03.11.2025, 13:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.12.2025, 10:46 przez Anthony Shafiq.)
—14/10/1972—
Anglia, Londyn
Jonathan Selwyn & Anthony Shafiq
![[Obrazek: imgproxy.php?id=1UydvOB.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=1UydvOB.png)
there’s a certain warmth that comes from the feeling of being understood. it’s not just about hearing the right words or receiving thoughtful responses—it’s more than that. it’s when someone truly gets you, sees past the surface of what you're saying, and taps into the heart of your emotions. it’s rare, and maybe that’s why it feels so intimate when it …
![[Obrazek: imgproxy.php?id=1UydvOB.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=1UydvOB.png)
there’s a certain warmth that comes from the feeling of being understood. it’s not just about hearing the right words or receiving thoughtful responses—it’s more than that. it’s when someone truly gets you, sees past the surface of what you're saying, and taps into the heart of your emotions. it’s rare, and maybe that’s why it feels so intimate when it …
Październik.
Winmonath.
Czas ostatecznych zbiorów, czas spotkań, czas zadumy. Czas wypełnienia obietnic Matki, która opiekuńczym gestem rozdaje swoje dobra, szykując dzieci na trudną zimę. Winterfylleth, pierwsza zimowa pełnia, pierwsze przymrozki, to dopiero miało przyjść. Miało otulić ich śniegiem i szronem, snem ale też głodem i wyzwaniem, które niosła ze sobą spalona ziemia.
Czas próby. Czas, który nie powinien nieść ze sobą pogardy. Czas...
Świt był z oczywistych powodów późny. Wpadał nieśmiało przez zaciągnięte kotary sypialni, która od ponad tygodnia stała się jego miejscem wytchnienia. W powietrzu unosił się wciąż zapach nasennych kadzideł oraz ta subtelna woń kurzu rzeczy nie tyle co zaniedbanych, co po prostu starych. W powietrzu unosił się przede wszystkim miarowy oddech mężczyzny leżącego obok, który rozkoszował się niedzielnym porankiem pozbawionym gonitwy do biura. Bardzo wyraźnie sobie powiedzieli, że w tę sobotę do południa nie będą mieć żadnych zobowiązań. To znaczy będą mieć jedno... siebie na wzajem.
Anthony wciąż leżał, patrząc się na śpiącą twarz ukochanego, próbując wciąż ułożyć sobie w głowie i sercu co właściwie się stało. Październik. Czas zbiorów, więc i oni chwycili sierp i zebrali owoc pielęgnowanej przez lata relacji. Jesień zwykła ludziom kojarzyć się z wieczorem, z ciepłym kocem, ciastkami, z czasem gdy światy stapiały się ze sobą, a duchy wychylały na ulice częściej niż latem. Dla nich - tak jak tu i teraz, tak w sensie przenośnym - jesień była świtem. Nowym. Słodkim. Świtem, w którym budzisz się ze snu i odkrywasz, że rzeczywistość jest lepsza niż kiedykolwiek zakładałeś, że będzie.
Wyciągnął ku niemu dłoń, a szelest pościeli zdawała się być brutalnym wrzaskiem w ciszy, którą otuliła ich miniona noc. Dłoń opadła na nieco szorstki policzek pokryty ciemną szczeciną, a eksplorowanie znaczeń i symboliki zawiązanego związku nie ustępowały jednak prozie życia. Nowego życia.
– Full many a glorious morning have I seen flatter the mountain tops with sovereign eye,
Kissing with golden face the meadows green, gilding pale streams with heavenly alchemy – szeptał mu powoli, czując jak spełnia się kolejny sen za snem, marzenie za marzeniem, kciukiem gładząc skórę dopieszczoną przed kilkoma godzinami pocałunkami. Przyjdzie czas, że brzękałby zirytowany faktem, jak szybko jego zarost kłuje, przyjdzie czas, że po prostu wstałby z łóżka, ignorując fakt tak cudnej istoty leżącej obok. Przyjdzie zima bieląca ich skronie, ale dziś... och dziś czyż nie liściaste laury zdobią głowy złotem? Czyż przeznaczenie nie kupiło się finalnie soczewką na łączącej ich linii w kolorze, którego nie mógł dostrzec, wiedział jednak o jego istnieniu. O kolorze wina. O kolorze miłości. Kolorze jesieni...
Winmonath.
Czas ostatecznych zbiorów, czas spotkań, czas zadumy. Czas wypełnienia obietnic Matki, która opiekuńczym gestem rozdaje swoje dobra, szykując dzieci na trudną zimę. Winterfylleth, pierwsza zimowa pełnia, pierwsze przymrozki, to dopiero miało przyjść. Miało otulić ich śniegiem i szronem, snem ale też głodem i wyzwaniem, które niosła ze sobą spalona ziemia.
Czas próby. Czas, który nie powinien nieść ze sobą pogardy. Czas...
Świt był z oczywistych powodów późny. Wpadał nieśmiało przez zaciągnięte kotary sypialni, która od ponad tygodnia stała się jego miejscem wytchnienia. W powietrzu unosił się wciąż zapach nasennych kadzideł oraz ta subtelna woń kurzu rzeczy nie tyle co zaniedbanych, co po prostu starych. W powietrzu unosił się przede wszystkim miarowy oddech mężczyzny leżącego obok, który rozkoszował się niedzielnym porankiem pozbawionym gonitwy do biura. Bardzo wyraźnie sobie powiedzieli, że w tę sobotę do południa nie będą mieć żadnych zobowiązań. To znaczy będą mieć jedno... siebie na wzajem.
Anthony wciąż leżał, patrząc się na śpiącą twarz ukochanego, próbując wciąż ułożyć sobie w głowie i sercu co właściwie się stało. Październik. Czas zbiorów, więc i oni chwycili sierp i zebrali owoc pielęgnowanej przez lata relacji. Jesień zwykła ludziom kojarzyć się z wieczorem, z ciepłym kocem, ciastkami, z czasem gdy światy stapiały się ze sobą, a duchy wychylały na ulice częściej niż latem. Dla nich - tak jak tu i teraz, tak w sensie przenośnym - jesień była świtem. Nowym. Słodkim. Świtem, w którym budzisz się ze snu i odkrywasz, że rzeczywistość jest lepsza niż kiedykolwiek zakładałeś, że będzie.
Wyciągnął ku niemu dłoń, a szelest pościeli zdawała się być brutalnym wrzaskiem w ciszy, którą otuliła ich miniona noc. Dłoń opadła na nieco szorstki policzek pokryty ciemną szczeciną, a eksplorowanie znaczeń i symboliki zawiązanego związku nie ustępowały jednak prozie życia. Nowego życia.
– Full many a glorious morning have I seen flatter the mountain tops with sovereign eye,
Kissing with golden face the meadows green, gilding pale streams with heavenly alchemy – szeptał mu powoli, czując jak spełnia się kolejny sen za snem, marzenie za marzeniem, kciukiem gładząc skórę dopieszczoną przed kilkoma godzinami pocałunkami. Przyjdzie czas, że brzękałby zirytowany faktem, jak szybko jego zarost kłuje, przyjdzie czas, że po prostu wstałby z łóżka, ignorując fakt tak cudnej istoty leżącej obok. Przyjdzie zima bieląca ich skronie, ale dziś... och dziś czyż nie liściaste laury zdobią głowy złotem? Czyż przeznaczenie nie kupiło się finalnie soczewką na łączącej ich linii w kolorze, którego nie mógł dostrzec, wiedział jednak o jego istnieniu. O kolorze wina. O kolorze miłości. Kolorze jesieni...