W środku naszego nowego domu było ciepło, przez okna wpadało ostatnie światło dnia wraz z promieniami zachodzącego słońca, pachniało kurzem alkoholem i czymś, co moja żona uparcie nazywała „potencjałem”, ja natomiast „przeciągiem egzystencjalnym”, którego głębszą definicję właśnie przyszło mi odkrywać. Potrząsnąłem zapałkami, nie mogąc złapać pojedynczej, aż kilka wypadło na blat.
- No chodź, mała… No dawaj… Daaawaj, ty mała dlewniana ku… No nie lób mi tegooo… -Próbowałem trafić końcówką w draskę, trafiłem w powietrze, drugi raz w powietrze, trzeci raz w swój własny kciuk. Za czwartym razem zapaliła się za wcześnie i zdążyłem tylko powiedzieć coś w rodzaju „kuuuu…”, zanim mi zgasła. Wyciągnąłem drugą, piąta, trzecia, szósta… Nim się obejrzałem, przestałem próbować i właśnie rozważałem, czy to dobry moment, żeby opowiedzieć historię o tym, jak kiedyś zgubiłem paszport w Fortalezie - „co Fortaleza miała wspólnego z paleniem fajek?”, ktoś mógłby spytać, otóż to, że pudełko z zapałkami wydało dźwięk jak marakasy w tanim zespole latino, a od tego skojarzenia poszły same - kiedy rozległ się dzwonek do furtki. Ten niespodziewanie głośny dźwięk przebił się przez alkoholową mgłę jak dzwon okrętowy, uderzając mnie z zaskoczenia, aż prawie upuściłem kartonik z ogniem.
- Co jest, do ch… - Urwałem w pół słowa, bo przypomniałem sobie, że to jednak nowy dom, nowe ściany, nowa kultura. Podniosłem głowę, mrugnąłem kilka razy, próbując przypomnieć sobie, czy spodziewaliśmy się dziś czegokolwiek poza kolejną butelką.
- Oczywiście, sze taksówka. - Mruknąłem, wyglądając przez okno, bo w moim stanie każda rzecz wydawała się „oczywista”, nawet jeśli kompletnie taka nie była. Zebrałem się z okolic blatu stołu z godnością, która istniała wyłącznie w mojej głowie, i ruszyłem w stronę drzwi, robiąc dwa testowe kroki, z których jeden należał do mnie, a drugi do alkoholu - zupełnie zignorowałem to, że każdy z nich miał własną, osobną trajektorię, uznając swój sukces w poruszaniu się bez zbędnych potknięć. Jak na komendę, świat wykonał delikatny ukłon - odwzajemniłem - ściana przyjęła mnie uprzejmie, oddała z powrotem i pozwoliła przejść dalej. Mrugnąłem kilka razy, próbując zsynchronizować oczy z rzeczywistością, papieros zawisł mi na wardze pod dziwnym kątem.
- O-kej… O-kej, jusz… Juusz… - Powiedziałem do nikogo konkretnego, bo nikogo konkretnego nie było obok, otwierając drzwi prowadzące na zewnątrz. Na podjeździe stała taksówka, a obok niej kierowca z miną człowieka, który już widział wszystko, za nim natomiast, widoczne przez szyby w bagażniku i na tylnym siedzeniu, piętrzyły się kartony, dużo kartonów, naprawdę dużo kartonów, dziecięcych i nie tak dziecięcych wspomnień Prudence zapakowanych w tekturowe sarkofagi. Było ich niemal za dużo, jak na wielkość samochodu, którym przyjechały - taki logiczny absurd - małe, średnie, większe, jeden podejrzanie wielki, wszystkie obklejone taśmą i opisane starannym pismem. „KSIĄŻKI”, „UBRANIA”, „PAMIĄTKI”, „RÓŻNE”, co w tym konkretnym przypadku zawsze brzmiało podejrzanie nieprecyzyjnie, bo mogło oznaczać wszystko od zdjęć z dzieciństwa po zapas świec na kolejne trzy zimy.
- O. - Powiedziałem, a to „o” zawierało w sobie naprawdę wiele głębi. Zszedłem po schodkach trochę za szybko, złapałem się poręczy, żeby nie polecieć w krzaki, i podreptałem do bramy. Papieros dyndał mi w kąciku ust jak rekwizyt z taniego filmu o gangsterach, wyjąłem go dopiero po chwili, wsuwając sobie za ucho.
- Dobly wieczól. - Powiedziałem, chociaż było to raczej „dob’ecz”.
Skinął głową.
- Dobry. - Odpowiedział, z tym spokojem ludzi, którzy nie potrzebowali zbyt wielu słów, by uznać interakcję za praktycznie zakończoną. - Od pani Penelope. - Dodał, patrząc na mnie bez emocji. To słowo, „Penelope”, wszystko wyjaśniało, oczywiście, że wysłała kartony, i jeszcze bardziej oczywiście, że zrobiła to dokładnie w momencie, kiedy byliśmy w stanie ledwo złożyć zdanie złożone, a kiedy teoretycznie powinniśmy być przygotowani na finalizację przeprowadzki.
- Fantastycznie. - Odpowiedziałem z dziwnie zaakcentowanym, trochę suchym, trochę ironicznym, ale całkiem szczerym entuzjazmem, który był wprost proporcjonalny do ilości alkoholu we krwi. Kierowca rzucił mi spojrzenie, w którym było zawodowe „wszystko w porządku?”, a ja odpowiedziałem mu uśmiechem, który miał powiedzieć „tak, jasne”, choć prawdopodobnie mówił raczej „jestem bardzo pijany, ale życzliwy, tylko taką mam mordę, sorry”.
- Plosę, ploooszę, plosto. Tu. Tu jest… Palk… Palkowalne. - Podszedłem do bramy, pogmerałem chwilę przy zamku, bo klucz nie chciał trafić tam, gdzie powinien. - Jusz, jusz… Chwilee-eczkę, staly… - Mruknąłem do siebie, a potem w końcu otworzyłem i machnąłem ręką. - Do bla, p l o s zę w je ch aś. Tu. T a k. Ś mi a ł o. Wjee-ee… Wjeszdszaj pan, plosto pod dom.
Taksówkarz skinął głową, wsiadł z powrotem do auta i podjechał bliżej. Wpuściłem samochód na podjazd, gestykulując rękami, jakbym kierował lądowaniem samolotu, chociaż to nie miało żadnego większego wpływu na jakość parkowania. Mężczyzna wyszedł na zewnątrz, zgasił silnik i otworzył bagażnik, dopiero wtedy w pełni zobaczyłem, co wiezie. Nie kartony, nie tylko kartony, ale też dywan - ogromny, naprawdę ogromny, ciemnozielony, poprzecinany czernią, zwinięty w ciasny rulon, połyskiwał w świetle lamp ulicznych, jakby miał łuski. Popatrzyłem na niego, mrużąc jedno oko, przez sekundę miałem wrażenie, że zaraz się poruszy.
- Matko… - Wymsknęło mi się cicho. - Ale bydlę. - Złapałem go pod pachę, co było złym pomysłem, bo zsunął mi się po ramieniu i przez moment poczułem się, jakbym naprawdę dźwigał coś żywego. - Spooko, spooko… - Nie było „spoko”, ale na szczęście nie byłem tu jedyną osobą - taksówkarz podtrzymał koniec ręką, pomagając mi odłożyć dywan na podjazd. W wyrazie wdzięczności podziękowałem mu jeszcze raz za kurs, podałem adres, chociaż stał już pod nim, a na koniec kiwnąłem głową, pełen aprobaty - kierowca chrząknął uprzejmie, ja też chrząknąłem, solidarnie - i zacząłem wyciągać kartony. Pierwsze, potem kolejne, przy czym przy piątym musiałem zrobić przerwę, opierając się na chwilę o maskę, bo obraz przed moimi oczami znów zrobił ten numer z przechyłem, postanowił się obrócić o jakieś piętnaście stopni w lewo.
Wtedy Prudence stanęła w drzwiach, spojrzałem na nią, potem na kartony, potem znowu na nią, a świat złożył się w jedną, dość krzywą całość.
- Wlacam za sekuuun-deczkę. - Mruknąłem, cofając się w stronę domu i stając u stóp schodków prowadzących do drzwi frontowych, by zdać raport z sytuacji. - Twoo-ja mama… Wysłała kaltoo-ny… I… Iyy… I wiel-kiiiee-go węęęsza. - Wskazałem brodą na zielono-czarną spiralę, jakby istniała choćby minimalna szansa, że go nie zauważy. Podniosłem brew, po czym obróciłem się, by podryfować znowu w kierunku taksy.
Podpisałem coś na jakimś świstku, który mężczyzna zdążył przygotować, stawiając podpis, który wyglądał jak zapis sejsmografu podczas trzęsienia ziemi. Zapłaciłem z nadmierną powagą, dając mu napiwek większy, niż planowałem, bo w tej chwili wszyscy byli moimi sprzymierzeńcami, po czym razem z Prue, we troje - ciekawe czemu - zaczęliśmy przenosić pudła do środka.
- Tu, tu plosę… Pod ścianą… Tak, supel… - Instruowałem, starając się nie brzmieć jak ktoś, kto mógłby zaraz usiąść na schodach i zapomnieć, po co powinien wstać. - Dzię… Dziękówa, sze pan to pszytalgał. - Patrzyłem na to wszystko z lekkim przechyłem świata, licząc w myślach zarówno kroki, jak i kartony, chociaż zgubiłem się po piątym i szóstym malutkim. - Dzię-ę-ę-ki, naplawdę. Złoty pan jest. Szczeeęśliweej dlooogi. - Poklepałem go lekko po ramieniu, może trochę za serdecznie. Zabrał swoje pieniądze, skinął głową i wrócił do auta, taksówka odjechała, a podjazd nagle wydał mi się zbyt szeroki, zbyt cichy. Wciągnąłem dywan do środka, opierając go o ścianę w przedpokoju - wyglądał tam jeszcze bardziej jak żywy, jakby tylko czekał, aż zgaśnie światło… Ale był ładny, z pewnością, perski, całkiem luksusowy.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)