• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence

[09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
16.01.2026, 02:18  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.01.2026, 04:05 przez Benjy Fenwick.)  
Udawałem, że to całkowicie normalne, że opiera się o moją klatkę piersiową, normalne, że jej cień przesuwa się po mojej twarzy, kiedy poprawia pozycję, normalne, że oddychamy w tym samym rytmie, jakbyśmy od dawna mieli do tego instrukcję,  ale robili to naturalnie, normalne, że moje ramię samo, bez konsultacji z mózgiem, znalazło się wokół jej talii, normalne, że palce, zamiast leżeć grzecznie, rysują na jej skórze leniwe, niekonsekwentne kształty… Normalne, że nic z tego nie jest normalne…
Bo bycie zakochanym w przyjaciółce to jak mieszkanie w domu, którego nie wolno ci nazwać „swoim”, mimo że znasz każdy jego zakamarek - wiesz, gdzie coś skrzypi, znasz ją na fundamentalnym poziomie, wiesz, kiedy okno trzeba domknąć lekko, a kiedy pchnąć mocniej, wiesz, co ją wzmacnia i co ją łamie, i… Właśnie dlatego, z tego ostatniego powodu, nie możesz nic zrobić - bo to nie twoja rola, być na stałe, nie w tym sensie, i gdybyś spróbował, mógłbyś zepsuć wszystko.
A chociaż byłem kimś, kto łamał schematy - jasne - zmieniałem role, ale też miejsca zamieszkania i twarze, to jednocześnie nie byłem typem budowniczego, kimś, kto zatrzymywał się gdzieś na dłużej - nie byłem tym, który zostawał i zajmował się prozą życia, byłem tym, który słuchał o niej, a potem znikał, wraz z usłyszanymi słowami, zatrzymując je dla siebie, bo to było najbliższe poczuciu sprawczości, doświadczaniu czegoś, co dla innych było częścią codzienności.
To nie tak, że nie widziałem tej wizji, jaką mieli bardziej statyczni ludzie, czasem widziałem ją aż za dobrze - dom, który nie jest tymczasowy, rzeczy, które nie są spakowane w torbie, poranki, które się powtarzają, nie w sensie nudy, tylko ciągłości. Może dlatego bywały chwilę, kiedy tak to idealizowałem, zazwyczaj wtedy leżałem obok niej i czułem, jak bardzo łatwo byłoby… Nie ruszać się, zostać, zobaczyć, jak wyglądałoby życie, gdyby nie było kolejnym przeskokiem z punktu A do punktu B - ta myśl była jednak dziwnie ciężka, jak coś zbyt dużego, by zmieściło się w mojej głowie bez rozbijania się o ściany, bo stabilizacja nie była dla mnie marzeniem, była niewiadomą, a niewiadome zawsze mnie niepokoiły bardziej niż ryzyko.
Droga nie była ucieczką, a adrenalina nie była głodem, którego nie dało się uciszyć, to był raczej nawyk, mechanizm - coś, co robiłem tak długo, że przestałem się zastanawiać, czy w ogóle potrafię inaczej. Ruch dawał mi iluzję kontroli, zmiana miejsca odcinała ciągi myśli, których nie chciałem dopuszczać do głosu - kiedy się nie zatrzymujesz, nie musisz odpowiadać na pytania o przyszłość, nie musisz niczego deklarować, niczego obiecywać, niczego bronić, niczego…

Parsknąłem cicho, zanim zdążyłem to powstrzymać, ten dźwięk wyrwał się ze mnie samoistnie, bardziej z przyzwyczajenia niż z rozbawienia, ale i tak uśmiechnąłem się krzywo, zerkając na nią spod przymrużonych powiek - jasne - obietnice od niej zawsze brzmiały jak groźby z adnotacją „i tak to zrobię, więc się przyzwyczaj”.
- Wiesz, jak już grozisz, to wypadałoby dorzucić coś w stylu „i nie próbuj uciekać” albo „mam na ciebie oko”, to robi klimat. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, wpatrzony w niebo, jakbym mówił to mimochodem, bez większego ciężaru. Odruchowo uniosłem rękę i złapałem jej palec między dwa swoje, lekko, bez ściskania - to była bardziej zabawa, przekora, niż próba zatrzymania ruchu, który wykonywała.
- Widzisz, tu właśnie wchodzisz w rolę „tej strasznej”. - Mruknąłem, jednocześnie odruchowo napiąłem mięśnie tylko po to, żeby ją zirytować, a potem z powrotem się rozluźniłem. - Wskazujesz palcem, rzucasz egzystencjalne oskarżenia, podważasz moje podejście do życia wiecznego. Poza tym, nie mówiłem, że to mój koszmar. Mówiłem, że twoje groźby brzmią jak zapowiedź czegoś bardzo… Trwałego. A ja, jak już wiesz, nie mam najlepszych doświadczeń z rzeczami, które są „na zawsze”. - Przesunąłem kciukiem po jej palcu, bezwiednie, jakby to było coś zupełnie normalnego, i puściłem go dopiero po chwili. - Proszę, Pruey, nie strasz mnie życiem wiecznym. - Mruknąłem przeciągając dźwięki, jakbym rzeczywiście mógł zaraz zacząć ją prosić o darowanie mi tej opcji, mrużąc oczy od słońca. - Mam już dość problemów z ogarnięciem tego jednego, które mi wpadło. Wyobrażasz sobie mnie na wieczność? To byłaby prawdziwa klątwa. - Przymknąłem oczy na moment, pozwalając słońcu wgryźć się w powieki. - Na poziomie elementarnym nie ufam obietnicom bez daty ważności. - Dodałem, odrobinę poważniej. - A koncept życia wiecznego brzmi jak coś, co ktoś wymyślił, żeby nie musieć się żegnać. Z tego wychodzą upiory, wiesz? Sfrustrowane zjawy i poltergeisty. Chcesz, żebym był twoim poltergeisem? - Otworzyłem jedno oko i spojrzałem na nią krzywo.
Zamiast odpowiadać od razu na następną, jakże nurtującą, kwestię, złapałem kosmyk swoich włosów między palce, i przeciągnąłem go powoli, demonstracyjnie, machając nim jej przed oczami, i puszczając luźnym falo-skrętem, pogłębionym od soli i wysokiej wilgotności w powietrzu, aż opadł mi z powrotem na czoło, ciemny, ciemnobrązowy, nadal prawie czarny w słońcu.
- Z całym szacunkiem dla herbaty i mgły. To geny. Twarda biologia. Nie mam z tym nic wspólnego, przysięgam. - Uniosłem się leciutko na łokciu i odchyliłem trochę głowę, jakby chciał jej się dokładniej przyjrzeć, ale tak naprawdę to robiłem to bardziej po to, żeby mieć pretekst do gadania i do ruchu, zawsze byłem przy niej gadatliwy, jak nigdy indziej. - To jest… Sabotaż genetyczny. Widzisz mnie, ja nawet nie wyglądam na porządnego Brytola. Dostałem wszystko, co nie pasuje do arystokratycznych salonów. - Wskazałem na siebie - skórę, która była wyraźnie opalona, ramiona, szyję - przekręciłem głowę lekko w jej stronę i zerknąłem na nią spod rzęs. - Moja matka,cudowna osoba, nawiasem mówiąc, wzór cnót, poza tym, że jest bardzo wysoka, urodziła się do spacerów po wrzosowiskach i romantycznego moknięcia w deszczu, jest odpowiednio jasna, blond, oczy jak niebo w bezchmurny dzień, rzęsy do dupy, to jeszcze jakoś by mogło zagrać z ideałami, ale w praktyce byłaby też w stanie przenieść szafę, pełną, sama. Z dwójką dzieci pod ramionami. Reszta byłaby w szafie. - Dodałem, bo nie potrafiłem mówić o rodzinie bez ironii. Machnąłem ręką, jakbym odganiał obraz. - A potem masz moją babkę od strony ojca. Tam zaczynają się schody. - Poruszyłem się minimalnie, poprawiając i dopasowując naszą pozycję, nadal swobodnie, nadal bez napięcia na zewnątrz.
- Dziadek na wyjeździe uwiódł pannę z bardzo dobrej rodziny, trochę za dobrej, bo potem bezapelacyjnie musiał się z nią ożenić. Całe szczęście, była kurewsko bogatą dziedziczką, miała dobre biodra do rodzenia dzieci, chętnie wybyła za wodę ze swojego malowniczego zadupia w Pirenejach, więc wszyscy udawali, że to było bardzo strategiczne, ekhem, posunięcie, a on całe życie pokutował, bo ta transakcja okazała się… Owocna, a owszem, ale niezbyt subtelna w skutkach. Pod wieloma względami. - Prychnąłem. - Gównosojusze, małżeństwa polityczne, a potem zdziwienie, że z tej gałęzi drzewa nie wyrastają delikatne arystokratyczne kwiatki, tylko… No. - Wskazałem na siebie. Potem dotknąłem swoich włosów jeszcze raz, tym razem mocniej, rozczochrałem je. - To. - Opuściłem głowę z powrotem na piasek, uśmiechając się pod nosem. - Poza tym po prostu jestem ciepłolubny. - Przesunąłem dłonią po jej ramieniu, potem po własnej klatce piersiowej, nie po to, żeby się popisywać, tylko żeby zaznaczyć różnicę w odcieniu skóry, opaleniznę, która nie znikała nawet po miesiącach w chłodzie. - Więc jeśli kiedyś zobaczysz mnie próbującego zamieszkać w miejscu, gdzie ciągle pada i jest szaro… To znaczy, że ktoś mnie szantażuje. Albo jestem naprawdę zakochany. - Przymknąłem powieki na moment, a potem spojrzałem na nią z rozbawieniem, wywracając oczami, bo przecież oboje wiedzieliśmy, że teoretycznie obie te sytuacje były tak samo nieprawdopodobne - prawda?
Parsknąłem cicho, zanim zdążyłem się powstrzymać - ten dźwięk wyrwał mi się bardziej z klatki piersiowej niż z gardła, krótki, lekki - odruchowo uniosłem jedną brew, spojrzałem na nią z dołu, mrużąc oczy w tym swoim półżartobliwym, półniewinnym stylu, który zawsze maskował to, co naprawdę mi się kłębiło w głowie.
- Nową przyjaciółkę. - Powtórzyłem, jakby to było coś absolutnie abstrakcyjnego. - Po pierwsze, nie znalazłbym sobie nowej przyjaciółki. - Rzuciłem od razu, zanim zdążyła się rozpędzić. - Nie zrobiłem tego przez dekadę, nawet jak mieliśmy przerwę, już widzę, jak to robię zaraz. „Cześć, zaginęła mi najlepsza przyjaciółka, więc szukam zamiennika, najlepiej w podobnym rozmiarze, ma mieć te same cechy charakterystyczne, ten sam charakter i reagować na Pruey, krasnalu!, bo nie lubię zmian, jestem sentymentalnym kawałem skurwiela, tudzież cierpię na zaniki pamięci krótkotrwałej, z uwagi na wykonywanie zawodu podwyższonego ryzyka”. Ustawią się całe kolejki. - Uniosłem lekko brwi i zerknąłem na nią spod półprzymkniętych powiek. - Po drugie… - Zawiesiłem głos na moment, jeszcze bardziej mrużąc oczy. - Gryzienie byłoby absolutnie w twoim stylu, więc dobrze, że jesteś z tym transparentna. Właśnie dlatego plan z miażdżeniem odpada. Nie mam ochoty umrzeć w taki sposób. To byłoby bardzo głupie epitafium. - Uniosłem rękę i bezwiednie dotknąłem jej nadgarstka, bardziej odruchem, niż z jakiegoś konkretnego powodu. - A po trzecie… -  Westchnąłem teatralnie. - Wiedziałem. Wiedziałem, że coś z nim nie gra. - Lubiłem się z nią droczyć, prowokować jej reakcje, to lekkie uniesienie brwi, ten półuśmiech, który mówił „zaraz ci coś powiem, a ty będziesz tego żałował”, ale jeszcze bardziej lubiłem mieć rację.
Zamknąłem oczy na moment, jakby światło było zbyt ostre, a nie dlatego, że czułem jej zapach tak blisko, że zaczynało mi się mieszać w głowie, udawałem, że jestem całkowicie rozluźniony, że nie rejestruję każdego jej ruchu, każdego drobnego przesunięcia ciała, każdego dotyku, który w teorii był przypadkiem, a w praktyce… No, cóż, oboje wiedzieliśmy, że linia graniczna między przypadkiem a wyborem jest u nas wyjątkowo cienka. Zawsze mnie to bawiło, jak naturalnie przekraczaliśmy granice, które inni uznaliby za święte, a potem nagle przestawało mnie bawić, gdy robiła coś, co sprawiało, że krew we mnie wrzała, lokując się w jednym, strategicznym miejscu. Poruszyła nogą, obsypując mnie piaskiem, a ja tylko westchnąłem teatralnie, jakby właśnie wydarzyła się największa tragedia mojego życia. Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc jej „przepraszam”, bo było w tym coś bardzo jej - automatyczne, szczere, jakby naprawdę wierzyła, że piasek jest największym problemem tej sytuacji. Uniosłem brew dokładnie w tym samym momencie, co ona, jakbyśmy to mieli wyćwiczone, a potem przesunąłem dłonią po jej łydce, pomagając jej poprawić nogę, ale tak, żeby wyszło na to, że robię to wyłącznie z troski o ergonomię sytuacji. Oczywiście - tylko ergonomia - udawałem, że nie czuję, jak moje ciało reaguje na jej bliskość, wszystko jest w normie, nie zesztywniałem, kiedy trąciła mnie nogą.
- Wyciskaj z tej listy, ile chcesz. - Mruknąłem. Spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek, z tym znanym jej już spojrzeniem, które mówiło jednocześnie „nie wierzę w ani jedno twoje słowo” i „uwielbiam, że to mówisz”. - I tak to robisz od lat. - To było powiedziane żartobliwie, ale gdzieś pod spodem było w tym coś bardziej szczerego, niż zamierzałem, bo krążyliśmy wokół siebie od dawna, jak dwa ciała niebieskie, które nigdy nie wpadają na siebie wprost, ale zawsze są wystarczająco blisko, żeby to miało znaczenie - i może właśnie dlatego ta chwila na plaży była tak niebezpieczna, bo łatwo było sobie wyobrazić, że tak mogłoby wyglądać codziennie, wtedy to nie byłby tylko przystanek, to mogłoby być miejsce.
A przecież znałem siebie - wiedziałem, że stabilizacja zawsze brzmiała jak coś, co przydarza się innym - ja byłem od ruchu, od zmiany, od niekończącego się „jeszcze tylko jeden raz”, a ona… Ona mogła chcieć więcej, albo przynajmniej kiedyś będzie tego chciała, to z pewnością, nawet jeśli nie chciałem się tym martwić na zapas, i może właśnie dlatego pozwalałem sobie tylko na to - na żarty, półzdania, bliskość, która nie wymagała deklaracji. Prawda była taka, że ja naprawdę dobrze odnajdywałem się w drodze, chaosie, w zmianach, w tym ciągłym „zaraz, zaraz, tylko jeszcze to jedno”, lubiłem, gdy nic nie było do końca domknięte, gdy nie musiałem decydować, gdzie jest „na zawsze”. Zawsze mogłem powiedzieć, że to nie ten moment, nie ta mapa, nie ten kierunek, to było wygodne, bezpieczne, nikt nie mógł mnie z tego rozliczyć, ale kiedy leżała tak blisko, jej ciężar był czymś znajomym, nieprzypadkowym, a oddech układał się w rytm, którego nie musiałem zgadywać, wtedy coś we mnie się buntowało przeciwko tej narracji, którą powtarzałem sobie od lat - w tym „ja nie jestem od osiadania, nie umiem w stabilność, potrzebuję ciągłego ruchu, bo inaczej coś we mnie gaśnie” - to nie było do końca prawdą. Ruch był łatwy - zostawanie było trudne, przygoda nie wymagała ode mnie decyzji - stabilizacja już tak.
Nawet jeśli z nią każdy przystanek miał tendencję do zamieniania się w coś, co mogło być „na dłużej”, to mnie przerażało bardziej niż jakakolwiek klątwa, jakiekolwiek zlecenie, jakiekolwiek ryzyko, bo stabilizacja oznaczała odpowiedzialność, a odpowiedzialność oznaczała, że jeśli coś się zepsuje, to naprawdę będzie bolało, a ja… Miałem już wystarczająco dużo dowodów na to, że kiedy boli, to nie widzę sensu w…
„Myślisz, że mogłoby mi to zacząć przeszkadzać?”
- Nie myśl za dużo. - Rzuciłem nagle, jakbym czytał jej w myślach, chociaż to ja walczyłem ze swoimi myślami, bo gdybyśmy naprawdę byli tylko przyjaciółmi, to nie byłoby tak zupełnie inaczej w mojej głowie, kiedy była tak blisko, nie byłoby tego napięcia, tego delikatnego, ciągłego „co jeśli”, nie byłoby tego uczucia, że chcę ją zatrzymać, choć wiem, że nie mam do tego prawa. - To zawsze kończy się źle.
Oczywiście, że miałem do niej słabość - od lat, od zawsze, ale ta słabość dawno przestała być dziecięca, oboje o tym wiedzieliśmy, nawet jeśli nigdy nie nazwaliśmy tego po imieniu, to była ta część naszej relacji, która nigdy nie była do końca uczciwa. Nie kłamaliśmy sobie, ale też nie mówiliśmy całej prawdy - zbyt wiele by skomplikowała, a tak mogliśmy udawać, że z chwilą, w której zorientowaliśmy się, kim jesteśmy, chęć sięgnięcia po coś więcej zupełnie wygasła. Dla niej może tak, ale dla mnie…
Parsknąłem cicho, kiedy zaczęła tłumaczyć swoją teorię o „nie miałam wyjścia”, znałem ją na pamięć, od podszewki, zawsze tak robiła, zawsze budowała narrację, w której była jednocześnie niewinna i kompletnie bezczelna, i zawsze działało.
- Po prostu lubisz, jak masz rację. A potem jeszcze bardziej lubisz, jak ja muszę się z tobą zgodzić. Projektujesz na mnie swoje upodobania, aż wreszcie ci ulegam, bo jesteś… - Mlasnąłem, szukając brakującego słowa. - Taka. - Patrzyłem na nią i myślałem o tym, jak bardzo przywykłem do jej obecności, do tego, że zawsze wracała, że niezależnie od tego, gdzie mnie rzucało, prędzej czy później znowu się pojawiała, jakbyśmy byli na jakichś dziwnych orbitach, które zawsze się przecinały. Miałem w sobie ten dziwny nawyk - kiedy coś było dobre, próbowałem to zapamiętać na zapas, na moment, kiedy znowu będzie zimno, mokro i wszystko wróci do normalnego rytmu „zaraz, potem, kiedyś”. Przestawałem zauważać granicę między „ja” a „my”, kiedy była tak blisko. Zastanawiałem się, czy ona też to czuła - to dziwne zawieszenie między „teraz” a „potem”, między byciem w drodze a potrzebą, żeby w końcu gdzieś osiąść. Czułem, że Pruey potrafiłaby w tym żyć, może nawet byłaby szczęśliwa, ja… Nie byłem pewien, czy potrafiłbym oddychać bez tej potrzeby ruszania dalej. Najgorsze było to, że przy niej ta potrzeba słabła, a to mnie paraliżowało bardziej niż cokolwiek innego, bo nie chodziło o to, że zupełnie nigdy nie brałem pod uwagę stabilizacji - chodziło o to, że obawiałem się, że jeśli ją wezmę pod uwagę naprawdę, nie będę w stanie się z tego wycofać, a ja zawsze byłem dobry w wycofywaniu się, zanim zrobi się zbyt prawdziwie, więc… Wracałem do samych podstaw, na których oparłem swoje życie - żartowałem, maskowałem, mówiłem o drodze, przygodach, ruchu - grałem rolę faceta, który nie zatrzymuje się nigdzie na dłużej, robiłem to tak długo, że wszyscy w to uwierzyli, nawet ja, chociaż wtedy pojawiały się takie dni jak ten i… I czasem nienawidziłem siebie za to, czasami chciałem być inny, i… I to było najbliżej odpowiedzi, jaką kiedykolwiek byłem w stanie udźwignąć - to, że dla mnie to nie zawsze wyglądało tak samo, chociaż pewnie nigdy bym jej tego nie powiedział wprost. W idyllicznym świecie nie byłoby w tym żadnego „krążenia”, byłoby „zostajemy”, i byłoby, gdzie zostać, ale trochę za długo żyłem pomiędzy różnymi miejscami, by to nie wydawało mi się podejrzanie nierealistyczne - to była jedna z tych prawd, których nie dało się zakląć w coś ładniejszego, nawet jeśli chciało się patrzeć na świat, jakby był ładny. Ładny i… „Nieszkodliwy”.
- „Nieszkodliwy” to bardzo niskie wymagania, wiesz? - Zauważyłem, niby lakonicznie, jakby to była tylko zwykła uwaga, a jednak rzuciłem to raczej sucho. Zmarszczyłem nos, jakbym właśnie usłyszał coś wybitnie podejrzanego, a potem westchnąłem demonstracyjnie, opadając z powrotem na piasek. - Oczywiście, że nie wydaje się szkodliwy. Właśnie tacy są najbardziej niebezpieczni. Nikt nigdy nie wygląda jak problem, dopóki nim nie jest. - Koniec, kropka. - Wąż też może być nieszkodliwy. Do momentu. - Nie powiedziałem tego ostro, raczej spokojnie, może nawet zbyt spokojnie, bo to była ta część mnie, która zawsze mówiła rozsądnie, nawet kiedy w środku miałem ochotę być dużo mniej rozsądny. - Poza tym nie powiedziałem, że jest szkodliwy. - Uściśliłem, z tą niby-lekką nutą, którą zawsze wykorzystywałem, kiedy coś mnie uwierało. - Mówię tylko, że ludzie rzadko są dokładnie tacy, jak wyglądają na pierwszy rzut oka. Są faceci, którzy są „mili”, bo są mili, i są tacy, którzy są „mili”, bo coś chcą. On wygląda na ten drugi typ.
Westchnąłem, patrząc w niebo, szukając tam nie wiadomo czego, może cierpliwości.
- Po prostu bądź ostrożna, dobra? - Rzuciłem lekko, po chwili, jakby to była luźna uwaga, a nie coś, co naprawdę mnie gryzło. - Nie wierzę w gości w tym zawodzie, którzy „tak po prostu lubią towarzystwo inteligentnych kobiet”. Z doświadczenia - to „tak po prostu”, to zazwyczaj kłamstwo numer jeden, zawsze musi być jakiś powód. A „pociąg do głębokich rozmów egzystencjalnych na poziomie, których nie można tutaj doświadczyć z nikim innym, tylko z tobą, ehkem, medyczny aniele, masz w sobie tyle cierpliwości”, to wygodna zasłona dymna, tacy zwykle nie wydają się szkodliwi na początku, to ich główna zaleta. Może się mylę. Może jest cudownym, uroczym typem bez żadnych ukrytych intencji. Ale jak się nie mylę, to wolę wiedzieć, że patrzyłaś mu na ręce. - Zerknąłem w tamtą stronę jeszcze raz, bez większej subtelności. Ten typ… Nie wiedziałem nawet, co dokładnie mi w nim nie pasowało, może to, że był zbyt gładki, zbyt uprzejmy, jak na tę bandę, zbyt idealnie wpasowany w rolę „miłego faceta”. Miałem alergię na takich ludzi, z doświadczenia, nie z uprzedzenia, wcale.
Odchyliłem głowę, żeby móc na nią spojrzeć, z bliska, zbyt bliska, jak na „tylko przyjaźń”, po czym zmrużyłem oczy, zaprzeczając sam sobie.
- Jednak wiesz, co? Gówno prawda, cofam to, ja „się nie mylę”, a ty masz paskudny zwyczaj wierzenia, że wszyscy są z definicji „całkiem w porządku”, nawet jak nie są. - Powiedziałem, marszcząc nos. - Więc, jako twój… Najlepszy przyjaciel. - Uśmiechnąłem się, bardziej kątem ust niż naprawdę, jakbym właśnie mówił coś normalnego, a nie coś, co w środku lekko mnie skręcało - jej słowa o „jedynym najlepszym przyjacielu” trafiły dokładnie tam, gdzie miały trafić, w środku wiedziałem dokładnie, czym to jest - ten tytuł był jak wygodne miejsce przy stole, do którego nikt nie mógł mnie wyprosić, ale też nie dawał mi prawa do niczego więcej. Nie mogłem protestować, nie mogłem rościć sobie praw, mogłem tylko być i cholernie mnie to uwierało. - Czuję się w obowiązku od czasu do czasu ci przypominać, że ostrożność to nie paranoja. - Nie powiedziałem, że jestem zazdrosny, nie powiedziałem, że mnie to drażni, nie powiedziałem, że nie znoszę, kiedy ktoś inny zaczyna za bardzo panoszyć się w przestrzeni, która… Była moja, nawet jeśli nigdy nie została nazwana. Wpatrywałem się w nią przez chwilę dłużej, niż było to całkiem rozsądne. Leżała na mnie tak, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie, jakby nie było w tym nic intymnego, nic znaczącego, tylko wygoda, właśnie to było najbardziej podstępne - ta normalność, ten brak napięcia na powierzchni, który pod spodem miał całą masę rzeczy, o których żadne z nas nie mówiło głośno. Zamiast tego przesunąłem dłonią po jej plecach powoli, jakby to był zupełnie przypadkowy gest, coś, co robiłem odruchowo, bez myślenia - w rzeczywistości myślałem aż za dużo - westchnąłem cicho, nos miałem tuż przy jej włosach. Pachniała słońcem i czymś znajomym, czymś, co od lat było dla mnie sygnałem bezpieczeństwa, a nagle poczułem się tak, jakby to było… Zagrożone.
No, kurwa - byłem zazdrosny. Tak, typ mi śmierdział, to nie było kłamstwem, ale było w tym coś jeszcze, nie inaczej.
- Po prostu uważaj. - Rzuciłem. - Tyle.
A potem dodałem, już bardziej żartobliwie, żeby nie było zbyt serio:
- Bo jak coś okaże się śliskie, to ja będę musiał powiedzieć „a nie mówiłem”, a wiesz, że o ile bardzo uwielbiam mieć rację, o tyle w tym wypadku wolałbym nie. - To była prawda, ale nie cała. Dalej unosiłem kącik ust, ale to był ten uśmiech, który bardziej maskował niż cokolwiek wyrażał - ten, który zakładałem automatycznie, kiedy coś mnie uwierało, a nie chciałem tego pokazać. Przez moment naprawdę chciałem uwierzyć, że to nic takiego, zwykła, neutralna obecność, to tylko kolejny facet, który lubił przebywać w pobliżu kobiet, tylko że ja nie wierzyłem w „przypadkowe kręcenie się”, nie w tym zawodzie, nie po tym, co widziałem w życiu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
20.01.2026, 21:18  ✶  

Dni jak ten nie zdarzały się często, a szkoda. Miała wrażenie, że mogłaby się przyzwyczaić do takiej sielanki, leżenia na plaży, braku pośpiechu. Wszystko wydawało się być na właściwym miejscu, ona, jej ciało, jej przyjaciel. Życie w ten sposób mogłoby być wymarzonym, tylko, że właśnie przyjaciele raczej nie myśleli o tym, by spędzić ze sobą resztę swoich dni, a ona zaczęła się łapać na tym, że mogłaby trwać u jego boku, może jakoś ktoś więcej. Nie mogła jednak myśleć o tym w ten sposób, bo to mogłoby popsuć wszystko. Wydawało jej się, że i tak dostała dużo więcej, niż w ogóle zakładała.

Wracał do niej, pojawiał się przy niej, ich drogi splatały się od czasu do czasu, to było wiele. Mogła go spotykać, kraść rzeczywistości te wspólnie spędzone dni, i chociaż nie było ich wiele, to każdy z nich zajmował specjalne miejsce w jej wspomnieniach. Chętnie po nie sięgała, gdy nie było go obok, kiedy zastanawiała się, czy wszystko u niego w porządku, czy ma się dobrze, czy ma gdzie spać, czy nie jest głodny, czy nadal żyje. Nie potrafiła przestać o nim myśleć, w końcu był jej przyjacielem, troska o przyjaciół przychodziła całkiem naturalnie, czy jednak jako przyjaciółka zastanawiałaby się nad tym, czy sypia sam? No nie do końca. Obawiała się tego, że kiedyś pojawi się z kimś u swojego boku, że zabraknie miejsca dla niej, że przestanie się dla niego liczyć. Póki co jednak skupiała się na tym, co mieli teraz, na kolejnej, wspólnie spędzonej chwili, kiedy zupełnie beztrosko leżeli sobie na plaży, a jego palce powoli muskały jej ciało, jakby to była najbardziej zwyczajna rzecz na świecie.

Nie mogła nic z tym zrobić, to była poniekąd patowa sytuacja, chciałaby więcej, ale za bardzo bała się zaryzykować to, co udało im się stworzyć. Wolała to, niż nic, nawet jeśli kiedyś ktoś inny miał być na tym miejscu, w którym to ona chciałaby się znajdować. Od lat przecież to właśnie przyjaźń ich łączyła, nie przekraczali granic, chociaż, czy tak naprawdę kiedyś sobie jakieś jasno określili? Nie do końca, gdyby tak było ten dotyk nie przychodziłby im tak naturalnie, nie przywykliby do tego, że mogą sięgać po gesty, które niektórym mogły się łączyć tylko z jednym typem relacji.

- Mogę to dodać, ale przecież to są oczywistości. Ja zawsze będę mieć na Ciebie oko, a Ty nigdy przede mną nie uciekniesz, nie wiem, czy jest sens dodawać te drobne uwagi, to znaczy zawsze jak na siebie już wpadniemy, bo nie zawsze, zawsze. - Próbowała jakoś pokrętnie wytłumaczyć mu o co jej chodzi, chociaż chyba nie musiała, doskonale wiedział jak często pojawiali się w swoich życiach, było to spontaniczne, jednak regularne, jednak brakowało w tym typowej stałości. Nie znali dnia, ani godziny, kiedy znowu ich drogi się ze sobą skrzyżują, tak po prostu się działo, zupełnym przypadkiem. Od lat wokół siebie krążyli i nie sądziła, że kiedyś miałoby przestać do tego dochodzić, bo tak już przecież mieli.

Złapał ją za palec, oczywiście, że musiał być czujny i szybki, nie dało się go zaskoczyć w żaden sposób. Powstrzymywała się przed przewróceniem oczami, bo powinna założyć, że dokładnie tak się stanie, nie mogła mu nawet odpowiednio pogrozić palcem przez to, że był taki zwinny.

- To nie tak, że żyłbyś wiecznie, wiecznie, tylko wiecznie nie do końca wiecznie, rozumiesz już o co mi chodzi? - No długo, wieczność może nie była odpowiednim określeniem, ale po nią sięgnęła jakoś tak po prostu. - Chociaż w sumie jakbym się postarała, to może faktycznie dałoby się z tego zrobić wiecznie, wiecznie. - W tej chwili zaczęła nieco głośno myśleć nad różnymi ewentualnościami, nie musiała tego robić po cichu, bo on doskonale zdawał sobie sprawę z jej wszystkich zainteresowań, być może kiedyś faktycznie je, aż tak rozwinie. - Mógłbyś być moim przypadkiem testowym, jakby coś nie wyszło, to nie miałbyś do mnie pretensji, bo nie chcesz żyć wiecznie, jakby wyszło, to pewnie byś sobie jakoś z tym poradził. - Nadal próbowała przepchnąć swój pomysł, mógłby to być naprawdę ciekawy projekt naukowy. - Nie radzisz sobie przecież tak źle, wyglądasz całkiem nieźle, masz interesującą pracę, całkiem nieźle sobie radzisz, czy właściwie masz na co narzekać? Myślę, że sporo osób mogłoby Ci pozazdrościć. - Być może przeżył dosyć sporo jak na swój młody wiek, ale dzięki temu wiedział przecież, że żyje. - Nie nudzisz się, masz najfajniejszą przyjaciółkę na świecie, czego chcieć więcej? - Uśmiechnęła się do niego, jakby to była najlepsza rzecz, jaka mogłaby mu się przytrafić, chociaż faktycznie koncepcja życia wiecznego i jej zdaniem mogła wydawać się nieco przereklamowana.

- Jeśli miałabym mieć jakiegoś poltergeista, to oczywiście, że chciałabym, żebyś to Ty nim był. - Pytanie było bardzo proste, tak samo jak odpowiedź, która padła z jej ust. Kiedy puścił jej palec, ponownie oparła dłoń na jego klatce piersiowej i wygodnie się na nim ułożyła, musiała korzystać z tego, że znajdował się tak blisko, takie okazje nie zdarzały się często.

Obserwowała go uważnie, gdy sięgnął po kosmyk swoich włosów. No, nie dało się nie zauważyć, że wyglądem nie do końca pasował do miejsca z którego pochodzili. Jego skóra aktualnie była pokryta ładną, ciemną opalenizną, włosy od zawsze miał ciemne niczym węgiel, wyróżniał się nieco poprzez ten wygląd. Bawiło ją to w jaki sposób opowiadał o swojej rodzinie, podchodził do tego w bardzo specyficzny sposób, nie da się ukryć, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego w jaki sposób działała genetyka, jego wygląd nie wziął się znikąd. Parsknęła śmiechem, kiedy wspomniał o strategicznym posunięciu, naprawdę potrafił robić ze swojej rodziny najprawdziwszą komedię, mimo, że wiedziała, że raczej jego historia w tej familii była raczej tragedią. - Tylko całkiem urocze sukulenty, których ciężko się pozbyć, jak już gdzieś wyrosną, no i one też są ciepłolubne, to też pasuje. - Dokończyła jeszcze za niego.

- Kto wie, może kiedyś się znajdzie taka dla której będziesz w stanie przyzwyczaić się do szarości. - Nie sądziła, że miało się to zdarzyć zbyt szybko, ale przecież nigdy nie zna się dnia ani godziny, może kiedyś coś w niego uderzy i pomyśli, że warto. Niezbadane były koleje losu.

- Przyznam Ci się do tego, że wtedy, jak mieliśmy przerwę w tej naszej przyjaźni, myślałam, że znalazłeś sobie jakąś lepszą przyjaciółkę i dlatego postanowiłeś mnie zostawić. - Z czasem sobie to wszystko wyjaśnili, ale tok rozumowania rozgoryczonej nastolatki był bardzo specyficzny. Pamiętała, że zastanawiała się nad tym, z kim się teraz koleżankuje, na szczęście po czasie wyszło, że nikt nie zajął jej miejsca, czekało na nią.

- Ale jak tak o tym mówisz, to właściwie mam rację, nie sądzę, aby ktoś odnalazł się w tej roli równie dobrze co ja, dochodzimy więc do kolejnych nowych wniosków, musisz o mnie naprawdę bardzo mocno dbać, bo nie znajdziesz drugiej takiej jak ja. - Oczy jej błysnęły, a na ustach pojawił się szeroki uśmiech, oczywiście, że wyniosła z tego coś bardzo wartościowego dla siebie. Nie, żeby sądziła, że ona była w stanie znaleźć sobie lepszego przyjaciela, to też było raczej oczywiste. Mimo różnic widocznych na pierwszy rzut oka bardzo dobrze się dopełniali, w ich relacji panowała idealna równowaga, nie sądziła, aby była w stanie zbudować coś takiego z kimś innym, nawet nie chciała szukać, po co miała szukać, jak znalazła już najlepszy możliwy model?

- Nom, trochę słabo zostać pogryzionym przez krasnala, już to widzę potężny klątwołamacz poległ przez kogoś kto przypominał ogrodowego gnoma, zasługujesz na coś więcej, może jakieś pieśni o Twojej osobie, kiedy już umrzesz, kto wie? - To nie tak, że zakładała, że umrze młodo, ale jeśli już rozmawiali o nie do końca typowym zakończeniu żywota, to bardziej widziałaby to w tę stronę.

- Widać to po nim, wiesz, niektórzy mają ten wyraz twarzy, który od razu sugeruje, że coś nie gra, on tak ma, zdecydowanie. - Nie chciała się przechwalać, ale Benjy na pewno to wiedział, że nie miał tutaj zbyt wielkiego wyboru, zresztą Prue nie błyszczała tylko na tle lokalnych medyków, wyróżniała się w każdym miejscu, w którym się znajdowała, bo przykładała się do każdej, nawet najdrobniejszej czynności.

Naprawdę nie chciała obsypać go piaskiem, dość niefortunnie podniosła nogę, przez co drobinki zsunęły się też na niego, pomógł jej pozbyć się piachu z łydki, jego dłoń się po niej przesunęła, a ona na moment wstrzymała oddech, poczuła zimny dreszcz, który przeszedł jej po plecach, a przecież było tu bardzo gorąco, nie powinna tak reagować na jego dotyk, jednak nie dało się walczyć z tymi prostymi odruchami.

- Nie zamierzam przestawać, skoro nabyłam właśnie oficjalną zgodę, poniekąd może akt własności to teraz nie ma odwrotu. - No, był być może tymczasowy, jednak to niczego nie zmieniało. Od lat korzystała z tych wszystkich profitów, które miał jej do zaoferowania. Zastanawiała się czasem, jakby wyglądała ich rzeczywistość, gdyby częściej na siebie trafiali, częściej ze sobą przebywali, czy również byłoby tak kolorowo? Był ten czas w Hogwarcie, gdy spędzali ze sobą każdą wolną chwilę, niemalże dwa lata i nigdy nie zdążyli porządnie się pokłócić, czy tak wyglądałoby to w dorosłym życiu gdyby spędzali ze sobą każdy dzień? Bardzo łatwo przychodziło im odnajdywanie się w swoim towarzystwie po tym czasie, kiedy znajdowali się w różnych miejscach, nie potrzebowali momentu przejściowego, adaptacji. Po prostu trafiali na siebie ponownie i nadal było między nimi tak, jakby nigdy nic miało się nie zmienić. Była ciekawa tego, jak mogłoby to wyglądać na stałe, tylko wiedziała, że to raczej nie było możliwe. Benjy nie był przystosowany do tego, aby gdzieś osiąść, znajdować się w jednym miejscu, uwielbiał żyć w drodze, ona raczej nie miała zamiaru żyć w ten sposób do końca życia. Kiedyś musiało się to skończyć w jej przypadku. Być może wtedy będzie ją odwiedzał, do niej wracał, a może ich drogi rozejdą się na dobre, tej opcji wolała nie brać pod uwagę, bo naprawdę zakładała, że tak będzie już zawsze, że zawsze będzie mogła przyjść do niego i się przytulić, porozmawiać, czy pomilczeć razem.

- Ja zawsze myślę za dużo, przecież wiesz. - Położyła w końcu głowę na jego obojczyku, wtuliła się w mężczyznę, jakby to była najbardziej właściwa rzecz z możliwych. Nie mogła tak po prostu przestać o tym myśleć. Wolała nie wyobrażać sobie, jakby to było, gdyby faktycznie kiedyś mieli przestać się znać. Zdecydowanie to byłoby bardzo bolesne.

- Czy znasz kogoś kto nie lubi mieć racji? Każdy to lubi. To prawda, że najbardziej lubię, jak Ty zaczynasz się ze mną zgadzać, bo wtedy mam wrażenie, że już nikt nie może negować tego co mówię, bo skoro udaje mi się przekonać Ciebie, a wiadomo, że nie jesteś łatwym przypadkiem, to mam wrażenie, że mogę sobie poradzić z każdym. Dodajesz mi skrzydeł. - Miała świadomość, że przez te lata, kiedy wokół siebie krążyli nauczyła się jakie metody na niego działały, wiedziała, że nie trzeba wiele, aby przyznał jej rację, nie, żeby uznawała go za łatwego... no ale definitywnie miał do niej ogromną słabość, której nie bała się wykorzystywać, oczywiście nie robiła tego, aby uzyskać na tym jakieś wielkie profity, ale jednak coś magicznego było w tym, jak przyznawał jej rację.

- Kto mówi, że to jedno z wymagań? Tak właściwie to wymagania do czego? - Nieco uniosła głowę, aby na niego spojrzeć, czy coś jej właśnie insynuował? Nie ona ściągnęła nowego do ekipy, pojawił się tutaj tak właściwie sama nie wiedziała skąd, nie interesowało jej to bowiem jakoś szczególnie. Zazwyczaj trzymała się z boku, gdy ktoś ją zagadywał - odpowiadała, bo była grzeczna, to nie tak, że sama szukała z nim kontaktu.

- To nie tak, że sama się proszę o tę uwagę, co nie? - To co mówił nie brzmiało dobrze, jakby sama prosiła się o zainteresowanie tamtego typa i biegała za nim, jak jakaś głupiutka nastolatka. - Jestem ostrożna i nie szukam sobie nowych kolegów, czasem z nim rozmawiam, ale trzymam go na dystans, zadowolony? - Najwyraźniej musiała mu to wyjaśnić, nie miała z tym najmniejszego problemu. - Powinieneś wiedzieć, że nie łatwo jest się do mnie zbliżyć. - Całkiem skutecznie, przez wiele lat nie dopuszczała do siebie praktycznie nikogo, bo tak jej było wygodniej, miała problemy z zaufaniem.

- No, bo są całkiem w porządku, jeśli zamieniam z nim kilka słów od czasu do czasu, to nic wielkiego. - Starała się nie przewrócić oczami, jasne, że się o nią troszczył, tylko dlaczego zachowywał się przy tym, jak starszy, nadgorliwy brat, pewnie przez to, że był jej przyjacielem, przyjaciele mieli to do siebie, że się o siebie troszczyli, szkoda, że nie robił tego z innych pobudek, ale sam podkreślał to, że jest jej najlepszym przyjacielem, mógł to robić, miał pewne prawa jako osoba, która zajmowała taką funkcję w jej życiu.

- Dobrze, niech Ci będzie, następnym razem odeślę go z kwitkiem, to zaakceptujesz? - Zapytała jeszcze, bo wolała nie ryzykować. - Zresztą nie zamierzam dopuścić do tego, żebyś musiał wypowiedzieć te słowa, wierzę Twojej intuicji. - To nie było nic wielkiego, nie szukała znajomych, przyjaciół, czy tymczasowych miłostek, jej myśli krążyły od lat tylko wokół jednej osoby, na której ciele właśnie całkiem wygodnie się układała. Nie miała problemu z tym, aby trzymać się z daleka od nowego, nie był kimś kto wzbudzał w niej jakiekolwiek emocje, po prostu próbowała być miła - jak zawsze. Pamiętała, kiedy sama była nowa w tym miejscu i wiedziała, że dobrze jest mieć do kogo otworzyć usta. To tylko tyle, nic więcej, raczej go zbywała, gdy zaczynał się przy niej zbyt usilnie kręcić.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
01.02.2026, 21:49  ✶  
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy wtuliła się we mnie tak naturalnie, jakbyśmy robili to od zawsze, po czym mocniej objąłem ją ramieniem, odruchowo, bez zastanawiania się, czy „wypada”. Leżeliśmy tak na piasku, słońce paliło niemiłosiernie, fale szumiały gdzieś w tle, a ja starałem się wmawiać sobie, że to po prostu kolejny zwyczajny dzień, jakby nie siedziało mi to wszystko w klatce piersiowej dużo głębiej, niż powinno. Tym bardziej, gdy spoglądała na mnie tymi swoimi niesamowicie głębokimi oczami, które zawsze sprawiały, że miałem ochotę albo ją pocałować, albo walnąć pięścią w piach z bezsilności - szczerze mówiąc, zrobiłem to drugie w myślach już chyba z tysiąc razy - widziałem każdą jaśniejszą i ciemniejszą plamkę w brązowych tęczówkach, które nawet bez tego potrafiły przyciągać moje spojrzenie jak magnes. Czułem każdy jej oddech na obojczyku. Każdy. Cholerny. Oddech. Leżała na mnie jak na własnym materacu, ciało miała idealnie wpasowane w moje, biodra dokładnie tam, gdzie nie powinny być, jeśli mieliśmy udawać, że to nadal tylko przyjaźń, jedna jej noga została zgrabnie przerzucona przez moje udo, piersi miękko wciskały mi się w klatkę, a ja musiałem udawać, że to mnie w ogóle nie rusza - to po prostu „nasza” plażowa wygoda, nic wielkiego, już prawie odwieczny, nudny schemat postępowania - i zdecydowanie nie myślę o tym, że zaledwie kilka centymetrów dzieli wargi Prudence od mojej skóry. Starałem się wyglądać tak, jakbym nie miał ochoty złapać jej za łopatki i przycisnąć mocniej do torsu, tylko po to, żeby przestała się w końcu ruszać i dała mi odrobinę spokoju. Dlaczego? Sam zadawałem sobie to pytanie, bo przecież w pewnym momencie naszej historii wszystko wyglądało zupełnie inaczej, gdy nie wiedzieliśmy jeszcze, kim dla siebie byliśmy w przeszłości, nie było między nami tej dziwnej granicy, dopiero później wszystko się skomplikowało.
Powinienem był powiedzieć „wstawaj, bo mi noga zdrętwiała”, ale zamiast tego leżałem jak idiota i pozwalałem Prue być tam, gdzie chciała, bo gdzieś tam w głębi duszy ja też tego pragnąłem, choćby dlatego, że dzięki temu mogłem poczuć zapach jej kremu do opalania i truskawek zmieszany z solą oceaniczną - zdecydowanie jedno z najlepszych połączeń, jakie istniały w tym miejscu, moje ulubione - nawet jeśli musiałem zacisnąć zęby, żeby nie sapnąć. Chciałem czuć te wszystkie nuty dłużej, pozwolić im na chwilę wypełniać mi nozdrza, nawet jeśli wiedziałem, że za kilka godzin będę się nim męczył, zwłaszcza w środku nocy, kiedy już jej nie będzie obok. Prychnąłem, bardziej nosem niż śmiechem, i obróciłem podbródek w bok, jakbym patrzył na coś bardzo interesującego gdzieś daleko nad linią wody. Przez chwilę nic nie mówiłem, bo wiedziałem, że jak się odezwę od razu, to wyjdzie mi coś zbyt szczerego albo zbyt głupiego, a ja zwykle celowałem w złoty środek pomiędzy jednym a drugim.
- Bardzo mi się podoba, że w twojej głowie „przyjaciel” i „królik doświadczalny” to prawie synonimy. - Mruknąłem, po czym pokręciłem głową, bo brzmiało to już podejrzanie precyzyjnie. - Wiesz, że zawsze mnie rozbraja, jak mówisz o mnie w trybie ogłoszenia matrymonialnego. Bardzo uprzejmie z twojej strony. - Parsknąłem cicho, kiedy zaczęła wyliczać moje „atuty”, jakby czytała anons z działu przygód wysokiego ryzyka. - Brzmi, jakbyś próbowała sprzedać mnie lepiej niż ja sam siebie. Aż się dziwię, że z takim wsparciem jeszcze nie mam kolejki chętnych. - Zamilkłem na chwilę, a następnie prychnąłem po raz kolejny, to było to moje charakterystyczne charknięcie - pół śmiech, pół „nie masz pojęcia, co właśnie powiedziałaś”. - Brakuje tylko małego druczku. - Uniosłem brew, bo skoro właśnie robiła mi bardzo uprzejmy audyt życiowy, powinna była robić to dokładnie. Brakowało tylko tabelki z plusami i minusami oraz rubryki „potencjał rozwojowy”. - „Lekko uszkodzony egzemplarz, bez gwarancji”. - Uśmiechnąłem się krzywo, ale zaraz zmiękłem, kiedy znów wygodnie ułożyła się na mojej klatce piersiowej. - Wyglądam całkiem nieźle, bo aktualnie jestem opalony i nie krwawię. - Dodałem. - Interesującą pracę mam, bo wchodzę w miejsca, do których rozsądni ludzie nie wchodzą. A że się nie nudzę? No cóż. To akurat prawda. Nuda mnie nie lubi. To nie jest stabilność, Pruey. To jest dobrze opakowany chaos. Zresztą sama wiesz. - Zawsze mnie bawiło, jak potrafiła rozkładać ludzi na czynniki pierwsze i składać ich z powrotem w wersji „optymistycznej”. Tak, zdecydowanie nie było tam tego fragmentu, w którym byłoby napisane, że jestem chronicznie nieprzystosowany do normalnych relacji, mam alergię na stabilizację i wyjątkowy talent do wikłania się w sprawy, które praktycznie zawsze kończyły się jakąś albo blizną, albo ewakuacją.
- Jasne, że nie mogę narzekać bez przerwy. Mam aktywną robotę, słońce nad głową, blizny w ciekawych miejscach i… - Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, tej, która nadal spoczywała na mojej klatce piersiowej, i westchnąłem teatralnie. - Ta „najfajniejsza przyjaciółka na świecie”… - Powiedziałem to lekko, półżartem, ale w środku coś mi się ścisnęło, zawsze tak było, kiedy sprowadzała nas do tej jednej kategorii. - Tego akurat nie podważę. To jest mój as w rękawie.
A gdy tak zdecydowanie wypowiedziała się o poltergeiście, zamknąłem na moment oczy, jakbym naprawdę się nad tym zastanawiał, aż wreszcie uniosłem rękę i udając pełną powagę, przyłożyłem ją do serca.
- Wobec tego obiecuję, że jeśli to się kiedyś wydarzy, stanę się bardzo aktywnym bytem astralnym. Będę zapalał ci świece, przysuwał narzędzia i robił „puk puk” w porach lunchu, żebyś oderwała się od pracy. - Stwierdziłem, jakbyśmy dyskutowali o czymś, co jest całkiem zabawne, ale nigdy się nie wydarzy, a nie o losie, który kiedyś prawdopodobnie rzeczywiście mnie trafi obuchem w potylicę. Nie byłem typem faceta, który osiadał w mglistym kadrze z kubkiem herbaty, żyjąc normalnym życiem, i oboje zdawaliśmy sobie z tego sprawę.
Odchyliłem głowę w tył, wpatrując się w niebo, jakbym próbował to naprawdę rozważyć. Słońce było zbyt jasne, piasek za gorący, a jej słowa… Zbyt celne, jak na coś rzuconego mimochodem, ja natomiast wolałem unikać sytuacji, w których miałem ochotę teatralnie umrzeć wewnętrznie. Nie lubiłem zastanawiać się nad tym, czemu w jednym jedynym przypadku, w którym naprawdę chciałem, by było inaczej, musiałem pogodzić się z rzeczywistością, nie dramatycznie, nie z rozpaczą, po prostu… Nie lubiłem. Przez chwilę milczałem, a potem zerknąłem na nią z ukosa, z tym moim krzywym półuśmiechem, który zwykle oznaczał, że zaraz powiem coś, co nie zabrzmi jak standardowa deklaracja.
- „Może kiedyś się znajdzie”… - Powtórzyłem powoli, jakbym degustował te słowa. - Uwielbiam ten optymizm. Naprawdę. Brzmi jak coś pomiędzy horoskopem a wróżbą z fusów. - A jak zdawała sobie sprawę, niespecjalnie wierzyłem w takie znaki, nigdy się nie sprawdzały, nie w moim przypadku - to nie było tak, że los czy wszechświat mnie nie lubił, wcale tak nie twierdziłem, po prostu przewidywanie mojej przyszłości było… Nieprzewidywalne. Zbyt wiele zmiennych, za dużo czynników. - Musiałaby to być naprawdę wyjątkowa kobieta. - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej, mrużąc oczy, jakbym właśnie usłyszał coś rozbrajająco naiwnie optymistycznego, nieprawdopodobnego w ten uroczy sposób. Zawiesiłem spojrzenie na niebie, nawet nie próbowałem sobie takiej wyobrazić, już wiedziałem, że to niebezpieczna gra. - Nie szukam miłości - dodałem spokojniej - to nie jest jedna z tych rzeczy, które odhaczasz na liście obok „kupić mleko” i „nie umrzeć dzisiaj”. - Spojrzałem na nią kątem oka, z tym krzywym uśmiechem, który zwykle maskował rzeczy, których nie chciałem rozwijać. - Nie chodzę po świecie z listą cech idealnej kobiety w kieszeni. To nie jest tak, że czekam, aż objawi się jakaś mityczna siła, przez którą nagle polubię deszcz, beton i herbatę z mlekiem. Mam swój typ i on jest, delikatnie mówiąc, problematyczny. - Uśmiechnąłem się krzywo, bo oboje wiedzieliśmy, co miałem na myśli, a następnie przesunąłem językiem po zębach, wzruszając ramionami. To był całkiem powtarzalny żart, coś w rodzaju powrotu do przeszłości, samych korzeni, bo już kiedyś o tym rozmawialiśmy. W rzeczywistości miałem określony typ, tak, ale ten, który mówił „radzę sobie, ale możesz iść obok, jeśli chcesz”, nie ten toksyczny, z którego tak usilnie żartowałem - ten drugi po prostu lgnął do mnie, podczas gdy ten pierwszy nie patrzył na mnie w kategoriach romantycznych. - Więc kiedy życzysz mi takiej kobiety, to pamiętaj, że życzysz mi czegoś, co statystycznie mówiąc źle się dla mnie kończy. - Nie powiedziałem tego jak skargę, raczej jak suchy fakt, coś między prognozą pogody a statystyką wykoleń pociągów. Nie kłamałem zresztą, naprawdę nie widziałem siebie w roli faceta, który z entuzjazmem kupuje zasłony pod kolor londyńskiej mgły.
Kącik ust drgnął mi w krzywym uśmiechu.
- Serio myślałaś, że ktoś mógłby tak po prostu zająć twoje miejsce? - Pokręciłem głową. - Nie działa to w ten sposób. - Zamilkłem na moment, czując jej ciepło, jej oddech, ten absurdalnie intymny spokój, który zawsze między nami wisiał. Nie powiedziałem „na szczęście” ani „niestety”, zostawiłem to zawieszone między nami, bo było to dla mnie wyjątkowo jasne. Wspomnienia wróciły same, jak fala, tamta przerwa, tamto głupie milczenie, te wszystkie niedopowiedzenia, które narosły między nami jak kurz w opuszczonym pokoju.
- Byłaś zazdrosna, mówisz. - Rzuciłem bezceremonialnie. - Nie „może”, nie „trochę”. Byłaś. Tak po cichu, elegancko, z uniesioną brodą i udawaniem, że wcale cię to nie obchodzi. Klasyka. - Nie dałem jej nawet szansy zaprzeczyć, parsknąłem cicho i przekrzywiłem głowę, patrząc na nią z dołu, jakbym właśnie złapał ją na czymś oczywistym. Doskonale pamiętałem te momenty, gdy mi samemu też towarzyszyła tamta irracjonalna, natrętna myśl „zaraz go mentalnie zakopię pod trybuną Quidditcha”, dotycząca kogoś, kogo prawdopodobnie nawet nie rozważała na kumpla. Pokręciłem głową z niedowierzaniem, po czym nachyliłem się minimalnie bliżej. - A skoro już wyciągamy stare trupy z szafy… Ja byłem. - Wypuściłem powietrze nosem, to było absurdalne, jak bardzo ta jedna osoba potrafiła rozbrajać mnie do rdzenia. Przeniosłem spojrzenie z jej oczu na linię szczęki, potem z powrotem. - Z tym, że przyjąłem strategię, by być w tym strasznie niemiły. Okropnie. Płoszyłem moich potencjalnych zastępców jak gołębie na dziedzińcu. Kompletnie odruchowo. - Uniosłem kącik ust, ale w środku czułem znajome ukłucie, to nie był temat do żartów, tylko ja zawsze wszystko obracałem w żart, tak już po prostu miałem. - Niejeden z nich do dziś pewnie uważa mnie za socjopatę. Musisz mi to wybaczyć, intencje miałem słuszne, sposób komunikacji to inna bajka. - Palcami zaczepiłem o pasmo jej włosów, zakręciłem je wokół palca, potem puściłem. Słońce odbijało się w ciemnych puklach, czułem ciepły oddech na swojej skórze, było w tym wszystkim coś boleśnie znajomego, zawsze dotykaliśmy się za dużo jak na „tylko przyjaciół”, zawsze było między nami to zawieszenie, ten brak jednoznaczności, który nauczyliśmy się traktować jak normalność.
Potem, kiedy z tym swoim błyskiem w oku ogłosiła, że muszę o nią dbać, bo nie znajdę drugiej takiej jak ona, prychnąłem rozbawiony - szczególnie ten triumfalny uśmiech nie umknął mojej uwadze.
- O, widzę, że już wyciągasz wnioski. - Rzuciłem, krzywiąc się teatralnie. - „Nie znajdziesz drugiej takiej jak ja”, tak? Skromność też masz po babce? - Pokręciłem głową z rozbawieniem, słońce waliło z góry bez litości, a ja udawałem, że rozważam jej słowa z filozoficzną powagą, chociaż tak naprawdę byłem zajęty tym, jak kosmyki włosy łaskoczą mnie po szyi. - Ej, halo. Jeśli już mam polec, to przynajmniej w spektakularny sposób. Lawina. Starożytna klątwa. Eksplozja czegoś bardzo nielegalnego. - Te wyobrażenia wywołały u mnie krótki, chrapliwy śmiech, nawet jeśli miały duże prawdopodobieństwo wydarzenia się kiedyś w przyszłości. - Coś z rozmachem. - Machnąłem ręką, gotów przyjąć tak naprawdę cokolwiek z odpowiednią dramaturgią. - A nie… Podgryzanie łydki. - Mój ton był lekki, w środku jednak czułem znajome ukłucie, to „zasługujesz na coś więcej” odbiło mi się echem gdzieś pod żebrami, bo ona zawsze mówiła takie rzeczy, jakby chodziło o fabularne zakończenia, a ja wiedziałem, że prawdziwe „więcej” leżało teraz dokładnie na mnie, z dłonią na mojej klatce piersiowej, i to samo w sobie było jak powolne umieranie za życia. - Chcę, żeby ballady miały przynajmniej cztery zwrotki, do tego potrzeba sporo materiału. - Dodałem jeszcze luźniej, po czym pozwoliłem sobie na krótką pauzę, wsłuchując się w szum fal.
Jej tekst o „akcie własności” skomentowałem uniesieniem brwi. „Akt własności”, jasne, oczywiście, że tylko Prue potrafiła to ująć właśnie w ten sposób, nie mając na myśli niczego, co momentalnie powinno było się tam nasuwać.
- Ej, ej, chwila. Halo, proszę pani. Z tym aktem własności to bym się tak nie rozpędzał. - Westchnąłem teatralnie i spojrzałem w niebo, mrużąc oczy od słońca. Przesunąłem dłonią po piasku obok jej biodra, rysując bezsensowny kształt, bardziej dla zajęcia palców niż z jakiegokolwiek innego powodu. - To jest… - Urwałem, szukając odpowiedniego słowa, które nie zabrzmiałoby tak, jak to, co przez chwilę pojawiło się w mojej głowie. - Dzierżawa? - To już brzmiało bardziej w stylu tego, na co oboje pozwalaliśmy sobie przez lata, jak coś wyciągniętego z bardzo kreatywnej umowy prawnej, najlepiej spisanej na serwetce w barze gdzieś pośrodku niczego. - Korzystaj, póki możesz. Jak wrócimy do roboty, znowu będziesz mnie widzieć głównie z plecakiem i w biegu. - Przeciągnąłem się lekko, pozwalając jej dalej leżeć na mnie, nie dlatego, że byłem altruistą, tylko dlatego, że to było obustronne - znikanie, rozmijanie się, powroty, krótkie chwile spokoju - być może nie mówiłem o ciemnych stronach tego układu, to była moja tarcza, zawsze nią była, ruch, droga, kolejne zlecenia, kolejne miasta - łatwiej było żartować z własnej niestabilności, niż powiedzieć wprost, że nie potrafiłem usiedzieć w jednym miejscu, bo wtedy musiałbym przyznać, że to nie tylko kwestia charakteru, ale też strachu przed utknięciem. Przed tym, że coś by się ustabilizowało na tyle, że mógłbym to stracić. Przez chwilę milczałem, patrząc, jak jej włosy opadają na moje ramię. Pamiętałem Hogwart aż za dobrze, te dwa lata, kiedy byliśmy praktycznie nierozłączni, kiedy wszystko było prostsze, bo świat kończył się na murach szkoły i planach na najbliższy tydzień, nie było wtedy rachunków, decyzji o przyszłości, kompromisów, było „chodź”, „zostań”, „masz chwilę?”, to wystarczało. Teraz już nie wystarczało, teraz każde spotkanie było jak punkt pomiędzy długimi odcinkami samotnej drogi, wydarzało się przez czas nieokreślony, z możliwością nagłego przerywnika, gdy świat znowu postanowi rzucić nami w inną strefę czasową.
Oparłem głowę głębiej w piasku i pozwoliłem, żeby ciężar „mojej partnerki” rozłożył się wygodniej dla niej. Słońce paliło równo, fale szumiały gdzieś obok, a ja udawałem, że to jest po prostu kolejny zwyczajny dzień na plaży, a nie jedna z tych chwil, które później wracają w snach. Wiedziałem, że ona prędzej czy później wybierze stabilność, ja zawsze wybierałem drogę, dlatego właśnie byliśmy przyjaciółmi i nikim więcej. Patrzyłem w niebo, próbując nie oddychać zbyt głęboko, bo każdy wdech sprawiał, że jej piersi mocniej przyciskały się do mojego boku. Próbowałem myśleć o czymś innym - o falach, mewie, która właśnie próbowała ukraść komuś frytki. Pachniała solą, kremem do opalania, mieszanką perfum, kosmetyków i charakterystycznym zapachem, który był tylko jej - tym czymś, co zawsze miała w sobie - ciepłem, które wwiercało mi się pod skórę i zostawało tam na całe tygodnie. Cholera, znałem na pamięć nawet sposób, w jaki jej włosy łaskotały mnie w szyję, kiedy wiatr je poruszał. Przesunąłem dłonią po jej plecach, trochę wyżej, trochę niżej, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Nie ruszałem się jednak bardziej, nie mogłem, gdybym drgnął, pewnie bym ją objął w pasie i przycisnął mocniej, a tego nie wolno mi było robić bez żadnego konkretnego powodu. Przyjaciele nie robią takich rzeczy, przyjaciele pozwalają, żeby ich używać jako materaca i udają, że to normalne. Patrzyłem w niebo, w te cholerne ptaki, które robiły kółka jak debile, i próbowałem nie myśleć o tym, jak uda Pruey obejmowały moje biodra - próbowałem, naprawdę - nie wychodziło. Jej ciało idealnie przylegało do mojego, jakby byliśmy jedną z tych par z katalogów turystycznych, które nie musiały nic mówić, by wszyscy wokół wiedzieli, że należą do siebie. W rzeczywistości zawsze było tak samo „jesteś taki wygodny”, „masz idealną temperaturę”, „nie ruszaj się, bo mi zimno”. A ja? Ja leżałem jak idiota i pozwalałem. Bo co miałem zrobić? Odepchnąć ją? Powiedzieć, że nie chcę być jej ludzkim podgrzewaczem? Wolę, żeby w ogóle na mnie nie leżała, niż żeby leżała tak, jakby to nic nie znaczyło? Głowa na mojej klatce, jedna noga przerzucona przez moją, palce stóp leniwie muskające moją łydkę. Piasek pod nami był prawie nieludzko ciepły, ale to ta bliskość paliła mnie od środka - starałem się nie analizować każdego ruchu, każdego oddechu, który sprawiał, że moja krew wrzała.
Westchnąłem cicho, bardziej nosem niż płucami, kiedy wtuliła się we mnie tak naturalnie, jakby to było nasze stałe miejsce na świecie, oparłem policzek na jej włosach na krótką sekundę, odruchowo, zanim zdążyłem to skomentować czymkolwiek mądrym. Pozwoliłem sobie na ten jeden prawie bezgłośny wydech, który zwykle robiłem wtedy, kiedy coś mnie uwierało, ale nie miałem zamiaru robić z tego dramatu - bo przecież byłem tym od noszenia toreb, od pilnowania, żeby nie wchodziła w podejrzane układy, od „uważaj”, „patrz pod nogi” i „daj, ja to zrobię”. Prawie jak starszy brat, tylko z gorszymi nawykami i znacznie lepszym refleksem, i właśnie tą rolą się zasłaniałem, jak tarczą, gdy zdarzało mi się paplać rzeczy, które normalnie brzmiałyby znacznie bardziej jednoznacznie.
Kiedy zeszło na tego nowego z ekipy, spoważniałem odrobinę - nie na tyle, żeby było to widać na pierwszy rzut oka, ale wystarczająco, żebym sam to poczuł.
- Może to zboczenie zawodowe, ale są ludzie, którzy pachną problemami na kilometr. On ma dokładnie ten zapach. - Zerknąłem w tamtą stronę, gdzie kręcił się wcześniej, po czym wywróciłem oczami teatralnie, tak, żeby to było bardziej „no, proszę, stara” niż faktyczny wyraz zaniepokojenia - a przecież odczuwałem je za każdym razem, gdy widziałem, jak tamten typ orbitował wokół Prudence, uśmiechając się zbyt szeroko, a ona tylko kiwała głową, jakby to było nic. Przesunąłem dłonią po twarzy, potem po włosach, jakbym zbierał myśli w całość, i zerknąłem na nią spod przymrużonych powiek. Zawiesiłem na niej spojrzenie, zbyt długie jak na zwykłą rozmowę, ale nadal na tej cienkiej granicy między żartem a czymś innym. Taki mały, desperacki akt samoobrony.
- No, jasne, wiem, że nie. Ty nie prosisz. Ty po prostu… Istniejesz. - Zrobiłem krótką pauzę, żeby dotarło do niej to, że tak naprawdę wcale nie musiała nic robić, by ściągać na siebie uwagę - nie miałem pojęcia, jakim cudem zdawała się zupełnie nie dostrzegać wpływu, jaki miała na tych wszystkich facetów w okolicy, zwłaszcza w miejscach, które były odludne i na ogół pozbawione ludzi takich jak ona. Westchnąłem na pokaz, przesunąłem dłonią po jej kręgosłupie w dół, zatrzymując się tuż nad talią - nie za nisko, ale wystarczająco nisko, żeby każdy, kto by nas teraz widział z boku, zrozumiał, że to nie jest zwykłe „przytulanko między kumplami” - to było silniejsze ode mnie. Moje palce niemal zahaczyły o troczek od dołu stroju, nie robiąc nic z tym faktem, ale będąc tam o sekundę za długo - za długo, żeby to było przyjacielskie, za krótko, żeby było czymś więcej.
- Nie mówię, że robisz to specjalnie. - Dodałem szybko, żeby nie zabrzmiało jak oskarżenie, ignorując, że zabrzmiałem niezbyt logicznie, bo przecież istniała celowo. - Proszę cię… Wierzę w twoje instynkty. - Mruknąłem, jakbym naprawdę musiał się powstrzymać, żeby nie prychnąć. Jej słowa brzmiały, jakby czuła, że moje wcześniejsze komentarze sugerowały, iż biegała za nim jak jakaś głupiutka nastolatka, a to wcale nie było moim zamiarem. - Po prostu… Jesteś. I to wystarczy. Jesteś… - „Za seksowna, żeby stać z boku i udawać, że nikt nie patrzy. Oni patrzą, wszyscy, ten nowy też, widziałem, jak mu się oczy zaświeciły, kiedy się do niego uśmiechnęłaś. Myślisz, że to był uśmiech »cześć, miło cię poznać, kolego z ekipy«? Nie. To był uśmiech, po którym facet myśli »o kurwa, mam szansę«”. - Za ładna, żeby być taką miłą. Co jest, swoją drogą, potwornie niesprawiedliwe wobec reszty uzdrowicieli. - Co z tego, że było ich dwóch, z nią włącznie, a tamten - jak już ustaliliśmy - był śliski i trochę obrzydliwy. Przewróciłem oczami jeszcze raz, mocniej. Insynuowałem temu typkowi złe zamiary? Cholera, jasne, że insynuowałem. - Gdybyś była nudna i przeciętna, nikt by się za tobą nie oglądał. Ale niestety dla mojego świętego spokoju, jesteś… No. - Zawahałem się na ułamek sekundy, po czym machnąłem ręką. „Jesteś śliczna, wiesz o tym, i to nie w tym niewinnym, »ładnie wyglądasz na zdjęciach do dokumentów« sensie, jasna cholera”.  - Jesteś tobą. - To było kolejne bezpieczne zdanie, w ustach kogoś innego mogłoby brzmieć jak dziwny komplement, w moich miało być neutralne, braterskie, przyjacielskie.
Zasłaniałem się tą rolą z uporem maniaka - platoniczny partner, ten od noszenia plecaka, od sprawdzania terenu, od „daj, ja to załatwię”, starszy brat w wersji terenowej, gość, który ma zawsze plan B i nóż w bucie, bezpieczna przystań - właśnie tak - to była moja oficjalna funkcja w jej życiu i trzymałem się jej kurczowo, bo alternatywa była zbyt ryzykowna.
- No, dobra, inaczej. - Zacząłem od nowa, głosem, który miał brzmieć obojętnie, a wyszedł trochę za nisko, trochę za szorstko. - Trzymasz dystans. Rozmawiasz od czasu do czasu. Uśmiechasz się normalnie. Nie mówię, że to twoja wina. Zmierzam do tego, że powinnaś na niego uważać, żebyś nie musiała się zastanawiać, czy facet, który właśnie obdarza cię spojrzeniem, myśli o tym, jak bardzo jesteś miła, czy o tym, jak bardzo chciałby zobaczyć, jak bardzo potrafisz być niegrzeczna. - Wzruszyłem ramionami, bo nie chciałem, żeby pomyślała, że ją oskarżam. - W sensie… Cholera, sama wiesz, typ musiałby być ślepy albo gejem. A ten ewidentnie nie jest ani jednym, ani drugim. - Przyjrzałem jej się uważnie, temu zmarszczeniu między brwiami, które znałem aż za dobrze. Miała rację, nie prosiła się o uwagę, ale on i tak myślał inaczej, to było jasne, bo chodził w tych samych kółkach, co wszyscy inni faceci na tej plaży, którzy widzieli ładną kobietę w tym bikini i nagle zapominali, że „miła” nie równa się „chcę cię na deskę surfingową i na resztę wieczoru też”.
- Nie twierdzę, że powinnaś chodzić z workiem na głowie i pokutnymi ciuchami do kostek. - Dodałem, bo znałem ją na wylot i wiedziałem, że pewnie zaraz by mi zarzuciła, że chcę ją zamknąć w klatce. - Ale może… Nie wiem… Mogłabyś chociaż raz nie być taka uprzejmie-miła-dla-wszystkich? Bo on już sobie wyobraża, że jak mu dasz trzy zdania i pół uśmiechu, to następnego dnia obudzi się w twoim łóżku z twoimi majtkami na lampie. - Ciągnąłem, starając się, żeby zabrzmiało to jak zwykłe przyjacielskie dogryzanie. Przewróciłem oczami jeszcze raz, dla zasady, ten gest był już tak stary jak my sami, wyuczony, zapisany w mięśniach - tak jak to, że leżeliśmy, jakby to była najbardziej naturalna konfiguracja świata - ona na mnie, ja pod nią, słońce nad nami, piasek pod nami, ocean gdzieś z boku, a całe to zamieszanie z robotą, klątwami i Australią chwilowo odsunięte na margines.
- Słuchaj. - Odezwałem się po chwili ciszy. - Ja naprawdę nie mam problemu z tym, że z kimś pogadasz. To nie jest tak, że stoję z notesem i zapisuję, kto ile razy do ciebie podszedł. Nie musisz robić tego dla mnie. - Powiedziałem. - Po prostu rób to, co uważasz za słuszne. Ja tylko… Sygnalizuję zagrożenia. Jak latarnia morska. Albo pies pasterski. Wybierz metaforę. - Na moment zamilkłem, czując ciężar tej całej bliskości. - Bo, no, więc tak - zacząłem, starając się, żeby mój głos brzmiał jak zwykle, trochę znudzony, trochę zirytowany, jak starszy brat, który nie chciał widzieć krzywdy młodszej siostry - ci tutaj nie słyszą słów, tylko widzą, jak błyszczą ci oczy, kiedy się śmiejesz, a wtedy myślą „no, ale ona się uśmiechnęła, to chyba zielone światło”. - A ten to już wyjątkowo patrzył na nią dziś, jakby była jedyną butelką zimnego piwa na czterdziestostopniowym upale. Nie był potworem, raczej, nie był przestępcą, no, nie gorszym od większości ludzi tutaj, nie miał „zła” wypisanego na czole, był po prostu jednym z tych facetów, którzy widzą piękną, samotną kobietę i zaczynają planować ruchy jak w partii szachów, gotowi obiecać jej, że będzie ich królową, podczas gdy zazwyczaj szukali kogoś, kto nie miał pełnić długoterminowo ważnej roli w ich rozgrywkach. - Może następnym razem, jak znowu przyjdzie z tym swoim „hej, co słychać, wyglądasz dzisiaj niesamowicie”, po prostu powiedz mu, że masz osobę od noszenia ręcznika i podawania kremu do opalania? Albo coś. - „Nie mówię, że masz go unikać jak ognia. Mówię, że jak jeszcze raz podejdzie i zacznie ci opowiadać, jaki to on fajny, wrażliwy i że »naprawdę nie szukał nikogo, ale ty jesteś inna«, to daj mi pretekst do ingerencji, a ja mu powiem, że ma się odpierdolić. Grzecznie. Albo niegrzecznie. Jeszcze nie wiem”.
- Pracuję na ten zaszczyt od lat, pamiętasz? - Stwierdziłem głosem, który miał brzmieć jak zawsze, czyli trochę lakoniczny, trochę rozbawiony, trochę „stara, daj spokój”, zerknąwszy na nią spod rzęs. Oddychała spokojnie, leniwie, a ja czułem każdy jej wdech i wydech na swojej skórze, jakby ktoś mi wbijał igłę prosto w mostek i powoli nią obracał, co sprawiało, że w głowie miałem już całą litanię. „Cholera, znowu to robię. Znowu mówię za dużo, znowu brzmię jak zazdrosny dzieciak. Dlaczego ja to mówię? Dlaczego nie mogę po prostu się zamknąć? Bo chcę, żeby to była prawda. Chcę, żeby to była prawda tak bardzo, że aż boli. Chcę, żeby była moja. Nie jako przyjaciółka. Nie jako »ta, której ludzie chcą dać uwagę, bo na to zasługuje, a ja zachowuję się irracjonalnie, chcąc jej to odebrać«. Jako moja. Cała. Zawsze. Na tym piasku, w tej wodzie, w tym słońcu, w tej nocy, w tym łóżku, które nigdy nie będzie nasze, bo ja nigdy nie powiem tego na głos.”
- Dobra, nieważne. - Głos mi odrobinę zadrżał na końcu, więc zakaszlałem, żeby zamaskować. W środku wiedziałem, że to kłamstwo, ale to było jedno z tych kłamstw, które powtarza się tak długo, aż zaczynają brzmieć jak prawda.
Westchnąłem ciężko, jak dzieciak, który wie, że zaraz dostanie burę, a i tak musi powiedzieć.
- Jestem średnio zadowolony. Bardzo średnio. Mogłabyś chociaż raz powiedzieć temu nowemu albo komukolwiek innemu, że masz już kogoś. Nie musi wiedzieć, że to półprawda, półściema. -  „Następnym razem, jak znowu zacznie kręcić się koło ciebie z tym swoim »hej, co tam u ciebie, masz chwilę«, możesz mu po prostu powiedzieć, że jesteś zajęta. Nie musi wiedzieć czym. Wystarczy, że powiesz »zajęta« i tyle. On zrozumie. Albo nie zrozumie, ale wtedy ja mu wytłumaczę. Po swojemu.” Zamilkłem, piasek szurał pod moimi palcami, fale biły o brzeg, a ja nadal leżałem z nią na sobie, z jej ciepłem w moim ciele i z tą samą, odwieczną myślą w głowie - że gdybym tylko miał jaja, żeby przestać być „przyjacielem”, to może nie musiałbym się złościć na każdego faceta, który tylko na nią spojrzy, ale nie miałem, więc tylko zacisnąłem zęby i mruknąłem pod nosem, tak cicho, że pewnie nawet ona nie usłyszała:
- Cholera, mógłbym go utopić na promie. Nikt by nie znalazł ciała.
Myślałem o tym za każdym razem, gdy uśmiechał się do niej tym swoim „hej, jestem miły, ale tak naprawdę chcę cię przelecieć” uśmiechem, i to wcale nie dlatego, że jakoś szczególnie go nie lubiłem. Zawsze był jakiś jego pokroju. Problem leżał głębiej, bo chociaż zazwyczaj miałem rację, co do przewidywań odnośnie ludzi, moja intuicja od lat krzyczała też tym jednym zdaniem „ona leży na tobie w bikini, pachnie jak grzech, a ty wciąż jesteś za bardzo grzeczny”, i w tym przypadku również miała rację. Nie mogłem się ruszyć, bo nie chciałem, bo chciałem, żeby została, bo chciałem, żeby nigdy nie wstała, a jednocześnie chciałem wstać, odejść i przestać się torturować - te dwie myśli pojawiały się jednocześnie, jak dwa pociągi jadące na siebie po tym samym torze - czułem się największym idiotą na tej plaży, facetem od „jestem”, nie od „zostań”, leżącym tu i warczącym na każdego, kto się zbliżał, jak pies, który pilnował czegoś, czego nikt nie mógł mu zabrać, bo to coś i tak nie było jego.
Plaża, słońce, jej włosy opadające mi na obojczyk, dłoń rozłożona na mojej skórze, mój oddech zsynchronizowany z jej - normalka, codzienność - z tych wszystkich rzeczy, które w życiu potrafiły gwałtownie się rozsypać, jej obecność zawsze była stałą, nawet jeśli pojawiała się tylko na moment, nawet jeśli nasze drogi znów miały się za chwilę rozjechać. Może dlatego tak łatwo było przywyknąć, tak trudno odpuścić, trwając w zawieszeniu. Prawda była taka, że od dawna nauczyłem się maskować i nie wiedziałem, czy kiedykolwiek byłbym w stanie przestać to robić.
- Przepraszam, jeśli cię to ubodło. Wiesz, że ja mam wpisane w umowę bycie twoim osobistym systemem alarmowym. - Mruknąłem, zerkając na nią spod przymrużonych powiek. Przesunąłem palcami po jej przedramieniu, bardziej ochronnie niż flirtująco, jakbym odruchowo sprawdzał, czy wszystko z nią w porządku - ten gest miał w sobie coś z przyzwyczajenia - zawsze byłem tym, który stał trochę z boku, ale jednocześnie najbliżej. Tym, który pilnuje, żeby nie było za zimno, za gorąco, za niebezpiecznie. Kimś pomiędzy najlepszym przyjacielem a starszym bratem, nawet jeśli różnica wieku była śmieszna. - Coś jak magiczny czujnik dymu. Jak tylko ktoś zaczyna pachnieć problemem, to mi się zapala lampka. - Spróbowałem to rozluźnić, wykrzywiając wargi w grymasie.
Słońce prażyło mi twarz, sól unosiła się w powietrzu, a gdzieś w oddali ktoś śmiał się zbyt głośno. Zamilkłem na moment, słuchając fal, potem westchnąłem, przeciągnąłem się lekko pod nią i zerknąłem na wodę. Nie powiedziałem nic więcej na tamten temat, bo nie chciałem przesuwać granic, których oficjalnie nie mieliśmy, zamiast tego wsunąłem palce w jej włosy na karku, bardziej odruchowo niż świadomie, i lekko je potargałem.
- Ej, idziesz do wody? Albo po coś do picia? Mam ci coś przynieść? Muszę wstać, bo czuję, jak smażą mi się jaja. - Rzuciłem, zsuwając okulary przeciwsłoneczne na nos.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#14
20.02.2026, 15:26  ✶  

Ich ciała doskonale się znały, całkiem naturalnie przychodziło im szukanie siebie nawzajem. Nie widziała w tym niczego złego, dobrze było mieć się do kogo przytulić, dotknąć, poczuć ciepło jego ciała przy swoim. Być może nie powinno to wyglądać w ten sposób, być może nie wypadało, aż tak lgnąć do kogoś kto miał być wyłącznie przyjacielem, jednak nie do końca potrafiła z tym walczyć. To stało się ich normalnością, zawsze tak robili, dlaczego więc miałaby to uznać za niewłaściwe? To, że zdarzało jej się zawieszać nieco dłużej wzrok na jego ustach od czasu do czasu, niczego nie zmieniało. To, że łapała się na tym, że myślała czasem o tym, jakby to było sięgnąć po coś więcej, przekroczyć granicę, sprawdzić, czy pod innymi względami też tak bardzo do siebie pasowali to też nic wielkiego. Nie powinna myśleć w ten sposób, zastanawiać się nad tym, a jednak to robiła, na szczęście nie mógł poznać jej myśli, dowiedzieć się tego, że zdarzało jej się wizualizować sobie rzeczy, których nie powinna. Ten przyjacielski dotyk, musiał wystarczyć, nie było dla nich innych możliwości. Ciało jednak reagowało na dotyk, czuła pod skórą dziwne napięcie, nic nie mogła z tym zrobić, starała się jednak nie dać po sobie poznać, że mogłaby pragnąć czegoś więcej. Nie mogła popsuć tego, co mieli, a przecież od lat trzymali się tej wersji, że to tylko przyjaźń, jeśli więc mogła pozostać niedaleko jako przyjaciółka, to postanowiła to przyjąć, bo przecież nic innego nie było im pisane. Postawili sobie granicę, powinni się jej trzymać, mimo tego, że ich gesty nie do końca o tym świadczyły, jednak żadne z nich tego nie negowało, to sugerowało, że tak powinna wyglądać ich relacja, bo przecież gdyby chcieli czegoś innego, to nie usiłowaliby się trzymać tych ustaleń tak bardzo, a tkwili w tych ustalonych ramach długo. Nawet jeśli spoglądała na niego inaczej, niż patrzy się na przyjaciół to nie chciała tego psuć, musiała pogodzić się z tym, że tak to wyglądało. Zresztą nigdy nie była szczególnie odważna, obawiała się konsekwencji, jakie mogłyby spowodować jej ewentualne próby sprawdzenia, czy to tylko ona się z tym czuje w ten sposób. Nie zaryzykowałaby ich znajomości, pozostawało więc pozostać przy tym, co aktualnie mieli. Nie, żeby do końca jej to wystarczało, ale czasem nie było innego wyboru, trzeba było się pogodzić z tym, że po prostu tak miało być.

- Wiesz, jak to jest, przyjaciele często są pierwszymi na których sprawdza się swoje umiejętności, dopiero później można wyjść z tym, gdzieś dalej. - Przyjaciele byli w stanie wybaczyć błędy, te drobne i większe, a przynajmniej tak się jej wydawało. - Muszę nieco popracować nad reklamą, dotrzeć do większej ilości osób, póki co robię to tylko przed Tobą, pewnie dlatego to nie działa. - Jakże mogłoby zadziałać skoro komplementowała go w ten sposób tylko przed nim samym. To nie miało się zmienić, bo jeszcze ktoś by się przypałętał i zatrzymał przy nim na dłużej, wtedy nie mogłaby się tak do niego przytulać. Nie sądziła, żeby ewentualna partnerka, spoglądała na to z aprobatą. Nie mogła tak po prostu go oddać w inne ręce. - Dlaczego negujesz wszystkie moje argumenty? Powinieneś kiwać głową i mi przytakiwać, drobnym druczkiem trzeba by dopisać, że masz niewyparzoną gębę i czasem mówisz coś, co powinno nie zostać powiedziane, choć ktoś na pewno mógłby uznać to za całkiem urocze. - W końcu różne były gusta, czyż nie? On był całkiem w jej guście, taki jaki był, z tym swoim zbyt długim językiem i całym chaosem, na pewno nie tylko ona miała takie zdanie. - Chaos może być pozytywem, zależy jak na to patrzysz, nie wszyscy potrzebują stabilizacji, wystarczy, że znajdziesz kogoś, kto będzie potrafił odnaleźć się w tym chaosie, znaleźć w nim swoją stałą, na pewno da się to zrobić. - Nie brakowało jej optymizmu, co było całkiem zabawne, bo przecież Prue raczej należała do czarnowidzów, jak widać wiele zależało od tego, o kim lub o czym mówiła. W jego przypadku cóż, potrafiła szukać samych pozytywów, zresztą wcale nie było to specjalnie trudne.

- Nie wiem do końca, czy najlepsza przyjaciółka na świecie w tym przypadku może być atutem, może się okazać być też kulą u nogi, ale póki co uznajmy to jednak za atut. - Wolała się nad tym specjalnie nie zastanawiać, bo wiedziała, że mogło być różnie. Nie dla wszystkich to mogło być pozytywne, a nie chciała w tej chwili myśleć o tym, że mógłby nadejść moment, w którym musiałaby zrezygnować z tej roli, zbyt bardzo przywykła do tego, że chociaż w ten sposób mogła być mu bliska. Miała świadomość, że jeśli pojawiłaby się u jego boku jakaś kobieta, to mogłoby się stać dla niej problematyczne, bo przecież przyjaciele nie pozwalali sobie na taką bliskość, to nie było raczej normalne, teraz jednak nie chciała się skupiać na tym, że kiedyś do tego dojdzie.

Uniosła nieco głowę, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. - Czy to nie działa tak, że powinieneś mnie irytować i przeszkadzać? Kiedy tak o tym mówisz to brzmi bardziej jak dobry duszek, który dba o swojego człowieka. - Poltergeisty były raczej znane jako złośliwe duchy, które uprzykrzały życie ludziom, chociaż w sumie, jakby się nad tym dłużej zastanowiła to takie wyrywanie jej znad pracy na pewno by ją irytowało, więc może faktycznie można by to było uznać za zasadne.

Nie, żeby sądziła, że taki scenariusz w ogóle miał rację bytu, jasne - Benjy prowadził dość ryzykowne życie, jednakże nie sądziła, aby miał je zakończyć szybko, zawsze potrafił spadać na cztery łapy i najprawdopodobniej jak kot miał dziewięć żyć, zapewne skończy się na tym, że to ona szybciej znajdzie się za zasłoną, nie wydawało jej się, aby mogło być inaczej.

- Przecież to tak nie działa. - Nieco się oburzyła na jego słowa, ale tylko odrobinę. - Nie musisz jej szukać, właśnie o to chodzi, po prostu kiedyś Cię trafi, nim się zorientujesz, i za bardzo nie będziesz mógł z tym dyskutować, to się po prostu wydarzy. - Mógł jej mówić o tym, że nie miał listy, nie szukał miłości, ale to nie było czymś, co dało się przewidzieć, to się po prostu działo, czy mu się podobało, czy nie. Kiedyś padnie i na niego, tak jak na nią padło zupełnym przypadkiem, tylko nic nie mogła z tym zrobić, bo nie powinno zakochiwać się w swoim przyjacielu. Naprawdę życzyła mu dobrze, liczyła na to, że kiedyś znajdzie kogoś u kogo boku będzie szczęśliwy, bo zasługiwał na to po tym, co przeżył, nawet jeśli sam mówił o tym, że nie szuka czegoś takiego. - Zresztą nikt nie mówi, że masz polubić deszcz, beton i herbatę, być może trafi się ktoś, kto będzie lubił to co Ty, na pewno istnieją takie kobiety. - Każdy kiedyś musiał trafić na osobę, która pasowała do niego idealnie. Prue wydawało się, że już znalazła taką osobę, przynajmniej poniekąd, bo przecież zdecydowanie mieli inne oczekiwania od życia, najwyraźniej zdarzały się przypadki, gdy musiało być to jednostronne, pogodziła się z tym, jednak uważała, że Benjy będzie miał kiedyś swoją szansę, na pewno, był zbyt wspaniałym egzemplarzem, aby iść przez życie w pojedynkę, szkoda, że nie ona miała być tą osobą, ale życzyła mu szczęścia, musiała się z tym pogodzić.

- Gówno prawda, możesz też trochę popracować nad gustem, wiem, że jak do tej pory nie szło Ci najlepiej, ale to nie warunkuje niepowodzeń w przeszłości. - Naprawdę chciała dla niego dobrze, chciała, aby trafił na kogoś kto będzie go wspierał i doceniał, kogoś kto będzie wart jego miłości. Należało mu się wszystko co najlepsze.

- To dobrze, że to nie działa w ten sposób, naprawdę byłabym oburzona, gdyby działało inaczej. - Kamień spadł jej z serca, był taki moment, kiedy naprawdę sądziła, że zastąpił ją kimś innym, wydawało się jej, że może właśnie dlatego ją porzucił, bo znalazł sobie nowy, lepszy model, co jej zdaniem wcale nie było takie trudne. Wiedziała, że nieco odstaje i nie pasuje do otaczającego ją społeczeństwa, więc w jej mniemaniu nietrudno było znaleźć kogoś, kto lepiej odnalazłby się w roli przyjaciółki, byłby przy okazji może nieco prostszy w obsłudze, pozbawiony tych wszystkich dziwactw.

- Byłam. - Nie potrzebował potwierdzenia, a i tak mu je dała. Nie wstydziła się tego wcale, przecież mogła mu powiedzieć o wszystkim, mogła więc przyznać się do tego, że była zazdrosna o te grono dziewcząt, które się wokół niego kręciło, bo bardzo dobrze wiedziała jak to jest być jego przyjaciółką i wolałaby znajdować się na ich miejscu.

- Miałeś ku temu lepsze predyspozycje ode mnie, ja nie potrafię w ten sposób działać na ludzi. - Uśmiechnęła się sama do siebie, kiedy jej się do tego przyznał. Nie zauważyła tego, nie sądziła, że obchodziło go z kim się zadaje, przy okazji poprawiła się nieco na jego ciele, przesunęła, żeby było jej jeszcze wygodniej. Mogła tak spędzić cały dzień, nie znalazłaby wygodniejszego miejsca.

- Najwyraźniej, zresztą już sobie to wyjaśniliśmy, ja nie znajdę lepszego przyjaciela od Ciebie, a Ty lepszej przyjaciółki, musisz pogodzić się z tą myślą. - Wypadało więc, aby o siebie dbali. Udawało im się to przez lata, więc raczej nic nie mogło już pójść nie tak, no przypadkiem się w nim zakochała, ale póki o tym nie wiedział to ich przyjaźń była bezpieczna, tak musiało pozostać, nie chciała jej ryzykować w imię uczuć, które były jednostronne.

- Mógłbyś się zdziwić jak bardzo odgryzanie łydki może być spektakularne, jeszcze kiedyś będziesz o to prosił, a ja wtedy powiem, że już za późno na takie scenariusze. - Oczywiście, że zamierzał umrzeć z rozmachem, wszystko co robił robił z rozmachem, z ewentualną śmiercią nie mogło być inaczej, czy nie mógł być jak inni ludzie i marzyć o odejściu na stare lata w swoim własnym łóżku? No nie mógł, to do niego zupełnie nie pasowało.

- Co tam cztery zwrotki, może od razu sześć, jak mniemam to ja będę musiała przypilnować tego, aby Twoje oczekiwania zostały spełnione... - Spodziewała się tego, że inaczej jego duch będzie ciągle przypominał jej o tej rozmowie, oczywiście, że miała to zapamiętać i zadbać, jeśli pojawi się potrzeba o to, żeby faktycznie się tak stało. Musiała spełnić jego pośmiertne marzenia, kto jeśli nie ona?

- No jasne, przy dzierżawie można się mnie bardzo szybko pozbyć, oczywiście, że wolisz taką formę umowy. - Pokręciła głową z udawaną dezaprobatą. Miał rację. Korzystała z jego obecności póki mogła, póki znajdował się blisko, to było chwilowe, musiała więc wykorzystać jak najlepiej ten czas, nie wiadomo kiedy miała się pojawić kolejna okazja, to nigdy nie było pewne, czy stałe. - Nie musisz tego dwa razy powtarzać, będę korzystać jak tylko się da. - Na potwierdzenie swoich słów przylgnęła do niego jeszcze bardziej.

Wiedziała, że może sobie na to pozwolić, bo nie patrzył na nią w ten sposób, to, że ona korzystała z tych sytuacji, dotykała go, gdy nadarzyła się ku temu okazja, wtulała się w jego ciało kiedy znajdował się obok nic nie znaczyło. Były to gesty, które świadczyły o ich przyjaźni, przynajmniej dla niego. Wracała do tych momentów, gdy się mijali, zastanawiała się, co u niego słychać, czy nie dzieje mu się krzywda, czy jest bezpieczny, ale nie mogła nic poradzić na to, że wybrał życie w drodze, tak miało być, to nigdy nie miało się zmienić, różnili się pod tym względem okropnie. Tyle, że nie powinno jej to przeszkadzać, bo przecież zawsze miała pozostać tylko jego najlepszą przyjaciółką, w tym układzie te różnice w niczym nie przeszkadzały, to, że ona chciałaby, aby było inaczej niczego nie zmieniało.

- Oczywiście, że masz ponadprzeciętny radar na ludzi, którzy sprawiają problemy, zbyt wielu ich już spotkałeś na swojej drodze, aby tak nie było. - Nie zamierzała kłócić się z jego osądem, to nie miało większego sensu, bo on i tak wiedział swoje. Nie negowała jego słów, rozumiała, co miał na myśli. Jeśli wspominał o tym, że powinna się trzymać od nowego z daleka, to pewnie tak zrobi.

- Proszę Cię, nie jestem za ładna, po prostu jestem tutaj aktualnie jedyną kobietą, gdyby pojawiła się jakaś inna, to szybko zmieniliby obiekt swoich zaczepek. - Pokręciła jeszcze głową. Miała świadomość, że wzbudzała zainteresowanie tylko ze względu na to, że nie było tutaj więcej kobiet. Nie do końca jej się to podobało, bo nie lubiła zwracać na siebie uwagi, raczej wolała wtapiać się w tło i udawać, że nie istnieje, w tym przypadku to jednak nie do końca było możliwe. Próbowała więc być miła, na dystans, nie robić sobie wrogów, ale również nie dawać nikomu złudnych nadziei, bo nie była nikim zainteresowana w ten sposób, o którym mówił Benjy.

- Jeśli dzięki temu będziesz spał spokojniej, to obiecuję Ci, że będę na niego uważać. - To nie tak, że i bez tej obietnicy tego nie robiła. Prudence należała do ostrożnych osób, nie prosiła się o kłopoty, co nie zmieniało faktu, że czasem one potrafiły się pojawić zupełnie niezapowiedziane.

- Tak, wiem, że to miejsce należy do Ciebie, zresztą wydaje mi się, że raczej trudno tego nie zauważyć, na pewno wiedzą o tym, kto jest dla mnie najważniejszy i nie sądzę, że ktokolwiek chciałby z Tobą zadzierać, a i jak coś nie dlatego się z Tobą trzymam, to tylko jeden z wielu profitów, który wynika z naszej przyjaźni. Podejrzewam, że raczej dla wszystkich ta sprawa jest jasna. - Nie sądziła, żeby ktoś chciał przekraczać jej granice, bo doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że kiedy Benjy się pojawiał to zapominała o wszystkich innych i spędzała czas wyłącznie z nim. To wydawało jej się być całkiem jasne. Kiedy nie było go obok wyglądało to nieco gorzej, jednak była w stanie trzymać ich na dystans, a przynajmniej tak się jej wydawało. - Dobrze, zamiast się uśmiechać będę strzelać w nich piorunami z oczu, może to będzie odpowiednią sugestią. - Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że potrafiła tak robić, przecież i on zaliczył ten moment, kiedy próbowała zabijać go spojrzeniem.

- Serio? Mam korzystać z Ciebie jako wyimaginowanego faceta, bo Twoim zdaniem nie jestem sobie w stanie sama poradzić z problemem? - Dotknęło ją to. Pokręciła jeszcze głową, naprawdę nie była, aż taka bezbronna, zresztą nie wydawało jej się, aby musiała się komukolwiek tłumaczyć z tego, czy ma kogoś, czy nie ma, żaden facet nie musiał tego robić. Do tego wszystkiego uważała to za nieco żałosne, że musiała korzystać z przyjaciela w ten sposób, jakby faktycznie nie była w stanie kogoś sobie znaleźć.

- No jasne, oczywiście, że to Twoja metoda na rozwiązanie problemu. - Westchnęła jeszcze ciężko. Jasne, najlepiej było go utopić i udawać, że nigdy nie istniał. Naprawdę było to wspaniałym rozwiązaniem, nie niosło za sobą przecież żadnych konsekwencji.

- Nie musisz mnie przepraszać, tylko chciałabym, żebyś mi ufał, wiem co robię. - Naprawdę sama z siebie nie prosiła się o kłopoty, po tym, co jej powiedział oczywiście zamierzała nieco popracować nad swoimi ludzkimi odruchami, bo najwyraźniej niektórzy mogli sobie przez nie zbyt wiele pomyśleć, a tego zdecydowanie nie chciała.

Dość szybko miała zapomnieć o tej wymianie zdań, wystarczyło, że wplótł jej palce we włosy, i zaproponował podniesienie się z piasku. Leżeli już dosyć długo, dobrze byłoby rozprostować kości. - Nie smażą mi się jaja, ale chętnie wstanę, możemy pójść do wody. - Nie było to najgorszym pomysłem, po tej intensywnej wymianie myśli schłodzenie się powinno dobrze im zrobić.

Zsunęła się z niego, żeby umożliwić mu podniesienie się na nogi, sama też stanęła na swoich, otrzepała piasek ze skóry, nie znosiła kiedy na niej pozostawał. Spojrzała w stronę wody, dostrzegła coś, co spowodowało, że uniosła w górę swoje okulary, nie, to nie mogło być to. Nie zauważyła, że woda się cofnęła odsłaniając piasek i znajdujące się kamienie, była zajęta rozmową, dopiero teraz zaczęło do niej docierać, że przegapili coś, czego nie powinni przegapić. W oddali widać było falę, wielką falę, która zmierzała w kierunku lądu, nie było słychać już zwyczajnego dźwięku fal uderzających o brzeg, a głośny pomruk docierający z głębi oceanu, z każdą sekundą stawał się coraz głośniejszy. Wiedziała co to oznacza, zbliżała się katastrofa i powinni w tej chwili zacząć stąd uciekać, ścisnęła jego dłoń, bo jeśli mieli to przetrwać to tylko razem i doskonale zdawała sobie z tego sprawę.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (17473), Prudence Fenwick (11552)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa