– No cóż, spróbujemy ich nie budzić – rzuciła jeszcze do Victorii, nim ruszyła za nią na dół.
Trochę martwiła się, że kociak zdecydował się iść za nimi, bo jeśli faktycznie siedział tam Thoran Yaxley, to Brenna nie łudziła się nawet, że ta sprawa zakończy się pokojowo. I miała nadzieję, że Luna zdąży uciec odpowiednio wcześnie. Na razie jednak nic się nie działo. Przesunęła spojrzeniem po trzech parach drzwi: wystarczająco dużo miejsc, aby coś tutaj ukryć. Takiego poltergeista na przykład.
Cóż, oby to nie było nic gorszego od złośliwego ducha.
– Hm… Sądzisz, że sąsiedzi mogli mieć tajną skrytkę w ścianach? W ogóle kto tutaj wcześniej mieszkał? – spytała, przyklękając najpierw, by nim zajrzą do szuflady, spojrzeć pod stolik. Ot by nic na nie nie wyskoczyło stąd, jak będą zaglądały do środka albo opukiwały ściany. Przyświeciła sobie różdżką, ale pod spodem dostrzegała tylko piwniczną podłogę. W roztargnieniu wyciągnęła wolną dłoń, by pogłaskać siedzącą w pobliżu Lunę. – W sumie może bardzo przestrzeliłam z tym, że Thoran się na ciebie uwziął, bo miał problem z zauroczeniem cię… może on był tu już wcześniej? W sensie może poprzedni lokatorzy sprzedali tę kamienicę, bo sąsiad dawał im się we znaki? – zastanowiła się głośno, zanim podniosła się i wyciągnęła rękę w stronę szuflady. – Mogę? – upewniła się jeszcze, bo może były tam jakieś prywatne rzeczy i Lestrange wolała jednak to miejsce sprawdzić sama.