• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [07.10.72 | Maida Vale] Time, devourer of all things

[07.10.72 | Maida Vale] Time, devourer of all things
the way of water
This could be perfection
Or venom dripping in your mouth
wiek
24
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowna
Pierwsze co rzuca się w oczy to intensywnie błękitna barwa tęczówek. Błękitne, dokładnie tak jak morze, które gra nieustannie gdzieś wewnątrz jej duszy. Ma ciemne, brązowe włosy, które jednak farbuje regularnie na blond. Zawsze ma też pomalowane paznokcie; na czerwony lub czarny kolor.

Desideria Zabini
#1
14.01.2026, 03:27  ✶  
Coś między nimi popsuło się już dawno, dawno temu. Potem przyszła wiosna i miała wrażenie, że było jeszcze gorzej. Jego chłód stał się bardziej dotkliwy i wręcz odstręczający, a ona miała ochotę rozebrać go na części pierwsze i obejrzeć sobie pod szkiełkiem, jakby powód ku temu można było znaleźć na widoku. Jakby oznaka jego nieprzychylności miała być wymalowana na skórze, między włóknami mięśni, pośród komórkami kości lub mózgowymi zwojami. Gdzieś w tym labiryncie musiała znajdować się jakaś odpowiedź, która jej nieustannie umykała. Ale nie ważne jak próbowała zrozumieć istotę tej rzeczy i poddać w wątpliwość tak samo jego jak i samą sobie, rozwiązanie nie przychodziło.

Dlatego uciekła.

Ucieczka było takim wielkim słowem, bo przecież ona nigdy nie uciekała. Stawiała dzielnie czoła przeciwnościom losu, rozpracowując je z należytą uwagą i rzucając wyzwanie wadom charakteru. Nie ważne jednak, jak chłodna i wykalkulowana starała się być, emocje wciąż niespokojnie grały gdzieś w środku, wzburzając krew - wzburzając uśpione w niej morze. Czuła czający się gdzieś w środku szkwał, czekający na jakiś ostateczny moment, po którym ciężko będzie go powstrzymać.

A potem wróciła do kraju. Ciężkie miesiące pracy we włoskim Ministerstwie miały przynieść ukojenie, a przede wszystkim - dać im obojgu czas na oddech. Desi liczyła zwyczajnie na to, że czas spędzony daleko od siebie, bez chociażby cienia szansy na przypadkowy kontakt, doprowadzi ich do jakieś punktu gdzie zdolni będą na nowo nawiązać nić porozumienia. Ale Anglia wcale nie przywitała jej ciepłym uśmiechem narzeczonego i spragnionym jej obecności spojrzeniem. Nie, zamiast tego dostała plotki.

Plotki, plotki, cholerne plotki. Plotki były tylko plotkami i obijały się o uszy leniwie, szybko jednak wprowadzając nieprzyjemne napięcie, pod wpływem którego kwestionowała wszystkie swoje ostatnie wybory. Nie powinna go zostawiać samego. Powinna była zostać na angielskiej ziemi, blisko niego i nie dawać mu spokoju. Zgodzenie się na wyjazd do Włoch był ogromnym błędem.

Matka próbowała ją uspokajać, spychając krążące na salonach słowa na zwykłą ludzką nudę. W końcu socjeta miała to do siebie - przędła nici niestworzonych historii, byleby tylko poczuć w życiu cokolwiek. Zabawiali się cudzymi uczuciami, nie biorąc pod uwagę prawdy i faktów.

Ale jaka faktycznie była ta prawda?

Szukała jej wszędzie, tylko nie tam gdzie powinna. Bal maskowy w posiadłości Lestrange'ów natomiast, tylko podsycał jej niezadowolenie. Noszone przez gości maski rozwiązywały języki i sprawiały, że te szeptały więcej, głośniej, jakby nikt nie mógł ich usłyszeć. Kiedy znowu usłyszała imię swojego narzeczonego, tym razem gdzieś przy drinkach, miała kompletnie dość.

Musimy porozmawiać, brzmiało niemal ostrzegawczo, kiedy złapała go na moment za nadgarstek i spojrzała w górę, w miejsce gdzie powinny znajdować się jego oczy, ale zamiast tego toczył się tylko czarny dym, pełniący funkcję maski. Jej własna przypominała wypolerowane szkiełko, na które misternie splatały się srebrne, drobniutkie niteczki. Kiedy się z nią rozmawiało, patrzyło się na siebie samego. Reszta jej ubioru była taka sama i wręcz nudna na pierwszy rzut oka; czarna sukienka, wyjątkowo na tę okazję ciemne włosy, gładko zaczesane do tyłu i ciemne paznokcie, wbijające się w jego skórę.

Nie czekała na jego odpowiedź, tylko poszła na górę, do pomieszczeń przeznaczonych dla rodziny, bo przecież rodziną była, prawda? Spędziła wystarczająco dużo czasu, zapoznając się z domownikami i zaskarbiając sobie ich przychylność, nawet jeśli Louvain preferował swoją własną posiadłość w Little Hangleton. Chyba gdyby któryś z ochroniarzy odmówił jej wstępu, to wydrapałaby mu oczy.

Pokój był idealny do złapania oddechu i odcięcia się od panującej na parterze wrzawy. Dziewczyna usiadła w fotelu, zdjęła maskę i zastygła, kolejny już raz podejmując się rozrachunku wszystkiego, co doprowadziło ją do tej chwili. Aż w końcu drzwi skrzypnęły i krótkie spojrzenie w tamtą stronę potwierdziło tylko, kto wreszcie postanowił się zjawić.

- Żartujesz sobie ze mnie?! - poderwała się z miejsca, łapiąc za stojący na stoliczku wazon i rzucając nim. Przedmiot przeleciał przez pomieszczenie i uderzył w ścianę koło drzwi, rozpadając się na kawałki i rozbryzgując dookoła wodę, a także rozrzucając klasyczne dla Lestrang'eów róże. - Nie było mnie. Tyle mnie nie było, a ty postanowiłeś za moimi plecami, znaleźć sobie jakąś wywłokę?! Kim jest ta kurewka, co? Przyprowadziłeś ją sobie też dzisiaj?



Illusions... or real illusions.
Within the illusions hide real illusions... from the real illusions, the illusions are created.
Within the truth hides the lie... within the lie hides the truth.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#2
14.01.2026, 18:24  ✶  

Przez długi czas odkładał samą myśl o tym, jak mogłaby wyglądać ich pierwsza rozmowa po jej powrocie. Nie dlatego, że się jej bał, raczej z tej chłodnej, wyuczonej przezorności, która podpowiadała, że powinien coś przygotować. Jakieś sprytne kłamstewko, ckliwą historyjkę o pracy, zmęczeniu, o niezrozumieniu i tęsknocie. Cokolwiek, co pozwoliłoby uniknąć scen, albo przynajmniej kupić mu kilka dodatkowych chwil spokoju. Powinien, bo przecież nie żyli w próżni. Ona miała dostęp do londyńskiej prasy, do plotek i półsłówek, a on, cóż, nigdy nie był szczególnie rozmowny w ich prywatnej korespondencji, nie zadbał o pozory, nie zostawił po sobie miękkich śladów. Za każdym razem jednak, gdy próbował tę rozmowę zaplanować, gdy tylko wyobrażał sobie jej początek, w żołądku zbierało mu się coś nieprzyjemnego, kwaśnego, jakby fizyczna reakcja organizmu na samą konieczność mierzenia się z tym tematem. Nie był to strach ani wyrzut sumienia, raczej irytacja na fakt, że w ogóle musi poświęcać temu energię. Ostatecznie więc odkładał to na później, pozwalając, by sprawa wisiała w powietrzu jak coś, co kiedyś się wydarzy. Nie przypuszczał tylko, że stanie się to właśnie dzisiaj. Właśnie tutaj. Na balu Lestrangów, pośród masek, spojrzeń i ścian, które aż nazbyt dobrze pamiętały rodzinne dramaty. Ale skoro już się trafiło - cóż. Nie zamierzał tego niepotrzebnie odwlekać. Jeśli to miało się wydarzyć teraz, w takim anturażu i w takim tonie, to niech się wydarzy do końca. Nie miał zamiaru szukać wyjścia ani łagodzić krawędzi. Stał w miejscu, w którym stanął, z myślą zaskakująco spokojną, niemal rezygnacyjną w swojej prostocie: niech się dzieje wola nieba.

Wazon rozbił się o ścianę z dźwiękiem, który powinien coś w nim poruszyć. Louvain był tego świadomy, w normalnych okolicznościach poczułby niepokój, może gniew, może instynktowną potrzebę załagodzenia sytuacji, lecz zamiast tego przyszło tylko znużenie, ciężkie i lepkie, osiadające w nim jak kurz. Stał w progu i patrzył na Desiderię bez ani jednego pytania o dlaczego; było tylko irytujące że: że tu jest, że oddycha tak głośno, że drży od emocji, które uważała za ważne, a które dla niego stały się nieznośnym hałasem. Jej wybuch nie zaskakiwał go wcale, pasował do niej aż nazbyt dobrze, do tej potrzeby dramatyzmu i skłonności do rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze oraz wmuszania innym własnych uczuć. Jeszcze niedawno potrafił to tolerować, jeszcze dawniej nawet doceniać; teraz każdy jej ruch działał mu na nerwy jak źle dobrany dźwięk, którego nie sposób zagłuszyć. I dopiero wtedy dotarło do niego coś niepokojącego: nie czuł winy. Myśl pojawiła się nagle, niemal obca. Oskarżenia Desiderii były trafne, wiedział o tym bez potrzeby weryfikacji; spotykał się z Cynthią, czuł do niej coś, czego nie potrafił i nie chciał dłużej ignorować. Fakty istniały, twarde i niewzruszone. A jednak nic: żadnego ukłucia, żadnego ciężaru w piersi, żadnego impulsu, by się tłumaczyć czy ratować cokolwiek z tego, co jeszcze formalnie ich łączyło. Zamiast tego pojawiła się prowokująca myśl, że Desideria nie ma prawa do tego tonu, do tej sceny, do tej emocjonalnej przemocy, którą próbowała wymusić reakcję i skruchę. Jej gniew tylko go podsycał; każdy krzyk dokładał kolejną warstwę do narastającej w nim niechęci dziwnej, nieuzasadnionej, coraz bardziej dominującej. Czuł, że jej obecność go dusi, zawęża pole widzenia, że wszystko w niej, od sposobu, w jaki trzyma ramiona, po to, jak wypowiada jego imię, budzi w nim odruch sprzeciwu. Zamiast poczucia winy przyszła irytacja, zamiast refleksji chłodna determinacja, by nie dać jej niczego, czego oczekiwała. Nie przyznał się; nawet w myślach nie formułował tego wprost, jakby samo nazwanie było zbędnym ustępstwem. Prawda istniała, lecz nie należała do niej. I wtedy przyszło mu do głowy coś jeszcze: gwałtowność kobiet zwykle potrafiła go rozpalić iskrą, napięciem, czasem perwersyjną fascynacją chaosem. Emocje noszone wysoko bywały pociągające, żywe, reaktywne. Tu jednak było odwrotnie. Jej furia nie rozpalała niczego poza niechęcią; była zbyt nachalna, zbyt ciężka, zbyt desperacka, lepka i męcząca jak hałas wywołujący ból głowy. Coś w tej gwałtowności było źle wymierzone, źle rozegrane, jakby próbowała użyć gniewu jako nacisku, nie rozumiejąc, że budzi to w nim jedynie chęć odsunięcia się jeszcze dalej. I wtedy przyszła ta niemal rozbawiona myśl: jakby nawet awantury nie potrafiła dobrze rozkręcić. Uśmiech na jego twarzy był zimny i wyrachowany; patrzył na nią uważnie, jak na coś, co ostatecznie straciło sens. - Tylko tyle? - odezwał się znudzonym tonem. - Nawet awantury nie potrafisz dobrze rozkręcić. Zrobił krótki gest dłonią, obejmujący ją całą. -  Myślisz, że to robi na mnie wrażenie? Spójrz tylko na siebie.... wyglądasz żałośnie. Słowo padło jak fakt, bez nacisku i emocji. I wtedy zrozumiał, że jej wybuch nie jest zagrożeniem, lecz potwierdzeniem: to, co w niej kiedyś tolerował, a może nawet lubił, stało się zimnym prysznicem, odrzucającym, nużącym, ostatecznym. W tej chwili Louvain nie widział w sobie winowajcy; widział tylko kobietę, która przekroczyła granicę, stając się kimś tak desperacko żałosnym i jednocześnie żałośnie desperackim. 




i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
the way of water
This could be perfection
Or venom dripping in your mouth
wiek
24
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowna
Pierwsze co rzuca się w oczy to intensywnie błękitna barwa tęczówek. Błękitne, dokładnie tak jak morze, które gra nieustannie gdzieś wewnątrz jej duszy. Ma ciemne, brązowe włosy, które jednak farbuje regularnie na blond. Zawsze ma też pomalowane paznokcie; na czerwony lub czarny kolor.

Desideria Zabini
#3
19.01.2026, 03:56  ✶  
Ona starała się o tej konfrontacji nie myśleć, bo i po co by miała? Pobyt we Włoszech miał zakończyć się pozytywnie; oto wróciłaby do domu, tej okropnie zimnej Anglii, której brakowało tak samo promieni słonecznych, jak i ludzi z charakterem, a wtedy okazałoby się że Louvain skruszał i ich związek powrócił na właściwe tory. Nie musiało być idealnie, naprawdę, bo kiedy tylko pierścionek znalazł się na jej palcu, nie oczekiwała wiele. Więcej w ich związków było oczekiwań i jakiejś spokojnej zgody na to, że wszystko zaczynało się poprzez obopólną korzyść. Zabini była przecież grzeczną, ułożoną panną z dobrego domu - tak miał ją widzieć świat i każdy jeden człowiek, przed którego oczami stanęłoby jej imię i nazwisko. Matka wpajała jej to od małego, tym bardziej się nad tymi tematami uzewnętrzniając, że jej mąż wciąż w pełni nie był traktowany jako tutejszy.
Ale kiedy minął okres chwalenia się pierścionkiem na pokaz, emocje faktycznie zaczęły grać. Polubiła go - było w jego prezencji coś pociągającego i odrobinę wyzywającego, jakby próbował grać z całym światem w karty i przez cały ten czasem miał cholernie dobrą rękę. Imponował jej, podsycał niezdrowe tendencje i w końcu sprawiał, że zwyczajnie stawała się zazdrosna. Powolutku wpadała w sidła; nie była tylko pewna czy rzucane przez niego, czy może przez nią samą. W końcu mieli stanąć na ślubnym kobiercu, pobrać się w świetle prawa i kowenu, a do tego miała być to feta o której długo by potem opowiadano, bo obydwoje nie zasługiwali na wiele mniej.
A potem przyszło rozczarowanie, które dodatkowo teraz piekło w policzki.
Patrzyła na niego wyzywająco, oczekując jakiejś odpowiedzi. Najlepiej takiej wyrazistej, która pasowałaby do niego - do człowieka, którego wydawało się jej, że zna. Ale zamiast tego dostała suchy, pozbawiony czegokolwiek ton, na który w pierwszej chwili żachnęła się zwyczajnie, jakby co najmniej zrobiło jej się od tego komentarza niedobrze.
- Daruj sobie - machnęła ręką zbywająco, a kąciki ust drgnęły w obrzydzeniu. - Daruj sobie te niskie przytyki i to, jak ja niby wyglądam. Żałośnie? Dobre sobie. Pozwól, że nakreślę ci malującą się sytuację, bo chyba nie jesteś tego do końca świadomy, a może zdążyłeś zapomnieć od bolcowania swojego kurwiszcza; jestem twoją narzeczoną - podniosła ku górze palec z pierścionkiem. - Chcesz się bawić? Rób to za zamkniętymi drzwiami, zamiast pozwalać obsmarowywać pismakom twoje i moje nazwisko. Zamiast robić z siebie samego żałosnego mężczyznę, który w momencie kiedy jego narzeczona nie wyjeżdża z kraju, postanawia oprowadzać swoją dziwkę jak kolejną pannę, którą zastąpi kiedy ta zniknie mu z oczu. Na Merlina, Louvain, nie zachowuj się jak szczyl, który odkrył że ma coś między nogami i musi się zmacać co pięć minut. - wyprostowała się, unosząc ku górze podbródek i w jej oczach Lestrange faktycznie był teraz małym człowiekiem. Złość jednak wiła się gdzieś pod skórą, rozpalając od środka i szarpiąc za nerwy, ale skończyły jej się wazony które miała pod ręką.



Illusions... or real illusions.
Within the illusions hide real illusions... from the real illusions, the illusions are created.
Within the truth hides the lie... within the lie hides the truth.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#4
23.01.2026, 12:50  ✶  

Jej oskarżycielski ton stawał się z każdą chwilą coraz bardziej nieznośny, aż w końcu budził w nim nie gniew, lecz zażenowanie, ciężkie, palące, niemal wstydliwe. Czuł je pod skórą, w napięciu zbierającym się nad brwiami, w palcach, które zaciskały się w pięść bez jego udziału, jakby ciało pamiętało rozwiązania prostsze i starsze niż on sam. Przez krótką, niebezpieczną chwilę pomyślał o dziadku i babce, o tamtym pokoleniu, dla którego spór kończyło się szybko, brutalnie, tradycyjnie. Bez słów, bez świadków, bez tej całej emocjonalnej kakofonii. Myśl była niemal kusząca. Odsunął ją jednak i zamiast tego po prostu się odwrócił. Plecami do niej. Gest był chłodny, zamierzony, bardziej upokarzający niż jakiekolwiek słowo. Jego uwaga skupiła się na butelce wina stojącej na stoliku, na szkle, na korku, na obietnicy chwilowego ukojenia. Skupił się na ruchu dłoni, na cichym trzasku, gdy korek wreszcie ustąpił. Ten dźwięk był przyjemniejszy niż jej głos, bardziej kojący niż jakiekolwiek wyjaśnienia. Uśmiechał się szczeniacko i opryskliwie znad krawędzi kieliszka, kiedy z jej ust padały kolejne ostre słowa. Te wszystkie “kurwiszcza” i “dziwki”, wypluwane z desperacją, która miała ranić, a zamiast tego odsłaniała tylko pęknięcia. Widział w tym nie siłę, lecz słabość. Upokorzenie, którego nie potrafiła już ukryć pod wyprostowaną postawą i uniesionym podbródkiem. Każdy wulgarny akcent brzmiał dla niego jak potwierdzenie, że straciła kontrolę nad rozmową, nad nim, nad własnym wizerunkiem.

- Przyzwyczaisz się - odezwał się w końcu spokojnie, wciąż do niej nie odwracając. Słowa zawisły w powietrzu nabrzmiałe od wielości znaczeń. Nie doprecyzował ich i właśnie w tym tkwiła ich siła. Przyzwyczai się do tego, że plotkarskie magazyny zawsze będą obsmarowywać jego nazwisko. Albo do tego, jak podle będzie się do niej zwracał. A może do myśli, że wierność nie była już czymś, co zamierzał jej oferować. nigdy więcej. Kiedy zasłaniała się rzekomą akceptacją faktu, że w jego bliskim towarzystwie bywają inne kobiety, odbierał to jak akt kapitulacji. Jak próbę ubrania porażki w pozory dumy i nowoczesności. Dla niego było to tylko przyznanie, że przegrała, że nie ma już narzędzi, by walczyć inaczej niż słowami. Coraz wyraźniej dostrzegał to, co zawsze w niej widział, choć może wcześniej nie chciał tego nazywać. Głęboko w środku wciąż była tą samą małą, szarą Zabini. Tą, dla której nie były pisane gorące romanse ani ryzykowne namiętności, tylko co najwyżej kolejny rozdział podręcznika historii magii. Uporządkowany, bezpieczny, przewidywalny. Jakby nawet teraz, w samym środku skandalu, uważała, że jej rolą jest stać z boku i patrzeć.

I choć w teorii miała rzeczowy dowód jego obietnicy, oddania i lojalności, pierścionek, nazwisko, przyszłość zapisaną na pergaminie. W praktyce pozostawało jej jedynie obserwować. Patrzeć, jak odnajduje przyjemność w ramionach wszystkich dziewcząt, tylko nie jej. Louvain uniósł kieliszek do ust i upił łyk wina, pozwalając, by ciepło alkoholu rozlało się w nim powoli. W tej scenie nie widział własnej winy. Widział tylko jej słabość i swoją wyższość. Widok pękniętej Desiderii był dla niego wystarczający. Nie potrzebował już kolejnych słów, kolejnych ciosów. To, co zobaczył pod pękającą skorupą kobiety, która tak chętnie przedstawiała się jako opanowana i rozsądna, było aż nadto wymowne. Tam, głęboko pod warstwami godności i wyuczonych reakcji, wciąż jątrzyła się nastoletnia rana: wspomnienie tamtego wyboru, tamtej decyzji, kiedy wybrał jej przyjaciółkę. To bolało ją bardziej niż wszystko, co mógłby teraz sklecić na poczekaniu. I było od tego boleśniejsze właśnie dlatego, że nie wymagało żadnego wysiłku z jego strony. Poczuł satysfakcję. Chłodną, wyciszoną, niemal estetyczną. Na tyle pełną, że stracił ochotę, by dokładać jej jeszcze więcej. Jej milczenie, jej pęknięcie, mówiły wystarczająco dużo.
- Nawet gdybym przez cały kwartał nie pokazywał się nigdzie publicznie - odezwał się w końcu, spokojnie, bez śladu złośliwości - ”Czarownica” i tak wypuściłaby zestawienie wszystkich moich byłych. Z datami. Z adnotacjami. Z domysłami. Obrócił kieliszek w dłoni, jakby ważył słowa razem z winem. - A kiedy dowiedzą się, że Loretta przeniosła się do Francji, uznają oczywiście, że dlatego bo nosi naszego bękarta. - Wzruszył ramionami. - To zawsze wygląda tak samo. Skandal albo zniesławienie. Najlepiej jedno i drugie naraz. Mówił o tym bez emocji, jak o prawie natury, z którym nie ma sensu polemizować. Jakby był już dawno pogodzony z faktem, że jedynym językiem, jakim media potrafią o nim mówić, jest język brudu i sensacji. Spojrzał na nią wtedy wprost, pierwszy raz od dłuższej chwili. - Zawsze będą mnie atakować - powiedział cicho. - Więc albo nauczysz się z tym żyć, albo życia ci nie starczy do przełknięcia tej beczki goryczy bez dna. I w tym tonie była wyraźna informacja, że dalsze roszczenia wymieszane z oskarżeniami nie będą odnosiły żadnego skutku. Louvain nie był typem który przyznawał się do czegokolwiek i który ponosiłby odpowiedzialność za jakiekolwiek swoje czyny.



i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
the way of water
This could be perfection
Or venom dripping in your mouth
wiek
24
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowna
Pierwsze co rzuca się w oczy to intensywnie błękitna barwa tęczówek. Błękitne, dokładnie tak jak morze, które gra nieustannie gdzieś wewnątrz jej duszy. Ma ciemne, brązowe włosy, które jednak farbuje regularnie na blond. Zawsze ma też pomalowane paznokcie; na czerwony lub czarny kolor.

Desideria Zabini
#5
24.01.2026, 04:49  ✶  

Nie zamierzała kryć się z tym, że czuła się zwyczajnie ośmieszona. Nie przed nim. Nie przed osobą, która zakładając jej pierścionek na palec, obiecywała jej coś więcej niż wstyd, zażenowanie i upodlenie. Nazwanie tego utratą kontroli było zwyczajnie bolesne, ale niestety uderzało czystym tonem dokładnie tam, gdzie leżała prawda, a ona nie miała pojęcia z której strony złapać się tematu tak, żeby przemówić mu do rozsądku, bo Louvain musiał jej chyba nienawidzić. Jak inaczej wytłumaczyć to co robił? Jego nieostrożność... nie, jego prowokację, bo obnosił się z Cynthią w sposób, którego nie dało się zignorować. Prowokował, ale ją czy może cały świat, głodny by przywrócić sobie chociaż ułamek tego, co jeszcze nie tak dawno posiadał?

- Przyzwyczaję? - zapytała rozbawiona, unosząc brew na jego zblazowany komentarz. Nie walczyła o to, by się do niej odwrócił. Chciał, mógł nawet stanąć w kącie jak pięciolatek odesłany tam przez matkę, nie robiło jej to większej różnicy póki nie postanowił trzasnąć jej przed nosem drzwiami. - Co za dziecinada - bo inaczej tego nie można było nazwać. Ani jego podejścia, ani zachowania w tym momencie. A może i przez ostatnie miesiące. Złączyła ręce przed sobą, nie mając co innego zrobić i zaczęła bawić się pierścionkiem - dowodem jej przynależności. Ich obietnicy, związku i potwierdzenia, że ich rodziny przystawały na to co mieli sobą reprezentować. Tylko co to właściwie było? Co mogło wyrosnąć ze związku w którym narzeczony nie miał zamiaru dać jej chociaż odrobiny szacunku?

- Oh odpuść sobie. Czarownica to, Czarownica tamto. Jesteś taki popularny, prawda? Ale ile jeszcze by za tobą gonili, gdybyś nie potykał się do krok od momentu, kiedy przestałeś wsiadać na miotłę? - zapytała ostro, samej się odwracając. - Ile pamiętaliby Louvaina Lestrange, urzędnika biura świstoklików, a teraz... teraz jakiegoś podrzędnego asystenta Wizengamotu? - z pewnym niesmakiem uświadomiła sobie, że w aktualnej chwili to ona stała wyżej w karierowej hierarchii i przez moment poczuła się z tego zwyczajnie zadowolona, nawet jeśli nie miało to dla niego większego znaczenia. - Skandal albo zniesławienie, to jedyne czym możesz teraz szafować, bo co? Za mało panien piszczy już na twój widok? - ciche kroki rozległy się w pokoju kiedy podeszła do okna, wyglądając przez nie na ogród. - Nie jestem zainteresowana twoim brakiem szacunku. Nie jestem też zainteresowana tym, czemu wydajesz się mnie nienawidzić. Nie powiem ci przeproś, bo wiem że tego nie zrobisz. Ale chociaż raz w życiu weź odpowiedzialność za to co robisz - prychnęła z odrazą, nie mogąc zebrać się dalej by na niego spojrzeć. Oczywiście, nie pragnęła nic innego niż wiedzieć. Wiedzieć wszystko, do cna, do samego końca i na wskroś. Ale niestety, nie mogła mu wejść do głowy. Gdyby mogła, już dawno by to zrobiła.




Illusions... or real illusions.
Within the illusions hide real illusions... from the real illusions, the illusions are created.
Within the truth hides the lie... within the lie hides the truth.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#6
23.02.2026, 00:00  ✶  

Jej słowa nie wytrąciły go z równowagi, przynajmniej nie w sposób, który mógłby dostrzec ktoś postronny. Ale pod powierzchnią coś zaczęło się rozlewać. Powoli, gęsto, jak ciemny atrament wsiąkający w papier. Złość nie była gwałtowna. Nie była wybuchowa. Była systematyczna. Rosła w nim warstwami, osiadając w barkach, napinając kark, wpełzając pod skórę aż do samych dłoni. Kiedy wspomniała o jego karierze, o miotle, o Ministerstwie, poczuł to wyraźnie. Najpierw w brwiach, które ściągnęły się niemal niezauważalnie. Potem w szczęce, zaciśniętej tak mocno, że przez moment rozważał, czy nie słyszy zgrzytu własnych zębów. A na końcu w klatce piersiowej, jakby ktoś przycisnął tam dłoń i powoli, z rozmysłem, dociskał coraz mocniej.

Zaśmiał się krótko. Kpiąco. Dźwięk był suchy, pozbawiony radości. - Myślisz, że wiesz, co się dzieje? - odezwał się z szyderczą łagodnością. - Nie masz bladego pojęcia o co toczy się gra. Nie wyjaśnił nic więcej. Nie zamierzał. Tajemnica była lepsza niż tłumaczenie. Jej pewność siebie opierała się na gazetowych ścinkach i szeptach z salonów, a on nie miał zamiaru prostować każdej półprawdy, którą postanowiła uznać za fakt. Bo nawet nie zapytała. Nie było w jej słowach cienia ciekawości. Nie było pytania o jego wersję wydarzeń. Wyrok zapadł, zanim zdążył otworzyć usta. Ślepo uwierzyła w obślizgły zbitek plotek, jakby był objawieniem. Z Cynthią pokazał się publicznie raz. Jeden wieczór w teatrze. Z jego inicjatywy; owszem. Ale nie spędzili całego spektaklu razem. Nie spędził z nią żadnego wieczoru bliżej, niż pozwalała na to lojalność wobec zaręczyn. Jednak to wystarczyło. Wystarczyło, by przykleić mu do twarzy etykietę zdrajcy. Wyprostował się jeszcze bardziej, jakby instynktownie powiększał swoją sylwetkę. Ramiona napięły się szerzej, oddech stał się wolniejszy, cięższy. Dominacja przestała być tylko grą słów, stała się czymś fizycznym, wyczuwalnym w przestrzeni między nimi.

- A ty? - zapytał nagle, zmieniając kierunek ataku z precyzją skalpela. - Jak bardzo udany musiał być twój wyjazd jako Niewymownej, skoro dotarło do mnie tak niewiele listów? Zrobił krok w jej stronę. Powolny. Kontrolowany. Każdy ruch odmierzony. W żadnym wypadku nie zamierzał odpowiadać na jej wyrzuty w odpowiedni dla rzeczowej dyskusji sposób. Nie zamierzał jej oddawać choćby centymetra pola tej słownej potyczki, nie czuł się winny wobec jakichkolwiek zarzucanych mu oskarżeń, tym bardziej dyskutowanie z nią na jej warunkach było czymś nie do przyjęcia. Poniżającym. Właściwie jej roszczeniowa postawa wobec niego, jakby cokolwiek był jej winny, również rozgrzewała jego żółć na sercu.

- Nawet nie zadałaś sobie trudu, żeby napisać po podpaleniu Londynu. Zwykła troska. Nic więcej. Jego spojrzenie nie drgnęło. - Ale to nic, najważniejsze, że tobie się udało racja? Szyderstwo i cyniczny uśmiech w bardzo schludny sposób rozlał się na jego ustach w odbiciu onyksowych tęczówek. - To prawdziwa duma mieć tak wykwalifikowaną narzeczoną. - dodał z cieniem uśmiechu, który nie sięgał oczu. - I tym większa będzie moja radość, kiedy ci to wszystko odbiorę, razem z nazwiskiem. Między nimi zapadła cisza, gęsta i napięta jak napięta struna. Jego dłoń, jeszcze przed chwilą zaciśnięta, powoli się rozluźniła, lecz napięcie nie zniknęło, przeniosło się wyżej, do spojrzenia, które było teraz ostrzejsze, bardziej bezlitosne. - Odpowiedzialność? - powtórzył z wyraźnym lekceważeniem. - Nie mam wobec ciebie żadnej odpowiedzialności. Nie podniósł głosu. Nie musiał. - Zostałaś dopuszczona do Lestrangów, do mnie, po to, żeby dać mi syna o czarnej krwi. Każde słowo wypowiadał wolniej od poprzedniego. - To jedyny powód, dla którego twoja obecność jest jeszcze tolerowana pod tym dachem. Powietrze między nimi zdawało się cięższe. Czas zwolnił, jakby czekał na jej reakcję, ale Louvain nie cofnął się ani o krok. Stał stabilnie, pewnie, jak ktoś, kto właśnie przekroczył granicę i wie o tym, lecz nie zamierza się wycofać. - Zastanów się jakie dokładnie jest twoje miejsce. Bo chyba najwidoczniej zdążyłaś zapomnieć w tej Italii kim tak naprawdę jesteś. I w tej chwili napięcie nie było już tylko słowem. Było przestrzenią między nimi. Było oddechem, który stał się zbyt płytki. Było spojrzeniem, które nie ustępowało. Nie drgnął. Nie spuścił wzroku. Czekał, aż da za wygraną. Czekał, aż będzie mógł się przejrzeć w refleksach jej łez na policzkach.




i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
the way of water
This could be perfection
Or venom dripping in your mouth
wiek
24
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowna
Pierwsze co rzuca się w oczy to intensywnie błękitna barwa tęczówek. Błękitne, dokładnie tak jak morze, które gra nieustannie gdzieś wewnątrz jej duszy. Ma ciemne, brązowe włosy, które jednak farbuje regularnie na blond. Zawsze ma też pomalowane paznokcie; na czerwony lub czarny kolor.

Desideria Zabini
#7
11.03.2026, 05:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.03.2026, 05:06 przez Desideria Zabini.)  

- I czyja to wina? - podjęła bez zawahania czy zająknięcia, nie patrząc jednak na niego. Dało się wyczuć w jej głosie napięcie i pewne zniecierpliwienie. Bo właśnie, czyja to była wina? Jej? Oczywiście, mogła się założyć że chętnie wyciągnąłby palec w jej stronę, naznaczając jako winną tego stanu rzeczy. Ukrzyżowałby ją za wszystkie niedociągnięcia i przewiny, gdyby tylko miał na to szansę, ale przecież tak łatwo było zepchnąć winę na kogoś innego. Każdego, byle nie siebie samego, bo to wymagałoby zdolności do chociaż odrobiny samorefleksji, a Louvain takich umiejętności akurat nie posiadał.

O nie, on był mistrzem niedopowiedzeń i kpiny. Toczył nieustannie jakąś dziwną, pokrętną rozgrywkę, której zasady znał tylko on sam, a co z kolei tak okropnie ją męczyło. Nie ważne jak bardzo łamała sobie na tych jego łamigłówkach zęby, do niczego nie była w stanie dojść i pozostawała z pustymi rękoma, ale nie mogła z czystym sumieniem powiedzieć, że próbowała wszystkiego. Bo przecież z jej stron nie padały proste, biegnące wprost do celu pytania. Spodziewała się, że i tak nie otrzymałaby na nie odpowiedzi. Nie takich jakby chciała i oczekiwała, więc już dawno temu podarowała sobie zawodu.

Wypuściła z siebie głośne, znużone westchnięcie. Opuszki palców na moment dotknęły chłodnej powierzchni parapetu, zanim nie oparła się na nim i nie opuściła głowy. Była tak samo zmęczona jak i znudzona jego zarzutami. To były łatwe cele, ale im dłużej mówił tym wyraźniejszy był jakiś niepokój, który wspinał się po jej plecach i tężał w mięśniach. Tym uważniej mrużyła uczy, kiedy spoglądała spode łba na szklaną taflę okna, a w niej już nie na ogród rozpościerający się za nią, a próbując wyłapać jego sylwetkę odbijającą się gdzieś za nią.

Chciał jej zabrać wszystko. Zrobić z niej nikogo. Pannę z bezwartościowym dla niej nazwiskiem. Więcej w tym zysku widział jej ojciec, a ona sama siebie truła uczuciem, które chyba niekoniecznie było prawdziwe. Albo raczej modliła się o to, by było zaledwie jakąś ułudą, bo wtedy mogłaby odsunąć od siebie jakieś poczucie winy, że sama sobie była winna.

- A gdzie twoje listy, Louvainie? Gdzie pośpieszne zapewnienie mnie, że nie ma się czym martwić, zanim jeszcze Włoskie media roztrąbiły się odnośnie katastrofy jaka się tutaj wydarzyła? Twoje poczynania tutaj też musiały być niezwykle udane. Na tyle by nie kłopotać swojej drogiej narzeczonej, bo jeszcze gotowa by była zmartwić się i wrócić wcześniej. I co wtedy? Ah tak, musiałbyś odstąpić od tych swoich kurewek - odpowiedziała sztywno, nieruchoma przy swoim parapecie, wciąż w tej samej, odrobinę przygarbionej pozycji. - Wbrew tego co wydajesz się sądzić, to ty się zapominasz. Bo ja dzielnie stoję w szeregu od momentu kiedy musiałam się wobec ciebie zobowiązać. To nie ja trzymam cię na odległość. To nie ja o tobie zapominam. To nie ja znajduję sobie powody, żeby plotkowali o mnie w gazetach, złakniona jakiejś potrzeby by ktokolwiek mówił o mnie cokolwiek. Dlatego jesteś taki zgorzkniały? Bo wiesz że ty jesteś tym bardziej żałosnym i problematycznym elementem tego związku?




Illusions... or real illusions.
Within the illusions hide real illusions... from the real illusions, the illusions are created.
Within the truth hides the lie... within the lie hides the truth.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#8
14.03.2026, 01:36  ✶  

Jej słowa ciągnęły się dalej, a Louvain po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł coś, co nie było czystą złością ani pogardą. Było to zmęczenie. Uciążliwość tej rozmowy zaczynała mu ciążyć jak zbyt ciasny kołnierz pod szyją. W pewnym momencie, zupełnie niespodziewanie, przez jego głowę przemknęła myśl tak prosta, że aż absurdalna: mógłby to zakończyć. Po prostu machnąć ręką, pozwolić jej mówić, ustąpić o krok i dać tej scenie umrzeć śmiercią naturalną. Mógłby. Ale sama wizja takiej kapitulacji pozostawiła w jego ustach gorzki posmak. Ustąpić kobiecie. I to nie byle jakiej kobiecie, lecz tej, która, jeśli świat działał tak, jak powinien, miała być jego przyszłą żoną, a więc kimś zobowiązanym do lojalności i posłuszeństwa, nie do podnoszenia głosu i rzucania w niego wazonami w jego własnym domu. Gorycz wypełniła mu pierś szybciej, niż zdążył się przed nią obronić. Nie było ceny, która uczyniłaby taką kapitulację wartą zapłacenia. Już nawet nie chodziło o to, jak go nazywała, ani o te wszystkie moralne kazania o odpowiedzialności i dojrzałości. Szczególnie niedorzeczne, skoro ich rozmowę rozpoczęła, ciskając w jego stronę porcelaną. Nie. Chodziło o coś prostszego. O dumę. Był nią napakowany jak armatnia lufa prochem i nie miał najmniejszego zamiaru pozwolić, by rozbita, roztrzęsiona kobieta odebrała mu grunt pod nogami. Bo była krucha. Tak krucha, że aż trudno było mu uwierzyć, że wciąż stoi i próbuje prowadzić z nim tę rozmowę jak równy z równym.

Alkohol, który miał uśpić jego nerwy, zaczął działać odwrotnie. Rozgrzewał go od środka, wyostrzał myśli, sprawiał, że ruchy stawały się powolniejsze, ale cięższe. Nóżka kieliszka w jego dłoni układała się coraz wygodniej w palcach. Zauważył to z pewnym opóźnieniem  szczególnie w chwili, gdy Desideria stała odwrócona tyłem głowy do niego. Na krótką sekundę obraz był niemal zbyt wyraźny. Jedno gwałtowniejsze poruszenie ręki. Krótki, satysfakcjonujący trzask. Cisza po wszystkim. Myśl była kusząca, niepokojąco realna, tak prosta w swojej brutalności, że przez moment aż rozgrzała mu krew. W tej wyobrażonej ciszy byłby spokój. Koniec tej farsy. Koniec jej tonu, jej oskarżeń, jej spojrzeń. Ale Louvain nie był głupcem. Ten jeden moment satysfakcji mógłby kosztować go znacznie więcej, niż był gotów zapłacić. Odepchnął tę myśl tak, jak wcześniej odsuwa się od stołu przegraną kartę. Niech każde jego zdanie wbija się w nią trochę głębiej. Niech każde słowo będzie cięższe od poprzedniego. Niech ten wieczór zapamięta tak dobrze, że następnym razem dwa razy pomyśli, zanim podniesie na niego głos. A jeśli przy okazji wróci do swoich komnat z twarzą mokrą od łez, tym lepiej. Być może właśnie tak wyglądała nauka. Zamiast tego jego głos zabrzmiał chłodno i z wyraźną nutą oburzenia. - Jeśli naprawdę sądziłaś, że będę tutaj siedział i wypisywał do ciebie utęsknione listy jak jakiś desperat… - prychnął cicho - …to najwyraźniej myślisz o sobie w zdecydowanie zbyt wielkim formacie. Upił łyk wina, jakby rozmowa była tylko kolejną drobną niedogodnością wieczoru. - Może twoje “mokre” sztuczki robią wrażenie na włoskich amantach, KOCHANIE - zaakcentował sarkastycznie. - Ale jeśli chcesz utrzymać mnie przy sobie, będziesz musiała włożyć w to trochę więcej wysiłku. Mówił to z taką obojętnością, jakby był to zwyczajny fakt, nie obelga. Potem znowu napił się wina. Prawdę mówiąc, coraz bardziej ciążyła mu sama konieczność uczestniczenia w tej rozmowie. Gdyby miał wybór, najchętniej po prostu odciąłby się od wszystkiego. Wypił jeszcze kilka kieliszków, pozwolił światu rozmyć się w alkoholu i zasnął gdzieś na kanapie do rana. To byłoby łatwiejsze niż powstrzymywanie impulsów, które w nim narastały.

Jej kolejne słowo jednak zatrzymało go w pół ruchu. Kurewki. Louvain zaśmiał się nagle, krótko i ironicznie, prawie z rozbawieniem. Ten śmiech nie był jednak pusty. Pod nim kryła się ta sama, ciemna satysfakcja, która od kilku minut sączyła się w nim jak trucizna. - Naprawdę, Desiderio - powiedział z udawaną łagodnością - nie powinnaś tak okropnie wyrażać się o swoich przyjaciółkach. Pozwolił, by zdanie zawisło w powietrzu odrobinę za długo. Obserwował ją przy tym uważnie, niemal z ciekawością. W takich momentach najłatwiej było zobaczyć, gdzie przebiegają pęknięcia. A Louvain lubił wiedzieć, gdzie nacisnąć.  Okrucieństwo. Nie gwałtowne, nie impulsywne, lecz powolne i świadome. Czuł w nim dziwną, gorzką ekscytację. Jakby każde jej słowo było zaproszeniem do odwetu. Każdy przytyk, każda obelga, każdy rzucony w jego stronę zarzut domagał się wyrównania rachunku. I to nie równego. Silniejszego. Głębszego. Takiego, który zostawia ślad. Bo skoro ona wybrała tę drogę, pomyślał, to niech poczuje jej koniec. - Zastanawiałaś się może - ciągnął niemal mimochodem - z kim Astoria spędziła część wieczoru na tym uroczym balkonie od strony ogrodu? Uniósł brew, obserwując jej reakcję. - Komu przyniosła drinka? W czyje usta wpatrywała się z taką uwagą? Czuł, jak w jego wnętrzu pojawia się kolejna fala tej dziwnej, okrutnej satysfakcji. To było jak gra w szachy, w której nie chodziło już o zwycięstwo, ale o to, jak długo można przeciągać moment upadku przeciwnika. Chodziło o to by wykrwawić ją tak bardzo jak tylko było to możliwe. - Ale rozumiem, że wolisz wierzyć gazetom niż własnym oczom. Lekki uśmiech przeciął jego twarz.




i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
the way of water
This could be perfection
Or venom dripping in your mouth
wiek
24
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowna
Pierwsze co rzuca się w oczy to intensywnie błękitna barwa tęczówek. Błękitne, dokładnie tak jak morze, które gra nieustannie gdzieś wewnątrz jej duszy. Ma ciemne, brązowe włosy, które jednak farbuje regularnie na blond. Zawsze ma też pomalowane paznokcie; na czerwony lub czarny kolor.

Desideria Zabini
#9
19.03.2026, 06:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.03.2026, 06:25 przez Desideria Zabini.)  

Wszystkie wypluwane przez nią słowa wydawały się zwyczajnie niewystarczające. Źle leżały na języku i nie oddawały wszystkiego, co miałaby mu do powiedzenia. Język angielski był nagle tak samo nieprzystępny i chłodny jak cały ten pieprzony kraj, w którym musiała siedzieć. Kraj, z którym wiązała się jej teraźniejszość i najpewniej także przyszłość. To tutaj zbudowała swoją karierę i to tutaj zgodziła się na zaręczyny z człowiekiem, który doprowadzał ją do szewskiej pasji. Pewnie czułaby do całej tej sytuacji chociaż odrobinę więcej jakiegoś zrozumienia, gdyby Louvain prezentował sobą w tych rozmowach... cokolwiek. Gdyby było w nim odrobinę więcej pasji i zainteresowania. Gdyby był jak ci głupi włoscy amanci, którzy nagle tak leżeli mu na sercu. Ale na wyspach bardzo ciężko było o chociaż odrobinę tak dobrze jej znanej, gorącej krwi Włochów. Tu nie było porywów serca i pasji. Tu było zobojętnienie i chęć uderzenia dokładnie tam, gdzie powinno zaboleć najmocniej.

Prychnęła zirytowana do swojego własnego odbicia, słysząc ten akcent na słowo Kochanie. Kochanie - chciałaby, żeby nazwał ją tak chociaż raz, ale całkiem szczerze i z pełnym uczuciem. Bo przecież kochaną być chciała i uważała, że jej się to należało. On natomiast zachowywał się, jakby miała go obskoczyć niczym stęskniony kundel i błagać o chociaż odrobinę uwagi. Jego, kurwa, niedoczekanie.

- Cazzo?! - głos uciekł w głośniejsze tony niemal automatycznie, a ona nawet jeśli nie wyprostowała się gwałtownie, na co miała bardzo ochotę, to zesztywniała nagle jeszcze bardziej. Nagle trzymała się tego parapetu, jakby była to jej ostatnia deska ratunku i wszyscy bogowie byli jej świadkami, że gdyby nie był tak dobrze przytwierdzony do ściany, to już leciałby w stronę Louvaina na wzór wazonu. Na całe szczęście na parapecie stały doniczki.

- Maledetto traditore - wrzasnęła w jego kierunku, łapiąc za najbliższego kwiatka. Doniczka poleciała, chybiła i potoczyła się po podłodze, rozsypując ziemię i dewastując nieco lokatora. Czuła złość. Palącą i nie dającą spokoju. Rozpalała policzki, rozlewała się rumieńcem na dekolcie i sprawiała że nie była w stanie się powstrzymać od złapania kolejnej rzeczy w ręce. Była to druga doniczka, ale już z kolejnego parapetu, bo rozzłoszczona Desideria zaczęła iść wzdłuż pomieszczenia. Rzucony kwiatek podzielił los poprzedniego, nie trafiając w adresata i lądując na podłodze. Tym razem jednak doniczka pękła, rozsypując skorupy. - Qualunque cosa tu stia cercando di fare, non la farai franca - wskazała na niego palcem, cedząc słowa z jadem i zwykłą nienawiścią. Akcent załamał się kompletnie, uciekając w znajome i bezpieczne objęcia rodzimego języka. W nim czuła się o wiele pewniej i właściwiej, a słowa same nasuwały się na język, wręcz instynktownie.

Wiedziała. Przecież wiedziała z kim prowadził się pod rękę na tej całej Ekstazie. Z jakąś uroczą, wielkooką blondynką, a Astoria ani blondynką nie była, ani też nie jawiła się Zabini jako ktoś, kto gotowy byłby zmienić wygląd dla całej tej farsy. Ale mimo tego poczuła ukłucie zazdrości. Jakiś strach, że gdzieś w tym tkwiło ziarno prawdy i nagle znowu była uczennicą Hogwartu, która chciała mieć to co przyjaciółka. Zrzuciła jeszcze zamaszystym ruchem przedmioty z kominka, zanim nie nacisnęła klamki pokoju i trzasnęła za sobą drzwiami. Musiała odetchnąć. Uspokoić się, ochłonąć. A w jego towarzystwie to było niemożliwe.


Koniec sesji



Illusions... or real illusions.
Within the illusions hide real illusions... from the real illusions, the illusions are created.
Within the truth hides the lie... within the lie hides the truth.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Desideria Zabini (2617), Louvain Lestrange (3051)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa