• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[Yule 1971] Ciemna noc w jasności

[Yule 1971] Ciemna noc w jasności
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#1
09.12.2025, 02:50  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2026, 21:14 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Helloise Rowle - osiągnięcie Piszę, więc jestem

Świąteczny afterek pod Knieją



Zbierając się do wyjścia z uroczystej kolacji, Helloise bardzo nalegała, żeby ją odprowadzić. Było to wręcz konieczne — nie mogła się przecież sama teleportować, toż to nielegalne. I nim ktokolwiek zdążył wyrazić jakieś obiekcje czy opinie, już wisiała wyczekująco na ramieniu Leviathana.

— Och, dobra Matko — westchnęła teraz cierpiętniczo, gdy wylądowali w jej chatce. — Jakie to szczęście, że dla mnie to była droga tylko w jedną stronę. Teleportacja po takich ilościach jedzenia... — Znów westchnęła i odchyliła głowę do tyłu, jakby to miało pomóc utrzymać treść żołądka tam, gdzie jej miejsce. — Że też musisz tam wracać, znów się teleportować — mruknęła przebiegle tonem, który nic a nic nie sugerował.
Puściła czarodzieja. Zdjęła w progu kozaki. Wchodząc do kuchni, jedna za drugą wysupłała spomiędzy włosów spinki tworzące raczej chaotyczne upięcie i zostawiła je na stole. Nazbyt formalne jak na jej gusta były te świąteczne kolacje, z przyjemnością więc wracała do swojego naturalnego swobodnego stanu.
— Napal w kominku, skoro już jesteś — dodała, odwracając się przelotnie do Leviego, aby upewnić się, że zrozumiał aluzję i rzeczywiście poczuł się zaproszony do środka.
Nie było w chacie tak zupełnie zimno — wciąż tlił się na palenisku żar, lecz ostatnie drwa miały lada chwila dogasnąć. Oprócz tego gospodyni ruchem różdżki zapaliła serię poutykanych po kątach izby świec, aby nie siedzieli tu w ciemności.
Uroczo prezentowała się chatka na kurzej stopie w środku zimowej nocy: obsypana bielutkim śniegiem, błyszcząca zza okien ciepłym światłem. Ducha mroźnej pory oddawało jednak szczególnie wnętrze wypełnione zapachem drzew iglastych i pomarańczy. Było tu oprócz pozostałości gałązek zużytych na wieńce świąteczne (szczególnie obecnych w postaci niedokładnie zamiecionych igieł na deskach podłogi), również kilka niewielkich choineczek w donicach (aby dało się je później zasadzić w stosownym miejscu); girlandy z cytrusowych skórek zaś Helloise uwiesiła, gdzie tylko się dało.
— Wina? — Otworzyła szafkę z alkoholami. Opium zawsze najlepiej smakowało jej z winem, więc miała go najwięcej. — Mam też jakieś nalewki, jeśli masz ochotę degustować. — Cóż, przynajmniej nie wyciągnęła przed nim w tym roku obrzydliwego ulepu ochrzczonego likierem piernikowym, którym chwaliła się dumnie w poprzednim sezonie.


dotknij trawy
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#2
11.12.2025, 20:23  ✶  
Nie rozumiał, czemu nie mógł odprowadzić jej ktoś inny, albo czemu nie mogła polecieć na tej swojej przeklętej miotle. Ale kiedy uwiesiła się na jego ramieniu, nie walczył zaciekle o to, by zrzucić ją z niego, jakby akceptując swój marny los i zostanie taksówką.

- Myślałaś o tym, żeby aż tyle nie jeść? Zachowujesz się czasem, jakbyś nie miała w domu nic do jedzenia - wymruczał, ale cisza panująca w chatce, przerywana zaledwie krokami czy pojedynczymi ruchami, niewiele mogła tutaj zdziałać by przykryć jego narzekania. Może chciała się napchać na zapas, ale on bez specjalnego przekonania wpychał w siebie kolejne kęsy jedzenia, bardziej koncentrując się na uzupełnianiu braków alkoholem. W sumie skoro już cos marudziła o nielegalnej teleportacji, to równie dobrze mógł się wyprzeć niemożnością teleportacji po pijaku. Stracona szansa.

Zdjął grzecznie buty i zagłębił się w jej włości, posłusznie też sięgając po różdżkę, kiedy nakazała mu rozpalenie w kominku. Przetransportował drwa do palenisko, a następnie stuknął różdżką znowu, by podsycić płomienie i zachęcić do samodzielnego działania.
- Nie masz piernikowego likieru? Jestem przekonany, że znakomicie sprawdziłby się jako podpałka... - rzucił, wcale a wcale złośliwie. Płomyki podskakiwały mozolnie w kominku, ale przecież nikomu by nie zaszkodziło, gdyby je odrobinę chociaż alkoholem podsycić. - Może być i wino. Za nalewki podziękuję. Nie chcę przesadnie... ryzykować że znowu się trafi jakiś nieudany eksperyment między nimi.


We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#3
12.12.2025, 01:39  ✶  
Nie rozumiała, kto inny miałby ją odprowadzić, jeśli nie Leviathan. I cóż to za pomysł w środku mroźnego, zimowego wieczoru wysyłać kobietę samą na miotle tyle kilometrów?
— Więc myślisz, że jestem gruba? — zapytała jak gdyby nigdy nic Helloise.
Obróciła głowę, a za nią podążyła reszta ciała, niby pies goniący własny ogon tyle że ona próbowała dogonić wyimaginowaną grubą dupę. Wśród licznych problemów, jakie objawiły się w życiu czarownicy, waga nigdy się nie znalazła. Całe życie była szczupła, nie miała kiedy wyrobić tego kompleksu. Jej pytanie było więc niczym więcej jak rozbawioną prowokacją, którą zaraz uzupełniła mniej niepoważną odpowiedzią:
— Są święta. Na co dzień sobie tak nie ugotuję. Nie mam nigdy na obiad tylu potraw, tylu smaków. Widzisz tu kucharzy albo służbę? — Rozłożyła ramiona. — Wszystko robię sama. Dużą część nawet sieję sama, moje od nasiona po talerz. Oczywiście, że jest na co dzień skromniej, ale nie będę sobie odmawiać popróbowania dobroci, gdy mam okazję.
Może i jadła, ale przynajmniej — w przeciwieństwie do Leviathana — nie upiła się przy tym. Choć lubiła wino, nie piła raczej na umór. Od nadmiaru alkoholu robiła się tylko bardziej agresywna i lekkomyślna, a z tego nigdy nie przyszło jej nic dobrego. Lgnęła ku truciźnie, która działała w dokładnie odwrotny sposób: owijała kokonem błogości przeżywanej w ciszy.
— Może zamiast podawać wino, powinnam zacząć szykować ci odtrutkę na rano. — Postawiła butelkę na stole, lecz gest wcale nie przypominał zaproszenia. Wręcz przeciwnie: Helloise zakryła korek nadgarstkiem, patrząc na mężczyznę badawczo. Próbowała ocenić, czy da sobie radę. Nie zamierzała rzucać w Leviego kamieniem, jeśli szło o trzeźwość. Nie zamierzała ograniczać jego wolności wyboru... ale przykładać rękę do robienia mu krzywdy? — Nie najadłeś się do pełna? Zawsze możemy coś dorobić. Słodko czy wytrawnie? Może słodko. Może od odpowiedniej porcji ciastka i likieru byłbyś mniej zgorzkniały — mruknęła cierpko, gdy wypomniał jej zeszłoroczne eksperymenty.


dotknij trawy
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#4
13.12.2025, 07:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.12.2025, 07:35 przez Leviathan Rowle.)  
- Ty to powiedziałaś - wymruczał w odpowiedzi, jak gdyby nigdy nic. Chciała się w to bawić to proszę bardzo, on nie miał najmniejszych oporów. - Spędzasz całe dnie w tej swojej chacie, ktoś mógłby pomyśleć że masz pełno czasu i jeszcze więcej, żeby sobie gotować albo urządzać wielodaniowe obiadki. Sama siejesz, znaczy się że nie brakuje ci jedzenia. No chyba że brakuje i ojciec ma ci dać kieszonkowe? - zapytał z kamienną wręcz twarzą, lustrując ją uważnie spojrzeniem kiedy rozłożyła ręce i podążając za tym gestem, jakby oceniał cały dobrostan jej chatki. No cóż, luksusy to nie były, chociaż Leviathanowi i jego własnemu domkowi też daleko było od pławienia się w przepychu. Większość czasu nie spędzał w domu czy rodowej posiadłości, a w samym sercu rezerwatu i ze swoimi pracownikami, babrając się nierzadko w błocie.

- Rano mnie już tutaj nie będzie - zawyrokował. Nie skomentował jej wcześniejszych, wcale-nie-przebiegłych słów, chyba specjalnie puszczając je mimo uszu. Kiedy jednak zostawał na noc, często i tak znikał przed świtem, jakby co najmniej miał dostać wysypki od nadmiernego spędzania czasu czy to w jej towarzystwie, czy to w samej chatce na kurzej nóżce.

- Po co mnie w ogóle pytasz, skoro sama znajdujesz odpowiedzi tak szybko? - odstąpił wreszcie od paleniska, uznając że podskakujące na drwach płomienie, dadzą sobie już dalej radę i nie grożą wygaszeniem. - Może być i na słodko. A w tym roku nie przeprowadzałaś jakichś nowych testów i eksperymentów? Może byś mnie czymś pozytywnie zaskoczyła?


We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#5
13.12.2025, 16:28  ✶  
— Niczego mi nie brakuje, bo spędzając dnie w tej chacie, nie zajmuję się wyłącznie leżeniem. Pracuję na to, czego potrzebuję. Wiesz, ile leków zażywają starsze czarownice z Doliny? Młodsi też się coraz częściej budzą i przychodzą. Ostatnio ktoś mi nawet opowiadał, że Lupinowie dosypują mugolskich substancji do swoich eliksirów leczniczych, więc kupuje tylko u mnie. — Wpadła niepotrzebnie w dygresję, lecz szybko powróciła do przerwanego tematu: — Robię zaopatrzenie do domu pogrzebowego, robię dekoracje do świątyni Whitecroft. Gdybyś poszedł ze mną do Kowenu, po nabożeństwie pokazałabym ci swoje partie. W logistykę gotowania obiadów dla jednej osoby nawet nie będę zaczynać brnąć.
Może to był alkohol, a może zły humor, lecz nie dało się nie zauważyć, że od samego początku Leviathan był dla Helloise okropny. I choć przymykała na to oko, zbijając wszystkie jego docinki, podskórnie zaczynała czuć, że ta anielska cierpliwość może nie być nieograniczona.
— Mężczyźni wychodzą tak od brudnokrwistych kochanek, których się wstydzą — parsknęła czarownica, unosząc brew w politowaniu. Obeszła stół i znalazła z Leviathanem twarzą w twarz. — A to tylko wizyta u rodziny. I jesteśmy tu tylko my dwoje. Przed kim miałbyś się wstydzić, że spędzasz ze mną czas? Przede mną czy przed sobą? — Pochyliła się nad czarodziejem, żeby zwąchać, jak intensywnie otacza go mgła alkoholu. W oczach miała to niezadowolenie, jakie matki okazują nastoletnim synom, gdy wyczują od nich pierwsze piwo czy papierosa. — Potraktuj mnie jeszcze jakąś złośliwością. Prawie uwierzyłam, że mną gardzisz — mruknęła cicho, zanim się odsunęła, żeby przeglądać szafki kuchenne w poszukiwaniu inspiracji kulinarnej.
Nie lubiła, gdy Rowle wychodził za wcześnie. Zawsze próbowała zatrzymać go przy sobie jak najdłużej. To, że przychodził, często było obowiązkiem. To, że zostawał, oznaczało, że ona wciąż nie była mu obojętna, niezależnie od wzystkiego, co mówił.
— Piernik? Mam składniki na ciasto piernikowe z jabłkami. Nie ma nic eksperymentalnego w przetworach jabłkowych. Nie musisz się bać. Eksperymentalną można do niego zrobić polewę.


dotknij trawy
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#6
17.12.2025, 02:40  ✶  
Nie wiedział czego się spodziewała, biorąc pod uwagę że starzy ludzie mieli właśnie to do siebie, że łykali leki jak cukierki. Niemniej jednak, wciąż uważał że ugotowanie tych jej eliksirów czy skręcenie maści, wcale nie było aż tak dużym wyzwaniem, bo czy przypadkiem kociołek nie był odpowiedzialny za większość roboty? Ona musiała tylko to czasem zamieszać, coś dorzucić, a potem popakować. Gdzie problem? Dosypywania substancji natomiast nie skomentował, bo nawet jeśli za mugolami nie przepadał, to brzmiało mu to odrobinę naciąganie; czy niemagiczni przypadkiem i tak używali ziół, które popularnie wrzucało się do kociołka? Idąc tym tokiem myślenia, to Hela nie powinna pić naparów z rumianku.

Starał się zachować neutralny wyraz twarzy, bo nie w smak było mu psucie świątecznej atmosfery czy szarpanie się na tematy, które podchodziły pod dyskusje ludzi w foliowych czapeczkach. Kiedy jednak wspomniała o domu pogrzebowym, na jego twarzy pojawiło się zwyczajne obrzydzenie.
- Nie masz co robić, tylko bawić się ze zmarłymi? - zapytał, jakby co najmniej sama miała ich przygotowywać do ostatniej podróży. Śmierć nie odstręczała Leviathana, ale jakieś rozpaczliwie próby zachowania w truchle człowieczeństwa już tak. Wraz z ostatnim oddechem, człowiek przestawał być człowiekiem. Kiedy przestawał oddychać czy chociażby się ruszać, był tylko padliną, którą należało jak najszybciej zagrzebać w ziemi. - Niezbyt ze mnie świątobliwy mężczyzna, ale jeśli chcesz...

A potem wywrócił na nią oczami. Dramatyzowała, jak zawsze z resztą, ale faktycznie był może odrobinkę rozdrażniony. Te święta spędzali w powiększonym składzie, z Astorią przy stole, która zasiadała grzecznie obok swojego narzeczonego, jego brata. Rowle od samego początku uważał to za niezwykle przewrotne i uderzające w jakieś drażniące tony, jakby całe to małżeństwo miało popsuć wszystko co łączyło do z Avery.
- Może mi spieszno do mojej brudnokrwistej kochanki? - zapytał, wpatrując się w jej oczy wręcz wyzywająco. - Dlaczego miałbym się ciebie wstydzić, Helloise? Nie mogę zwyczajnie chcieć spędzić nocy we własnym domu? We własnym łóżku? - może powinien pojawić się na progu Laurenta, sprawdzić czy ten był w New Forest. Wtedy przynajmniej połowa z jego insynuacji byłaby prawdziwa; nie brudnokrwista i nie kochanka, ale wciąż czego można by się chociaż odrobinę wstydzić.

- Nie gardzę tobą - mruknął, podnosząc się w ślad za nią. Jej decyzjami, w szczególności tymi, które doprowadziły ją do życia w kurzej chatce, już owszem. - Może być i piernik. Chyba nigdy nie jadłem piernika z jabłkami. - odkorkował jakąś butelkę i powąchał jej zawartość. Pachniała procentami, idealnie by nalać sobie nieco do szklanki. - Nie boję się. Martwi mnie tylko, że kogoś kiedyś otrujesz jakimś swoim eksperymentem - prychnął z pewnym rozbawieniem, może odrobinę siląc się na rozluźnienie atmosfery, ale wciąż nie mogąc w pełni wzbronić się od chociaż minimalnego przytyku. - Z czego ta polewa?


We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#7
19.12.2025, 01:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.12.2025, 01:05 przez Helloise Rowle.)  
Może i niemagiczni używali tych samych ziół, co czarodzieje, lecz straszyli poza nimi takimi substancjami jak alprazolam, paracetamol i inne straszne klątwy, które nie mogły znaczyć nic dobrego. Bój się Bogini! Znaleźć taki odpad wkruszony do swojego eliksiru wiggenowego — zgroza.
— Nie śmiałabym się bawić. — Urażona czarownica skrzywiła się. Dotknęła ją nie wizja kontaktu z martwym ciałem, lecz uczynienia sobie ze śmierci zabawki. — Wysyłam im świece, kwiaty, wieńce. Aż tak cię to razi? Ty nie zapalisz dla mnie świeczki, gdy umrę? — zapytała niby-zmartwiona, widząc, jak Leviathan kręci nosem na tę jej współpracę.
Dramatyzowała? Trudno powiedzieć. Z pewnością na pijanego łatwiej było zrzucić winę, a odwinięcie się mu rozładowało skumulowane w Helloise niezadowolenie. Byli dzięki temu kwita, więc kolejną zaczepkę czarodzieja mogła podjąć z przyjemnością.
— Tak? Powiem o niej twojemu tacie. Będzie szczęśliwy, że robisz smocze bękarty brudnokrwistym dziewuchom? Jeśli urodzą się z tymi pięknymi oczami po tobie… lub czymś więcej… nigdy się ich nie wyprzesz — odbiła wyzwanie, wytrzymując gadzie spojrzenie. Ba, wydawała się ucieszona tym zwrotem rozmowy, który odsunął uwagę od niej i jej bardzo prawdziwych błędów na te jego insynuowane. — Śpisz tyle nocy w swoim łóżku w swoim domu. Jeśli czujesz się tu obco, to wyłącznie znak, że powinieneś bywać u mnie częściej.
Nie dbała o obecność żadnej dodatkowej duszy przy stole, niezależnie od tego, kto ją przyprowadzał. Astorie, Septimy i inne dziewczynki krążące wokół Rowle’a dawno przestały ją interesować, mimo że na początku — gdy zaczął uczęszczać do Hogwartu — każda taka laleczka zwracała jej uwagę. Ciężko Helloise przełknęła, że Leviathan przestał należeć do niej na wyłączność, którą wymuszała we wczesnym dzieciństwie ich domowa codzienność. Nagle on mógł wybierać wśród wachlarza koleżanek, gdy ona swoje koleżanki mogła liczyć na palcach jednej ręki.
Takie drobnostki jak przyjaciółki Leviego szybko jednak przestały mieć znaczenie — gdy tylko Helloise odrzuciła wszystko, co miała, i wszystko, co mogła mieć. Wtedy już tylko wystarczało, że nią nie gardził.
— Nie całkiem piernik. Ciasto à la piernik — wyprostowała czarownica, patrząc oceniająco, jak mężczyzna polewa sobie alkoholu. — Trucicielstwo to również sztuka. Całe szczęście masz dużo ziemi, gdzie nikt nie będzie szukał moich trupów.
Zajęła się wyciąganiem i przygotowywaniem składników — mąka, kakao, utarte jabłka, jajka, masło, miód, mnóstwo korzennych przypraw. I do pracy.
— Polewa czekoladowa — poinformowała, pilnując topiącego się w rondelku nad ogniem masła. — Czekoladę ze śmietanką dasz radę roztopić, mam nadzieję. — Pewności mieć nie mogła. Nie w tym stanie i nie z jego umiejętnościami manualnymi. — Jeśli masz odwagę, możesz domieszać do niej małe co nieco — stanęła na palcach i wyjęła z samego szczytu kuchennej szafki złocistą miksturę w szklanym flakonie — ale nie powiem ci co to. — Uśmiechnęła się przebiegle, zabierając znad ognia rondelek.
Wyniósłszy roztopione masło na taras dla szybkiego wystygnięcia, odnalazła czerwoną paczkę pozostawioną wcześniej tej nocy przez Lucy. Wzięła ją do domu i rozpakowała od razu na oczach Leviathana, rzucając papier pakunkowy na podłogę.
— Och, spójrz, ktoś mi coś zostawił. — Poczęstowała się jednym z podarowanych ciastek, nie myśląc o tym, czy to mądre raczyć się tajemniczym jedzeniem podrzuconym pod drzwiami. — To miłe. Też sobie weź, jeśli chcesz.
Krótko potem masa na ciasto piernikowe była gotowa i włożona do pieca, a składniki polewy wydane Leviathanowi. Helloise rozsiadła się na blacie kuchennego stołu, uwagę dzieląc między starania mężczyzny a fiolkę czerwonej cieczy, którą wyjęła ze swojego prezentu. Odkorkowała ją, powąchała, zanurzyła palec w soku i oblizała go ze smakiem.
— Malinowy — mruknęła w zadumie, zakładając nogę na nogę.
Najważniejszym pytaniem pozostawało, czy cwanej, przemądrzałej wiedźmie rzeczywiście nie spaliło się w czasie tej degustacji ciasto.

rzemiosło
Rzut Z 1d100 - 60
Sukces!


Z pieca miało jednak wyjść o właściwym czasie, bez nieprzewidzianych efektów pirotechnicznych.


dotknij trawy
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#8
24.12.2025, 06:43  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.12.2025, 06:45 przez Leviathan Rowle.)  
- Zapalę ci nawet cały stos pogrzebowy, ale nie licz na to że będę oglądać twoje zwłoki wietrzejące w trumnie i czekające nie wiadomo na co - odpowiedział, krzywiąc się przy tym zniesmaczony. Dobrze, że do tego całego opisu nie dodała że wszystko trafiało na Nokturnowski adres, bo w takim wypadku rozmowa mogła toczyć się dalej i w o wiele mniej przyjemnym tonie, bo jeśli było coś, czego Leviathan szczerze nie trawił, to była to właśnie ta przeklęta uliczka. Uciekła tam raz, więc czemu tam wracała? Co ją ciągnęło do tego brudu i smrodu, gdzie desperacja mieszkała na każdym rogu i trafiali tam tylko ci, którym nie należało się właściwe życie? Miała swoją chatkę, miała swoją Knieję.

- Co za różnica komu? - zapytał, ale coś w głosie napięło się. Tata brzmiało tak miękko i nienaturalnie, jakby nigdy nie mogło odnosić się do postaci Lazarusa. Ten stary gad, siedzący na swoim tronie w Snowdonii, zasługiwał w głowie swojego syna na poważne miano Ojca i nigdy nic więcej ani mniej. Ale wizja generowania bękartów też nie była przyjemna. Nie, kiedy w świadomości młodego Rowle'a zawsze gnieździła się obawa, że jego pierworodny potomek faktycznie urodzi się z gadzimi oczami i zacznie porastać łuską. A może matka natura wraz z ciążącą nad nim klątwą, wykrzywiłaby go jeszcze bardziej, upodabniając do panów niebios; ale zamiast potęgi dając mu połamane skrzydełka, krzywe rogi czy niezręczny ogon. Leviathan też posiadał pewne przeświadczenie, że w jego życiu nie było miejsca dla bękartów - w końcu te znaczyłyby o braku kontroli. Dlatego zawsze uważał, że gdyby tylko o jakimś wiedział, priorytetem byłoby pozbycie się go. - Dzieci są delikatne - skwitował tylko beznamiętnie, jakby właśnie nie głosił czegoś tożsamego do; łatwo się je zabija. Nie było w tych słowach doświadczenia, ale sama pewność własnej racji była wystarczająca.

- Niech ci będzie - odpowiedział tylko, pocierając twarz dłonią i uginając się pod naporem. Nie zamierzał jednak wywiązywać się z domysłów, które mogły iść w ślad za jego słowami. Nie czuł się tutaj ani obco, ani też nie zamierzał zostawać do ranka. Bardzo jednak chciał przestać o tym słuchać.

- Piernik, à la piernik, co za różnica? - upił parę łyków, zezując na nią znad szklanki. Nie był piekarzem, ani nawet kucharzem, przy garnkach spędzając minimalne ilości czasu, czyli zero. To była domena kobiet i skrzatów domowych, ewentualnie światowej klasy szefów kuchni. Kiedy jednak wspomniała o polewie czekoladowej i jego roli w jej wykonaniu, nie sprzeciwiał się, sięgając po śmietankę i czekoladę, żeby faktycznie roztopić je zgodnie z instrukcją. Ustawił garnuszek nad palnikiem i leniwie mieszał co jakiś czas. - Już ustaliłaś, w razie czego jest gdzie pochować ewentualną ofiarę twoich eksperymentów - westchnął, sięgając po flakonik i przez chwilę się mu przyglądając. W końcu jednak odkorkował go i dolał do roztapianej czekolady.

- Nie chce - zawyrokował, obserwując jak ona bierze jedno z ciastek i próbuje tajemniczej zawartości flakoniku. Nie chciał, ale próbować pierwszy nieznajomych prezentów. jeśli jednak miało się okazać, że Heli nic od nich nie będzie to już wtedy nie zamierzał się opierać.

rzemiosło ○○○○○ na roztapianie tej czekolady
Rzut T 1d100 - 85
Sukces!


Zamieszał ostatni raz znajdującą się w rondelku czekoladę, oceniając że chyba już cała się roztopiła, tworząc gładką masę. Zgasił więc palnik i odwrócił się do Helloise.
- Gotowe.


We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#9
24.12.2025, 15:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.12.2025, 16:45 przez Helloise Rowle.)  
Nie wracała na Nokturn. Malfoyowie byli znajomymi z Kowenu, nie z Nokturnu. Znalazła ich w domu Pani, nie w rynsztoku. To, że Necronomicon stał, gdzie stał, było niedogodnością, ale dopóki mogła teleportować się do ich kaplicy bez stawiania stopy na bruku tej przeklętej alei, była w stanie to okazjonalnie przełknąć.
Wyjęte z pieca ciasto zostało ozdobione czekoladą, która szczęśliwie udała się nawet podtrutemu alkoholem Leviathanowi. Pozostawało poczekać chwilę, aż zastygnie.
— Jest różnica. Czystokrwisty bękart jest wciąż pełnoprawnym czarodziejem. To, że spoza tego wydumanego układu rodowych umów… — Helloise machnęła ręką. Umowy i układy zawsze uważała za niepotrzebnie ograniczające. Ważne było, aby nie siać lekkomyślnie mocy starej krwi w tych, w których nie było wolą Bogów ją składać.
Do komopzycji świątecznych, zimowych zapachów w chacie dołączyła korzenna woń świeżego ciasta. W ciepłym półmroku świeczek wypełniających ciasną kuchnię, zwolniona spod formalnego tonu wcześniejszej kolacji, czarownica rozpływała się w błogiej swobodzie swojego zacisza. Uzależniało ją, jak bajecznie łatwe było wszystko w tych czterech ścianach. Łatwiejsze niż na zewnątrz, gdzie czyhały obowiązki, powinności, zasady.
Choć więc u sufitu wisiały krzaczki jemioły dające przesądnym pozwolenie na pocałunki bez konsekwencji, ona nie potrzebowałaby ich wcale do wydania sobie rozgrzeszenia z tego, co chodziło jej po głowie. Jedyną zasadą w tej chacie były jej życzenia. Podniosła wzrok na splątane zielone gałązki jemioły, które wykastrowała z okolicznych dębów przed paru dniami. Były niemal całkowicie oskubane z owocu, lecz Helloise znalazła między listkami jedną zabłąkaną białą jagódkę, która umknęła jej wcześniej. Zerwała ją, obtoczyła w pozostałej na ściankach rondelka czekoladzie i włożyła osłodzoną kuleczkę do ust.
— To trucizna — mruknęła leniwie, nie spuszczając wzroku z Leviego. Obróciła owoc w ustach, rozkoszując się chwilą napięcia, zanim rozgryzła go, żeby skosztować toksycznego soku. Jedna jagódka nie miała wyrządzić przecież krzywdy. — A jednak z owocu jemioły robi się eliksir zapominania. Może dlatego mówią, że za całowanie pod jemiołą nie ma kar. Można udawać, że nic się nigdy nie wydarzyło. — Zadumała się, spacerując wzrokiem po twarzy mężczyzny, po policzkach, w dół po grzbiecie nosa wprost na wargi. Zastanawiała się, czy smakują czymś więcej niż alkoholem. — Właściwie nie trzeba udawać. Można stracić pamięć. Jeśli skonsumujesz ją w odpowiedniej formie. — Zdjęła palcem z kącika własnych ust resztki czekoladowej polewy.
Kobieta odwróciła się, żeby pokroić ich małą świąteczną potrawę. Nóż grzęznął we wciąż ciepłym pierniku, nieco rujnując strukturę ciasta, ale nie oglądała się na to.
— Dzieci są delikatne — przytaknęła, pogrążona w myślach dawnych. — Kiedyś dużo o tym myślałam. — Kiedyś dużo myślałam o tym, chodząc w górę rzeki w rezerwacie. Dużo myślałam o tym, stając u szczytu wodospadu i patrząc, jak woda trzaska o skały w dole. I płynie dalej. Czy porwałaby ciała twoich dzieci, czy ugrzęzłyby wśród skał. Postawiła na stole pod zielonymi gałązkami jemioły bogato ozdobione polewą ciasto. — Mam nadzieję, że nie przeszedł ci w międzyczasie apetyt.
Myśli były przecież dawne — z czasów, gdy oboje byli jeszcze dziećmi. Gdy on nie mógł jeszcze niczego płodzić, a ona zrozumieć wagi swoich myśli. A jednak już wtedy wiedziała, że przyjdzie kiedyś moment, gdy on będzie spacerował po górach Snowdonii za rękę nie ze swoją krewniaczką, a jakąś zupełnie obcą kobietą. Taką, która nie nosiła od dzieciństwa smoczych miniaturek w ramionach, a łuska nie była dla niej najnaturalniejszą fakturą pod słońcem.


dotknij trawy
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#10
31.12.2025, 01:09  ✶  
- Bękart jest wciąż bękartem - powiedział z kwaśną miną. Niektórzy pokładali w takich dzieciach jakieś nadzieje. Zapewniali im wikt i opierunek, nawet dawali coś ważniejszego do roboty, uznając że jednak krew to krew, miała swoją wartość, nawet w ich żyłach. Dla Leviathana jednak, każdy bękart był niedogodnością. Dzieci z nieprawego łoża mieszały i zaburzały zasady jakim kierowały się czystokrwiste rody, szczególnie kiedy ich tatusie i mamusie uważali, że najlepiej było udawać że były to ich pełnoprawne pociechy. Dla niego sprawa była tak samo prosta jak w przyrodzie; słabe traciło życie, a potomstwo kogoś innego miało skręcane karki, żeby nie psuć linii krwi.

Po prawdzie to był nawet trochę zaskoczony, że polewa się nie przypaliła. Niby powierzone mu zadanie było proste, ale wystarczyła chwila nieuwagi by nadpsuć szykowaną polewę. Tymczasem pomieszczenie wypełniła tak samo woń wzrastającego ciasta, jak i słodkawy zapach czekolady. Jakkolwiek jednak łatwe i przyjemne nie wydawało się wszystko, co znajdowało się w tych czterech ściankach, wolał nie przybywać w nich za długo by nie zapomnieć o wszystkim, co czekało na zewnątrz.

Obserwował ją jak zwykle uważnie, niczym zaklęty w kamienny posążek i równie nieruchawy, kiedy obtaczała znaleziony owoc w czekoladzie. - Tracąc jednocześnie życie - dodał z przekąsem, kiedy z pewną irytacją podążał spojrzeniem w podobnej do niej manierze, lustrując kolejne fragmenty jej twarzy, by wreszcie zatrzymać się na kącikach ust, gdzie pozostały resztki czekolady, nawet po tym jak starła je palcem. Sięgnął więc dłonią, robiąc krok w jej stronę i zmniejszając dystans, kiedy już uporała się ze świąteczną potrawą. Starł kciukiem resztki słodyczy, z namysłem wciąż przyglądając jej się, kiedy zlizywał pozostałości polewy z palca. Zastanawiał się, czy pomimo tej czekolady, wciąż dało się wyczuć posmak trującej goryczy, którą niosły ze sobą owoce jemioły.

- Dlatego własnych nigdy nie miałaś? Bo były delikatne czy dlatego że nie chciałaś rozwadniać własnej krwi? - jemioła byłaby dobrą wymówką. Najlepszą, jaką pewnie mógłby teraz znaleźć, by ująć jej twarz w dłonie i zweryfikować czym smakowała. Przeważały maliny, czekolada czy może już wspomniana, zdradliwa goryczka. Czasy, kiedy chodzili razem za rękę, już dawno były za nimi, jakby w zupełnie innym życiu. To jednak, zupełnie dorosłe i poważne, wydawało się teraz znajdować bezpiecznie za drzwiami jej chatki, jakby faktycznie jej wnętrze okazywało się bezpieczną oazą dla wszystkiego co się w niej działo lub zadziać mogło.


We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Helloise Rowle (3465), Leviathan Rowle (2844)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa