• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[26.09.1972] Bębny, bębny w głębi

[26.09.1972] Bębny, bębny w głębi
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#11
07.11.2025, 14:43  ✶  
– Będę musiała kiedyś zapytać jakiegoś specjalistę… chociaż poltergeisty to chyba nie duchy, więc to dziwne, no bo… jak ta negatywna energia miała się skumulować na ulicach? A może ktoś go gdzieś złapał w butelkę i uwolnił tam? – zastanowiła się jeszcze Brenna. Można by się zastanowić, po co ktoś miałby coś takiego robić, ale Brenna rzadko zadawała sobie tego typu pytania: po tylu latach pracy wiedziała, że często ludzie robili coś po prostu z głupoty, nieostrożności albo żeby zobaczyć, co się stanie.
– No cóż, spróbujemy ich nie budzić – rzuciła jeszcze do Victorii, nim ruszyła za nią na dół.
Trochę martwiła się, że kociak zdecydował się iść za nimi, bo jeśli faktycznie siedział tam Thoran Yaxley, to Brenna nie łudziła się nawet, że ta sprawa zakończy się pokojowo. I miała nadzieję, że Luna zdąży uciec odpowiednio wcześnie. Na razie jednak nic się nie działo. Przesunęła spojrzeniem po trzech parach drzwi: wystarczająco dużo miejsc, aby coś tutaj ukryć. Takiego poltergeista na przykład.
Cóż, oby to nie było nic gorszego od złośliwego ducha.
– Hm… Sądzisz, że sąsiedzi mogli mieć tajną skrytkę w ścianach? W ogóle kto tutaj wcześniej mieszkał? – spytała, przyklękając najpierw, by nim zajrzą do szuflady, spojrzeć pod stolik. Ot by nic na nie nie wyskoczyło stąd, jak będą zaglądały do środka albo opukiwały ściany. Przyświeciła sobie różdżką, ale pod spodem dostrzegała tylko piwniczną podłogę. W roztargnieniu wyciągnęła wolną dłoń, by pogłaskać siedzącą w pobliżu Lunę. – W sumie może bardzo przestrzeliłam z tym, że Thoran się na ciebie uwziął, bo miał problem z zauroczeniem cię… może on był tu już wcześniej? W sensie może poprzedni lokatorzy sprzedali tę kamienicę, bo sąsiad dawał im się we znaki? – zastanowiła się głośno, zanim podniosła się i wyciągnęła rękę w stronę szuflady. – Mogę? – upewniła się jeszcze, bo może były tam jakieś prywatne rzeczy i Lestrange wolała jednak to miejsce sprawdzić sama.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#12
08.11.2025, 15:17  ✶  

Och nie, jeśli Thoran Yaxley faktycznie tutaj był, to właśnie bardzo kusił los, bo za to co zrobił Laurentowi gotowa mu była zrobić niemalże to, o co podejrzewały ją sierpniowe plotki po hałasach, jakie na nieszczęście wydobyły się w środku nocy na ulicę podczas egzorcyzmu tego wyjątkowo upartego i bezczelnego poltergeista. Swoich przeciwników w pierwszej kolejności próbowała ogłuszyć, albo unieruchomić, ale w jego przypadku mogłaby zrobić wyjątek. Nie tylko mogłaby – wiedziała, że by zrobiła.

