- Ostlosznie. - Mimo to uniosłem lekko dłonie, jakbym musiał ją powstrzymać przed podpisaniem jakiegoś paktu krwią. - Jeśli twoją walutą ma być „wpadanie pogadaś”, to obawiam się, sze zbanklutujesz szybciej nisz ja albo będę musiał oglaniczaś wizyty, a tego byśmy nie chcieli. - Miło było móc powiedzieć coś takiego, rzeczywiście ceniąc sobie te parokrotne wizyty w jednym miejscu, zamiast ograniczać się tylko do kilku wymaganych przez etapy pracy nad klątwołamaniem, a potem już się tu nie pojawiać, co raczej było dla mnie zawodowym standardem. W tych czasach to bywanie gdzieś z własnej, nieprzymuszonej woli i zapraszanie kogoś do siebie, w ramach zaufania faktycznie stało się walutą.
Kiwnąłem głową, słysząc jej wnioski dotyczące drugiego biznesu, w końcu przyglądałem się jej przez chwilę, zanim zaczęliśmy rozmawiać - tej energii, która nie gasła nawet wtedy, gdy mówiła o zmęczeniu między wierszami. Perfekcjonizm nie wyglądał u niej jak pancerz, raczej jak… Naturalny sposób bycia, jakby musiała być wszędzie jednocześnie, bo inaczej świat zatrzyma się w pół obrotu. Była zapracowana - to widziałem od progu - każdy jej ruch miał rytm człowieka, który robi za pół załogi i jeszcze czuł, że mógłby więcej, pewnie mógłby, ale nie musiał. Tu naprawdę było dobrze, nie tylko w porównaniu do reszty biznesów w mieście, lecz tak po prostu, po ludzku ciepło i przytulnie.
A potem przeszliśmy do tematów zawodowych, zarówno moich, jak i jej własnych. Nie dziwne, że nasze definicje dzikości różniły się od siebie, ale w jednym zdecydowanie byliśmy zgodni.
- Czasem wystalczy sobotnia noc, szeby miasto przypomniało ci, sze nie potrzebuje czalnoksiężników, by stanąś w płomieniach. Ludzie sami potlafią byś wystalczająco… Kleatywni. - Słowo „kreatywni” zawisło między nami z ciężarem dobrze znanej ironii.
Opowiadałem dalej, a ona patrzyła na mnie z tą intensywną uwagą, której normalnie nie dostawałem od nikogo, i chyba faktycznie, na moment przeniosłem się gdzieś dalej - w te miejsca, w których pachniało cukrem, solą, dymem i życiem, które było prostsze, nawet jeśli niebezpieczne.
Kiedy wyciągnęła notesik, żeby zapisywać moje deserowe rewelacje, aż parsknąłem, nie mogąc się powstrzymać.
- Chcesz powiedzieś, sze moje kulinalne wspomnienia są walte dokumentacji? To pielwszy las, kiedy ktoś tlaktuje moje plefelencje degustacyjne powaszniej nisz moje lapolty s telenu. - Stwierdziłem, chociaż miałem świadomość, że tych pierwszych było zdecydowanie więcej, niż drugich, bo nigdy nie lubiłem papierologii, unikałem jej bardziej niż płomieni.
- Jesień to idealny moment na takie ekspelymenty. Człowiek jest balsiej skłonny do lyzyka, kiedy mu zimno. Słowo ekspelta. - Przesunąłem palcem po blacie, a potem spojrzałem jej w oczy, przekrzywiając lekko głowę. Byłem przyzwyczajony, że ludzie słuchali moich opowieści o miejscach, bo bali się tego, co tam widziałem, ona słuchała dlatego, że były słodkie. Nie musiałem dodawać nic więcej, ona już była w swojej głowie kilka kroków dalej, w nowym menu, w nowych smakach, w kolejnych pomysłach. Dobrze - w końcu ten lokal żył, bo ona żyła pełną parą.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)