Obudziłem się z tym nieprzyjemnym uczuciem, że świat jest za jasny, za głośny i zdecydowanie zbyt świadomy mojej obecności. Głowa pulsowała mi nierówno, jakby ktoś próbował wystukać mi na niej skomplikowany rytm, którego nie znałem, a usta miałem suche do granic absurdu. Przez chwilę leżałem bez ruchu, próbując ustalić podstawowe fakty - gdzie jestem, który to dzień i dlaczego moja całkowicie przemoczona kurtka ze skóry leżała rzucona niedbale na krzesło przy łóżku.
„Yule” - to słowo przyszło samo, ciężkie i nieproszone. Przetarłem twarz dłonią i zamknąłem oczy mocniej, jakby to mogło cofnąć noc - nie mogło, obrazy wracały w krótkich, irytująco niewyraźnych fragmentach - wieża astronomiczna, śnieg za oknem, ciepło kamienia pod palcami, brandy psora, zdecydowanie za dużo brandy psora. I ona, Prudence, Sunny, zbyt blisko, zbyt naturalnie. Zakląłem pod nosem. Nie pamiętałem wszystkiego, co powiedziałem, tto było najgorsze. Pamiętałem natomiast, jak to mówiłem - mój ton, swobodę, ten brak filtra, który normalnie trzymałem żelazną ręką. Pamiętałem jej głowę opartą o moje ramię, moje palce bawiące się jej włosami, jakby to było oczywiste - jakbyśmy nigdy nie przestali być tymi dzieciakami z drugiego roku, siedzącymi na schodach i wymyślającymi głupie historie. Tylko że przestaliśmy, dawno temu.
Usiadłem na łóżku i poczułem, jak mój żołądek wykonuje nieprzyjemny zwrot, nie od alkoholu, od świadomości, że to nie była tylko pijacka bliskość, nie dało się tego tak łatwo zbyć, za dobrze pamiętałem to ciepłe, idiotyczne poczucie szczęścia, nawet jeśli cała reszta była niejasna i zamglona, pocięta na niepasujące do siebie fragmenty obrazów i emocji. To, że byłem… Zadowolony, spokojny, jakbym na chwilę trafił dokładnie tam, gdzie powinienem być. To było niedopuszczalne.
Prudence była moją rywalką, Krukonką, prefektką, dziewczyną półkrwi, chociaż żadna z tych rzeczy nie miała aż takiego znaczenia, już nie, jak to, że była też kimś, z kim świat nauczył mnie się rozmijać, nie zbliżać, a jednak wczoraj w nocy nie tylko się zbliżyliśmy - zachowywałem się, jakbym miał do tego prawo, jakbym mógł trzymać jej rękę, ciągnąć ją na taras, obiecywać prezenty na urodziny, jakby to było coś oczywistego. Przysiągłem sobie w duchu, że jeśli kiedykolwiek jeszcze znajdę kontrabandę jakiegoś psora, zgłoszę je dyrekcji osobiście.
Najgorsze było to, że nie czułem wstydu, czułem napięcie, oczekiwanie - ten niepokojący impuls, który kazał mi zastanawiać się, czy ona też się obudziła z tym samym chaosem w głowie, czy pamiętała moje słowa, czy pamiętała dotyk, czy pamiętała więcej ode mnie, i wreszcie… Czy uzna to za błąd, czy za coś, o czym się milczy, czy może jednak…
Podniosłem się w końcu, powoli, każdy ruch był decyzją strategiczną. Nie wiedziałem, czy dziś świat wracał do normy, do masek, ról, do ostrej linii, którą oboje tak skrupulatnie pielęgnowaliśmy przez lata, czy może do czegoś całkowicie innego. Prawda była taka, że im więcej myślałem, tym mniej byłem pewien i tym bardziej nie potrafiłem łączyć ze sobą kropek - nie wiedziałem, w jaki sposób uzupełniać te wszystkie luki w pamięci, jak interpretować emocje, co z tego było pijackim majakiem, co było snem, a co należało do rzeczywistości. A jednak wiedziałem jedno, z niepokojącą pewnością - cokolwiek wydarzyło się tej nocy w wieży astronomicznej, nie było tylko alkoholem, konsekwencje nie miały zamiaru zniknąć razem z bólem głowy. One dopiero się zaczynały.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)