– Kupiłam tę kamienicę od takiego starszego małżeństwa dobre pół roku temu. Mówili, że są już zmęczeni zgiełkiem Pokątnej i że chcą się całkowicie przenieść na wieś – odparła, obchodząc biurko z każdej strony, z której w ogóle się dało, patrząc się w nie tak, jakby była sroką, która właśnie dostrzegła w trawie jakieś świecidełko. – Geraldine pisała, że Thoran zaczął się dziwnie zachowywać po Beltane, więc nie wiem czy jedno z drugim może być jakoś powiązane… I nie wyglądali na przestraszonych, czy coś w tym rodzaju. W sensie mogli oczywiście grać, ale to, że mieli dość Pokątnej tak ogólnie jestem w stanie zrozumieć. Inni sąsiedzi też na nic się nie skarżyli, jak byłam pytać o te wszystkie stukania, pukania, krzyki i tak dalej – zatrzymała się w końcu i sama spojrzała na ewidentnie zbyt ciekawską Lunę, która nie bardzo chyba mogła zrozumieć co jest takiego ciekawego w tym stoliku i patrzyła na Brennę i Victorię po kociemu, czyli bardzo oceniająco. Victoria też oceniała, ale ostatecznie uznała, że jeśli w stoliku siedzi bogin, to Luna ucieknie, dokładnie tak, jak to było wtedy, gdy Berht wyciągnął poltergeista z dziury w ścianie i koty nagle się ulotniły. – Tak szczerze mówiąc, to ja sama planowałam kupić dom gdzieś na jakimś zadupiu. To mieszkanie kupiłam tak awaryjnie, bo jest w dobrej lokalizacji i bardzo mi się przydało jak się pokłóciłam z matką. Nie sądziłam, że zostanę tu na dłużej – i nawet oglądała te domy, wahała się jednak czy to na pewno dobry moment (i ewidentnie moment był zajebisty biorąc pod uwagę, co się wydarzyło w Wielkiej Brytanii, a ona go przespała), więc ostatecznie decyzji tak do końca nie podjęła, mówiąc, że potrzebuje jeszcze trochę czasu… – Nie obejrzałam każdego kąta, może mieli jakieś skrytki – to była kamienica należąca do magicznej rodziny, wszystko było możliwe… Łącznie z jakimiś szkodnikami typu bahanki, ale pod tym kątem sądziła, że akurat przejrzała całe mieszkanie. – Jasne, powinno być puste – dodała, wzruszając ramionami. – Tu na tym poziomie mało co robiłam. Zajęłam to jedno pomieszczenie – tu wskazała palcem na drzwi najbardziej po lewej – i tam robię eliksiry. Tu na środku nie ma nic – wskazała środkowe drzwi po  drugiej stronie ściany po czym wskazała na ostatnie, po tej samej stronie co jej pracownia – A to użyczyłam Saurielowi. Jego dom skończył tak samo jak nasz i nie miał się gdzie podziać. Ale nie wiem nawet czy tam teraz jest, a jak jest to pewnie śpi – znaczy miał się gdzie podziać, mógł wrócić do rezydencji Rookwoodów, gdzie się wychował, ale nie po to dopiero co się stamtąd wyrwał, by zaraz tam wracał… – No dobra… gotowa? – podpytała jeszcze Brennę i mocniej ścisnęła różdżkę, gdyby z tej nieszczęsnej szuflady naprawdę wyskoczył na nie bogin… Skupiła się przy tym, by mieć pewność, że niczego nie przegapi.


// Percepcja ◉◉◉○○
Rzut Z 1d100 - 68
Sukces!
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#13
09.11.2025, 12:14  ✶  
– To samo mi mówiła. Na początku sądziłam, że może… wiesz, skoro tam były problemy z limbo… coś go opętało? Potem nawet zaczęłam myśleć, że może on jest czymś, co stamtąd wylazło. Ale chyba to zbieg okoliczności. Mógł też wcześniej zdobywać zaufanie Geraldine, by sprzątała po nim bałagan, a po Beltane przestał się hamować…
Chyba w pewnym sensie Brenna wolałaby zapomnieć o Thoranie Yaxleyu i wspomnieniach fałszywej przyjaźni, tkwiących w jej głowie. Ba, może powinna była poprosić Philippę, aby się ich pozbyła, ale była zbyt skupiona na innych problemach, poza tym znów wracali tu do tego, że… może część tych wspomnień była prawdziwa? Może Thoran po prostu zastąpił sobą kogoś innego?
– Nienawidzę, jak coś miesza mi w głowie – mruknęła jeszcze, pozornie bez związku, trochę zmrożona tą myślą, że mógł być w jej życiu ktoś ważny, kogo nie pamiętała, bo wyparł go obraz Thorana Yaxleya. – Myślałam o kupieniu czegoś mugolskiego na prowincji, żeby mogli się tam zatrzymać ludzie, którzy stracili domy… tymczasowo chociaż… ale boję się, że to teraz byłby zbyt oczywisty cel – dodała, nieco ciszej, trochę przygaszona. Zdążyła kupić dom „na zadupiu”, na potrzeby Zakonu, i w sumie dobrze, bo mieli gdzie się podziać: ale to miejsce jako tako chronił głównie fakt, że nie podawali na prawo i lewo adresu, a leżało bardzo daleko od Londynu i innych czarodziejskich miejscowości. Gdyby kupiła jakiś dom i po prostu go otworzyła dla ofiar, nie zdołaliby utrzymać tego w tajemnicy, i miała dziwne wrażenie, że zaraz na progu stanęliby śmierciożercy, chcący dokończyć dzieła. Ostatecznie postanowiła, że sensowniej będzie skupić się na temacie zabezpieczeń dla narażonych, by te dały im choćby czas na ucieczkę – ale czy to na pewno był dobry wybór? Nie wiedziała.

– Hm… to trwa już od jakiegoś czasu? W sensie te bębnienia? Więc gdyby coś siedziało u niego, pewnie by się zorientował? – spytała, wpatrując się przez chwilę w drzwi, za którymi mógł być Sauriel Rookwood: człowiek, czy może wampir, o którym wciąż nie wiedziała, co myśleć. Właściwie pod żadnym względem, także jego relacji z Victorią. Czy bardziej ją uszczęśliwiał czy bardziej ranił? Bo że robił obie te rzeczy, to nie miała większych wątpliwości.
Życie było tak cholernie skomplikowane.
Z tą myślą odwróciła się z powrotem do szuflady.
Szarpnęła za nią, celując różdżką, ale… w środku nie było żadnego bogina, chochlika, tajemniczego artefaktu.
– Pusto – oceniła. Tymczasem Victoria dostrzegła coś… bardzo dziwnego.
Pomiędzy nią a Brenną, dokładnie pod łapkami Luny, podłoga miała inny kolor. Właściwie wyglądało to praktycznie jak klapa w podłodze: tylko jakim cudem żadna z nich nie zauważyła tego, kiedy się tu rozglądały? Jakim cudem Victoria albo Sauriel nie dostrzegli tego jeszcze wcześniej…?


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#14
09.11.2025, 17:05  ✶  

– Cóż… – zaczęła, przeciągając odrobinę to słowo, bo powróciła pamięcią do swoich rozmyślań sprzed miesięcy. Rozmawiała na ten temat z Atreusem: że gdy byli w limbo, Voldemort nie był sam, była z nim trójka jego przydupasów, z czego tylko jeden zachowywał się tak, jakby był świadomy. Pozostała dwójka… Kręciła się tam bezmyślnie. Wtedy Victoria wysnuła teorię, że może ta dwójka postradała zmysły? A co, jeśli ten stan się utrzymał? Że może powinni poszukać, kto przestał przychodzić do pracy? Nie byłby to oczywiście żaden dowód niczego, ale… – Może był w limbo i zabrał stamtąd coś więcej, w trochę inny sposób niż… ja? – podsunęła, patrząc uważnie na Brennę. Była pewna, że Mavelle podzieliła się ze swoją kuzynką wszystkimi szczegółami tego, co tam zastali. – Była tam dwójka takich, których ta wycieczka chyba przerosła, bo nie kontaktowali. Ale może pojechał krajoznawczo do Afryki i tam go coś opętało i stąd to umiłowanie do afrykańskich bębnów i tańców godowych – możliwości było tutaj wiele tak naprawdę. Wszystkie równie absurdalne, co prawdopodobne.

– Wierz mi, ja też – dlatego opanowała oklumencję: by bronić się przed tym wpływem z zewnątrz, by nikt nie mógł mieszać jej w głowie. Rzeczywistość zweryfikowała ją jednak w tym roku bardzo boleśnie, bo okazywało się, że mogła sobie tę umiejętność wsadzić w… gdzieś. – Niestety nawet oklumencja nie jest wszechmocna – bywała wręcz irytująco bezużyteczna, a przynajmniej dokładniej tak Tori czuła się w tym roku, zaczynając od Beltane i rzeczy, których nie powinna widzieć w ogniu, przez wspomnienia, które do niej nie należały, a łączyły się z jej własnymi, poprzez obrazy przeszłości na Perle Morza, czy emocjach, które nie były jej w Windermere. A nie wiedziała nawet o tym, że straciła jakieś wspomnienia, bo spojrzała w ogień. – Musiałabyś chyba kupić więcej takich domów, żeby poszkodowani mieli miejsce – westchnęła, bo czy jeden dom mógł być wystarczający? Ilość miejsc w takim domu była niestety ograniczona. I na jak długo byłby tymczasowy? – Pod latarnią jest najciemniej, jak to mówią – dodała, dopasowując się do tego cichego głosu Brenny. Może właśnie tam, gdzie to najbardziej oczywiste, bo to pierwsza rzecz, jaką się odrzuci. Sama jednak o tym nie myślała, na pierwszym miejscu stawiając swoją rodzinę i bliskich znajomych, a następnie pracę, w której robiła kolosalne nadgodziny.


– Tak, słyszę to co jakiś czas. Ale nie umiem powiedzieć kiedy to było po raz pierwszy… Chyba to wtedy zignorowałam. Wiesz, że może ktoś stuka, bo remontują i to się po prostu niesie i tak dalej… – mruknęła i uniosła spojrzenie, próbując wysilić pamięć. – Możliwe, że doszedł do takiego samego wniosku. Albo akurat faktycznie nic nie słyszał? – naprawdę nie wiedziała. Nie wątpiła, że gdyby hałasy pochodziły z tego jego pokoju, to zrobiłby z tym porządek. I nie podejrzewała go też o to, żeby miał je generować, no bo po co? Fakt, że miała tutaj do czynienia z poltergeistem, bardzo grała na korzyść Sauriela, o którym mogła powiedzieć wiele, ale nie to, by złośliwie chciał uprzykrzać im wszystkim życie. Na ile go poznała, to lubił spokój i żeby nie zawracano mu za bardzo głowy, o ile to nie jest konieczne. No i koty go uwielbiały. Zaś co się tyczyło ich relacji… Ta była skomplikowana i w żadnej mierze nieokreślona, natomiast oczywiste było to, że nie byli sobie obojętni. –Dziewczyny się nie skarżyły… Może nie chciały mi zawracać głowy – dodała, myśląc sobie o Strzałce, która najpewniej sądziła, że to ktoś z domowników i nie chciała się narażać. – Teraz myślę sobie, że to dodawanie sobie teorii, to była straszna głupota – i ewidentny mechanizm obronny mózgu, który wygodnie zapomniał o tym, że ten dom został wyciszony od hałasów z zewnątrz, ale też dźwięki stąd nie przedostawały się poza mury mieszkania.

Szuflada ziała pustką – i było to tak do przewidzenia, jak i generowało kolejne pytania, bo w takim razie skoro nie bogin w biurku, to…

Victoria przez moment patrzyła na Lunę, która właśnie uniosła łapkę, by zacząć ją sobie lizać i myć, i miała takie poczucie, że coś tutaj jest nie do końca w porządku. Umysł usilnie próbował to ignorować, bo wszystko jest przecież w porządku, wszystko jest normalnie, wszystko jest…

Ciemnowłosa przekrzywiła głowę i zmarszczyła brwi, dostrzegając najpierw linię nie pasującą do reszty, później kolor.

– Brenn – wydusiła z siebie w końcu, kiedy dotarło do niej na co patrzy, a duże oczy Viki zrobiły się jeszcze większe. – Bren, tu coś jest, patrz – kucnęła nawet i pogładziła Lunę, psując całą jej pracę w myciu się, po czym delikatnie ją przesunęła, zmuszając żeby zlazła z czegoś, co musiało być klapą w podłodze. – Przysięgam ci, że tego tu wcześniej nie było – przejechała palcem po łączeniu klapy z podłogą, teraz ewidentnie odcinające się jedno od drugiego. Było tam, czuła to pod palcami.

Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#15
10.11.2025, 18:18  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.11.2025, 18:23 przez Brenna Longbottom.)  
– To miałoby sens, ale… czy Voldemort trzymałby przy sobie blisko takiego… no… idiotę? Potężnego, ale wciąż idiotę – spytała Brenna, bo wprawdzie to nie tak, że podejrzewała, że śmierciożercy nie popełniają błędów, ale wyobrażała sobie, że Voldemort nie chciałby, aby Zimny zwracał na siebie uwagę połowy Anglii. – On przecież wręcz prowokował, żeby ktoś spróbował go aresztować, robił rzeczy, żeby zwrócić na siebie uwagę. Prędzej czy później wyszłoby, że jest Zimnym i nie ma bata, komuś takiemu podano by veritasereum. No i… wiesz… Voldemort straciłby…
Urwała, bo nie chciała patrzeć na to w ten sposób, ale… nekromantka z Afryki twierdziła, że, w pewnym sensie, są czymś w rodzaju „baterii”. Jasne, czarnoksiężnik sam doskonale zasilił się w Limbo, ale jakoś Brenna miała wrażenie, że niekoniecznie chciałby, aby ktoś, kto się tam znalazł, trafił w ręce Ministerstwa, na przesłuchania. Pewnie prędzej pozbyłby się takiej osoby osobiście…
– Wszystkim się nie pomoże, niektórym można. Ale bardzo nie chciałabym, żeby ktoś ucierpiał, bo próbowałam mu pomóc – westchnęła po prostu. Rodzina, przyjaciele, praca, to pochłaniało mnóstwo czasu, nawet w mieszkaniu Victorii przecież pracowały nad sprawą, którą trzeba było odłożyć przy okazji pożarów. Ale nie mogła nie szukać sposobów, by pomóc i innym.
*

– W porządku, ale jak od jakiegoś czasu, to pewnie zauważyłby Thorana albo poltergeista pod łóżkiem – oceniła Brenna, kiwając głową na wyjaśnienia Victorii. Być może pokój zajęty przez Sauriela mogły więc zostawić na koniec.
Jak dość szybko się okazało, nie musiały jednak sprawdzać także pracowni. Brenna obróciła się na słowa Lestrange i wbiła spojrzenie w klapę w podłodze, przy której przykucnęła Victoria. Zamrugała zaskoczona, bo mogłaby przysiąc, że sama klęczała tam ledwo chwilę temu, zaglądając pod biurko… i że nie powinna tego przegapić.
– Sądzisz, że mogła być jakoś zaczarowana? – spytała, przyklękając przy granicy klapy. Dźgnęła ją lekko różdżką, sprawdzając, czy nie doczeka się jakiejś reakcji, ale nie poleciały żadne iskry i ogólnie… stało się jedno, wielkie nic. Gdy już upewniła się, że nie urwie jej raczej dłoni, sięgnęła palcami do krawędzi i stwierdziła, że da się je podważyć. Brennie nie mieściło się w głowie, że w ogóle nie dostrzegła tej klapy wcześniej i od razu pomyślała o Thoranie i o tym, jak dobry był w zauroczeniu. Victoria przełamała jakieś zaklęcie? A może to wyczerpało się właśnie teraz, bo „Yaxleya” od jakiegoś już czasu nie było w Londynie? Bo jeżeli nawet ona sama była ślepa, to przecież domownicy tutaj bywali częściej. – Chyba… chyba jest ciężkie, ale powinnam dać radę to otworzyć... Dobra, to proponuję, że ja podnoszę, a ty rzucasz zaklęcie ochronne, tak na wszelki wypadek? Gotowa? – zapytała, zamierzając unieść klapę w tej samej chwili, w której Victoria potwierdzi. Normalnie w takiej sytuacji radziłaby pewnie wzywać na wszelki wypadek odpowiednie służby, ale że to one były odpowiednimi służbami… to raczej nie było co się zastanawiać. A po prawdzie Brenna z pewnymi obawami zaczęła myśleć, że na dole mogą znaleźć znacznie gorsze rzeczy niż uwięzione poltergeisty.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#16
10.11.2025, 20:08  ✶  

Nie miała pojęcia, czy Voldemort opiekował się swoimi sługami, czy może korzystał z ich umiejętności tylko, gdy było mu to na rękę. Równie dobrze mógł zostawić ich samym sobie, a gdy okazało się, że na przykład jakiś potężny byt zastąpił całkowicie umysł jednego z nich, to było już za późno… Ale to było tylko takie ot gdybanie, bo równie dobrze opętanie mogło nastąpić gdzieś indziej i mogło nie mieć nic wspólnego z Limbo, i to był tylko niefortunny zbieg okoliczności. Lestrange mogła tylko wzruszyć ramionami, bo była tutaj w kropce tak samo jak Brenna.


– No, takiej parszywej mordy nie da się z niczym pomylić. Pewnie by zauważył – a stukanie… obie je przecież starały się ignorować, aż Victoria nie wytrzymała i zapytała wprost czy znowu słyszy to tylko ona, czy może to jakiś szerszy problem. Ludzie stali się drażliwi od czasu Spalonej Nocy, ale czy mogła kogokolwiek winić? Sama czuła w kościach to napięcie.

– Nie mam pojęcia, ale chyba musiała być, skoro widzę ją pierwszy raz, a nie porzuciłam robienia eliksirów… – mruknęła pustym głosem, wgapiając się w klapę. Zastanawiała się teraz, czy to ona była iluzją, czy może raczej była pod nią ukryta i teraz zaczęła nawalać… W tym domu działy się ostatnimi czasy bardzo dziwne rzeczy i to była jedna z nich, a mina Victorii sugerowała właśnie, że ta bardzo intensywnie myśli i próbuje zrozumieć, co się właśnie dzieje.

– Czekaj… Strzałko! – zwróciła się najpierw do Brenny, a następnie wywołała skrzata, który chwilę później pojawił się z trzaskiem i już zaraz zaczęła się kłaniać, ale Victoria nie czekała, aż skończy. – Weź proszę Lunę. Chcemy sprawdzić co jest pod tą klapą, a nie chciałabym, żeby coś jej się przypadkiem stało – na co skrzatka zamarła i zamrugała, najwyraźniej dostrzegłszy nad czym pochylają się dwie czarownice.

– T-t-tak, o-oczywi-wiście – wyjąkała i szybko złapała małego kota, który przeczuwawszy co zaraz będzie miało miejsce, próbował zwiać, ale skrzatka była zwinniejsza niż wyglądała. I za chwilę zniknęła, zabrawszy stąd kotka.

