Jesienna aura bardzo szybko opanowała Wyspy Brytyjskie i można było powiedzieć, że była w pełni, a co za tym szło – również i sezon na grzańce był już w mocy. I zgodnie z tym, jak Cathal „odgrażał się” jej w Mabon – czekało ich grzane wino w Hogsmeade, jako pierwszy przystanek podczas „niepowtarzalnej kulinarnej podróży” po alkoholowej Anglii. Ginny czuła jak to się może skończyć, przez lata alkoholu piła bardzo mało, w Egipcie nie było takiej kultury picia jak w Europie, była kompletnie niezaprawiona w boju i głowę miała słabą, jak zresztą Cathal już się przekonał, gdy w lipcu byli razem w klubie.
Lało niemal codziennie, liście pożółkły bardzo szybko, aż stały się brązowe – wszędzie były tylko ogromne kałuże, błoto i ogólnie dla kogoś takiego jak Nefret McGonagall była to pogoda z serii „nie do życia”. A jednak nawet ciągłe deszcze nie ostudziły jej egipskiego, gorącego temperamentu i niezmordowanej wręcz żywotności. Więc gdy wyszli przez publiczny kominek w Hogsmeade i mieli się kierować do knajpy… Guinevere odznaczyła się niezwykłą wręcz spostrzegawczością.
– Nie pada! – chyba trafili w okienko pomiędzy deszczem a deszczem, co – nie dało się nie zauważyć – ucieszyło ją bardzo. Bo to oznaczało, że może jest to okazja by wykorzystać sytuację i jednak się przejść. Te ostatnie razy gdy tu była… Wyglądało to tak, że mieli pójść na cmentarz, w czym przeszkodził im duch dziewczynki, później myszkowali po okolicznych terenach Hogsmeade badając Dwór Cape i później jakoś już tu nie wrócili. Była tu w lipcu… na dziwnej… hm, randce z Longbottomem, po której nie odzywali się do siebie z niewymownym aż nie wpadli na siebie w Londynie podczas Spalonej Nocy – w każdym razie kontaktu nie utrzymywali i Guinevere mogła tylko wzruszyć ramionami. – Przejdziemy się? Chciałam w końcu zobaczyć najbliższą okolicę Hogsmeade – bo grzane wino mogło chwilę poczekać, zwłaszcza, że nie miała wątpliwości, że w końcu zacznie lać.
Bo w Anglii prędzej czy później lało.
– Dziwne… Czy takie rośliny na jesień nie robią się w Anglii… mniej zielone? – technicznie byli w Szkocji, a nie w Anglii, ale mniejsza o to. Guinevere mówiła rzecz jasna o dziwnym, ogromnym łuku z żywopłotu, żywo zielonego, stojącego pośrodku niczego, już za granicami wioski. – To jakiś łuk triumfalny? – zapytała, zakładając, że Cathal wie, co to za dziwaczna roślinna konstrukcja. Oglądając sobie to dziwne zjawisko uniosła głowę, próbując oszacować ile wysokości ma ten łuk, gdy tak pod nim przechodziła, a gdy to już nastąpiło, a w jej głowie pojawiło się „pięć metrów” i spojrzała w dół, stanęła jak osłupiała. Już nie byli pośrodku niczego, tylko otaczały ich z każdej strony… wysokie na kilka metrów ściany. Z żywopłotu. Ze ścieżkami w przód i w tył, tak jak stał łuk. – Aha? – wymamrotała, osłupiała.