Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Dwudziesty siódmy września, końcówka lata - taka, w której człowiek zaczynał się zastanawiać, czy to jeszcze wieczny deszcz, czy już jesienna melancholia. Londyn był ciężki od wilgoci i zapachu sadzy, końcówka tego wieczoru był mokra i pachniała deszczem, kurzem, dymem z kominów, a drewniane schody skrzypiały pod moimi butami, kiedy wspinałem się na ostatnie piętro starej kamienicy przy Alei Horyzontalnej. Znowu lało - woda spływała po moim płaszczu, ciężkim jak grzech, i ściekała mi po karku. Zegarek na nadgarstku pokazywał coś po jedenastej. Oparłem się ramieniem o framugę, gdy włożyłem klucz do zamka, a stare drzwi skrzypnęły znajomo, kiedy wszedłem cicho, jednym ruchem zrzucając kaptur. Włosy miałem mokre, przylgnięte do karku, zimny powiew z klatki schodowej przyniósł ze sobą zapach dymu i ulicy. W mieszkaniu paliła się tylko jedna lampa - jej ciepłe światło rozlewało się po drewnianej podłodze, przez szparę drzwi do salonu, łapiąc na chwilę błysk wody z moich butów. Na kuchennym blacie leżał kubek z niedopitą herbatą, a z głównego pomieszczenia dobiegał cichy szmer.
Płaszcz ciążył mi na ramionach bardziej niż zwykle, lewą ręką trzymałem go zapiętego przy piersi, żeby to, co ukrywałem pod nim, nie zaczęło się wiercić. Spojrzałem w stronę salonu i uśmiechnąłem się krzywo, czując, jak maleńkie pazurki przebijają się przez materiał płaszcza. Mały demon poruszył się niecierpliwie. Czułem pod palcami drobne drgania - szybkie, ciepłe, ledwo wyczuwalne. Wszedłem głębiej, zostawiając za sobą ciężar dnia i stukot deszczu o okna, powoli, jak ktoś, kto wracał na terytorium, którego sam jeszcze nie uznał za swoje.
- Sunny, kochanie? - Rzuciłem nisko, trochę zachrypniętym głosem, opierając się o framugę. Nie tak, jak do kobiety, którą się chce zdobyć, tylko znacznie bardziej czule - tak, jak do kogoś, kogo samemu już się ma w głowie, w środku, mimo że się jeszcze tego przed sobą nie przyznało. - Mam… Coś. - Powiedziałem, nie odrywając wzroku od niej. Nie wszedłem po to, by ją pocałować, chociaż, cholera, widok jej na kanapie - nogi podciągnięte, sweter za duży, włosy w nieładzie - sprawił, że coś się we mnie lekko przesunęło, jakby ktoś pociągnął niewidzialną strunę. Woda kapała z końców moich włosów na podłogę, ale nawet mimo tego, w tym wszystkim było coś absurdalnie domowego. - I zanim powiesz, sze znowu coś pszyniosłem s placy, tym lasem to szyje i wymaga uwagi. - Kot zapiszczał cicho, jakby potwierdzając moje słowa, płaszcz zadrżał, a dwa złote punkty błysnęły spod jego połów.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)