– Teraz jestem gotowa… Na trzy? – zaproponowała i się podniosła, wystawiając różdżkę przed siebie. – Raz – zaczęła odliczanie, na którego końcu rzuciła zaklęcie, mające ochronić Brennę i ją przed ewentualną pułapką, albo czarem, który mógł w nie wystrzelić. Bo również spodziewała się w tym momencie wszystkiego, dlatego nie zdecydowała się na rozpraszającą tarczę, bo nie zadziałałaby na wszystko…


// Kształtowanie ◉◉◉◉○
Rzut PO 1d100 - 22
Akcja nieudana
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#17
11.11.2025, 21:36  ✶  
Przez ułamek sekundy Brenna rozważała, czy powinna obrazić się w imieniu Sama, ale doszła do wniosku, że Thoran właściwie wyglądał zupełnie inaczej niż Samuel. Niby ta sama twarz, wykrzywiająca się jednak w inny sposób: do pewnego stopnia nienaturalny.
I pomyśleć, że pierwotnie Brenna uznała, że być może ojciec Sama pochodził z Yaxleyów i to dlatego matka tak zazdrośnie ukrywała go w lesie, pełna obaw, co zrobi rodzina dawnego kochanka, jeżeli odkryje prawdę.
Kiwnęła głową z aprobatą, bo zabranie stąd Luny było dobrym pomysłem, podobnie jak poinformowanie skrzatki, co zamierzają. Tak na wypadek, gdyby klapa w podłodze je zeżarła. W każdym razie Brenna z pewnym trudem tę uniosła i odrzuciła – ukazując wejście gdzieś w dół. W ciemność.
Pochyliła się, spoglądając w dół, widziała jednak głównie mrok. Nic na nią nie skoczyło. Nie słyszała i bębnów. Nie ruszała się przez długą chwilę, wypatrując ruchów w ciemności, nasłuchując odgłosów, nie było jednak niczego takiego. Głęboko wciągnęła powietrze, bo czasem zapach wiele mówił… Na szczęście albo nieszczęście jedynym, co czuła, był piwniczy zapach i może trochę dymu. Wyciągnęła więc różdżkę i machnęła nią, usiłując przyzwać światło, które rozświetli pomieszczenie i już miała po prostu chwycić drabinkę, która wiodła w dół… gdy odezwał się rozsądek. Albo ta część Brenny, która zawsze spodziewała się najgorszego, i w tej chwili podszeptywała, że one zejdą, a klapa się nad nimi zamknie, znów stanie się niewidoczna i nawet biedna Strzałka nie pomoże.
– Możemy ustawić na niej tego kwiatka? Albo… nie wiem, przesuniesz translokacją biurko? – zaproponowała, rozglądając się w poszukiwaniu czegoś, czym można by zablokować otwartą i odrzuconą na bok klapę. – Wiem, że zabrzmię jak totalna paranoiczka, ale tak sobie myślę, że skoro w twojej kamienicy pojawiła się jakaś dziwna piwnica, której tu nie było, że nie chciałabym w niej utknąć… – powiedziała. I poczekała grzecznie na odpowiedź, sprawdzając jednocześnie wolną dłonią, czy drabinka na pewno nie jest jakąś formą pułapki, ale wyglądało na to, że utrzyma jej ciężar. Brenna więc ostatecznie chwyciła ją, by trochę się zniżyć w dół i zeskoczyć ostatni metr na piwniczną podłogę.
Chyba podświadomie spodziewała się, że coś spróbuje natychmiast ją zjeść.

kształtowanie, światło
Rzut W 1d100 - 94
Sukces!


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#18
11.11.2025, 23:05  ✶  

Victoria miała na myśli głównie mordę poltergeista, jako, że Thorana na oczy nie widziała, ale w tym całym ambarasie był to bardzo nieistotny detal. Nieistotny tym bardziej, bo zaklęcie, które rzuciła, po prostu nawaliło i zamiast bariery, mającej wziąć na siebie ewentualną pułapkę, z końca różdżki Victorii poleciały tylko smętne iskry niczym zimne ognie, okraszone krótkim:

– Nosz na gacie Merlina – na szczęście ta tarcza nie była potrzebna… Brenna poradziła sobie z klapą znacznie lepiej, niż Victoria z zaklęciem i po chwili obie wgapiały się w ziejącą ciemnością dziurę.

W pierwszej chwili wszystkie sensowne myśli po prostu wyfrunęły z jej głowy, by po chwili zapełnić się wieloma różnymi możliwościami tego, przed czym właśnie stały i żadna z opcji jej się właściwie nie podobała. Po pierwsze i najważniejsze: dlaczego w ogóle była tutaj klapa, której nikt, ale absolutnie nikt wcześniej nie widział (albo jej przynajmniej nie poinformował), jakim cudem ją przeoczyła, przechodząc po tej podłodze tyle razy, przecież musiała ją przynajmniej kilka razy nadepnąć i nie słyszała żadnego pustego dźwięku świadczącego o tym, że tam może być cokolwiek ukryte. I co tam było? Kurz…? Jakoś wątpiła. Bo przynajmniej na ten moment wydawało się to być idealnym miejscem, skąd dochodziły te stukania, które teraz już jak na złość ucichły.

Światło na końcu różdżki Brenny zapłonęło i obie mogły teraz dostrzec drabinkę i mniej-więcej jak głęboko sięga ta dziura – i wyglądało to jakby to było drugie, niższe piętro piwnicy, skąd dobiegał taki charakterystyczny zapach pomieszczenia, którego bardzo długo nie otwierano.

– Jasne – nie miała zamiaru oponować, ani mówić cokolwiek o paranoi Brenny, bo w tej chwili wydawało się to jak bajbardziej rozsądne. Klapa, która się nagle pojawiła, mogła równie dobrze sama się zamknąć i lepiej było nie kusić losu… Dlatego też Lestrange bez dalszego komentarza po prostu poszła po wielką donicę z monsterą i podniosła ją, by ostatecznie ustawić na otwartej klapie. Ziemia z rośliną trochę ważyła i nie była najwygodniejsza do noszenia, ale nie był to dla niej większy problem, a mogło to sprawić, że obie będą się czuły odrobinę chociaż bezpieczniej…

Brenny nic nie spróbowało jednak zjeść, gdy znalazła się na dole, a zaraz dołączyła do niej również Victoria, która rozejrzała się wokół, najpewniej równie zdziwiona co przyjaciółka.

To, co tam zastały, to było… cóż. Wyglądało jak jakiś ołtarz. Mrowie wypalonych świec, zacieki z wosku i osmolone ściany. Oprócz tego kurz… i bęben. Najprawdziwszy bęben, na którym były ślady… czegoś. Szkarłatnego, brunatnego wręcz. Pomieszczenie było małe i niemal duszne, nie było tutaj żadnych regałów, niczego świadczącego o tym, by jakkolwiek tę piwniczkę wykorzystywano do celów… nazwijmy to „normalnych”.

– Widziałaś kiedyś coś takiego? – szepnęła, nie będąc nawet pewna, dlaczego zniżyła teraz głos. Zbliżyła się nawet do tego bębna, ale nim go dotknęła, spróbowała rozproszyć ewentualną magię, która mogła tutaj krążyć – nie tylko na bębnie, ale ogólnie w tym pomieszczeniu… Miała tylko nadzieję, że przypadkiem nie zgasi światełka na różdżce Brenny. – Świeczki, bęben… Myślisz, że składano tutaj jakieś modły?  – bęben… Jak tak teraz sobie myślała, to to cholerne „stuk, stuk, bam” jakoś dobrze pasowało do odgłosu bębna. – …albo ofiary?


// Rozpraszanie ◉◉◉◉○
Rzut PO 1d100 - 69
Sukces!
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#19
12.11.2025, 18:06  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.11.2025, 18:08 przez Brenna Longbottom.)  
Światło wypełniało pomieszczenie, wyciągając z mroku coś, co Brenna bardzo chciałaby móc określić w jakikolwiek inny sposób niż „ołtarz”, ale jakoś żadne inne słowo nie przychodziło jej do głowy. Obróciła się ku niemu, przypatrując się świecom, od dawna wypalonym i bębnowi, pokrytemu czymś czerwonym, co prawdopodobnie było krwią, a wyraz jej twarzy stał się ponury.
Może to był Thoran Yaxley, a może nie. Ale ktokolwiek to zrobił, w najlepszym razie miał nierówno pod sufitem. W najgorszym kogoś tutaj skrzywdził.
– Nigdy. To starsze małżeństwo pewnie nie wyglądało, jakby trzymało w piwnicy zakrwawione bębny? – mruknęła Brenna, nie od razu ruszając się z miejsca. Zwykle w takich sytuacjach sprawdzało się byłych właścicieli, chociaż Thoran, zważywszy na to, że chętnie darł w sąsiedztwie mordę i zdawał się lubić afrykańskie bębny, też był mocnym podejrzanym.
Jej wzrok przesuwał się po podłodze i po ścianach, w poszukiwaniu ewentualnych pułapek, a potem mocniej zacisnęła palce na różdżce, kiedy Victoria rzuciła zaklęcie rozpraszające. Światło nie zgasło, zamigotało jednak na sekundę, świadcząc o tym, że czar się udał. Dopiero wtedy zrobiła ostrożny krok bliżej bębna. Modły? Oby, ale...
To naprawdę wyglądało jak krew.
Pół biedy, jeśli była zwierzęca. Bo jeżeli ludzka, to miały tutaj nie tylko dzieła maniaka, ale miejsce zbrodni.
– Mogłabym się przemienić i się upewnić, ale chyba nie ma co się łudzić, że to farba… – westchnęła i uniosła różdżkę, tym razem by spojrzeć ku sufitowi. – Zastanawiam się, czy może tu być jakieś inne wejście. Wiesz, z tej kamienicy, w której on mieszkał.
Nie dostrzegała jednak żadnego zarysu innej klapy w podłodze ani drzwi, za którymi mogłyby kryć się schody. Miejsce wyglądało na porzucone już od jakiegoś czasu, ale czy mogło być takie od lat…? Więc i siostry Lestrange, i poprzedni właściciele niczego nie zauważyli? Chyba gdyby wiedzieli, pozbyliby się przynajmniej tego bębna przed sprzedażą…
– Może był zaczarowany, żeby sam grał… ale to tak bardzo bez sensu – powiedziała, znów spoglądając na instrument, pokryty krwią. Bo przecież tą grą „zwracał uwagę”. A ktoś ukrył wejście. Absurdalne zachowanie... całkiem pasujące do Yaxleya.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#20
12.11.2025, 19:55  ✶  

Czuła dreszcz na karku i pewnego rodzaju obrzydzenie, które sprawiło, że kąciki jej ust wygięte były w dół, gdy tak skanowała otoczenie, w którym się właśnie znalazły. Afrykańskie bębny poltergeista, a może raczej Thorana Yaxleya? Ołtarz. Ołtarz już widziała kilka dni temu – nieco inny, ale w ruinach własnego domu rodzinnego, co również wywoływało jej niepokój, a teraz, gdy patrzyła na kolejny, równie namacalny, zaczęła się zastanawiać… Czy to wszystko naprawdę nie jest przez nią? Czy była jakimś celem…?

W tym domu ewidentnie nie działo się dobrze. A przynajmniej działy się tu różne dziwne rzeczy, których nie chciało się w miejscu, do którego przychodzi się odpocząć. Które ma być bezpieczną przystanią. Ale nie mogło nią być, skoro od początku był to tylko przystanek na chwilę, może duch tego domu to wyczuwał? I ją odrzucał? Victoria była uparta i potrafiła w takich momentach tupnąć nóżką, i tu też zamierzała podporządkować to mieszkanie do siebie, ale… Czy kosztem ludzi, którzy tu mieszkali razem z nią?

– Nie… – nie podejrzewała tego małżeństwa, ale może był to błąd. Może powinna ich sprawdzić. – Nie wygląda jak farba – dodała i dźgnęła bęben różdżką, gdy już była pewna, że nie unosi się tutaj jakaś dziwna magia, która uruchomi coś paskudnego. Nic się nie wydarzyło, przedmiot wydawał się być normalnym przedmiotem i zachował się dokładnie tak, jak powinien, pacnięty różdżką: drewno stuknęło cicho. Następnie Victoria odsunęła się od bębna i podeszła do ołtarza, nie dało się tego nazwać inaczej. – Przed kolacją z okazji Mabon wybrałam się do Doliny na ruiny naszego domu – czemu? Sama nie wiedziała czemu. Czuła jakąś pustkę, nostalgię – tyle wspomnień miała z tamtym miejsce, a teraz te były tylko tym: wspomnieniem, którego ogień nie zdołał strawić. A Mabon zdawało się tym mocniej wyzwalać te wspomnienia, niektóre słodkie, niektóre bardzo gorzkie. Jej kwiaty… piękny ogród, nad którym tyle pracowała, najpierw zniszczony przez wichurę, a później Anna Rookwood pomagała jej go odbudować i teraz pozostały po nim tylko zgliszcza. – Weszłam do tego co zostało z domu. Ktoś ułożył tam pentagram, ustawił świecę… A na żyłkach powiesił trzy laleczki poubierane w sukienki z czerwonych i czarnych płatków kwiatów. A ziemia wokół domu była rozkopana – nie patrzyła na Brennę, przelotnie spojrzała na ten ołtarz, a teraz gapiła się w ścianę za nim, szukając tam jakiejkolwiek oznaki, że istniało jakieś przejście. – Przed wejściem ktoś zakopał tam koguta – zakończyła i odwróciła się od ściany, teraz badając sufit. Nie brzmiało to dobrze, ołtarzyk w ruinach domu, ołtarz tutaj, jakieś ofiary, krew, bęben… Jeśli dodać do tego typa, który atakował w snach kilka miesięcy temu, to sprawa robiła się jeszcze bardziej pogmatwana i niebezpieczna. – Jeśli jest tu jakieś przejście, to chyba nie magiczne… Moje zaklęcie zadziałało, nic poza twoją różdżką nie mignęło, więc jeśli coś tu jest to chyba tylko mechaniczne – ale jeśli były to jakieś kamienne drzwi czy coś w ten deseń, to czy nie powinno być śladu na podłodze? Jakiegokolwiek? Jak na złość były tu tylko ślady ich butów. – Może trzeba na nim zagrać melodię – rzuciła bez sensu i spojrzała za siebie na Brennę, próbując w ten sposób rozładować napięcie.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Brenna Longbottom (4827), Pan Losu (40), Victoria Lestrange (6695)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa