• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[16.10.1972] how you been? | Heather & Benjy

[16.10.1972] how you been? | Heather & Benjy
Gówniara z miotełką
She had a mischievous smile, curious heart and an affinity for running wild.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#1
25.02.2026, 19:24  ✶  

Dostała list. Była pewna, że nie napisał go swoją ręką, nie wyglądał na kogoś kto potrafił tak starannie pisać, zdecydowanie nie mógł wyjść spod jego palców. Nie, żeby nie wierzyła w jego zdolności, ale jednak ten charakter pisma zupełnie nie pasował do jego osoby. Mieli się spotkać, jednak spotkanie zostało odwołane, co nieco ją rozczarowało. Ciągnęło ją do tego wielkiego typa, od momentu, w którym pojawił się w drzwiach jej domu nie potrafiła trzymać się od niego z daleka. Był na to zbyt fajny, wzbudzał w niej podziw i ogromną sympatię, miała wrażenie, że są do siebie okropnie podobni, bardziej niż widać na pierwszy rzut oka, bo stojąc obok siebie wyglądali naprawdę zabawnie, jednak gdzieś w głębi, pojawiła się nić porozumienia, jakiej nie odczuła jeszcze nigdy wcześniej, poczuła to od razu, od pierwszego momentu, w którym na niego spotkała. Nie było w tym niczego romantycznego, był przecież stary i miał niedługo umrzeć, zupełnie nie o to chodziło, czuła, że trafiła na swoją bratnią duszę, wiedziała, że się nie myli.

Gdy więc zrozumiała, że nie mógł do niej przyjść, postanowiła sama go odwiedzić, bo czemu by nie. List nie był jakoś szczegółowy, ale z tego, co do niej dotarło to pojawiły się jakieś problemy przy zleceniu, które powodowały, że nie mógł wyjść z domu. Czuła pod skórą, że przydarzyło mu się coś niesamowitego, nie wyglądał jej na kogoś, kogo łatwo było przyszpilić do łóżka, zamknąć w domu, a że Heather Wood była ciekawska, to chciała to sprawdzić, usłyszeć, co takiego uniemożliwiło mu spotkanie z nią.

Nie do końca wiedziała, co powinna ze sobą zabrać. Rzadko kiedy odwiedzała chorych, rannych? Rannych, nie był przecież chory, nie wątpiła w to, że to, co zatrzymało go w domu nie było chorobą, chociaż po treści tego listu można było wnioskować różnie. Zabrała z domu więc butelkę ognistej, alkohol znieczulał, jeśli coś go bolało, to na pewno był idealnym prezentem, wiedziała, że Cameron raczej by tego nie popierał jako metody na pozbawienie się bólu, ale nie miała zamiaru mu przecież o tym mówić, więc nie było sensu w ogóle zastanawiać się, czy to faktycznie mogło zadziałać. Do tego kupiła kwiatki, kwiatki chyba też były czymś co dawało się komuś, kto leżał w łóżku? Benjy nie wyglądał na kogoś kto lubił kwiatki, ale miała to gdzieś, chciała kupić kwiatki, to je kupiła, a do tego okropnie niezdarnie narysowała mu laurkę. Okropną, obrzydliwą laurkę, bo Ruda nie potrafiła rysować, ale liczył się gest, czyż nie?

Przyszła tu na piechotę. Nie chciała ryzykować przybycia na miotle, jeszcze ktoś zauważyłby jak mknęłaby przez niebo, nie teleportowała się w okolicę, żeby nie zwymiotować sobie na buty, jako, że pogoda nie była najgorsza to postanowiła się przespacerować. Jej nowy znajomy jej nie oczekiwał, nie poinformowała go o tym, że przyjdzie. Stwierdziła, że to zajebisty pomysł dopóki nie znalazła się przed jego drzwiami z pomiętą kartką w dłoni, flaszką ognistej i bukietem, właściwie to drobnym bukiecikiem z niezapominajek. Kiedy tak stała pod drzwiami zaczęło jej się wydawać, że może to głupie, może niepotrzebne, ale bardzo szybko odsunęła od siebie te myśli. Była Heather Wood, nic co sobie wymyśliła nie było głupie. Zastukała do drzwi, nikt jednak nie odpowiedział, postanowiła nacisnąć klamkę, bo czemu nie. Swoją drogą stwierdziła, że dom w którym mieszkał był całkiem fajny, jak na miejsce w którym się znajdowali, mogłaby zamieszkać w podobnym, tylko czy właściwie potrzebowała domu? Miała mieszkania, ale w sumie, może to nie był taki głupi pomysł.

Weszła do środka, krzyknęła głośno dzień dobry, nikt się jednak nie odezwał, skoro drzwi były otwarte, to oznaczało, że ktoś jest w domu, nie widziała nic złego w tym, że tak sobie postanowiła wleźć w głąb domu. Koleżankowali się przecież, to całkiem normalne. Kiedy szła przed siebie starała się niczego nie dotykać, coś zasugerowało jej, że jeśli gdzieś leży, to raczej na górze, sypialnie zazwyczaj były na wyższych piętrach, wiec to tam się udała.

Nasłuchiwała, chciała wyczuć, w którym pomieszczeniu ktoś oddycha, aż wreszcie poczuła, że znalazła to czego szukała. Nie pukała, nie zwiastowała swojego przybycia, co niby mógł robić w łóżku, nic specjalnego...

- HEJKA. - Krzyknęła całkiem entuzjastycznie, gdy znalazła się w sypialni mężczyzny, na jej twarzy gościł ogromny uśmiech, naprawdę cieszyła się, że go zobaczy, nawet jeśli nie był w najlepszym stanie fizycznym.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
27.02.2026, 03:18  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.02.2026, 03:19 przez Benjy Fenwick.)  
Sufit nad moim łóżkiem miał dokładnie siedemdziesiąt cztery pęknięcia w tynku, wiedziałem to, bo od trzech dni nie robiłem niemal nic innego, tylko je liczyłem, ignorując pieczenie pod bandażami i uporczywe tykanie zegara w holu. Każdy ruch klatki piersiowej przypominał mi o tym, jak blisko było do spotkania z przodkami, którzy z pewnością byłoby tym równie zachwyceni, co ja. Czułem się żałośnie, i chociaż w oficjalnym raporcie - gdybym takowe pisał, zamiast po prostu brać wynagrodzenie i spadać, chociaż w tym wypadku wszystko mogło być jeszcze przede mną, skoro chodziło o stałą współpracę - figurowałoby starcie z bestią z Little Hangleton, o której szeroko zakrojonej działalności okoliczni mieszkańcy wygodnie milczeli, rzeczywistość była znacznie bardziej upokarzająca. Zostałem sam z własnymi myślami i muchą, która drwiła ze mnie, latając nad moją twarzą, wiedząc doskonale, że nie mam refleksu, by ją pacnąć. Zamknąłem oczy na moment, modląc się o cierpliwość, której nigdy nie miałem w nadmiarze. Leżałem wbity w materac tak głęboko, że niemal czułem na plecach deski stelaża, przeklinając w duchu każdą minutę tej wymuszonej bezczynności. Moja egzystencja sprowadzała się obecnie do trzech rzeczy - tępego pulsowania w boku, zapachu ziół, którymi moja prywatna pani uzdrowiciel wysmarowała mnie tak gorliwie, jakbym był pieczenią przed włożeniem do pieca, oraz wszechogarniającej, bezdusznej nudy. Gdybym wiedział, że po tym przeklętym zleceniu czeka mnie los więźnia we własnej sypialni, chyba dałbym się temu futrzastemu bydlakowi po prostu dojeść do końca. Przynajmniej śmierć w błocie miałaby w sobie jakąś surową godność, której zdecydowanie brakowało całodziennemu gapieniu się w pęknięcia, na marginesie, zdecydowanie do załatania przed ponownym pomalowaniem sypialni, co bardzo chętnie bym teraz zrobił.
Właśnie miałem zamiar podjąć kolejną, partyzancką próbę opuszczenia tego więzienia zwanego łóżkiem, gdy usłyszałem jakieś dźwięki na dole - ktoś zdecydowanie wszedł do domu, najwyraźniej jak do siebie, a Ellie ani Penelope nie miały mieć dziś warty - moja ręka odruchowo powędrowała w stronę miejsca, gdzie zazwyczaj trzymałem nóż, ale przypomniałem sobie, że nie miałem okazji go tam ponownie umieścić, po tym, jak upadł mi pod komodę przy poprzedniej nieudanej próbie wydostania się na balkon, aby zapalić. To nie był krok Sunny - ten był zupełnie inny, pozbawiony tego zdecydowania, które mieli ludzie wiedzący, że zaraz będą cię torturować herbatką regenerującą - moja prywatna pani magomedyk uznała, że skoro prawie wyzionąłem ducha po spotkaniu z wyjątkowo nieuprzejmym futrzakiem, to teraz mam ustawowe prawo, a wręcz obowiązek, gnić w pościeli do odwołania, po czym wyszła gdzieś, zapewne po jeszcze więcej śmierdzących specyfików. Uzdrowiciele… Zawsze przesadzają, gdy tylko zobaczą odrobinę wystających flaków. Jęknąłem, ale starannie ubrałem ten dźwięk w szatę męskiego mruknięcia - na szczęście, bo kilka sekund później, zupełnie niespodziewanie, jakby z przyczajki - a może naprawdę traciłem już wszystkie refleksy - sypialnię wypełnił głos, który mógłby obudzić umarłego w połowie ceremonii pogrzebowej.
Zdążyłem zauważyć, iż Heather Wood nie należała do osób, które przejmują się takimi drobnostkami jak „prywatność”, „pukanie” bez zalewania czy „uszanowanie faktu, że ktoś może właśnie próbuje umrzeć w spokoju”, na ogół to była jedna z jej zalet, bo byliśmy w tym całkowicie zgodni, jednak dzisiaj przyzezowałem na nią z jawnym wyrzutem, chociaż w głębi duszy to jej nagłe pojawienie się właśnie stało się jedyną rzeczą, która powstrzymała mnie przed próbą uduszenia się własną kołdrą z nudów. Spojrzałem na nią, mrużąc oczy przed blaskiem jej entuzjazmu, który w tym momencie był dla mnie jaśniejszy niż słońce w zenicie, i zmierzyłem ją wzrokiem od góry do dołu - sprawiała wrażenie szczerze zadowolonej z tego najazdu na moją twierdzę cierpienia - była taka... Pionowa i ruchliwa, wyglądała tak rażąco zdrowo, rumianie i energicznie, że aż mnie skręcało - nie dlatego, że wlazła tu jak do karczmy po wypłacie, to było nawet całkiem zabawne, tylko dlatego, że przyniosła ze sobą charakterystyczny zapach świeżego, jesiennego powietrza, którego zdecydowanie mi brakowało. Otwarte okno nie załatwiało sprawy - szczególnie, że bym się przez nie nie zmieścił.
- Na bogów, dziewczyno… - Wychrypiałem, wybierając uprzejmą alternatywę dla wiadomego słowa, starając się, by mój głos brzmiał mniej jak rzężenie konającego, a bardziej jak pomruk kogoś, kto po prostu miał gorsze popołudnie. Poprawiłem kołdrę, próbując przybrać bardziej wyluzowaną pozę, co skończyło się tylko stłumionym syknięciem z bólu, więc opadłem ciężko na poduszki, rezygnując z udawania, że jestem w stanie prosto siedzieć. Podobno „rozprucie brzucha przez przerośniętego kundla” wymagało regeneracji - bzdura, to było tylko draśnięcie, które niepotrzebnie krwawiło trochę bardziej niż zwykle - jednak to kręgosłup bolał mnie najbardziej, właśnie od tego leżenia bezczynnie.
Westchnąłem ciężko, wymachując zdrową ręką w stronę jedynego wolnego krzesła w zasięgu wzroku, na którym piętrzyły się jakieś zakurzone księgi o klątwach, których nie miałem siły czytać, nawet jeśli zazwyczaj lubiłem się dokształcać, dziś wszystko mnie wkurwiało, szczególnie zapach środków medycznych dominujący sypialnię. Na szafce nocnej obok stał kubek z jakimś wywarem, który bardzo intensywnie śmierdział mokrym psem i bagnem - ironia losu, biorąc pod uwagę charakter moich ostatnich obrażeń, nie umknęła mojej uwadze - a ja jakoś nie kwapiłem się do degustacji. Wypuściłem powietrze z płuc, czując, jak napięcie, które zebrało mi się w klatce piersiowej podczas umierania z nudy, nieco odpuszcza, jednak doskonale wiedziałem, iż cała ta aura tajemniczości i grozy, którą budowałem latami, prysła w momencie, gdy zmuszono mnie do picia gorzkich naparów z kory dębu, tojadu i dziurawca oraz przepijania ich domowym rosołem z wiejskiej kaczki, który magazynowaliśmy w galonach, wszystko dzięki teściowej.
- I co się tak szczeszysz? - Mruknąłem, chociaż w kącik moich ust zabłąkał się cień uśmiechu. Dobrze było zobaczyć kogoś, kto nie patrzył na mnie z politowaniem, tylko z tą irytującą, a jednocześnie odświeżającą ciekawością - nawet jeśli oznaczało to, że zaraz będę musiał tłumaczyć żonie, kim jest ta entuzjastyczna kobieta w mojej sypialni. - No, siema. Pszyklo mi, sze zjebałem wycieczkę, ale jak widzisz, nagle wyskoczyło mi coś... Dość... Dość. - Miałem dość, dość leżenia w czterech ścianach, podczas gdy wszyscy wokół mnie chodzili, gdzie i jak chcieli. Kiedy jednak tak teraz o tym myślałem, nic dziwnego, że postanowiła się tu pojawić, szczególnie, gdy łączyło nas coś zdecydowanie ponad zawodowe relacje - pismo wychodzące mi spod ręki przypominało zazwyczaj drapanie kury po wapiennej tablicy, więc staranne, pochyłe litery wykaligrafowane znacznie delikatniejszymi ruchami kobiecych palców musiały wyglądać w oczach rudej jak jawne fałszerstwo albo dowód na to, że doznałem nagłego oświecenia i zapisałem się na kursy przypominające do szkółki dla paniczów z dobrych domów. Na szczęście mogła to szybko zweryfikować, nawet nie ukrywając zainteresowania zastanym widokiem - cóż, ja też pewnie bym tego nie robił - pogłoski o mojej nadchodzącej śmierci, chociaż technicznie uzasadnione, okazały się nieco przedwczesne, niestety i tak wpłynęły na cały zaplanowany grafik, bo - prawdę mówiąc - gdyby ktoś mi powiedział tydzień temu, że moim największym wrogiem nie będą kły wielkości sztyletów, a lniane prześcieradło i zapach wywaru z dziurawca, pewnie zaśmiałbym się mu w twarz. A potem pewnie bym zakaszlał krwią, co było moim świeżym hobby, więc może dobrze, że nikt tego nie zrobił?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Gówniara z miotełką
She had a mischievous smile, curious heart and an affinity for running wild.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#3
27.02.2026, 17:55  ✶  

czy Heather Wood czuła, że robi coś złego, kiedy weszła do tego domu bez zaproszenia? W sumie to nawet na nie zbyt długo nie czekała. Nie, nie czuła, że może być tu nie chciana. Zresztą przecież każdy byłby zachwycony jej towarzystwem, nie było opcji, żeby komuś przeszkadzała, prawda? Bez większego oporu więc przekroczyła próg i ruszyła na poszukiwania swojego nowego, ulubionego kolegi.

Nie znała rozkładu domu, ale w niczym jej to nie przeszkadzało, mogła się rozejrzeć. Zresztą na pewno jej obecność musiała być zauważona, krzyknęła głośne powitanie na wejściu... wcale nie uważała, że dało się je zignorować, chociaż dom był przecież całkiem duży. Zresztą, jakby coś na pewno uda jej się wytłumaczyć swoją obecność, miała ten urok osobisty... może i wolała z niego nie korzystać, ale jeśli zaszłaby taka potrzeba to na pewno udałoby się jej urobić każdego tym swoim błyskiem w oku.

Pamiętała, że okropnie jej się nudziło, kiedy była przykuta do łóżka w Mungu. Była wdzięczna wtedy za każde odwiedziny, miała sporo szczęścia, że Cameron tam pracował i co chwilę się u niej pojawiał. W tym domu nie mieszkało zbyt wielu ludzi, nie miała też pewności, co do tego, czy Benjy miał zbyt wielu przyjaciół, nie rozmawiała z nim jeszcze o jego znajomych, więc postanowiła, że to ona powinna dotrzymać mu towarzystwa w tym nudnym czasie. Na pewno będzie w stanie mu zapewnić jakąś rozrywkę, nie wątpiła, że na pewno jej potrzebował. Byli do siebie zbyt podobni, wiedziała, że leżenie w łóżku w takim przypadku może być problematyczne.

Taksowała wzrokiem pomieszczenia, które mijała i zastanawiała się, czy ewentualnie udałoby się jej stąd wyciągnąć przez okno, tak, aby nikt ich nie zauważył, chociaż nie do końca była pewna, czy to było właściwe. Świeże powietrze było zdrowe, kilkanaście minut, a może godzinka na dworze na pewno sprzyjałaby jego procesowi rekonwalescencji, pewnie nie wszyscy by się z nią zgodzili... bo guzik znała się na dochodzeniu do zdrowia, ale nie obchodziło jej to jakoś specjalnie.

Znalazła w końcu właściwe drzwi, a przynajmniej tak się jej wydawało po czym po prostu wlazła do środka. Nie pytała o zgodę, weszła jak do siebie, bo dlaczego by nie. Nie wydawało jej się, że miał coś ciekawego do robienia, że był w tej chwili zajęty, no może spał, a jakby spał to by go obudziła, to byłaby na pewno bardzo miła pobudka, bo zobaczyłby jej uśmiechniętą twarz, nie wydawało jej się, aby kiedykolwiek mogło mu się przydarzyć coś tak wspaniałego.

Oczy jej błyszczały, w jej wzroku czaiły się iskry, które zwiastowały kłopoty, miała coś takiego w swoim spojrzeniu, co sugerowało, że w jej głowie zawsze czają się jakieś głupie pomysły. - Nie śpisz! - Wspaniale, a może i szkoda, chciałaby zobaczyć jak się budzi i zastanawia się skąd ona się tu wzięła, niestety nie tym razem, na pewno jeszcze uda jej się go zaskoczyć, bo to nie miała być jej jedyna wizyta w tym miejscu.

Dostrzegła ten ruch, poprawiał kołdrę, niespodziewanie syknął z bólu, faktycznie musiał oberwać dość mocno, bo taki ktoś jak on raczej nie pozwalał sobie na wydawanie takich dźwięków bez zbędnego powodu, nie sądziła zresztą, że gdyby to było coś lekkiego to dałby się przykuć do łóżka, zmierzyła go wzrokiem, trwało to ledwie ułamek sekundy. Pokazał jej krzesło, ale zupełnie to zignorowała. Miała przecież te wszystkie rzeczy, które musiała mu wręczyć. Zresztą była tam sterta książek... jeszcze by mu coś pomieszała. Ruszyła w stronę szafki, na której postawiła butelkę ognistej, postawiła ją trochę zbyt mocno, tak, że odrobine huknęło. - Soreczka. - Mruknęła bardziej do siebie, niż do niego.

- A co, nie mogę? Śmiesznie wyglądasz. - Podeszła odrobinę bliżej mężczyzny, aby się mu przyjrzeć. Wyglądał jej na nieco zmęczonego, ale każdy czasem miewał gorsze momenty, czyż nie?

- Dysk Ci wypadł ze starości? - Zaczęła lekko, humor jej dopisywał, nie zamierzała więc udawać, że jest inaczej.

- Niedługo się na nią wybierzemy, nie będziesz tu chyba gnił w nieskończoność. - Dodała jeszcze, bo nie zamierzała odpuścić wycieczki, może była nieco rozczarowana tym, że do niej nie doszło, ale nie planowała odpuścić.

- Przyniosłam Ci chabazie, bo tak chyba wypada. - Pomachała bukietem niezapominajek w powietrzu, nie do końca wiedząc, co powinna z nimi zrobić, dużo bardziej zaznajomiona była z obsługą butelek ognistej. Położyła mu też na brzegu łóżka laurkę, którą narysowała samodzielnie. Wracaj do zdrowia mój nowy, najlepszy kolego. Czeka nas wiele przygód. Napisała to dość niezgrabnie tuż pod malunkiem ich dwójki, to znaczy tuż pod zbiorem kresek i kółek, które miały przypominać dwoje ludzi, dało się zobaczyć, które jest które, bo jego narysowała bardzo dużego, a sobie domalowała czerwoną kredką włosy.

- Mam też jakieś śmieszne papierosy, pewnie nie dostałeś zgody na to, żeby palić po tym, co Ci się przytrafiło, ale pomyślałam, że mogę być Twoja dobrą wróżką, Kamiś przyniósł mi jakieś z apteki, to nie te śmierdzące, ale ponoć łagodzą ból. - Wykradali je jak byli młodsi z rodzinnych zbiorów Lupinów i całkiem nieźle się po nich bawili.

W końcu postanowiła usiąść, aby tak nad nim nie stać. Nie skorzystała jednak z krzesła, które wcześniej jej wskazał, a siadła sobie na łóżku, bo czemu by nie, zrobiła to szybko, jednak na tyle ostrożnie, aby przypadkiem nie usiąść na którejś z jego kończyn, nie miała bowiem pojęcia, czy są całe i zdrowe.

- Kto Cię tak urządził, kolego? - Nie mogła się powstrzymać od zadania tego pytania. Nie wyglądał najlepiej, ale podejrzewała też, że ten drugi wyglądał jeszcze gorzej, mimo wszystko była ciekawa, co takiego mu się przytrafiło, że miał szlaban i został zamknięty w tej sypialni. Skrzywiła się, kiedy do jej nozdrzy dotarł zapach medykamentów. - Ale capi, każą Ci to pić? - Może za karę? Kto tam wiedział, medycy potrafili być naprawdę okropni w momencie, w którym próbowali sugerować, żeby więcej nie wpadać w tarapaty.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
06.03.2026, 16:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.03.2026, 16:50 przez Benjy Fenwick.)  
Leżałem dokładnie tak, jak mnie zostawiono, jakbym był wyjątkowo nieporadnym, bardzo niezadowolonym, unieruchomionym niedźwiedziem w zoo - na plecach, z ręką opartą gdzieś na brzegu koca i z miną człowieka, który został brutalnie zdradzony przez własną fizjologię. Sufit przez ostatnie godziny zdążył mi się już porządnie opatrzyć, do tego stopnia, że jego topologia wyryła mi się pod powiekami - miał całkiem głębokie pęknięcia w jednej części, zapewne w wyniku drgań z ulicy, niewielkie rysy biegnące od belki do belki, jakby ktoś próbował usunąć pajęczyny zbyt twardym włosiem miotły, wyschniętą plamę po wejściu wilgoci, która przypominała mi mapę jakiegoś zapomnianego archipelagu, i jedną szczególnie irytującą smugę roztartego owada, którą odkryłem dopiero po pół godzinie leżenia, ale teraz wkurwiała mnie bezustannie. Gdy człowiek nie może się ruszyć, zaczyna analizować rzeczy, które normalnie uznałby za absolutnie nieistotne - na przykład strukturę tynku… Albo dźwięk kroków na schodach… Albo to, że ktoś bezczelnie wchodzi do jego domu i od razu czuje się jak u siebie.
Drzwi otworzyły się z energią osoby, która w ogóle nie zakładała możliwości sprzeciwu. Podniosłem powoli głowę, zanim jeszcze Heather opaliła się na dobre, już wiedziałem, że jeśli ktoś potrafił wejść do czyjejś sypialni z takim entuzjazmem, to był to dokładnie ten typ człowieka i, co najgorsze, w jakimś stopniu podobało mi się to, że udowodniła mi moje założenia. Byli ludzie, którzy wchodzili do pomieszczenia jak cień, i byli tacy, którzy wpadali jak podmuch nacierającego huraganu, przewracając wszystko, co stało zbyt lekko na nogach. Ona należała do tej drugiej kategorii.
Ta mała była niezmordowana, fala uderzeniowa jej entuzjazmu niemal fizycznie dotarła do moich potrzaskanych żeber, gdy tylko ruda czupryna pojawiła się w progu. Obserwowałem, jak przechodzi przez pokój z tym swoim naturalnym przekonaniem, że wszystko tutaj w gruncie rzeczy należy do niej - bez pytania, bez wahania, z tym rodzajem naturalnej bezczelności, który u większości ludzi byłby nie do zniesienia, ale u niej… U niej działał inaczej, jakby drzwi nie były przeszkodą, tylko sugestią architektoniczną, którą można zignorować, jeśli ma się odpowiednio dużo entuzjazmu i zbyt mało instynktu samozachowawczego. Gdyby to był ktokolwiek inny, prawdopodobnie odruchowo naprawdę sięgnąłbym po sztylet ukryty pod poduszką - ten, którego tam nie było, tak na marginesie, co znowu mnie zirytowało, gdy tylko przypomniałem sobie o tym fakcie - by demonstracyjnie rzucić nim w tapetę na ścianie przy futrynie, bo nie można było bezkarnie tak zaskakiwać ludzi przyzwyczajonych do odpierania nieoczekiwanych ataków i niespodziewanych starć, ale… To była Wood, ta dziewczyna zdecydowanie była ucieleśnieniem własnej klątwy - niekontrolowanym wybuchem magicznej energii skumulowanym w drobnym ciałku - z zasady była tak nieprzewidywalna i kompletnie ignorująca wszelkie zasady BHP, że aż nie dało się na nią gniewać. Patrzyłem na te błyszczące, niebieskie jak woda oczy i czułem, jak moja irytacja topnieje, ustępując miejsca rozbawieniu, którego za wszelką cenę nie chciałem po sobie pokazać - jej obecność, mimo całego chaosu, który ze sobą przyniosła, była mi potrzebna bardziej, niż chciałem przyznać, bo przecież nie zamierzałem jojczyć. Odchyliłem głowę do tyłu, opierając ją o wezgłowie łóżka i biorąc względnie głęboki oddech, zanim otworzyłem usta.
- Tak, nie śpię. Glatuluję spostszegawczości. - Odpowiedziałem sucho, gdy postanowiła to ogłosić, niczym odkrycie stulecia. Popatrzyłem na nią z ukosa, mrużąc oczy - biła od niej ta niespożyta energia, która sprawiała, że nagle to leżenie w łóżku wydało mi się jeszcze bardziej absurdalne. Mogłem dodać, że próbowałem, ale mój organizm postanowił urządzić sobie festiwal bólu w każdym miejscu, w którym wilkołak uznał za stosowne zostawić autograf, uznałem jednak, że to byłby nadmiar informacji na początek interakcji, nawet tak niecodziennej. - Gdybym spał, jusz bym nie spał. - Skwitowałem dodatkowo, nie mogąc się powstrzymać przed wymownym uniesieniem brwi, bo chociaż z wyglądu blisko jej było do wiewiórki, robiła wokół siebie tyle zamieszania, co stado młodych hipogryfów. Mój głos zabrzmiał, jakbym jednocześnie hobbistycznie przełykał żwir, co nie było dalekie od prawdy, ponieważ gardło miałem wysuszone na wiór, a z dostępnych przekąsek zostały mi suchary.
Oczywiście, że nie spałem - to znaczy, może inaczej - spałem jak rekrut przed pierwszą bitwą, czyli praktycznie wcale, chociaż zdecydowanie wolałbym móc powiedzieć, że właśnie wyrwała mnie z heroicznego snu, w którym rozszarpywałem potwora gołymi rękami. Rzeczywistość była mniej romantyczna, każdy ruch był negocjacją z bólem, a ból był kiepskim negocjatorem. Przez sekundę zacisnąłem zęby, jakbym mógł cofnąć jękliwy odgłos, który wydałem w chwili słabości, do gardła i udawać, że go nie było. Niestety, coś w spojrzeniu jej oczu pozwoliło mi stwierdzić, że już skatalogowała wszystkie moje aktualne słabości.
- Soleczka pszyjęta. - Kącik ust drgnął mi lekko, gdy odezwała się tak, jakby właśnie nie postawiła przede mną płynnego skarbu, za który w tej chwili oddałbym połowę mojego ekwipunku. Dźwięk butelki uderzającej o blat szafki nocnej był najpiękniejszą rzeczą, jaką usłyszałem od trzech dni - ten ciężki huk szkła obiecywał coś więcej niż tylko uśmierzenie bólu - obiecywał powrót do świata żywych, w którym płyny miały smak inny niż letnia woda z rozpuszczonym proszkiem z korzenia kozłka, był idealny, prawdziwe lekarstwo dla kogoś, kto od trzech dni pił wyłącznie wywary z dziurawca i innych mchów, które smakowały jak wyciśnięta ścierka do podłogi. 
Przyglądałem się jej przez chwilę, kiedy podeszła bliżej i zmierzyła mnie wzrokiem, jakby sprawdzała, czy wciąż jestem złożony z tych samych części, co ostatnio - byłem „zbyt uparty, żeby umrzeć, zbyt uszkodzony, żeby się ruszyć”, ale z zasady nie brakowało mi niczego - oparłem głowę wygodniej, starając się nadać temu wszystkiemu pozory godności, bo tej rzeczywiście trochę straciłem.
- Śmiesznie to wyglądałem, kiedy plóbowałem wstaś godzinę temu i plawie zemdlałem jak panna s taniego lomansu. - Przyznałem z kwaśnym uśmiechem, po czym przesunąłem językiem po zębach, czując metaliczny posmak. Nie było sensu udawać, że wyglądam jak człowiek w świetnej formie - bandaże mówiły same za siebie - zresztą ona i tak zdążyła zauważyć więcej, niż bym chciał. Mój głos był trochę chropowaty, ale stabilny - zawodowa duma wymagała, żeby przynajmniej brzmieć jak ktoś, kto nie został prawie przeżuty przez bestię z lasu. Nie żartowałem do końca - ja, który potrafiłem patrzeć w oczy potworowi i nie cofnąć się o cal, teraz negocjowałem z własnym organizmem o możliwość podniesienia się do pozycji siedzącej bez fajerwerków bólu.
- Tak. - Zerknąłem na własny bok, na bandaże ukryte pod kołdrą. Leżałem bez gwałtownych ruchów, patrząc na nią z tą mieszanką niedowierzania i cichej rezygnacji, którą człowiek miewa wtedy, kiedy los postanawia być zabawny jego kosztem. - Wstałem lano, chciałem byś nadal pszystojnym, młodym i bestloskim męszczyzną bes powodu zlewającym kalendasz spotkań… I nagle… - Uniosłem rękę i zrobiłem w powietrzu niewielki gest. -  Pyk. - Popatrzyłem na nią z absolutną powagą. - Klasyczny pszypadek kalmisznego napadu stalszej niedołęszności. - Skrzywiłem się wymownie. Najpierw wypada dysk, potem człowiek zaczyna wpuszczać ludzi do domu bez pukania, co nie? Ułożyłem się trochę wygodniej, o ile w ogóle można było tak nazwać manewrowanie pomiędzy bólem a bólem, próbując nie marszczyć mięśni twarzy.
- Oczywiście, sze się wybieszemy. W pszyszłym tygodniu. - Powiedziałem to odruchowo, zanim zdążyłem pomyśleć, bo była w tym jakaś oczywistość - świat miał swoją logikę, a ta logika zakładała, że jeśli ktoś planował naprawdę potrzebną, interesującą wyprawę, to się na nią w końcu wybierał, nawet jeśli chwilowo wyglądał i czuł się jak kupa smoczego łajna obwiązana papierem toaletowym. Kontrast między nami nie mógł być bardziej uderzający.
Obserwowałem Heather, gdy przechadzała się po pokoju z tą naturalnością człowieka, który nie tylko nie czuł się intruzem, ale był przekonany, że to on powinien tu mieszkać od początku. Zachowywała się tak bardzo, jak u siebie, że nie byłbym zdziwiony, gdyby gdzieś za drzwiami zostawiła torbę pełną ubrań, pastę do zębów i szczotkę. Spojrzałem na resztę tego, co mi przytaszczyła - wyglądało to na najbardziej surrealistyczny zestaw ratunkowy, jaki kiedykolwiek widziałem, ale każda z tych rzeczy na swój sposób cieszyła oczy. Dziewczyna zdecydowanie potrafiła zaskoczyć - nim się obejrzałem, patrzyłem z mieszaniną rozbawienia i niedowierzania, na bukiet niezapominajek, który zmaterializował mi się tuż przed nosem. Zagapiłem się na te błękitne płatki, czując się kompletnie zbity z pantałyku, musząc jednak przyznać, że całkiem pasowały do kolorów moich sińców. To był doskonały wybór, bardzo stosowny, jedyny problem tkwił w tym, że nigdy nie wiedziałem, co robić z takimi rzeczami. Włożyć do wazonu? Użyć jako składnika do eliksiru? Zjeść? Chyba nigdy wcześniej nikt nie wręczył mi chabazi. W mojej profesji rzadko dostawało się kwiaty, chyba że post mortem - kiedy zlecenie pójdzie wyjątkowo źle, wtedy czasami kładą ci je na grobie, o ile w ogóle jest, co i po co chować - to było tak abstrakcyjne, że przez chwilę po prostu milczałem, chłonąc ten absurd.
- Dzięki? - Burknąłem, co zabrzmiało ociupinkę zbyt pytająco, jak na moje standardy, czułem się zbity z tropu, myśląc, że niewiele mogło mnie już tu dziś zaskoczyć, ale wtedy ta laurka dopełniła dzieła. Sięgnąłem po nią, jakbym miał styczność z artefaktem o nieznanej mocy, spojrzałem na te koślawe kreski, na tego wielkiego ludzika i tę czerwonowłosą istotkę obok, i coś mnie zakłuło w piersi - tym razem nie był to pazur wilkołaka ani początek dławienia się krwią z flegmą po eliksirze regenerującym. „Wracaj do zdrowia mój nowy, najlepszy kolego” - poczułem się jednocześnie o dwadzieścia lat starszy i o dwadzieścia lat młodszy, w sposób, którego absolutnie nie zamierzałem przyznać na głos, ale który doskonale pasował do tej sytuacji. Nigdy wcześniej nie dostałem laurki za to, że prawie mnie zjedzono - nigdy wcześniej tak bardzo nie chciałem móc wstać, by powiesić ją na lodówce, jak dyplom po przypałowej akcji.
- Pięknie - wychrypiałem, starając się, żeby nie brzmiało to zbyt sentymentalnie - uchwyciłaś mój... Majestat. Szczególnie ten brak szyi i fakt, że wyglądam jak prostokąt z nogami. Wreszcie ktoś oddał sprawiedliwość mojej posturze. Bardzo realistyczne. Dzięki. - Tym razem to było faktyczne podziękowanie, nie coś na kształt podziękowania. Może z Heather Wood nie był żaden Picasso, ale ten rysunek wyszedł jej całkiem fenomenalnie - zwłaszcza ta część, na której ona wyglądała, jakby paliła jej się głowa, a ja miałem końcówkę od zużytego mopa zamiast włosów i oboje spoglądaliśmy na świat martwymi punkcikami oczu, jak u much - trafnie, bardzo trafnie.
Odłożyłem laurkę na stolik nocny, tuż obok moich eliksirów, którymi rzekomo miałem się kurować - wyglądała tam komicznie, ale ani myślałem jej wyrzucać. Potem pojawiły się te „śmieszne papierosy” od Kamisia, w tym momencie uniósłbym brwi praktycznie od samej linii włosów, może nawet ponad, gdyby lewa połowa mojej twarzy nie była tak spięta od wielkiego guza po spotkaniu z futryną, który dopiero co zaczął się wchłaniać. Towarzyszyła mu również piękna śliwa.
- Nie dostałem zgody na nic intelesującego. Podobno „mam się zachowywaś jak dolosły męszczyzna i lesześ spokojnie na cztelech litelach”. - Skrzywiłem się lekko - to byłoby łatwiejsze, gdybym chociaż miał coś ciekawego do roboty, zamiast patrzenia w górę, jak debil - sufit nie zmienił się ani trochę od chwili, kiedy zacząłem się w niego gapić kilka godzin wcześniej, nadal był sufitem, nadal nie miał nic do powiedzenia w sprawie mojego losu, a ja nadal byłem w łóżku, co samo w sobie było sytuacją tak absurdalną, że zaczynałem podejrzewać, iż ktoś gdzieś popełnił poważny błąd w rachunkach świata. Nie nadawałem się na ofiarę, która cudem przeżyła konsekwencje własnego zachowania i teraz musiała uważać, by nie mrugać ze zbyt szybką częstotliwością. - To balso nieplecyzyjne polecenie, nawiasem mówiąc. Nie uwaszasz? - Prychnąłem cicho, wziąłem głębszy oddech, bo samo mówienie zaczynało być dziwnie męczące, a to dopiero naprawdę doprowadzało mnie do szału. Nie podobała mi się ta koncepcja, człowiek przez lata przyzwyczajał się do tego, że kiedy coś się działo - zlecenie, potwór, przeklęty artefakt, ruina, w której coś czekało - to on był gdzieś w środku tego zamieszania. Nie obok, nie pod kołdrą, nie w roli pacjenta, któremu ktoś z góry zaplanował plan dnia składający się z oddychania, picia świństw i nieprzemieszczania się dalej niż do brzegu łóżka.
Moje spojrzenie wróciło do papierosów.
- „Apteczne”, powiadasz. - Mruknąłem, kiwając głową w wyrazie aprobaty.
Usiadła na łóżku, z tą swoją wrodzoną gracją taranu, a ja odruchowo napiąłem mięśnie brzucha, co było błędem, bo rana po lewej stronie natychmiast zapłonęła żywym ogniem - materac ugiął się, natomiast moje poszarpane tkanki i potłuczone żebra wysłały do mózgu krótki, treściwy komunikat „nienawidzimy cię, umrzyj wreszcie, raz a solidnie”. Zacisnąłem zęby, starając się nie syknąć ponownie, ponieważ nie chciałem wyjść na całkowitego niedołęgę, zwłaszcza przy niej, tym bardziej, że widok tej butelki ognistej lądującej na szafce sprawił, że poczułem coś, czego nie czułem od lat - nagły przypływ czystej, prawdziwej, bezinteresownej sympatii. Braterskiej, nie romantycznej, nie ojcowskiej ani tym bardziej nie dziaderskiej - nie chciałem być leżącym dziadem. Naprawdę nieczęsto w swoim życiu byłem odwiedzany przez kogoś, kto nie chciał ode mnie klątwy do zdjęcia ani głowy potwora na tacy, więc nie zamierzałem zachowywać się tak, by to była pierwsza i ostatnia taka wizyta, nawet jeśli nie zamierzałem też być nienaturalnie wesolutki - Heather zachowywała się wobec mnie autentycznie, a ja instynktownie odpłacałem jej się dokładnie tym samym - od samego początku naprawdę lekko nam się integrowało, to było praktycznie niespotykane, lecz bardzo przyjemne i naturalne wrażenie duchowej więzi.
W jej pytaniu nie było sztucznego współczucia, które zwykle pojawiało się w takich sytuacjach - była ciekawość, szczera i nieokrzesana ciekawość, taka, która zwykle prowadziła ludzi w miejsca, gdzie rozsądni nie zaglądali, i chyba właśnie dlatego parsknąłem śmiechem. Nie tym wymuszonym, którym uspokaja się rodzinę przy stole, tylko tym prawdziwym, trochę chrapliwym, który zaraz przypomniał moim żebrom, że nie są zachwycone tą decyzją. Zacisnąłem zęby, jakbym właśnie usiłował wygrać konkurs na najbardziej przekonujące „nic się nie stało”, ale uśmiech nie zniknął - coś w mojej twarzy zmieniło się niemal natychmiast, bo prawda była taka, że mimo bólu, mimo tego całego upokarzającego leżenia w łóżku, historia była… Dobra. Zbyt dobra, aby jej nie przedstawić, gdy tylko złapię oddech.
Udawałem, że to nic, bo od lat udawałem, że różne rzeczy są niczym, to była jedna z moich bardziej dopracowanych umiejętności. Problem w tym, że tym razem ciało nie chciało współpracować z legendą, którą o sobie budowałem, a coś we mnie mówiło, że nieważne, jak bardzo starałbym się grać chojraka, Wood i tak by to wyłapała. Wspomnienie tamtej nocy w Little Hangleton wróciło z siłą uderzenia młota - ciemność, zapach gnijących liści i ten gardłowy skowyt, który niósł się echem między starymi drzewami wokół polany. Poruszyłem się, by zaczerpnąć głębszy wdech - ból przeszedł mi falą przez bok i plecy, przypominając mi o pazurach, o zapachu mokrej sierści, o ciężarze ciała, które przygniotło mnie do ziemi, nie zamierzałem jednak opowiadać tej historii jękiem. Przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu, jakbym poważnie rozważał, czy zacząć od początku, od kulminacji, od tego najgorszego fragmentu, czy od najbardziej absurdalnego, czy skrócić odpowiedź, czy opowiedzieć pełną wersję. Pytanie zawisło w powietrzu między nami, ale skoro ona siedziała na łóżku, z tym swoim bezczelnym zainteresowaniem, które wcale nie próbowało udawać subtelności, a ja nie potrzebowałem udawać bardziej straumatyzowanego niż w rzeczywistości… Odpowiedź nasunęła się sama - to była opowieść, którą zdecydowanie warto było opowiedzieć porządnie, a nie rzucać byle jak.
- Duszy pies. - Powiedziałem to z powagą, ale w oczach musiało mi coś błysnąć, bo sam usłyszałem w swoim głosie nutę niemal dziecinnego zadowolenia, jakbym właśnie ogłaszał coś naprawdę godnego podziwu. „Tak, tłukłem się z czymś, co miało więcej łap niż ja, tak - to była gruba akcja, słuchaj tera”. Przekręciłem lekko głowę na poduszce i spojrzałem na nią z tym błyskiem w oku, który pojawiał się zawsze, kiedy mogłem opowiedzieć historię, w której ktoś próbował mnie zabić. - Naplawdę duszy pies. - Uniosłem rękę kilka centymetrów nad kocem, pokazując coś, co w mojej interpretacji miało być wysokością dość imponującą, ale nieprzesadzoną - prawda była taka, że żaden gest nie oddawał do końca widoku tego cholerstwa, kiedy wyszło z lasu, jednak na potrzeby własne mogła sobie wyobrazić tamtego bydlaka. W normalnych okolicznościach taka historia kończyła się krwią, zmęczeniem i ciszą ze strony rozmówcy, ale teraz mogłem ją opowiedzieć komuś, kto traktował podobne rzeczy jak dobrą przygodę - wreszcie coś ciekawszego niż sufit i bandaże. - Okazało się, sze jest większy, szybszy i balsiej telytolialny, nisz sugelował opis. Nie ten typ psa, któlego mosna pogłaskaś, tylko ten, co od lasu wpieldala listonosza. - Krzywy uśmiech powoli rozlał mi się po twarzy. - Futlo jak szczotka dluciana, łeb jak beczka, lampy w oczach, a zęby… - Pokręciłem głową z uznaniem. - Zęby to miał piękne. Tszeba mu oddać. Gdybym nie był zajęty bronieniem własnej twarzy, pewnie bym mu pogratulował klawiszy. - Zerknąłem na nią, szczerząc własne ubytki w zębach i sprawdzając czy nadążała za skalą absurdu, zanim pozwoliłem sobie na dygresję. - Naplawdę szkoda, sze najlepsze okazy wolą od lasu glyść lękę, któla wyciąga na nie lószczkę. - Wzruszyłem lekko ramionami, na tyle, na ile pozwalało mi ciało. - Powinnaś go zobaczyś. - Stwierdziłem, ale natychmiast prychnąłem, poprawiając się sam. - To znaczy… Nie telas. - Krzywy uśmiech przemknął mi po twarzy. - Telas wygląda znacznie mniej imponująco. - Chociaż wydawało mi się, że i tak byłaby zachwycona, bo została z niego całkiem pokaźna kupka popiołu i kilka ładnych kości. - Ale wtedy… - Urwałem, wspominając tamten spopielony kształt i jego wcześniejszą formę, sama myśl o tym zwierzu wciąż niosła ze sobą coś dziwnie satysfakcjonującego, nawet jeśli spuścił mi solidny łomot. To było coś, co zawsze mnie cieszyło - nie sama przemoc, nie wyłącznie walka, lecz również ten moment, kiedy potwór przestawał być potworem, a stawał się tylko martwą kupą futra. - No, tak czy slak… Las Wisielców, późny wieczól, mgła, piątek tszynastego, ten klimat, całkiem fajna splawa. Wleszcie coś, co nie było syfem po poszalach. Muszę pszyznaś, typ zlobił na mnie wlaszenie. Szadko kiedy coś plóbuje zjeść dwie osoby na las s takim zaangaszowaniem. A on zdecydowanie to w sobie miał. - Problem z tak dużymi psami polegał jednak na tym, że kiedy już się na ciebie zdecydują, robią to z równie dużym entuzjazmem. - Ploblem w tym, sze nie chciał patyka. Zanim padł, zdąszył mnie uznaś za samodzielną zabawkę. - Krótki śmiech wyrwał mi się z gardła, zanim zdążyłem go zatrzymać. - Walnął mnie tak, sze przez chwilę byłem pewien, sze zobaczę lyje pszodków pszed oczami. -  A tego bym nie chciał - śmierć śmiercią, ale spotkania z martwymi krewniakami to inna sprawa. Przesunąłem dłonią po brzuchu, tam gdzie pod bandażami kryło się kilka pamiątek. - W pewnym momencie wypieldolił mnie w powietsze. - Zatoczyłem w powietrzu powolny, nieco przesadzony łuk, jakby to miało oddać skalę zjawiska, w praktyce różnica była głównie semantyczna. - Takim pięknym łukiem. Jakby mnie wystszelił s katapulty. - Uśmiechnąłem się szerzej, z tą niezdrową satysfakcją, którą mają tylko ludzie, którzy przeżyli coś głupiego, palcami stuknąwszy lekko w koc. - Tlochę mnie pszy tym lospakował. - Powiedziałem to takim tonem, jakim mówiło się o rozerwanym płaszczu, nie o rozdartych trzech warstwach ubrań i strukturze skóry aż do wnętrza brzucha. - No i wiesz, co jest piękne w takich sytuacjach? - Uniosłem lekko palec. - Adlenalina. - Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, błyskając ukruszonym kłem. - Bo kiedy ktoś sięga do twojego wnętsza, by wyciągnąś s ciebie leaksję, nagle lobisz się balso zmotywowana. - Parsknąłem cicho. - Potem jusz było szybko. - Moje spojrzenie zrobiło się twardsze, ale wciąż spokojne. - Zabiliśmy go. Upieldoliliśmy łeb dla zleceniodawcy. Spaliliśmy tluchło. - Powiedziałem to z prostą satysfakcją rzemieślnika, który wykonał robotę, spojrzałem na sufit, przypominając sobie moment, kiedy bestia w końcu runęła w ściółkę. - Tylko moje zdychanie nie było planowane. - Przez chwilę patrzyłem na jej minę, a następnie prychnąłem cicho, odruchowo bagatelizując to, że w rzeczywistości w tamtym momencie krew zaczęła się lać ze mnie w ilościach, które nie wyglądały dobrze w statystykach przeżywalności. - Ale telepoltacja to piękny wynalazek. - Kącik ust uniósł się lekko. - Naplawdę docenia się ją w momentach, kiedy stoi się w lesie s otwartym bokiem i dochodzi do wniosku, sze jednak wolałoby się wyklwawiaś w domu. - Zamilkłem na chwilę, przypominając sobie tamten moment. - Chociasz usdlowiciele niby nie polecają tego w momencie, w któlym twoje wnętszności plóbują zostaś na miejscu. Ponoć „moszesz się jeszcze balsiej uzewnętszniś”. - Powiedziałem to z absolutną powagą. - No, ale jak nie masz wyjścia, to masz motywację. No i zlobyłem. Hop. - Uniosłem rękę i pstryknąłem palcami. - Do oglódka. Zostawiając za sobą całkiem imponujący ślad klwi, ale zelo flaków. Nawet loskluczyłem sobie dszwi. - Na moment w moim głosie pojawiła się czysta satysfakcja. - A potem niezbyt duszo pamiętam, ale obudziłem się i wylądowałem tutaj, zamiast w piachu. - Zmarszczyłem lekko brwi. - Bo widzisz… - Zrobiłem krótką pauzę. - Podobno mąsz nie ma plawa umielaś w pielwszym miesiącu małszeństwa. - Rozłożyłem lekko ręce. - Tak pszynajmniej zostałem poinfolmowany. - Przez chwilę patrzyłem na nią uważnie, na niezapominajki, na butelkę ognistej, na jej twarz, po czym westchnąłem ciężko. - Zupełnie jakbym zlobił to specjalnie. - Spojrzałem na nią z miną człowieka, który doznał głębokiej niesprawiedliwości, chociaż było to podszyte całkiem głęboką autoironią. - Nie wiedziałem, sze istnieją takie zapisy. Jestem klątwołamaczem, nie księgowym. - To już było wtrącenie, które musiałem dodać. - Człowiek myśli, sze podpisuje lomantyczny dokument. - Ponownie westchnąłem, była w tym pewna teatralność.
Przez chwilę milczałem, a potem wskazałem ręką na swój bok.
- Nie docenia się dziś poświęcenia zawodowego, chyba sze dotyczy to… Plywatnej plaktyki. - Spojrzałem na stolik z autentyczną niechęcią. - Najwidoczniej zdobyłem najlepszy mosliwy pakiet. - Lekko się skrzywiłem. - Smalowanie. Nasączanie od wewnątsz. Wiązanie taśmami. - Zerknąłem na nią z boku. - Legulalnie. - Westchnąłem. - Jak pieczeń. - Uniosłem dłoń i machnąłem nią w stronę drzwi, porównanie do kawałka wołowiny było, moim zdaniem, całkiem trafne, bo musiałem się również obracać, by nie nabawić się odleżyn i takich innych. Skrzywiła się na zapach moich leków, a ja parsknąłem śmiechem, który natychmiast zamienił się w bolesne rzężenie, nawet jeśli je też usiłowałem stłumić wymownym chrząknięciem. „Capiło”? To mało powiedziane - pachniało jak mokry pies, który wytarzał się w bagnie i zdechł na brzegu dwa tygodnie temu.
- Eliksily, maści, bandasze… - Pauza. - Jeśli istnieje jakaś metoda leczenia, moja plywatna ochlona zdlowia ją zna, ale balso stalannie dopuszcza tylko te najbalsiej, ekhm, skuteczne , jak to tam gówno. I jeszcze inne gówno. I jeszcze palę gówien. - Oparłem głowę wygodniej o poduszkę i spojrzałem na nią jeszcze raz, z tą samą wymowną iskierką w oczach. Była blisko, przesycona zapachem wiatru i wolności, której mi tak brakowało. Nie wiedziałem, że - w ujęciu uzdrowicielskim - odpowiedzialność polegała na byciu marynowanym w wyciągach z ziół i innych paskudnych rzeczach, ale Heather, będąc narzeczoną magomedyka, z pewnością aż za dobrze wiedziała, iż uzdrowiciele mieli jakąś sadystyczną satysfakcję z powtarzania tego, że im coś gorzej smakowało i pachniało, tym rzekomo lepiej działało.
Musiałem przyznać w duchu, że jej reakcja była jedną z najbardziej uczciwych, jakie widziałem. Większość ludzi próbowała udawać, że eliksiry pachną jak ziołowy ogród albo świeżo ścięta łąka, ona powiedziała po prostu prawdę. Moja własna cierpliwość do wąchania tych rzeczy skończyła się jakieś dziesięć porcji temu - mniej więcej wtedy, gdy zacząłem nadawać imiona pająkom na suficie - ale, niestety, nikt w tym domu nie szanował racjonalnych komentarzy. Miło było, że Heather postanowiła coś z tym zrobić.
- Nie wiem, czy wiesz, ale według niektólych definicji dolosły męszczyzna powinien mieś możliwość podejmowania głupich decyzji samodzielnie. - Pochyliłem się nieco w jej stronę, ściszając głos, chociaż wciąż brzmiał on jak tarcie żwiru o metal. - Tylko musimy uwaszaś, bo jak moja sona zobaczy nieautolysowany towal, to nawet wydłuszone godziny placy zakładu Ollivandelów - a czytałem w ogłoszeniu, że teraz siedzieli od ósmej do dwudziestej drugiej, żeby wyrobić się z zamówieniami po ostatnich wydarzeniach z pożarami - nie pomogą mi w odzyskaniu lószczki połamanej w dupie.Ona nie uznaje „altelnatywnych metod znieczulenia”. A ja bym jednak wolał jeszcze kiedyś szuciś jakieś nolmalne zaklęcie, zwłaszcza jak jusz faktycznie wyjdziemy na tę wycieczkę. - Uśmiechnąłem się do niej, tym razem już bez cienia gderania - może ta interakcja była niecodzienna, ale w tym sterylnym, nudnym pokoju, była także dokładnie tym, czego potrzebowałem, żeby nie zwariować do reszty.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Gówniara z miotełką
She had a mischievous smile, curious heart and an affinity for running wild.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#5
07.03.2026, 00:34  ✶  

Nie mogła sobie odmówić wizyty w tym miejscu. Skoro nie mogli razem pojechać na wycieczkę, to postanowiła go nawiedzić, oczywiście, że nie zapytała o to, czy może wpaść, niby po co miałaby to robić. Chciała zrobić mu niespodziankę! Nie mógł się dowiedzieć o jej planach, to, że nie był w pełni dysponowany wcale nie sugerowało, że nie powinna była znaleźć się w tym miejscu, prawda? W końcu był jej nowym, najlepszym kumplem, na pewno nie miał mieć nic przeciwko temu, że postanowiła go odwiedzić.

Weszła więc do środka bardzo pewna siebie, jakby dostała co najmniej jakieś imienne zaproszenie na wizytę, co oczywiście nie miało miejsca. Przywitała się, nikt nie odpowiedział, co odebrała jako nieme zaproszenie do tego, aby wejść w głąb domu. Musiała go znaleźć. Przygotowała się przecież odpowiednio do tego spotkania, miała te wszystkie prezenty, którymi chciała go obdarować. Nie do końca wiedziała, co kierowało ją przy ich wyborze, jednak naprawdę nie wydawało jej się, by mogła wybrać coś bardziej odpowiedniego. Wood nie należała do osób, które kwestionowały podjęte przez siebie decyzje, w tamtej minucie uważała to za słuszne, to musiało tak być, nic innego nie brała nawet pod uwagę.

Znalazła się wreszcie w sypialni, w której znajdował się jej kumpel, weszła do niej jak do siebie, bo czemu by nie. Drzwi były otwarte, może nie były, właściwie to dość szybko zapomniała, czy naciskała klamkę, czy nie, musiały być otwarte, przecież z jakiegoś powodu wiedziała, że znajduje się w środku, to było argumentem za tym, że nie zrobiła niczego złego. Nie musiała pukać, skoro drzwi były otwarte, jasna, prosta sprawa.

Wpatrywała się w niego chwilę, nie wyglądał najlepiej, ale żył, żył i nie spał, więc było całkiem nieźle, najwyraźniej był przykuty do łóżka, czego naprawdę mu współczuła, pamiętała jakie to jest chujowe. Miał ogromne szczęście, że nie zamknęli go w Mungu, na samą myśl o szpitalu przeszły ją dreszcze po plecach, był dla niej niczym więzienie.

- Dziena, jestem super bystra. - Rzuciła jeszcze uśmiechając się od ucha do ucha. - Więc może lepiej, że nie spałeś, bo mógłbyś nie być zadowolony, że Cię obudziłam, idealnie się składa. - Oczywiście, że nie czuła się jak intruz, wlazła tutaj jak do siebie. Całkiem oczywiste wydawało jej się, że potrzebuje towarzystwa, szczególnie, że nie mógł się stąd ruszać. Wolała się nawet nie zastanawiać nad tym, jak bardzo się nudził w tej pozycji na tym nieszczęsnym łóżku. Bezczynność bywała naprawdę okropna, zwłaszcza kiedy bolało całe ciało, nie dało się skupiać na niczym innym niż na bólu. Miał niesamowite szczęście, że nie odpuściła i postanowiła go odwiedzić, zapomni o nudzie z powodu tej wizyty, nie miała co do tego wątpliwości, już ona się o to postara. Jako, że był jej nowym, najlepszym kumplem miała zamiar dotrzymać mu towarzystwa, bo przecież tak robili najlepsi koledzy, co nie? Prosta sprawa.

- Uff, kamień z serca. - Nieco zbyt mocno postawiła tę butelkę na stoliku, na szczęście nie pękła, jeszcze tego brakowało, żeby ledwie na początku swojej wizyty zaczęła robić bałagan w jego sypialni, nie wyglądałoby to najlepiej.

- Serio? Tyle mnie ominęło, mogłam pojawić się tu szybciej. - Dodała, kiedy się odezwał. Nie potrafiła sobie wyobrazić Benjy'ego mdlejącego, w jej oczach wyglądał jako ktoś, kogo nie dało się ruszyć. Był wielki i taki nieustraszony, a właśnie wspominał o tym, że prawie zemdlał, kiedy próbował podnieść się z łóżka. Musiał naprawdę bardzo mocno oberwać, zresztą to było bardzo oczywiste, niby dlaczego inaczej leżałby w tym łóżku. To było całkiem proste równanie.

- Musisz pamiętać o tym, że nie jesteś już piękny i młody. - Pokręciła jeszcze głową. Wiedziała, że zupełnie nie o to chodziło, ale całkiem śmieszna wydawała się jej perspektywa jego wypadającego dysku. Pewnie dla niego to nie było równie zabawne, ale trudno, chociaż ona mogła mieć z tego fun.

Oczy jej błysnęły, kiedy wspomniał o tym, że wycieczka jednak miała się odbyć. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, wspaniale! Obawiała się, że plany mogą nie wypalić, co byłoby strasznie słabe, bo naprawdę cieszyła się na ich wspólną wyprawę. Benjy wydawał się jej być naprawdę zajebistym kompanem, sądziła, że miałby jej sporo do pokazania, miała przeświadczenie o tym, że sporo w swoim życiu widział i przeżył, chętnie by się czegoś od niego nauczyła. - Superekstra! Fajnie, że za tydzień zamierzasz być na chodzie. - Dodała, zupełnie tego nie kwestionowała, skoro mówił, że w przyszłym tygodniu będzie w stanie się z nią tam wybrać, to na pewno tak będzie, na pewno znał swoje możliwości, zresztą wydawało jej się, że gdyby nie jego prywatna, domowa medyczka to już dawno opuściłby to nieszczęsne łóżko.

Ruda pierwszy raz znajdowała się w tym domu, czuła się jednak całkiem swobodnie, tak właściwie to wszędzie czuła się bardzo swobodnie i jak u siebie, więc nie było to niczym nowym. Przemierzała jego sypialnię, aż w końcu wręczyła mu te śmieszne kwiatki, były takie drobniutkie i malutkie, zupełnie do niego nie pasowały, a i tak wydawały jej się być właściwe. Dostrzegła jego zawahanie, gdy wziął je do ręki, kiedy usłyszała to dzięki jedynie wzruszyła ramionami, sama nie do końca wiedziała, co powinien zrobić z tymi chabaziami, na pewno znajdzie kogoś, kto mu pomoże, oczywiście, że nie miała to być ona.

Wręczenia mu laurki obawiała się najbardziej z tego wszystkiego. Nie wiedziała jak na to zareaguje, tym bardziej, że nie była szczególnie uzdolniona artystycznie, ale chciała wręczyć mu coś od siebie, więc to zrobiła. Wydawało jej się jednak, że chyba nie było tak źle. - Cieszę się, że Ci się podoba. - Nie miała pojęcia, czy faktycznie tak było, ale chyba by jej nie skłamał? Jakby skłamał, to by to wyczuła? Na pewno. Ulżyło jej, naprawdę chciała mu sprawić przyjemność tymi swoimi drobnymi podarkami, miała świadomość, jakie nudne jest leżenie w łóżku.

- N U D A - Powiedziała bardzo powoli, przeciągając litery. Niby rozumiała, że czasem było to konieczne, jednak nie zmieniało to faktu, że takie leżenie było naprawdę mało interesujące, mógłby dostać możliwość chociaż na chwilę opuszczenia tej sypialni, na pewno okropnie miał dość tej bezczynności.

- Okropnie nieprecyzyjne, ale może to i lepiej, dzięki temu można znaleźć jakieś luki w zaleceniach. - Skoro nie wszystkie były dokładnie określone, to mieli jakieś pole do manewru, może wcale nie było tak źle, pojawić się mogły jakieś możliwości, czyż nie?

- Myślisz, że możesz leżeć poza łóżkiem? - To powinno być realne, skoro miał niby leżeć tylko na swoich czterech literach, mógłby to robić na podłodze, czy na trawie - niekoniecznie w łóżku. Prosta sprawa.

- Jop, mogą być alternatywą. - Dla tego co tutaj przyjmował. Na pewno łatwiej było sobie je zaaplikować, do tego pamiętała, że kiedyś całkiem nieźle się bawili, kiedy to robili, może w przypadku poszkodowanych było tak samo, warto było spróbować, nie mieli przecież niczego do stracenia.

Usiadła wreszcie na łóżku, nie krępując się zupełnie, wydawało jej się to być najlepszą opcją. Naprawdę nie przejmowała się tym, że może naruszać jego przestrzeń, zresztą zwróciła uwagę, kiedy się rozsiadała, aby przypadkiem nie posadzić tyłka na jakiejś jego części ciała, była ostrożna, co nie zdarzało jej się często.

Ruda wpatrywała się w niego uważnie, kiedy zaczął swoją opowieść. Gdy tylko usłyszała duży pies, oczy jej zaświeciły, wiedziała, że to będzie niezła historia. Musiała taka być, przecież byle jakie stworzenie nie zrobiłoby mu krzywdy, był na to za dobry, to musiało być coś wielkiego. Wydawało jej się to niesamowicie fajne, więc siedziała i słuchała tego co miał jej do powiedzenia z rozdziawioną gębą, nie panowała nad swoją mimiką.

- Łooo, to było w piątek trzynastego, las wisielców? SERIO? Musiało być fajnie, to miejsce i bez mgły i piątku trzynastego jest kurewsko klimatyczne. - Musiała to skomentować, bo czemu by nie. - To nie mógł być pies, to na pewno nie był pies... czekaj, czy to był wilkołak? To musiał być wilkołak! - Starała się jak najlepiej odczytać wskazówki, wiele myśli właśnie pojawiało się w jej głowie, to było całkiem proste. Nie istniał pies, który ot tak byłby w stanie zrobić mu krzywdę, nie to, że znała się jakoś super na psach, ale nie wydawało jej się, że jakikolwiek zwykły pies mógłby mu zagrozić.

Nie odrywała wzroku od mężczyzny, doskonale znała to uczucie. Wiedziała, jak działa adrenalina, zdawała sobie sprawę jak dzięki niej można przekraczać swoje granice, nie przejmować się bólem. To było niesamowite. - Ja jebie, jesteś niesamowity, czyli pobawił się Tobą, wbił swoje pazury, a i tak nic Ci się nie stało! - No, nic takiego wielkiego, bo przecież żył, a drobne urazy mogły przytrafić się każdemu, przynajmniej zdaniem Rudej, musiały pojawiać się szkody podczas trudniejszych misji, prosta sprawa.

- WIEDZIAŁAM, WIEDZIAŁAM, że tamten wygląda gorzej! - Krzyknęła, po czym nieco podskoczyła z nieukrywanym wcale entuzjazmem. Od samego początku spodziewała się, że właśnie tak będzie. Może jej kumpel nieco dostał w pierdol, ale oderwali tamtemu łeb, nie mogło być inaczej. Benjy był przecież badassem.

Pokręciła przecząco głową, nie mogła się z tym zgodzić. - Teleportacja to wymysł szatana, największe zło, jest okropna. - Niby wiedziała, że często ratowała dupę, jednakże panna Wood uważała miotłę za najwspanialszy środek transportu, teleportacja była... istniała, wiązała się w jej przypadku z wymiotowaniem za każdym razem, gdy z niej korzystała. - Znaczy, czaję, ze dla Ciebie to pewnie luz, ale dla mnie jest straszna, spoko, że Ci pomogła, ale ogólnie, ogólnie to jest chujowa. - Postanowiła jeszcze dodać, gdyby nie zrozumiał o co dokładnie jej chodzi.

- Czy taka zasada dotyczy też żon? Wiesz, tak na przyszłość? Powinnam coś wiedzieć? - Nie miała świadomości o istnieniu tego niepisanego przepisu, ale może faktycznie coś było na rzeczy, kto to właściwie wiedział, przecież jeszcze nigdy nie brała ślubu, nie wychodziła za mąż, nie miała pojęcia jak dokładnie to wszystko działa.

- Trochę przejebane, pewnie się na Ciebie wkurwiła? Oni zawsze patrzą takim wzrokiem, oceniającym, niby rozumieją, ale nie do końca... - Medycy byli innym typem ludzi, trochę już miała szansę doświadczyć ich spoglądania na świat, przecież jej narzeczony również był uzdrowicielem. Niby nie komentował jej wyborów, ale potrafił na nią spojrzeć w taki sposób, że niemalże od razu pojawiało się poczucie winy.

- Zajebiście, że udało Ci się znaleźć w tym łóżku, krew to tam chuj, szkoda, że nie mogłam zobaczyć, jak z nim walczysz, to musiało być niesamowite. - Nie ukrywała wcale swojej fascynacji tym, co mu się przydarzyło. Była zachwycona, Ruda w końcu kochała ryzyko, zwłaszcza takie, które kończyło się sukcesem.

- Ziomek, przetrwałeś walkę, przetrwasz też leczenie, wiem, że ono jest straszne, w maju zamknęli mnie w Mungu, jak walczyłam z tymi przebierańcami, myślałam, że tam zdechnę, ale jakoś się udało, Ty też sobie poradzisz, nawet z tymi gównami. - Nie miała co do tego najmniejszej wątpliwości, rekonwalescencja bywała bardziej brutalna od tego, w jaki sposób stawało się rannym.

Zmrużyła oczy, kiedy nieco się pochylił i zaczął mówić ciszej. Mieli swoje tajemnice, ale czad, naprawdę uważał ją za swoją koleżankę, tak jak ona jego. To było niesamowite, nie miała pojęcia jeszcze kilka dni temu, jak bardzo brakuje jej kogoś takiego w życiu. - Fuj, mogłaby Ci wsadzić różdżkę w dupę i ją połamać? - Skrzywiła się nieco, kiedy usłyszała jego słowa, nie brzmiało to najlepiej. - Zrobimy tak, żeby nie wiedziała, a jak coś, jak się dowie, to zwal to na kogoś innego, nie na mnie, wolę nie mieć wkurwionych żon na swoim sumieniu. - Musieli mieć jakiś pakt, nie zamierzała bowiem użerać się ze zirytowanymi babami, była na to zbyt młoda.

- Dobra, jebać to, papieroski są fajne, musimy je zapalić, wycieczka na pewno się odbędzie i będziesz miał różdżkę, już ja się o to postaram. - Wyciągnęła papierową paczkę pełną bardzo skrupulatnie skręconych fajek, wsadziła sobie jedną z nich do ust po czym odpaliła ją zapalniczką, zaciągnęła się szybko, krótko tylko po to, aby pojawił się żar, a po chwili wyciągnęła papierosa w stronę swojego kumpla. - Sztachnij się. - W końcu to on był bardziej poszkodowany, to on powinien jako pierwszy raczyć się tą przyjemnością.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5117), Heather Wood (3634)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa