólnego dobra - rzucił, mimo wszystko, wewnętrznie zazwyczaj raczej doceniając szczerość, jaką starali się utrzymywać w ich relacji.
Nic zresztą specjalnie dziwnego. Ambroise odnosił wrażenie, że za każdym razem, gdy tylko próbował zachowywać coś dla siebie albo nawet częściowo przeinaczać fakty, aby nie złościć lub nie martwić dziewczyny, prawda gryzła go w dupę jakieś cztery bądź pięć razy mocniej niż w wypadku, w którym od razu by się do niej przyznał. Ich sekrety miały wyjątkowo malowniczą tendencję do wysypywania się spod dywanu, pod który usiłowali je zamiatać albo do wypadania na nich z szafy w najgorszym możliwym momencie.
Nie musiał sięgać po konkretne przykłady, czyż nie? To, że w ogóle byli tu i teraz, w tym miejscu, w tej formie zakrawało o cud. O opatrzność Matki, która prawdopodobnie była zmęczona obserwacją ich kotłowania się w stworzonym przez siebie bagnie i postanowiła zainterweniować. W sposób brutalny, wyjątkowo bolesny, ale jakoś to wyszło, prawda?
No cóż. Jeśli Bogini rzeczywiście istniała i spoglądała na nich z góry, prawdopodobnie w tym momencie kręciła głową z niedowierzaniem, przyglądając się ich próbom wybrania sobie jednej z najbardziej absurdalnych nieruchomości. Kto inny sięgnąłby bowiem po wsparcie klątwołamacza, stwierdzając uprzednio, że tu, właśnie tu chcieli mieszkać, wychowując dzieci? Tu. W tej nawiedzonej (choć może już nie?) posiadłości, która nie bez powodu stała pusta przez naprawdę wiele lat.
Mimo wszystko, była dla nich jednak całkiem naturalną opcją do rozważenia. Spełniała wszystkie potencjalne wymagania, a nawet jeszcze kilka innych, potencjalnie mogła kosztować ułamek budżetu, jaki posiadali. Poza tym opuścili ją jako bliscy sobie ludzie. Mimo wszystko, nie przyniosła im praktycznie żadnej szkody, jeśli nie liczyć blizny na jego nodze, o której starał się nie pamiętać. To było trudne, ale nie niemożliwe.
- Ja tam pamiętam tamten poranek jako całkiem malowniczy - wzruszył ramionami, przecząc jej chyba wyłącznie dla samej zasady.
Ot, jako pewien element powrotu do przeszłości. Odrobiny dawnej atmosfery, chociaż wcale nie chciał wracać do całości tego, w jaki sposób podchodzili wtedy do siebie nawzajem. Ot, mógł ją trochę pozaczepiać, zanim dojdą na miejsce i atmosfera przybierze bardziej poważny, czujny klimat. Już wkrótce musieli bowiem zacząć uważać i na słowa, i na kroki, stosując się do zaleceń kogoś, kto znał się na rzeczy bardziej od nich.
Chociaż trudno byłoby powiedzieć, że Ambroise zamierzał ślepo wykonywać wszystkie rozkazy. Nie planował wchodzić przyjacielowi w paradę, to fakt, ale on również zwrócił uwagę na dobór słów używanych przez Fenwicka. I on także nie był nimi szczególnie zachwycony.
- Teoretycznie - podkreślił, bo mimo wszystko miał świadomość własnego braku obeznania z tematem - wiemy, z czym mamy do czynienia. Tak, to zawsze będzie ten sam dom. Nie musi być nowy. Chyba w większości takich posiadłości działy się... ...różne rzeczy - skrzywił się lekko, obserwując ruch różdżki Benjy'ego i starając się wyczytać coś z miny przyjaciela. - Najważniejsze, żeby był bezpieczny. Pozbawiony klątwy. Z całą resztą raczej sobie poradzimy, co nie? - Nie pytał nikogo konkretnego, po prostu stwierdzał fakty.
