Wyszliśmy z domu państwa Bletchleyów, zanim sytuacja jeszcze bardziej wymknęła się spod kontroli - o ile to w ogóle było możliwe, biorąc pod uwagę stan nosa Johna po spotkaniu z moją pięścią, moje własne zakrwawione knykcie i jego puchnące prawe oko - nie było dramatycznych przemówień, obrotów w zwolnionym tempie, filmowych pauz. Chwyciliśmy tylko te kartony, które stały tuż przy drzwiach, najbliższe, bo właśnie ta bliskość dawała im prawo do bycia zabranymi, bez potrzeby spędzania ani chwili dłużej w miejscu, w którym żadne z nas nie chciało być. Reszta została, z całym bagażem cudzych oczekiwań, zapewne mając do nas trafić dzięki dobrej woli Penelope, która jednak musiała się zająć poszkodowanym mężem, nie odprowadzając nas do drzwi, tylko posyłając nam spojrzenie z pogranicza szoku, smutku z powodu krzywdy Prudence, zażenowania zachowaniem Johna i dezaprobaty dla tego, co zrobiłem.
Nie było pożegnań, nie było wyjaśnień, było tylko jedno spojrzenie, jeden ruch i już byliśmy gdzie indziej. Zatrzasnąłem drzwi tak mocno, że aż zadźwięczała szyba w witrażu, chociaż wcale tego nie planowałem - popołudniowy, chłodny wiatr wywołał przeciąg, ale zabrzmiało to wyjątkowo dramatycznie, zważając na okoliczności, w jakich wyszliśmy. Opuściliśmy budynek w prawie zupełnej ciszy, po czym teleportowaliśmy się z ogródka przed szeregówką jak najbliżej naszego nowego domu. Prezentu od Ellie, jak na ironię - matki człowieka, z którym dziś się pobiłem - czegoś w rodzaju materialno-duchowego „dam wam przestrzeń, a sobie zabiorę wspomnienia, byście mogli budować własne”. Powietrze w tej części Londynu było świeże, chociaż trochę mżyło, pachniało jesienną wilgocią i czymś, co można było nazwać szansą, jeśli miało się na to dzień. Ja zdecydowanie nie miałem.
Wnieśliśmy pudła do środka, postawiłem je przy ścianie, jedno na drugim, tworząc z nich prowizoryczną wieżę, po czym jak najprędzej wymówiłem się czymś o rozpakowaniu na górze, o sprawdzeniu kilku pierdół, o wszystkim, byle nie siedzieć przy stole z Ellie, która jeszcze krzątała się, pakując swoje życie w walizki i kartony z naklejkami sprzed dekady. Na poddaszu było chłodno, pachniało starym drewnem, kurzem i środkiem do polerowania podłóg. Usiadłem na przedostatnim schodku prowadzącym na wyjście na dach, wpatrując się w ścianę, jakby mogła mi coś wyjaśnić. Słowa Johna krążyły mi po głowie, nie znajdując ujścia, nawet jeśli chciałem je odpędzić z powrotem w próżnię.
Dopiero gdy zobaczyłem przez małe okno, jak babcia Prudence wychodzi przed dom z walizką, poczułem, że coś we mnie odpuszcza. Wyszedłem na balkon, oparłem się o barierkę, zimną od przedwieczornego powietrza, zapaliłem papierosa. Charakterystyczna czarna, elegancka taksówka czekała już na ulicy, silnik mruczał leniwie. Pomachałem Ellie, ona odmachnęła, uśmiechając się, jakby chciała mi powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, nawet jeśli nikt z nas w to jeszcze nie wierzył. Nie byłem gotowy na rozmowy, na wyjaśnienia, na cokolwiek więcej niż ten jeden gest pożegnania. Potrzebowałem ciszy, żeby poskładać w sobie to, co się rozsypało. Dym unosił się powoli, a ja liczyłem oddechy i głębokie zaciągnięcia, prowadzące z powrotem do jakiejś wersji mnie, która jeszcze potrafiła być spokojna, by móc wrócić na dół, spędzając tu nasz pierwszy wspólny małżeński wieczór. To miał być nasz nowy dom, ta myśl powinna brzmieć radośnie, i brzmiała, przynajmniej przez chwilę. Nie byłem bez winy, częściowo sam sprowokowałem tamtą scenę, teraz musiałem przetrawić wszystko, co zdecydowanie popsuło mi morale. Nie chciałem emanować tym na Prue, zawsze załatwiałem takie rzeczy w samotności, dziś nie zdecydowałem inaczej, chociaż może powinienem. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić, podczas gdy przez całe dotychczasowe życie, w takich momentach, izolacja przychodziła mi praktycznie samoczynnie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)