- Znam. A ty znasz takie pojęcie jak „odpowiedź na temat”? - Odbiłem automatycznie. Tak, byłem większy, chodziłem szybciej, robiłem większe kroki, ale ta rozmowa nie była o krokach, nie do końca, nie była też o wyścigu. Była o tym, że nigdy nie byłem daleko, chociaż udawałem, że jest inaczej, nasze ścieżki nieustannie się przecinały, nawet jeśli swobodnie mogłem ją wyprzedzić, i ona doskonale o tym wiedziała, gdzieś tam pod skórą na pewno, po prostu gardziła tą myślą - sugestią, że mogło być inaczej.
Dwa lata przyjaźni.
Najbardziej realne dwa lata mojego życia.
Bałwany, które budowaliśmy na błoniach, zanim zaczęliśmy zachowywać się jak dwa psy na krótkich łańcuchach.
Pamiętałem, jak siedzieliśmy nad jeziorem, jej nogi w trawie, moje ręce wyjęte z kieszeni, bo zawsze coś jej podawałem, guzik, kamień, liść. Ona udawała, że tego nie chce, a potem chowała wszystko do tej swojej maleńkiej kieszonki.
Małe, głupie rzeczy. Rysunek smoka. Magiczny kamyk. Miniaturowy kompas, który wskazywał najbliższy kominek.
Śnieg na jej włosach.
Zimne policzki.
Yule.
Dwa lata z rzędu.
Jezioro.
Błonia.
Te durne listy na początku trzeciego roku - krótkie, idiotyczne, zostawiane w podręcznikach, żeby chociaż raz zobaczyć jej mikro uśmiech.
A potem?
Potem zaczęliśmy udawać, że nic nigdy się nie wydarzyło.
Kiedy więc powiedziała, że wie, gdzie w moim mniemaniu, w moich oczach, jest jej miejsce, coś mnie ścięło, nie złością, bardziej tym, że tak cholernie się myliła. Podniosłem głowę powoli, zbyt powoli.
- Wiesz? - Powtórzyłem, testując to słowo na języku, chociaż tego nie potrzebowałem. Jej „to źle myślałeś” rzucone tak na przekór, tylko po to, żeby mi zaprzeczyć, jak zawsze, to była czysta Prudence, gdyby mogła, zaprzeczyłaby nawet własnemu imieniu, żeby tylko zrobić mi na przekór. Patrzyła w płomień, jakby próbowała w nim znaleźć jakieś odpowiedzi, których ja nigdy nie dawałem. Prychnąłem, ale nie dlatego, że było to śmieszne, raczej dlatego, że było zbyt blisko czegoś, czego nie chciałem dotykać.
- Chcesz, żebym powiedział, co o tobie myślę? - Zapytałem powoli. - Proszę bardzo. Myślę, że gadasz głupoty. - Przygryzłem policzek od środka, zanim powiedziałbym za dużo, ona miała dar otwierania drzwi, które zamknąłem dawno temu. - Słyszałem różne pieprzenia w życiu, Bletchley. - Powiedziałem cicho. - Ale to? To jest chyba największa bzdura, jaką kiedykolwiek z siebie wypuściłaś. - Zawiesiłem głos na ułamek sekundy, nie spojrzałem na nią, bo to byłoby zbyt czytelne. Przewróciłem nożyk w dłoni i uniosłem brew, gdy rzuciła o dziewczynach i „głupich gęsiach”. No, pewnie, dobrze wiedziała, jak działał ten świat - widziała, jak reagowały na mój uśmiech, jak starały się przyciągnąć uwagę. A ona? Ona nigdy nie musiała nic robić, nigdy, wystarczyło, że była, dopóki nie przestała. Było coś w jej głosie coś znajomego - coś, co słyszałem kiedyś, zanim zaczęliśmy udawać, że nie potrafimy się już lubić. Odchyliłem się lekko i przesunąłem wzrokiem po jej dłoniach, po jej ramionach. Jej dłonie zacisnęły się na blacie, aż paznokcie wbijały się w drewno, zamrugałem, przez sekundę pokój jakby zamarł.
Odwróciłem wzrok, udając, że interesuje mnie moje własne dłubanie.
Cholerne drewno.
Cholerna ona.
Cholerne wspomnienia, które wracały dokładnie wtedy, kiedy najmniej ich chciałem, i wtedy... To jedno zdanie trafiło we mnie jak zaklęcie bez inkantacji. Odłożyłem nożyk, powoli.
- Nie wszyscy odchodzą, Pruey. - Powiedziałem cicho, zanim zdążyłem się ugryźć w język, to nie miało paść - nie tak, nie teraz, ale już padło, między nami, ciężkie, prawdziwe, niepasujące do naszej gry. - Nie wszyscy. - Powtórzyłem, już chłodniej, żeby zamaskować to pierwsze. - Tylko ci, którym przestaje zależeć. - Wiedziałem, że ona usłyszy w tym coś innego niż chciałem pokazać, ale nie mogłem inaczej, nic by to już nie zmieniło - nie mogłem jej powiedzieć, że przecież zostałem, nadal tu byłem. Nożyk znów znalazł się między moimi palcami, musiałem czymś zająć ręce, zanim powiedziałbym coś głupszego.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)