—15/09/1972—
Anglia, Dolina Godryka
Bertie Bott & Anthony Shafiq
![[Obrazek: imgproxy.php?id=Y9KQs49.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Y9KQs49.png)
Before you know kindness as the deepest thing inside,
you must know sorrow as the other deepest thing.
You must wake up with sorrow.
You must speak to it till your voice
catches the thread of all sorrows
and you see the size of the cloth.
Then it is only kindness that makes sense anymore,
only kindness that ties your shoes
and sends you out into the day to gaze at bread,
only kindness that raises its head
from the crowd of the world to say
It is I you have been looking for,
and then goes with you everywhere
like a shadow or a friend.
![[Obrazek: imgproxy.php?id=Y9KQs49.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Y9KQs49.png)
Before you know kindness as the deepest thing inside,
you must know sorrow as the other deepest thing.
You must wake up with sorrow.
You must speak to it till your voice
catches the thread of all sorrows
and you see the size of the cloth.
Then it is only kindness that makes sense anymore,
only kindness that ties your shoes
and sends you out into the day to gaze at bread,
only kindness that raises its head
from the crowd of the world to say
It is I you have been looking for,
and then goes with you everywhere
like a shadow or a friend.
Blond rycerz pośród ubogich.
Fasolki, zdawały się przynieść mu sławę i bogactwo, ale najwidoczniej obie te trucizny materializmu nie naruszyły serca. Czyżby? Anthony musiał to sprawdzić, głównie po to, a może przede wszystkim po to, żeby się przekonać na ile ich niedawno całkiem zawiązany sojusz stricte biznesowy miałby szansę przerodzić się w coś… więcej.
Złoto
Dla jednych było pokusą, marzeniem, dla innych lśniącą zabawką umilającą życie. Złote były galeony, złote ozdoby i złote korony. Złote były też jabłka kiedyś, w sadach Abbottów, nim przyszedł ogień z nieba. Jabłka dające poczucie nieśmiertelności.
Anthony’ego interesowało złoto. Zawsze. Hobbystycznie i z zamiłowania. Był jego wielkim amatorem, o czym mogły świadczyć zgromadzone przez lata skarby. Czuł się smokiem i jak smok gromadził dobra, oszczędzając przy tym dziewice, zwłaszcza te płci niewieściej. Złotem ocierał łzy zgniecionego idealisty, złotymi maskami skrywał twarz niezbyt zadowoloną z tego, jak wygląda świat. Z czasem jednak… z czasem zaczęło interesować go inne złoto. Z czasem uznał, że najjaśniej lśnią złote serca.
- Panie Bott? Cóż za niespodzianka - w istocie, była nią, choć nie dla Anthony’ego. On zaplanował swój piątkowy spacer, musiał bardzo celowo teleportować się do Doliny i równie celowo zawitać na ulicę Rzepakową. Nie mieli nigdy okazji porozmawiać, może raz czy dwa na jakiś raucie, ale teraz… Anthony przybrał swój najcieplejszy z możliwych uśmiech, wyciągając ku niemu rękę. - Bardzo żałowałem, że przy omawianiu umowy na najbliższy rok dostaw z Chateaux des Dragones nie mogłem być osobiście, ale zdaje się, że i Pana odgoniły od tego inne obowiązki? Proszę bardzo, jednak Dolina łączy ludzi. Pan tu mieszka, prawda? Przyznam, że przed tym całym szaleństwem prowadziłem małe rozeznanie w okolicy. Dolina od lat zdaje się mi najurokliwszym miejscem do ewentualnego zamieszkania. - Ciekawe czemu? Czyż nie wytknął mu tego Clemens zwany teraz Woodym? Czyż nie kierowała jego działaniami osobista vendetta za kilka słów powiedzianych mu w gniewie. Za drzwi. Za zakaz. Za przekonanie, że można było tak upokorzyć Anthony’ego J. Shafiq’a, jakby mu było mało z racji własnego urodzenia. Teraz jednak cała sytuacja była ledwie połyskującą perłą w twardej skorupie małża pamięci.
Będziesz chciał mnie mieć za przyjaciela - myślał sobie przed dwudziestu laty Anthony, gdy czerwony i upokorzony opuszczał przestrzeń Warowni pod srogim spojrzeniem Godryka.
Będziesz musiał przyznać, że jestem Twoim przyjacielem - myślał sobie teraz, choć przecież nie w stosunku do jasnowłosego olbrzyma, który roztaczał wkoło swój naturalny czar. Shafiq pozwolił sobie nawet na bezgłośne wewnętrzne westchnienie, zapatrzony w otwarty uśmiech i jasne życzliwe oczy. - Sporo tu zamieszania… - zauważył, pozwalając sobie na obserwacje zebranych ludzi czekających na jedzenie lub wydawane też koce i przydział maści na oparzenia. Wszystko to wyglądało bardzo prowizorycznie. Biednie. Smutno. W końcu Londyn spłonął ledwie tydzień temu. Ale wraz z nim w popiół obróciło się o wiele, wiele więcej miejsc. - Nie chciałbym przeszkadzać… - dodał uprzejmie w stronę Botta, mając oczywiście plan na to żeby zagaić w sposób możliwie niezobowiązujący, ale też żyjąc na salonach nie miał odruchu, by brać brudne chochle i rozlewać zupę. Na moment stracił rezon i rozejrzał się nieco zagubiony. Brakowało mu to Lovegooda. On powinien nawet pochodzić z tych stron, choć nie był do końca pewien, czy Lazarus nie był bardziej z bocznej linii. Kto z resztą przejmowałby się liniami półkrwistych?