Czy te fiolki pojawiły się równo z różami – tego Victoria nie wiedziała, bo gdyby nie Brenna, to by się o nich pewnie nie dowiedziała… a przynajmniej nie tak prędko. Wolała nie robić takiego założenia, że to na pewno równo z czarnymi różami, bo co jeśli jednak były tu wcześniej? Tylko po co? Nic jej nie było wiadomo na ten temat.
– Tak, mi też. Ale nie wiem – może to po prostu dwie dziwaczne rzeczy dziejące się w ogrodzie w jednym czasie… Póki co fiolki znalazły w rozarium, ale róże porastały cały ogród.
– Te róże są w jakiś sposób związane z naszą rodziną. Nie wiem kto mógłby przynieść tutaj sadzonki roślin, które już kiedyś wytępiono, musiałby o tym wszystkim wiedzieć i przede wszystkim te sadzonki mieć, a o to nie byłoby raczej zbyt prosto. Są… jedyne w swoim rodzaju – smoliście czarne, tajemnicze, mroczne… – Może faktycznie coś zostało w ziemi i było uśpione, aż ta magia podziałała tak dziwacznie i rozrosły się znowu – tonący statek z wizji Laurenta, kufer, znak rodu Lestrange…
Uśmiechnęła się do Brenny krzywo, gdy ta podsunęła, że ktoś chce otworzyć drugie wejście do Limbo w ogrodach – bo to brzmiało absurdalnie, fakt, i nawet nie brała tego pod uwagę.
– Kapłanka kowenu też mówiła mi, że Samhan i Beltane są punktami skrajnymi koła roku, w których dochodzi o wzajemnego przenikania się światów. Tylko że w każde ze świąt w inny sposób. W któreś jest cieńsza, a w któreś bardziej rozmyta, nie pamiętam teraz co było kiedy. Mam zapisane w notatkach – bo zaczęła prowadzić notatki i bardzo luźny pamiętnik, żeby móc spamiętać to wszystko, co badała i dodatkowo, by móc odróżnić swoje wspomnienia od tych, które należały do jej babki. Było tego wszystkiego zbyt dużo, by nie zaczęło jej się to wszystko mylić. Na szczęście swoje notatki prowadziła dokładnie tak, jak można się było po Victorii spodziewać: skrupulatnie. – Przejście może być, według tego co zrozumiałam z książek, które czytałam, o ile wywnioskowałam to dobrze, powiedzmy że otwarte z braku lepszego słowa, tylko w odpowiednim miejscu. Takie miejsca to kromlechy. Polana Ognisk, Stonehenge, Siedem Sióstr. Tam nasi przodkowie układali kamienie z runami na planie koła w taki sposób, żeby mogły objąć księżyc w pełni jak jakąś ramką. Tak jakby to miały być jakieś drzwi. Po co? No tu możemy już tylko zgadywać, bo tego w księgach nie spisano, ale według mnie chodziło właśnie o przejścia do Limbo. Czemu akurat te miejsca, to tego też nie wiem. Najwyraźniej byli w stanie sobie jakieś rzeczy wyliczyć i wywnioskować że to są odpowiednie miejsca, albo nie wiem, wyczuwali tam jakieś źródła mocy? – tu już Victoria zgadywała. – Tu nie ma żadnych kamieni z runami jak coś – dodała i wzruszyła ramionami, bo gdyby stały tu jakieś głazy to z pewnością bywalcy ogrodów by o nich wiedzieli.
A potem szerzej otworzyła oczy.
– To stąd ta przepowiednia, Bren? – zapytała ciszej. Z wizjami jasnowidzów było… ciężko. Trudno się było przed nimi bronić. – Będziecie jakoś próbować osłonić dom? – jakimiś lakierami przeciwogniowymi, albo czymś…?
– Nie wiem czy mi pozwolą, ale jak nie spróbuję to się nie przekonam. Skończyła mi się trochę cierpliwość do grzecznego czekania aż łaskawie zechcą się czymś podzielić – a zazdrośnie strzegli chyba wszystkich informacji jakich tylko się dało. Wiedziała o tym drzewie z opowieści, że część ludzi, która utknęła na polanie podczas wielkiej wichury wylądowała na jego korzeniach w górze, część na gałęziach, część gdzieś tam przygnieciona. Ale na to co Brenna powiedziała, Victoria pokręciła głową. – Nie, nie sądzę. W Limbo… Tam drzewa były wyrywane z korzeniami i leciały do jednego punktu. Podejrzewam, że któreś z nich musiało przelecieć na drugą stronę i dlatego do góry nogami… – a centrum tej wichury to był błękitny ogień, kamień i Voldemort. Kamień, który zataczań kręgi na ziemi, rozrywał ją… Czy wtedy Voldemort rozrywał granicę pomiędzy światami?