• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence

[12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
15.02.2026, 21:44  ✶  
Stałem o jeden schodek niżej od niej, trochę dlatego, że tak wyszło, a trochę dlatego, że schodki miały dziś zaskakująco duże ambicje, żeby się ruszać - jedną rękę opierałem o balustradę, bardziej dla zasady niż potrzeby, przynajmniej według mnie, a drugą trzymałem luźno przy boku. Powietrze było chłodne, świeże, wieczorne, takie, które zwykle pomagało wytrzeźwieć, ale dziś tylko sprawiało, że wszystko było wyraźniejsze w swojej miękkości i rozmyciu.
Patrzyłem na nią, kiedy patrzyła na dywan, więc doskonale widziałem ten moment, kiedy jej wzrok wrócił do mnie, zatrzymał się, przesunął powoli w dół, potem z powrotem w górę - byłem przyzwyczajony do tego spojrzenia, ale w tym stanie odbierałem je inaczej, intensywniej, jakby miało fizyczny ciężar. Nie było krótkie, nie było przypadkowe, przesunęła wzrok od butów w górę, powoli, analizując, mierząc, jakby sprawdzała parametry czegoś, co należało do niej, ale wciąż potrafiło ją zaskoczyć. Wyprostowałem się odruchowo, nie dlatego, że chciałem wyglądać lepiej, po prostu ciało reagowało samo z siebie, kiedy na mnie patrzyła. Stała nade mną, drobniejsza, a ja byłem… No, duży - zawsze byłem - moje ramiona zajmowały więcej miejsca, niż planowałem, nogi kończyły się dalej, niż wydawało się praktyczne, nawet jeśli jeszcze chwilę temu stałem lekko zgarbiony, żeby świat przestał się bujać. Czułem jej wzrok na klatce piersiowej, na barkach, na brzuchu, jakby właśnie przypomniała sobie coś bardzo oczywistego. Koszula opinała mi się w miejscach, gdzie opinała się zawsze, a ręce, oparte o balustradę, wyglądały jak coś, co raczej podnosi rzeczy, niż je odkłada.
-Eee… Yh? Co. - Zapytałem odruchowo, ale bez obrony, bardziej z ciekawości. - Co. - Powtórzyłem, bo tylko mierzyła mnie wzrokiem, jakby coś liczyła albo składała fakty, które zawsze tam były, tylko teraz nagle się ułożyły - parsknąłem cicho. - No coooo. - Powtórzyłem, już z cieniem uśmiechu, który sam się pojawił, ponieważ zrozumiałem sekundę później - patrzyła na mnie jak na zasób, jak na rozwiązanie, jak na problem - i to miało sens. - Nie pacz taaa. Wiem, jak wyglądam. Hyh. - Spojrzałem na nią z dołu i z góry jednocześnie, mrużąc oczy, ręka opierała mi się o poręcz, zimną i rzeczywistą, jedyną rzecz w tej chwili, która nie falowała - schody miały swoją własną geometrię, która nie do końca zgadzała się z moimi nogami, ale znalazłem punkt równowagi i się go trzymałem. Przesunąłem językiem po zębach odruchowo, z tą charakterystyczną postawą człowieka, który nigdy w życiu nie odmówił jedzenia, jeśli było w zasięgu ręki.
Wydawałem pół zarobków na żarcie, może więcej, nie dlatego, że chciałem - dlatego, że zawsze byłem głodny, i ona to wiedziała. Oczywiście, że wiedziała. Miała męża, który ciągle coś przeżuwał, kanapki między obowiązkami, resztki z patelni, zanim zdążyły wystygnąć, jabłko w dłoni, kiedy szedłem przez pokój, cokolwiek, byle uciszyć to ciągłe, ciche ssanie gdzieś pod mostkiem.
Halo.
Nie dało się tego nie zauważyć.
Kiedy powiedziała, że nie da się jeść cały czas, prychnąłem cicho pod nosem, z tym pijanym półuśmiechem, który mówił, że oboje znamy prawdę, i wzruszyłem ramionami, bez wstydu.
- Eee… No… - Mruknąłem, przeciągając samogłoskę, bo mój mózg potrzebował chwili, żeby nadążyć za jej logiką. Klepnąłem się lekko w klatkę piersiową. - To się samo nie utszyma. - Spojrzałem na nią z góry, lekko przechylając głowę, a w oczach miałem tę szklisto-rozmazaną pewność człowieka, który właśnie wyciągnął bardzo poważny wniosek na podstawie absolutnie żadnych danych - w którymś momencie przestałem próbować nadążać, a zacząłem po prostu przyjmować fakty takimi, jakie były - każdy argument, nawet najbardziej absurdalny, zmniejszał bestię o kolejny centymetr. - Gdybym był wonszem, to byłbym basoniebespiecznym wonszem. - Uśmiechnąłem się krzywo, trochę dumnie, trochę bez powodu, przez moment byłem absolutnie przekonany, że to jest naukowy argument, którego nie dało się podważyć. Przeniosłem ciężar ciała z jednej nogi na drugą, schodek pod stopą wydał się nagle bardzo niekonkretny, powietrze było chłodne, przyjemnie trzeźwiące, chociaż tylko powierzchownie, bo w środku we mnie wszystko nadal pływało powoli, ciężko, leniwie. Spojrzałem jeszcze raz na nią, a potem na dywan, jakbyśmy byli we trójkę częścią tej samej układanki.
- Jeśli kasdy ma swoe godziny, to on tema swoje. - Powiedziałem spokojnie. - Nawet jak nie jest kaszdym. - Zrobiłem krótką pauzę, bo to zabrzmiało mądrzej, niż się spodziewałem. - I zgaduę, sze to nie tela - wskazałem głową na nieruchomy rulon - boooo jakby był głodny, to… No, by się już luszył. Albo patszył basiej… Aglesywnie. - Zmrużyłem oczy, próbując ocenić poziom agresji dywanu. - A on wygląda… Neutlalnie. - Wsunąłem ręce do kieszeni i przechyliłem głowę lekko w jej stronę. - Poza tym - dodałem ciszej - nawet jakby był nienaszalty… - Zawiesiłem się, pozwalając, żeby sama dokończyła tę myśl, patrząc na mnie - byłem większy od problemu, przynajmniej fizycznie. Uśmiechnąłem się do niej z tym spokojem, który przychodził z przekonania, że cokolwiek by się wydarzyło, stałem między nią a tym, co mogło spróbować, obraz lekko się rozjechał, ale to nie miało znaczenia, nadal była wyraźniejsza niż wszystko inne.
Zamyśliłem się, marszcząc brwi w tej pijanej koncentracji, przesunąłem spojrzenie z powrotem na nią, na jej twarz, na to charakterystyczne skrzywienie nosa, które pojawiało się zawsze, kiedy coś ją brzydziło albo zawstydzało, i poczułem to ciepło w klatce piersiowej, znajome i ciężkie. O czym to ja…
- To były… Inne czas-yyh. - Wyrwało mi się mimo woli, zamarłem, westchnąłem. - Inne miejsc-aa. - Zerknąłem na nią szybko, sprawdzając, czy jeszcze mnie słuchała, czy już skutecznie wyrzuciła to wszystko z głowy - bo pokręciła nią wcześniej dokładnie tak, jakby chciała wytrzepać niechciane myśli - i poczułem ulgę, że nie muszę być bardziej precyzyjny. - Psze… Psze’ascham. - Dodałem szybko. - To się samo… - Westchnąłem i przetarłem twarz dłonią, bo w tej jednej, krótkiej sekundzie poczułem prawdziwą, autentyczną potrzebę bycia dobrym mężem, który nie mówi nieproszony. - Bo to w ogóle nie było plaofane - ciągnąłem, chociaż każda część mnie wiedziała, że właśnie robię dokładnie to, o co prosiła, żebym nie robił - i ktoś powiedział „splu-uj” - zamknąłem oczy na sekundę - i to było powiedziane takim tonem, sze jakbyś nie splóbował, to by znaczyło coś balso złego o twoim chalaktesze. - Zrobiłem nieokreślony gest dłonią, potrząsając ramionami, jakby to miało mnie z tego wyciągnąć. - Ale nie mówię o tym, okej. - Skinąłem głową, nawet dwa razy, jak przy przysiędze składanej komuś, kogo naprawdę się nie chce zawieść. - Ani o tym jednym festiwalu w Teksasie. - Dodałem natychmiast, stanowczo. - Tym, dzie podają glillowanego gszechotnika. W ogóle. Nie wspomnę. Mit. - Zawiesiłem się na pół sekundy, bo mój mózg uznał, że skoro już padło słowo „mit”, to trzeba je objaśnić. - W Teksasie to było ba-dziej… Wydaszenie. - Powiedziałem, patsząc gdzieś obok niej, jakby moje słowa miały mniejszą wagę, kiedy nie patrzyłem jej w oczy. - Muzyka, kusz, gorąco takie, sze asfalt mięknie. Zapach glilla wszędzie. I to mięso leszało obok wszystkiego innego. Obok kiełbasek. Obok szebelek. Wyglądało… Nolmalnie. - Zamilkłem. - Plawie nolmalnie. - Poprawiłem się szeptem, przetarłem twarz dłonią. - A potem ktoś mówi, sze - zmarszczyłem brwi - „to jest wonszem”. Tak po plostu. Jakby mówił, sze to wołowina. I wszyscy kiwają głowami, jakby to była najbaldziej oczywista szesz na świecie. - Parsknąłem pod nosem, nagle zawstydzony własną szczerością, i spuściłem wzrok na beton pod nogami, który wydawał się bardzo zajęty byciem stabilnym. - To znaczy… - Podjąłem i od razu poczułem, jak wszystko się sypie. - Nie istnieje. Nigdy tam nie byłem. Nic nie widziałem. - Zawiesiłem się, zmrużyłem oczy i spojrzałem w stronę dywanu, który nadal leżał przy podjeździe, zwinięty, ciemny, absolutnie podejrzany, mrugnąłem. - To znaczy… Byłem, ale nie o tym mówię - poprawiłem się za późno, za wcześnie, jakoś, coś - to tylko pszykład szeszy, o któlych nie mówię. - Westchnąłem ciężko i odwróciłem wzrok, spoglądając na fasadę domu, jakby nudna ściana mogła mnie powstrzymać przed dalszym ciągiem - alkohol zrobił swoje, myśli nie miały już hamulców, tylko zjazd w dół, bez barierki - po czym mózg dorzucił jeszcze jedno.
- Ale w tym… Ekwadosze to w ogóle było inaczej - burknąłem, już kompletnie bez sensu, drapiąc się po brodzie. - Tam to było basiej… Coś… Cosienne. Jak u nas lyba. - Znowu zamilkłem. - Nie, nie lyba. - Poprawiłem się natychmiast. - To było złe polównanie. Balso złe. - Uniosłem dłonie w geście kapitulacji, chociaż jednocześnie w mojej głowie już zaczęło się to dziać, to niechciane przesuwanie się myśli w stronę bardzo konkretnych wspomnień, zapachów, dźwięków, całkiem innych wieczorów, zupełnie niepasujących do domu pod Londynem. Mózg miał inne plany, bo wystarczyło, że powiedziała „jak smakują”, a gdzieś z tyłu głowy coś już odpaliło silnik - obraz rozgrzanego powietrza, kurz, śmiech ludzi, którzy byli zbyt pewni siebie, metalowy grill, ten charakterystyczny zapach, który nie powinien był kojarzyć się z gadami, a jednak się kojarzył - zacisnąłem szczękę. Parsknąłem krótkim śmiechem, zupełnie nie tam, gdzie powinien się pojawić, i od razu wiedziałem, że to ten moment, w którym należałoby zamknąć mordę. Oczywiście jej nie zamknąłem. Przechyliłem głowę, jakbym próbował złapać ostrość, i spojrzałem na nią spod brwi, z tym półuśmiechem, który zwykle oznaczał, że zaraz powiem jeszcze więcej czegoś, czego nie dało się cofnąć. Powinienem był skończyć, naprawdę, ale w tym stanie mózg nie znał pojęcia „koniec”, tylko „a skoro już”.
- Tam masz szeszy, któle paczom na ciebie s talesza, zanim pszestaną. Takie, któle jeszcze lano miały… Balso konkletne plany na szycie. Są zupy, w któych pływają oszszszy. - Dodałem. - Nie paczo aktywnie, ale jednak. - Urwałem, setny raz zawiesiłem się na sekundę, ale to tylko dało mózgowi czas na dodatkowy rozpęd. - Dobla, to było… Duszo. - Ale ten przeklęty organ dorzucił jeszcze. - Są takie dania, któle są obszydliwe jusz na etapie opisu. - Powiedziałem poważnie. - Jak felmentowane coś, co nie powinno felmentowaś. Albo lalwy. Glube, białe, tłuste. One czasem pękają - zniżyłem głos, dorzuciłem konspiracyjnym szeptem - i ludzie mówią, sze są „klemowe”. - Pokręciłem głową, to słowo wracało zaskakująco często. - Alboooo chlupią, a nie mają prawa chlupaś. Są… Smaszone na chlupko. - Ciągnąłem, co mi ślina przyniosła na język, zagłębiając się we wspomnieniach, bardzo barwnych, nawiasem mówiąc. - Tak chlupko, sze słyszysz to w głowie jeszcze chwilę po. Jak chipsy, tylko… Wiesz. S oczkami. - Tak, tak, małe, czarne oczka, jak ziarenka maku. - W ogóle Amelyka Południowa ma… Balso szeloką definicję jedzenia. - Powiedziałem, wbrew wszystkiemu, co mądre i litościwe. - Tam wszystko jest potencjalnym posiłkiem, jeśli wystaszająco długo na to patszysz. Alboooo… No - machnąłem dłonią - na ciebie. No, to. Ten. Nie mówię, sze jadłem wsystkie - uściśliłem szybko - to znaczy… Nie wsystkie nalas. - Wzruszyłem ramionami, jakby to poprawiało moją sytuację, zamilkłem na moment, trzy, dwa, jeden… - Są tesz szeszy zawinięte w liście - wróciłem do tematu, bo czemu nie - ale nie takie eleganckie, tylko takie, któle po loswinięsiu wyglądają goszej nisz pszed zawinięciem. Wilgotne. Śliskie. S tekstulą, któlej nie da się zapomnieś. - Pokręciłem głową, w takim wypadku nie trzeba było nawet dysponować super pamięcią. - Jajka, któle nie powinny byś jajkami - kontynuowałem - s zalodkiem. Dziobem. Czymś, co jusz było w połowie drogi do bycia czymś innym. - Zacisnąłem szczękę, „Milcz. Teraz. W tym momencie. Milcz”. - Tylko… Sze… - Wymsknęło mi się i wiedziałem, że to koniec taktycznej przerwy. - Tam to było takie… Nolmalne. - Zerknąłem na nią i wiedziałem, że już jest źle, ale było jeszcze gorzej. - Pająki. - Dodałem, fatalnie spokojnym tonem. - Takie, co jeszcze widaś im włoski na nogach. Są smaczniejsze od wonszy, wiesz? Nolmalnie. Jak pszekąska. Chlup. Są tesz takie, któle się malynuje, ale malynata tylko podkreśla fakt, sze to lobak. - Zerknąłem na dywan, na nią, z powrotem na dywan. Myśl siedziała mi z tyłu głowy, drapała od środka, domagała się wypuszczenia, jak kaszel, którego nie dało się powstrzymać. - Nie mówię, sze to było doble. - Pospieszyłem. - To znaczy… Było jadalne, ale to są lószne kategolie. - Przyzezowałem na nią szybko, sprawdzając, czy jeszcze mnie nie wyrzuciła z własnego życia. - To znaczy… - Od razu wiedziałem, że przegrałem, nawet w tym stanie, pewnie nie miała mi tego zapomnieć - w tej jednej chwili poczułem coś pomiędzy rozbawieniem a winą, jak dziecko przyłapane na tym, że wie coś, czego nie powinno wiedzieć. - To nie tak, sze ja… Szukałem takich szeszy. - Parsknąłem cicho, bardziej z bezradności niż humoru, i w końcu spojrzałem na nią wprost, wzruszając ramionami, z tym pijanym, skruszonym półuśmiechem, który był czystym „przepraszam”. - Eee… Yh… Dobla. - Uśmiechnąłem się trochę mocniej, próbując rozbroić własne wcześniejsze słowa. - Nie mówię. Ani słowa. - Przeniosłem wzrok na dywan, który leżał zwinięty przy podjeździe, ciężki, milczący, niewinny albo bardzo dobry w udawaniu niewinności. Obraz węża z zegarkiem na ogonie pojawił się w mojej głowie z zadziwiającą wyrazistością - tarcza, pasek, ogon owinięty wokół nadgarstka, którego nie było - to było absurdalne, a przez to kompletnie przekonujące.
Patrzyłem na niego, podczas gdy Pruey rozwijała tę teorię z taką powagą, jakby właśnie odkrywała brakujące ogniwo między zegarmistrzostwem a herpetologią magiczną - mrużyła oczy, kiwała głową, łączyła fakty, a ja stałem naprzeciw i czułem, że mój wyraz twarzy absolutnie nie pomagał sprawie - ja też zmrużyłem oczy, próbując wyobrazić sobie proces sprawdzania godziny bez ręki, bez nadgarstka, bez niczego, co przypominałoby punkt odniesienia. Próbowałem ustalić, gdzie zaczyna się jego ogon, a gdzie kończy reszta, problem polegał na tym, że wszystko wyglądało jak ogon.
„Słońce wstanie”, spojrzałem jeszcze raz na dom, na okna, te wielkie, ciemne taflę, które jeszcze chwilę temu były tylko warstwami szkła, a teraz stały się strategicznymi lukami w systemie, i wtedy mnie trafiło.
Uniosłem palec.
- Eee… Yh… nie. - Powiedziałem nagle, unosząc również drugi palec, jakbym właśnie odkrył coś wielkiego. - Nie będzie wiedział. - Odwróciłem się do niej, oczy miałem trochę zbyt szeroko otwarte, trochę zbyt błyszczące. - Czej - powiedziałem, bardzo powoli - czekaj, czej, czaj… - Potem nachyliłem się trochę bliżej niej, zniżając głos konspiracyjnie. - Bo mu je odetniemy. - Wskazałem ręką na okna. - Słońce. Odetniemy mu słońce. - Spojrzałem na nią z jeszcze wyraźniejszym błyskiem w tych szklistych tęczówkach. - Zasłony. Zawiesimy, no, i wtedy on będzie zawieszony. W czasie. Zasłony i zegalki. Ta. - Zmrużyłem oczy, próbując sobie przypomnieć, gdzie ostatni raz widziałem te z Horyzontalnej, albo czy w kartonie z domu rodzinnego Prue mogły się jakieś znaleźć. - Były. Na pewno były. Widziałem coś mateliałowego. Gdzieś. - Odwróciłem się lekko w stronę podjazdu, ale zatrzymałem się, bo ciało potrzebowało jeszcze sekundy na dogonienie decyzji. Przez moment byłem absolutnie przekonany, że właśnie odebraliśmy przewagę stworzeniu, które jeszcze godzinę temu było tylko elementem wyposażenia salonu. Po drodze prawie potknąłem się o karton numer… Nie wiem. Sześć? Osiem? Wszystkie wyglądały tak samo, jakby się rozmnożyły specjalnie po to, żeby mnie upokorzyć, ale ostatecznie przez chwilę wydawało mi się, że z nimi wygraliśmy - dopóki wieża się nie zawaliła, a my nie znaleźliśmy się w siadzie na parkiecie w korytarzu.
Patrzyłem na żonę, gdy mówiła o mruganiu, z powagą stratega przed bitwą, i przez moment naprawdę poczułem ciężar odpowiedzialności, bo w jej oczach byłem teraz specjalistą, autorytetem, człowiekiem od gadów, a mi właśnie świat rozjeżdżał się przed oczami. Kwestia snu bez powiek sprawiła, że zmarszczyłem brwi i spojrzałem w stronę dywanu tak intensywnie, jakbym próbował wykryć mikroruch - nasłuchiwałem przez kilka sekund, z tym skupieniem człowieka, który nagle dostał awans na stanowisko, na które absolutnie nie aplikował, ale nie zamierzał go odrzucić, jakbym naprawdę czekał na „szszszsz”.
-Yyyh… Ta-ak. - Powiedziałem nisko. - Dokładnie tak. - Zrobiłem krótką pauzę, żeby to zdanie miało należytą wagę, przy okazji powstrzymując czknięcie. Alkohol krążył we mnie powoli, ciężko, jak coś gęstego, co osiadało w mięśniach i rozluźniało wszystko oprócz myśli, które z jakiegoś powodu czuły się wyjątkowo kompetentne, jakbym właśnie wrócił z bardzo wymagającej ekspedycji, a nie z podjazdu z dywanem.
- Jednostki bezpowiekowe - kontynuowałem z ciężarem autorytetu - mają stałą zdolność pelcepcyjną. To znaczy, sze nie tlacą wizualnego kontaktu s celem w c yk lu mlug a n ia, bo nie posiadają… Yyyy… Mechanizmu odcinającego. - Pokiwałem głową sam do siebie, z uznaniem dla własnej terminologii.
„Czk”.
- Ale - zrobiłem pauzę, bardzo znaczącą - to działa w dwie strony. - Przeniosłem wzrok na nią. - Bo jak coś nie mluga… To nie lesetuje oblasu. Co nie? Nie ma fazy legenelacyjnej. Tego nie da się uklyś całkowicie. Matelia zawsze zdladza intencję. - Skinąłem głową, jakby to było oczywiste i nie wymagało dopowiedzenia. Wyprostowałem się trochę, z godnością, która była o jakieś trzy sekundy spóźniona względem równowagi, chociaż oczy miałem nadal przymrużone - nie dlatego, że analizowałem szczegóły, tylko dlatego, że świat próbował się delikatnie przechylić w lewo, a ja nie wyrażałem na to zgody. Podniosłem rękę i wskazałem na nią palcem, bardzo powoli, bardzo poważnie.
- Ty masz instynkt opelacyjny. - Zawiesiłem się, marszcząc brwi, jakbym przypominał sobie podręcznik, który nigdy nie istniał. - To jest pod-sta-wa obselwacji. - Jak na ironię, głowa opadała mi lekko do przodu, potem wracała, potem znowu opadała. Patrzyłem na dywan. Na nią. Na dywan. Na nią. Na nią. Na dywan. Na nią. Na dywan - znowu zerknąłem na niego z profesjonalną podejrzliwością - nawyk, instynkt, lata patrzenia na rzeczy, które nie powinny się ruszać, a potem się ruszały. Czasami siedzisz w ruinie przez sześć godzin i nic się nie dzieje, a potem przez trzy sekundy dzieje się wszystko.
- To się nazywa… Tyyh… Dynamiczna ledundancja sensolyyy–
„–czk–”
- –czna. - Brzmiało wystarczająco prawdziwie, pochyliłem się trochę bliżej, zniżając głos konspiracyjnie. - To jest… Baso atlakcyjna cecha zawodowa. - Oparłem potylicę o ścianę i przymknąłem oczy na sekundę, ale zaraz je otworzyłem, bo przecież nie mogliśmy mrugać jednocześnie, a ona chyba właśnie mrugała. Nie mrugała? Ja nie mrugałem? Powinienem mrugnąć? - Powinnaś placowaś w te-enie. - Dodałem nagle, patrząc na nią z pełną powagą. - Selio. - Machnąłem ręką w nieokreślonym kierunku. - Nie w Ministelstwie. Tam by się procedulalnie zeslali pszy takim pszypadku. - Parsknąłem cicho. - Folmularz B-12, podsekcja wonsz, pala g l a f piewszy „stlategie nadzolu wizualnego”, a wonsz ich zje, zanim ustalą, co jest moszliwe. - Pokręciłem głową z pogardą, urwałem, zamachałem ręką w powietrzu, nie kończąc zdania.
- On śpi i nieeee, nie słyszy. Sto plocent. Zelo plosent, zna-szy. A jak się obudzi, to tak - przyznałem, wracając do wątku i potrząsając głową - będzie musiał się luszyś. A…aszda jednostka naziemna geneluje… Sygnatulę dźwiękową pszszszy pszszzemieszszszaniu. - Zrobiłem palcami mały, falujący gest, i zamilkłem na chwilę, analizując dywan z namaszczeniem człowieka, który absolutnie nie ma żadnych kwalifikacji, ale ogromne przekonanie.
- Na tę chwilę… - Zaraportowałem cicho. - Blak kolekty. Blak „szszszsz”. Blak… A k ty w n ości p l e d a cyjnej. - Skinąłem głową raz jeszcze, wyszeptałem to „szszszsz” z pełnym przekonaniem człowieka, który kiedyś słyszał coś podobnego, albo przynajmniej bardzo chciał w to wierzyć. - Obiekt pozostaje w stanie passsssywnym. - Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się lekko, z dumą specjalisty od niczego i wszystkiego - z tym pijanym profesjonalizmem, który był w połowie improwizacją, a w połowie absolutną wiarą w to, co mówiłem - pokiwałem głową, bardzo z siebie i z niej zadowolony.
Uniosłem palec, ale musiałem go skorygować w połowie drogi, bo trajektoria była niepewna - zerknąłem na dywan, potem na własne ręce, i jeszcze raz pokazałem obwód, wolniej tym razem, z namysłem człowieka, który widział rzeczy większe, gorsze, bardziej głodne.
„czk”
Spojrzałem na nią powoli, bardzo powoli, jakby to jedno słowo musiało przejść przez kilka warstw zanim dotrze do miejsca, gdzie mogłem je zrozumieć.
- Dzię… Dzięki? - Bąknąłem, marszcząc brwi z autentycznym namysłem, bo przez sekundę nie byłem pewien, czy to był komplement, diagnoza, czy ostrzeżenie taktyczne. Podrapałem się po karku, patrząc z powrotem na nią, próbując odczytać, nie ominęła mnie jakaś część rozmowy - cofnąć ostatnie trzy sekundy rozmowy i znaleźć punkt zaczepienia, który jakimś trafem pominąłem - czułem, jak uśmiech sam z siebie wpełzł mi na twarz, krzywy, zdradziecki, absolutnie nie do zatrzymania. Dopiero po sekundzie, może dwóch, może dziesięciu, spojrzałem z powrotem na wonsza - na jego ciężki, zwinięty kształt, na jego oczywisty, tekstylny bezruch.
- Aaaa. - Mruknąłem, bardzo cicho. - Mówisz o…? - Zrobiłem nieokreślony gest dłonią gdzieś w przestrzeni między nami, kompletnie nieprzydatny, kompletnie niewyjaśniający niczego. - Myślałem… - Zacząłem, po czym urwałem, bo nie było wersji tego zdania, która nie pogarszała sytuacji, zamiast kończyć, zerknąłem na nią z ukosa, z tym krzywym uśmiechem, który mówił, że nic się nie wydarzyło, absolutnie nic. Oparłem głowę z powrotem o ścianę, udając profesjonalny spokój, chociaż przez następne kilka sekund bardzo konsekwentnie unikałem patrzenia jej prosto w oczy, by utrzymać poważny wyraz twarzy i zbytnio się nie rozproszyć. Musieliśmy skupić się na sytuacji.
- Schudnąś w jedną noc… - Powtórzyłem, zastanawiając się nad tym, ale nadal bez należytej powagi. - Nieeee. To by wymagało intensywnego metabolizmu poopelacyjnego. A on wygląda na… Yyyh… Stabilnego metaboliszsznie. - Machnąłem ręką w stronę dywanu. - Jest na masie. Nie w ledukcji. - Parsknąłem cicho z własnej terminologii, a kiedy wspomniała o rurach, uniosłem brew i spojrzałem w stronę ściany, jakbym widział je przez materiał i cegłę - pokiwałem głową z uznaniem dla jej toku rozumowania.
- Ty dobrze myślisz. Naplawdę. Analizujesz wejście i wyjście. Większość ludzi patrzy tylko, szeby wejść. - Zamilkłem na ułamek sekundy, odrobinę tracąc wątek, gdy moje myśli uciekły w oczekiwanie-nieoczekiwanym kierunku. - A wyjście jest kluczowe. W teleniee– - zawiesiłem się na chwilę, ponownie, patrząc na nią - na sposób, w jaki siedziała obok, na to, jak bardzo była realna w tym miękkim, rozmytym świecie - –najwięcej obiektów wpada przez nadmierną ambicję i niedoszacowanie średnicy własnej, tak to powinno brzmieć, ale nie zabrzmiało, bo nagle zachciało mi się parsknąć.
„c–czk”
Słuchałem jej uważnie, bardzo uważnie, jakby to był raport z terenu, a nie rozmowa dwojga pijanych ludzi w pustym domu, zmrużyłem oczy, analizując sytuację z całą powagą człowieka, który absolutnie nie powinien analizować niczego.
- To by mu zajęło… - Zawiesiłem się, próbując policzyć coś, co nie miało jednostki. - Długo. - Skinąłem głową z przekonaniem, potwierdzając słowa Pruey. - Balso długo. - Machnąłem ręką w stronę schodów, trochę zbyt szeroko, więc musiałem się podeprzeć dłonią o podłogę, żeby nie polecieć razem z własnym autorytetem. - Dszewo ma kolę. Ma nielegulaność. Ma histolię. Polęcz ma… Lakiel. - Spojrzałem na nią z uznaniem, bo to, co powiedziała, miało sens, pijany sens, ale wciąż sens. Wypuściłem powietrze nosem, z tą cichą ulgą, która przychodziła po częściowym rozwiązaniu problemu, nawet jeśli problem był głównie teoretyczny.
Siedziałem jeszcze chwilę bez ruchu, kiedy przypinała mi spinkę, pochylając się, z tym skupieniem, które zawsze miała przy drobnych rzeczach, jakby od tego jednego kliknięcia zależało więcej, niż naprawdę zależało. Czułem jej palce we włosach, ostrożne muśnięcia przy skroni, metalowy chłód spinki, który zaraz potem zniknął, jakby od razu przyjął temperaturę mojej głowy. Nie ruszałem się, nawet oddech miałem płytszy, bo nie chciałem, żeby coś się przesunęło, omsknęło, spadło, czy żeby ten mały przedmiot, który przetrwał tyle lat i tyle czasu w szufladzie, miał teraz polecieć na podłogę. Myśl, że uznała mnie za bezpieczne miejsce dla czegoś, co było dla niej ważne, rozlała mi się gdzieś w środku ciepłem.
A potem przyszła piątka - Prue uniosła się, wyciągnęła rękę, i chociaż nasze dłonie ledwo się musnęły, bardziej symbolicznie niż faktycznie, bardzo energicznie pokiwałem na to głową, zaśmiałem się krótko, gardłowo, i sam opuściłem rękę niżej, żeby jednak coś z tego było - pochyliłem się odrobinę, żeby wyrównać różnicę wzrostu, ale już było po wszystkim - ten nieudany gest był jednak lepszy niż idealna piątka. Patrzyłem na nią, gdy się podnosiła, robiąc to ostrożnie, przy ścianie, jakby grawitacja mogła ją nagle szturchnąć, i poczułem ten znajomy impuls, żeby być bliżej, gotowym, gdyby nogi jednak postanowiły ją zdradzić. Nie musiałem - udało się, stała, trochę chwiejnie, ale stała. Chwilę później ja też poszedłem w jej ślady, w końcu musieliśmy zacząć sprzątanie, by wąż nie pokusił się o skonsumowanie drogocennych fantów.
Spojrzałem na nią, kiedy powiedziała, że jest od liści, a ja od koralików, i przytaknąłem gestem, z tym spokojnym, chociaż wstawionym przekonaniem, że to ma sens - absolutnie logiczny podział kompetencji.
- Yyyh… No. - Mruknąłem z namysłem. - Ta. - Uniosłem nadgarstek, trochę chwiejnie, ale wystarczająco, żeby zobaczyła rzemyki, dużo rzemyków, splątanych ze sobą w sposób, który wyglądał na przypadkowy, ale nigdy nie był - ciasno oplatały skórę, ciemne od lat noszenia, wytarte w miejscach, gdzie najczęściej ocierały się o skórę i ubrania - między nimi tkwiły drobne koraliki, niektóre matowe, inne błyszczące, a także kilka zawieszek ukrytych głębiej, prawie niewidocznych. - Mam s nimi układ. - Potrząsnąłem lekko ręką, nic nie spadło, nigdy nie spadało. - One wiedzą, gdzie ich miejsce.
„Czk”.
Przesunąłem kciukiem po jednym z rzemyków - był tam od lat, wszystkie były, przetrwały rzeczy, których nie chciałem pamiętać i takie, których nie potrafiłem zapomnieć  - one nie uciekały, trzymały się, zaklęcie wiążące nadal działało. Spojrzałem na koraliki rozsypane po podłodze, jakby były młodszą, dzikszą wersją czegoś, co już kiedyś udało mi się okiełznać. Poruszyłem dłonią, zawieszki stuknęły o siebie cicho, i podniosłem kolejny z podłogi - ten uciekający - zatrzymałem go jednym ruchem palca, zanim zdążył się wymknąć pod listwę. Zacisnąłem go w dłoni na moment, po czym odłożyłem do małej kupki, którą budowałem z uporem, jakby to był ważny projekt.
- Musisz je oswoiś. To ploste. Najpie obseee-wujesz tlajektolię. - Mruknąłem, jak najprawdziwszy znawca tematu, co nie do końca było nieprawdą, w tym akurat miałem całkiem szerokie doświadczenie - wiedziałem, że wszystko, co ma trajektorię, da się przechwycić, musisz tylko umieć przewidywać tor, reagować zanim coś się wydarzy - nie wtedy, kiedy już leci, tylko chwilę wcześniej - niestety, wykonanie tego po takich ilościach alkoholu było… Kwestionowalne. - Potem pszewidujesz wektol. Nie łapiesz tam, gdzie są. Łapiesz tam, gdzie będą. Tyle. - Wzruszyłem ramionami i uśmiechnąłem się krzywo, mimowolnie wspominając ciężar kafla w dłoni, wiatr, który wyrywał oddech z płuc, to uczucie idealnego momentu, kiedy świat zwężał się do jednego punktu, jednego celu - czułem wtedy świat w sposób, którego nic później nie potrafiło powtórzyć. - Te się tszymają, bo… - Zawiesiłem się, patrząc na własną rękę, jakby należała do kogoś, kim kiedyś byłem bardziej niż teraz. - Bo im kazałem.
W rzeczywistości to były zaklęcia stabilizacyjne, stare, potem odświeżane, jeszcze z czasów, kiedy gubiłem wszystko.
Parsknąłem cicho, kiedy powiedziała, że liście mnie nie lubią, przyzezowałem na jeden z nich, leżący płasko na parkiecie, niewinny, martwy, ale absolutnie nie pozbawiony intencji - wskazałem na niego palcem, lekko chwiejnym, jakbym identyfikował podejrzanego.
- One są śliskie. Udają, szs nic nie lobią, a potem nagle są pod butem i człowiek… - Zrobiłem krótki, nieokreślony ruch ręką w powietrzu, który miał oznaczać katastrofę biomechaniczną. - Ty wiesz, jak s nimi postępowaś. - Z tym, co zostało. Z tym, co już nie wróci. Zawiesiłem się, czując, jak myśl odpływa trochę dalej, niż powinna. - One cię nie okłamią. - Spojrzałem na liście w jej dłoniach - suche, kruche, ciche, martwe, no - taaaak - to było uczciwe, mogliśmy tak działać. Odwróciłem wzrok i skupiłem się na małych kuleczkach rozsypanych na podłodze - jedna właśnie próbowała uciec pod karton - wróciłem do zbierania drobiazgów, z tą uporczywą koncentracją człowieka, który bardzo nie chciał powiedzieć za dużo głupot, a jednocześnie walczył z własną pamięcią, żeby nie podsunęła mu kolejnych szczegółów z dupy.
Co jakiś czas zerkałem w jej stronę, zupełnie nieświadomie - na to, jak się poruszała, jak marszczyła nos z koncentracji, jak włosy opadały jej na twarz, alkohol sprawiał, że wszystko było trochę rozmyte, ale uczucia były ostre jak brzytwa - to było udane popołudnie, jedno z pierwszych z wielu, z pewnością. W końcu co mogło się wydarzyć, skoro wszystko mieliśmy opracowane?
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (12493), Prudence Fenwick (5872)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa