gdzieś w Szkocji
Wrzosy kładły się niemal płasko na ziemi w narastającym wietrze. Drzewa w okalającym wrzosowisko od wschodu iglastym lesie szumiały. W ciemnych, wiszących nisko chmurach coś błysnęło - nie biało, jak przystało na porządny piorun, ale jakby fioletowo. Zbyt krótko, by ludzkie oko zdołało dobrze przyjrzeć się kolorowi, zanim stał się jedynie powidokiem na siatkówce albo wspomnieniem wrażenia zmysłowego.
Powietrze nad biegnącą przez wrzosowisko ścieżką zadrgało konwulsyjnie, a potem wypluło z siebie wysokią, szczupłą postać w czarnym płaszczu narzuconym na ministerialną szatę. Wiatr zaatakował ją momentalnie, załopotał ubraniem i rozwiał krótkie rude włosy.
Lazarus skrzywił się, na chwilę oślepiony podmuchem. Raczej nie miewał problemów z teleportacją, ale tym razem faktycznie stało się coś dziwnego. Zrobił wszystko jak należy, oczywiście, skupiony i w spokojnym miejscu, ale typowe dla magicznego przemieszczania się szarpnięcie było dziwnie brutalne i przez jedną krótką chwilę klątwołamacz zastanawiał się, czy nie ulegnie rozszczepieniu. Zmaterializował się jednak na tyle szybko, że nie zdążył się wystraszyć i na tyle kompletny, by nie dało się zauważyć żadnych braków. Tyle, że miejsce, w jakim to się stało zdecydowanie nie było tym, do którego planował się udać. Zamiast bowiem domagających się remontu wnętrz budynku Biura Celnego, jego oczom ukazał się pejzaż co prawda dość znajomy, ale jednak niespodziewany w poniedziałkowe popołudnie.
Czarodziej rozejrzał się w szarówce spowodowanej tyleż zbliżającym się wieczorem, co ewidentnie nadchodzącą burzą - magiczną, sądząc po charakterystycznym zapachu w powietrzu i kolorze wyładowań. Ucieszył się w duchu, że odłożył odwiedziny w Celnym na sam koniec dnia i prosto stamtąd zamierzał iść do domu, bo po pierwsze dzięki temu miał na sobie płaszcz, a po drugie ewentualne komplikacje związane z powrotem nie sprawią, że cały plan dnia rozsypie się jak domek z kart.
Okolica budziła wspomnienia i poczuł w piersi ukłucie tęsknoty, ale miał zadanie do wykonania. Odetchnął zatem, skupił się na celu swojej teleportacji, obrócił się na pięcie i spróbował się deportować.
Nic się nie stało.
Nie zdziwił się szczególnie, magiczne zawirowania miały to do siebie, że potrafiły uniemożliwiać teleportację. Kolejne próby w coraz silniejszym wietrze i pewnie coraz silniejszym polu magicznej anomalii mogły być ryzykowne. Lazarus zmarszczył brwi, przeczesał palcami i tak już zmierzwione wiatrem włosy i spojrzał w niebo. Nie miał pojęcia, gdzie jest, ale jedno było pewne - jeżeli czegoś nie zrobi, wkrótce będzie nie tylko zagubiony, ale i mokry. Wyciągnął różdżkę i spróbował transmutować swój płaszcz w przeciwdeszczowy, licząc na to, że dość proste w gruncie rzeczy zaklęcie uda się mimo pogody.
Slaby sukces...