Moment przed tym, gdy z ust jego żony padły te konkretne słowa, a on mocno kiwnął głową, wbijając spojrzenie w oboje towarzyszy.
- Nie ma mowy, żeby ktoś został tam sam. Jeśli istnieje chociaż cień prawdopodobieństwa, że wchodzenie do domu to aż taki zły pomysł, że będziemy zmuszeni dokonywać podobnych wyborów, po prostu tam nie wchodźmy - miał swoje zdanie na ten temat i nie zamierzał tego ukrywać.
To był tylko dworek. Ludzie byli ważniejsi.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#17
03.11.2025, 18:05  ✶  
Słuchałem ich uważnie, dostrzegając ich wątpliwości w tym, jak marszczyli brwi, mrużyli oczy i starali się ogarnąć mój plan - lub raczej jego pozorną niemożliwość, było w tym coś znajomego, ludzie patrzący na mnie jak na kogoś, kto zbyt pewnie mówił o rzeczach, które dla nich wydawały się mało przekonujące. Czasem sam nie wiedziałem, czy to była moja własna pewność siebie, czy raczej rutyna, bo sprawdzenie wszystkiego, każdego kąta, każdego zakamarka tego dworu, wymagało czasu, dokładności i cierpliwości. Moje własne bezpieczeństwo? To był luksus, na który dawno sobie pozwolić nie mogłem, a może nigdy nie chciałem.
Przyjąłem wypowiedziane słowa z tą samą spokojną pewnością, z jaką wcześniej powiedziałem, że sprawdzę wszystko. Nie potrzebowałem, by ktoś wierzył w możliwość - wystarczało, że wiedziałem, jak to zrobić. Dla nich mogło się to wydawać nierealne - ogromny dworek, rozległe tereny, tyle pomieszczeń, miejsc, w których coś mogło czaić się tuż pod progiem rzeczywistości, ale dla mnie to był tylko układ sił, schemat, który wystarczyło rozłożyć na części i rozbroić - metodycznie, po kolei. Czasem wszystko sprowadzało się do tego, by postawić nogę we właściwym miejscu i nie dać się rozproszyć.
Uśmiechnąłem się lekko, ale bez ciepła, bardziej w geście rejestracji faktu niż emocji. Nie chodziło o mnie, nigdy nie chodziło, bo nigdy nie miałem nikogo, kto by po mnie dłużej zapłakał, z całym szacunkiem do naszej przyjaźni, komu zostawiłbym pustkę w domu, gdybym zniknął. A mimo to ostatnio czułem coś dziwnego, zamiast tej gorzkiej, ale błogiej świadomości niezależności, coś, co przypominało odpowiedzialność - ale, za co? - która ciążyła mi ciężej niż każdy zaklęty kamień, który kiedykolwiek musiałem poruszyć.
Spojrzałem na Geraldine, kiedy mówiła o czujności.
- Wieszę. - Odpowiedziałem krótko, i nawet się uśmiechnąłem, chociaż bez wesołości. Wiedziałem, że potrafiła reagować szybko, może aż za szybko, nie tak dawno praktycznie to odczułem na własnej skórze. Nie miałem powodu, by kwestionować jej refleksy.
Rozważałem usłyszane słowa przez ułamek sekundy, chociaż w moich myślach była to cała wieczność - każdy argument, cień niepokoju, który przemknął przez oczy jednego z dwojga, wprawiał mnie w stan, w którym trudno mi było zachować całkowicie zimną kalkulację. To, że dworek był ogromny i że teren sięgał daleko poza same budynki, nie robiło na mnie wrażenia w sensie przeszkody. Oczywiście, wiedziałem, że nie jestem w stanie sprawdzić absolutnie wszystkiego naraz, a każda przestrzeń mogła kryć coś, czego nie przewidziałem, ale nie chodziło o mnie. Chodziło o nich - o to, by żaden z moich towarzyszy nie znalazł się w niebezpieczeństwie, dopóki ja mogłem działać. Dworek był ogromny, teren rozciągał się poza zasięg wzroku, pełen zakamarków i potencjalnych pułapek, a ja i tak wiedziałem, że pierwsze kroki zawsze pójdą ode mnie. Nie dlatego, że byłem bohaterem, ale dlatego, że ktoś musiał wziąć na siebie ryzyko, zanim ktokolwiek inny znalazłby się w niebezpieczeństwie.
Wcześniej jakoś nie myślałem o tym, że mogę wpaść w kłopoty, coś może mnie zranić - to było oczywiste i w tym momencie niemal nieistotne. Ważne było to, że oni mogliby, mogłoby im się coś stać, gdybym nie był wystarczająco szybki. Taka branża - zanim zrobiłem krok, wiedziałem już, dokąd on prowadził, a jeśli miał prowadzić w coś, z czego nie wyjdę, to trudno. Lepiej ja niż oni. Chociaż raczej wątpiłem, byśmy tu mieli aż taki problem.
- Nie musicie staś besczynnie, jeśli coś pójdzie źle. Wiecie, sze doceniam, kiedy ktoś ma odwagę mnie spoliczkowaś albo szuciś we mnie zaklęciem. To znacznie pszyspiesza moje tempo plasy. - Nie lubiłem tłumaczyć swoich decyzji. Jeszcze mniej - słuchać, jak ktoś próbuje mnie od nich odwieść. Miałem swoje metody, wypracowane przez lata, przez zbyt wiele nocy spędzonych w miejscach, z których inni już nie wracali. Wiedziałem, że jeśli będę myślał o sobie, jeśli zacznę się asekurować, to przegapię coś ważnego, a tak jak to stwierdziła Geraldine - mieli tu wychowywać dzieci. A dzieci nie powinny dorastać w miejscach, które w dalszym ciągu aktywnie karmiły się cudzym nieszczęściem.
„Musisz wyjść z nami”, prawie się zaśmiałem, ale w porę zdusiłem uśmiech. Nie było sensu roztrząsać nieistniejących relacji. Lepiej było przyjąć rolę, którą od dawna znałem - być tarczą, być tym, kto wchodzi pierwszy i bada grunt, póki reszta stoi w bezpiecznym dystansie. To było proste, to było uczciwe wobec nich. Zbyt często słyszałem te słowa - i zbyt często kończyły się źle. W teorii brzmiały pięknie, w praktyce, w razie rzeczywistego niebezpieczeństwa, ktoś zazwyczaj zostawał, żeby reszta mogła wyjść. W tym wypadku tym kimś byłem ja. Nie dlatego, że chciałem - po prostu tak było łatwiej. Ktoś musiał pilnować, żeby odwrócić zaklęcia, zneutralizować to, czego inni nie widzieli. Nie oczekiwałem, że zrozumieją. Zresztą, nie chciałem, żeby rozumieli.
- To tylko zachowawcze ustalenia, nie wygląda na to, by były potszebne, ale w lasie czego, nie chcę, szebyście pchali się tam, gdzie nie tszeba. - Odpowiedziałem. - Jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie moja splawa, bo to ja decyduję, sze moszemy wchodziś, wy musicie mieś miejsce, do któlego się wycofacie, jakby co. Nie musicie się maltwiś o mnie. - Powiedziałem, tym razem już patrząc im prosto w oczy, jednej osobie po drugiej. - Zajmę się sobą w mialę moszliwości. To wszystko, co się liczy. - Nie było w tym melodramatu, nie potrzebowałem poklasku, potrzebowałem, by ktoś rozumiał priorytety. Ja tylko robiłem robotę, wchodziłem w miejsca, których nikt nie chciał tknąć, dotykałem rzeczy, których dotknięcie mogło skończyć się tym, że przestaniesz istnieć w jednej sekundzie. Wiedziałem, co się dzieje, kiedy klątwa się cofa, i że jeśli coś pójdzie nie tak, nikt nie powinien się wtedy zbliżać.
- Nie zamieszam niepotszebnie lyzykowaś, jeśli o to chodzi. - Dodałem po chwili, lekko wzruszając ramionami. - Ale jeśli coś się stanie, nie pakujcie się za mną. Lepiej, szebym się s tym bujał sam. - Wiedziałem, że to zabrzmi źle, ale już dawno nie miałem, komu tłumaczyć, dlaczego pewne rzeczy trzeba robić w pojedynkę. Moje życie mieściło się w torbie, a większość ludzi, którzy kiedykolwiek wiedzieli, gdzie się podziewam, dawno przestało o to pytać. Może i dobrze. Kiedyś powiedziałem jednemu ze starych znajomych, że moja śmierć byłaby logistycznie łatwa - nikt nie musiałby się martwić o pogrzeb. Myślał, że żartuję. Ostatnio to wrażenie znikło tylko po to, by wróciło ze zdwojoną siłą. To były naprawdę paskudne dni, bardzo trudne.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
03.11.2025, 20:07  ✶  

Na jej twarzy pojawił się uśmiech, gdy zobaczyła reakcję Ambroise'a. Oczywiście, że mogła skłamać, ale tego nie zrobiła, nie było sensu ukrywać, jakie wtedy miała podejście, zresztą nie wydawało jej się, aby jego się jakoś szczególnie różniło od tego jej. - Niby mogłam, ale nie wydawało mi się to konieczne. - Zwłaszcza, że doszli końcu do momentu, w którym ich wspólne dobro miało się wyjątkowo dobrze. Nie spodziewała się nawet, że uda im się tak szybko wrócić do tego, co było dawniej, jak widać wystarczyło ze sobą bardzo szczerze porozmawiać, a wszystko stawało się możliwe.

Nie spodziewała się, że będą rozważać zakup akurat tej nieruchomości, ale gdy o tym dłużej myślała, to wcale nie wydawało jej się takie głupie. Dworek znajdował się na uboczu, miał może swoją historię, jednak nie dało się zaprzeczyć temu, że sam budynek jak i lokalizacja były atrakcyjne.

- Jakoś mnie to nie dziwi. - Oczywiście, że musiał mieć swoją własną wersję tamtych wydarzeń, taką która różniła się od tej jej. Nie mogło być inaczej, nie mogli się ze sobą ot tak zgodzić, to przecież nie było w ich stylu.

Słuchała uważnie tego, co miał do powiedzenia Fenwick, chyba nie zamierzał pozwolić na to, aby zbytnio angażowali się w jego robotę, w sumie nie powinno ich to dziwić, czyż nie, to on był specjalistą, oni nie posiadali jakieś wielkiej wiedzy w podobnych tematach, ale i bez tego mogliby mu pomóc, jeśli trzeba by było go stamtąd wyciągnąć. Nie przywykła do tego, by zostawiać swoich współpracowników samych, jeśli pakowali się w jakieś gówno, to razem z niego wychodzili. To było dla niej całkiem proste i logiczne.

Łatwo było mówić o tym, że mają się o niego nie martwić. Przypominało jej to bardzo znajome schematy działania, zachowywała się podobnie, gdy chodziło o bliższe spotkania z magicznymi bestiami, być może to było powodem dla którego pokiwała twierdząco głową. Nie mieli mu wchodzić w paradę, właściwie pewnie łatwiej będzie mu poradzić sobie z ewentualnym problemem nie musząc martwić się o to, że komuś jeszcze może dziać się krzywda, będzie mógł zająć się sobą, a nie myśleć o innych.

- Powiedzmy więc, że jeśli dojdzie do tego, co nie powinno się zdarzyć, będziesz walczył z tym sam, to jednak gdyby coś poszło bardzo nie tak, to nie obejdzie się bez interwencji, po jakiejś godzinie, nie będziemy się tam pchać wcześniej. - Wolała uzyskać zgodę na to, żeby ewentualnie mogli działać, oczywiście dopiero po ustalonym czasie. Nie miała pojęcia, czy godzina to odpowiednia ilość czasu, rzuciła ją ot tak, jeśli będzie to więcej to się do tego dostosuje. Na pewno jednak nie miała zamiaru odejść stąd bez niego, co by się nie działo.

Powoli zbliżali się lasem w stronę zabudowań, wiatr wydawał się być nieco silniejszy niż jeszcze kilka minut wcześniej, korony drzew kołysały się w rytm jego melodii. Poza tym szumem drzew nie było słychać żadnych innych dźwięków, miejsce wydawało się być zupełnie opuszczone, nie było w nim żywego ducha, tylko, czy aby na pewno, być może były to tylko i wyłącznie pozory. Dworek wydawał się być ogromny, gdy zaczęli się do niego zbliżać, na pewno sprawdzenie wszystkiego nie będzie takie proste, chociaż doświadczony klątwołamacz na pewno będzie miał swoje sposoby, wiedział od czego zacząć, na czym skończyć.


[+]Spoiler
żeby nie było za spokojnie... dworek ma swoje niespodzianki
1. w jednym z okien pojawiła się postać, widoczna była krótką chwilę, może to gra świateł, a może duch
2. gdy zbliżono się do drzwi coś wyleciało w ich kierunku - było to stado nietoperzy
3. z piwnicy zaczęły dochodzić głośne dźwięki, które brzmiały jak lament, po sprawdzeniu okazuje się, że to tylko kot
4. gdy znaleźli się na schodach, na ganku, jeden z nich postanowił się zapaść, drewno nie do końca poradziło sobie z upływem czasu
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
06.11.2025, 12:59  ✶  
Gdyby ktoś zapytał go teraz o to, jak swego czasu wyglądało jego podejście do relacji pomiędzy nim a Geraldine, pewnie z początku kusiłoby go powiedzieć coś z czystej przekory. Wykrzywić trochę narrację, wcisnąć tej osobie jakiś drobny kit tylko po to, aby dostrzec zdziwienie i zagubienie malujące się na jej twarzy, bo przecież żadne z nich nigdy nie udawało, że byli wtedy w dobrych stosunkach. Ba, nie były one nawet do końca poprawne. Dosyć niefortunnie zerwali łączącą ich nić porozumienia i raczej nie próbowali tkać nowej, otwarcie zionąc niechęcią do siebie nawzajem.
Mimo to, Ambroise w pierwszej chwili zapewne powiedziałby o tym coś niejednoznacznego, bo skoro miał taką możliwość, zdecydowanie mógł to zrobić. A lubił korzystać z dawanych mu opcji, żonglując nimi trochę, zanim wreszcie ze wzruszeniem ramion stwierdziłby, że jemu również nie spieszyłoby się do wykonywania jakichkolwiek poetyckich, heroicznych gestów w kierunku jego ówczesnej sojuszniczki.
Być może nie porzuciłby jej na pastwę losu, nie będąc aż tak egoistycznym dupkiem w stosunku do kogoś, kto zdecydowanie wzbudzał w nim uczucia. W tamtym momencie naprawdę znaczący ich wachlarz. Mimo wszystko, nie miał w zwyczaju opuszczać tych, którzy na to nie zasługiwali, ale trudno byłoby mu powiedzieć, że próbowałby się dla niej poświęcić.
Chociaż...
...cholera go wiedziała. Sam doskonale pamiętał, ile razy w przeciągu tamtych miesięcy miał ochotę przekroczyć również tę fizyczną granicę komfortu. Sprowokować Yaxleyównę na tyle, żeby skonfrontowali się inaczej niż tylko na spojrzenia i ciętość języka. Zawsze cholernie mocno go pociągała, nie dało się ukryć (choć bez wątpienia próbował), że czuł w stosunku do niej coś więcej niż tylko zwykłą niechęć. Nie reagował na nią aż tak alergicznie jak chciał, by to wyglądało.
No cóż, były to jednak głównie spekulacje, bo tak jak weszli tam we dwoje, tak wspólnie opuścili porzucony majątek. Raczej nie spodziewając się, że postanowią tu kiedykolwiek powrócić, tym bardziej w celu zakupu tej nieruchomości z myślą o stworzeniu tu sobie miejsca do życia.
A jednak. Oto byli praktycznie u bram posiadłości, obserwując jak Fenwick przeprowadza pierwsze testy, które chyba wyszły na tyle przyzwoicie, że mogli iść dalej. To był dobry znak. W przeciwieństwie do słów, jakie padły z ust przyjaciela.
Oczywiście, Roise doceniał realistyczne podejście do całej sprawy. Bez wątpienia lepiej było ustalić to teraz niż później, w potencjalnym momencie pełnym chaosu, emocji i w panice. Tyle tylko, że nawet jeśli sam miewał bardzo podobne podejście do wchodzenia mu w paradę, nie za bardzo pasowało mu to, co słyszał. Czym innym było bowiem poświęcanie siebie dla bliskich, czym innym natomiast poświęcanie bliskich dla siebie.
Ambroise nie miał w zwyczaju wchodzić w niczyje kompetencje, szczególnie, jeśli był ich całkowicie pewien. W przypadku Benjy'ego nie miał żadnych podstaw, aby kwestionować doświadczenie, umiejętności czy wiedzę przyjaciela. Wręcz przeciwnie, jego kumpel wydawał się doskonale obeznany z wykonywanym zawodem, miał za sobą naprawdę wiele różnorodnych zleceń, nie odstawiał pierwszyzny ani fuszerki. Mogli mu zatem w pełni zaufać.
Tyle tylko, że czym innym było zawierzenie kompetencjom specjalisty, czym innym natomiast porzucenie go w razie zagrożenia i ewakuacja z miejsca wydarzeń. Roise nigdy nie miał problemu z wycofaniem się z czegoś, co stanowiło efekt cudzej głupoty, wielokrotnie robił to w przeszłości, ale w tym wypadku? To oni chcieli sprawdzić teren posiadłości. To był ich pomysł, oni wpadli na to, że mogliby się tu osiedlić. A to nie był ktoś obcy. Branie odpowiedzialności za własne uczynki było zatem czymś, co uważał za konieczność. Za naturalny stan rzeczy.
I brał. Oczywiście, że nie zamierzał tak po prostu zgodzić się na bycie tchórzliwym szczurem opuszczającym tonący okręt. Musieli przedyskutować rozwiązania, a to zaproponowane przez Rinę wydawało mu się całkiem słusznie, na to zdecydowanie mogli przystać, czyż nie? W końcu Benjy sam mówił, że chodziło tylko i wyłącznie o czynności zapobiegawcze, na w razie czego. Prawdopodobnie nie mieli z nich korzystać.
- Pół godziny. Góra czterdzieści pięć minut. Nie później - odezwał się, spoglądając przy tym na zegarek zapięty na nadgarstku.
Wydawało mu się, że w przypadku klątw, takie rzeczy działały raczej bardzo sprawnie, więc mogli stargować czas na potencjalną interwencję. W końcu byli tu razem, czyż nie? Razem w to wchodzili i razem mieli stąd wyjść, inna opcja nie istniała. Dopiero mając tę jasność, mogli ruszyć dalej.

Rzut 1d4 - 3


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#20
08.11.2025, 16:11  ✶  
Głęboki oddech. Jeszcze jeden. Czułem, jak chłodne powietrze wciskało się do płuc, ciężkie od wilgoci, przesycone zapachem mokrego mchu i starego drewna. Las wokół nas rzedniał z każdym krokiem. Zatrzymałem się na moment, tuż przed linią drzew, gdzie zaczynała się otwarta przestrzeń prowadząca do dworku, aby pierwszy raz machnąć różdżką - nic, tylko echo, pozostałość, spokój i cisza. Budynek majaczył w oddali, ciemny i niemy, jakby od lat czekał tylko na to, aż ktoś znowu przekroczy jego próg, ale nie było w tym cienia grozy, nawet jeśli czułem, jak coś nas obserwowało zza wybitych szyb, zza pękniętych ram okiennych - nie były to oczy, nie duchy, tylko sama istota miejsca. Każdy dom żył, w jakimś sensie, zaklątwiony czy nie. Opuszczone miejsca miały w sobie pewien rodzaj milczącego napięcia - takiego, które sprawiało, że człowiek zaczynał słyszeć własny oddech zbyt głośno. Powietrze w gęstniało z każdą chwilą, wiatr przynosił ze sobą zapach wilgotnej ziemi i czegoś jeszcze - czegoś metalicznego, rdzy?
Słuchałem uważnie, gdy Geraldine mówiła o interwencji, o godzinie, o czasie, który miał być granicą między rozsądkiem a ryzykiem. Widziałem w jej oczach niepokój, ukryty za twardością głosu - nie chciała mnie tu zostawiać, oboje nie chcieli. To było zadziwiająco miłe, chociaż ryzykowne i niepotrzebne. Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie jak mgła, która zaczynała już osiadać pomiędzy drzewami. Wiedziałem, że mówiła z troski, chciała mieć pewność, iż nie zostanę sam, jeśli coś pójdzie nie tak. Słyszałem, jak Ambroise westchnął za mną, a potem to jego krótkie, twarde - „pół godziny, góra czterdzieści pięć minut”. Spojrzałem na niego przez ramię. Nie chciałem z nimi dyskutować. W takich chwilach nie chodziło o czas, tylko o skupienie - a oni chcieli je rozproszyć liczeniem minut. Nie miałem im tego jednak za złe. Każdy z nas miał swoje sposoby, żeby dbać o innych.
- Zgoda. Czteldzieści pięś minut, nie mniej, potem lóbcie, co uznacie za słuszne. - Powiedziałem po chwili, odwracając głowę w stronę zabudowań. Mówiłem cicho, żeby ogród nie niósł mojego głosu dalej niż musiał. Przytaknąłem jeszcze raz - krótko, ruchem głowy, chociaż w środku czułem, jak coś ciężkiego osiada mi w żołądku. Ruszyliśmy dalej, z każdym kolejnym krokiem ziemia pod butami stawała się bardziej miękka, wysokie trawy ocierały się o nogawki, cicho szeleszcząc, a przed nami coraz lepiej ukazywał się dworek - biały, ale zszarzały, z dachem w połowie zapadniętym i ścianami, które pochłaniały światło. Nikt tu nie mieszkał od lat, to było widać, a jednak... Miejsce miało w sobie tę napiętą ciszę, która zawsze zwiastowała, że coś kiedyś żyło tu za długo. Budynek zdawał się przygarbiony, ciężki od lat i od tego, co się tu działo. Klątwy zawsze zostawiały po sobie coś więcej niż ciała - zostawiały echo emocji, niełatwo gasnące, lepkie, którym nasiąkały ściany, drewno, ziemia.
- Wygląda spokojnie. - Mruknąłem, sam nie wierząc w to, co mówię. Zatrzymałem się kilka kroków od frontowych drzwi. Z bliska widać było runy wyryte w progu - dawne zabezpieczenia, rozmyte czasem, ale wciąż wyczuwalne, chociaż ledwo. Zrobiłem krok i... Wtedy to usłyszałem - cichy dźwięk, jak szuranie, najpierw delikatne, potem głośniejsze. Z początku myślałem, że to wiatr poruszył czymś w środku, może fragmentem dachu, który osiadł na belce, ale potem przyszło to - ten lament. Nie był to krzyk człowieka, ale dźwięk, który miał w sobie coś boleśnie znajomego. Przeciągły, zawodzący ton, odbijający się od ścian, niosący się przez ogród i trafiający prosto w żołądek, dobiegający z lewej strony budynku. Zamarłem, a potem instynktownie spojrzałem w stronę piwnicznego okienka - maleńkiego, półprzysypanego ziemią. To z jego wnętrza dobiegało zawodzenie, niejednostajne, jakby ktoś... Albo coś... Wołało o pomoc.
- W piwnicy. - Powiedziałem półgłosem, bardziej, by przerwać ciszę niż przekazać cokolwiek sensownego.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (4829), Benjy Fenwick (4427), Geraldine Greengrass-Yaxley (4057), Pan Losu (29)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa