• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[17.09.1972] Dziś na przykład jestem osobą nieurzędową, a jutro będę urzędową!

[17.09.1972] Dziś na przykład jestem osobą nieurzędową, a jutro będę urzędową!
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#1
14.02.2026, 21:13  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2026, 15:38 przez Aaron Andrew Moody. Powód edycji: zła data sesji )  
Spacer po niemagicznych dzielnicach

Skłamałby, gdyby powiedział, że nie mógł się spodziewać tego, że spotka ją przy automacie z kawą. Takowe spotkania z czasem stały się przecież przyjemnym elementem rutyny obojga. Rutyną było wzięcie dwóch kubków. Rutyną było wciśnięcie właściwych przycisków, zawsze tych samych. Rutyną było podjęcie przerwanej wczoraj rozmowy... Na czym to stanęli? Nie dane było jednak Moody'emu dowiedzieć się, co pani Mulciber sądzi o polaryzującym lewicę przemówieniu sędziego Thackeray. Odstępstem od rutyny było bowiem to, że tego dnia zmuszeni zostali jak niepyszni skierować kroki w stronę ministerialnej stołówki, ponieważ coś zepsuło się w magicznej maszynerii automatu wydającego kawę. Zepsuło się, i, jak na złość, nie naprawiło się nawet wtedy, gdy Moody niewzruszenie walnął w automat zaciśniętą pięścią, co było standardową procedurą postępowania w podobnych sytuacjach. Jak nie prośbą, to groźbą. Gdyby zalękniony pracownik personelu technicznego nie poprosił go o odsunięcie się, auror sam zapewne zakasałby rękawy koszuli i wyciągnął różdżkę, żeby zabrać się za naprawę. Może wtedy dostaliby swoją kawę. Ale wtedy zasmucona Lorien nie napomknęłaby konwersacjonalnie w drodze do windy, że jej ulubiona kawiarnia została doszczętnie niemal zniszczona podczas Spalonej Nocy. Aaron spodziewał się wówczas usłyszeć o jednej z tych eleganckich kafejek przy Ulicy Pokątnej. O przybytku starego Fortescue, gdzie latem funkcjonował również parlor z fantazyjnymi smakami lodów, a może o filii cukierniczej Zorzy? Nie spodziewał się na pewno, że Lorien opowie mu o małej włoskiej kawiarence położonej w niemagicznym Londynie. Powściągliwa była w słowach, a jednak... Aaron zmarszczył brwi. Trudno było mu wyobrazić sobie Lorien w takiej przestrzeni. Bez spowijającej ją otoczki magii, bez autorytetu sędzi i dementorków chowających się w gęstwinie loków czarnych jak posadzki Wizengamotu. To byłoby tak, jak gdyby nagle zabrano mu różdżkę, którą zawsze miał pod ręką. Kim był bez swojej różdżki? Bez munduru aurora? Bez nazwiska, które nosiło przed nim tak wielu?
Byłby po prostu Aaronem. Aaronem, który lubił od czasu do czasu podskoczyć po kawę z ciastkiem do niewielkiej kafejki w centrum, gdzie pamiętali już jego twarz i zamówienie. Może dlatego nie wydawał się specjalnie zaskoczonym, że pani sędzia Mulciber darzyć może sentymentem mugolską kawiarenkę, nawet jeżeli nie było to coś, czego spodziewałby się po niej w pierwszym odruchu. Było coś pociągającego w anonimowości, jaką zapewniał niemagiczny świat. Coś niesłychanie wyzwalającego. Coś zatrważającego. Niemal niemożliwego do pojęcia dla Moody'ego, dla którego bycie aurorem stanowiło rdzeń tożsamości, a wręcz sens życia. Wyobrażał sobie, że podobnie bezbronną musi się czuć w tym świecie sędzia. On zawsze czuł się dziwnie, gdy był po prostu Aaronem. Gdy zmuszony był myśleć o tym, co definiuje go w oczach ludzi poza jego pracą.
Może dlatego jeszcze nie zwariował. Wiedział, jak być sobą, niezależnie od tego, w jakim świecie jest. Niezależnie od tego, czy pije kawę z magicznego automatu w Ministerstwie, czy z mugolskiej kawiarni położonej blisko centrum.
"Może się tam przejdziemy?" Propozycja sama wymsknęła mu się na głos, gdy rozmowa, jaką dotychczas prowadzili, przybrała bardziej niezobowiązujący ton. Aaron Moody zacisnął usta, jak gdyby żałował, że w ogóle się odezwał. A jednak nie wyglądał na specjalnie strapionego, gdy zaraz krótko wytłumaczył, że nie chciałby, aby w świetle ostatnich wydarzeń pani sędzia ryzykowała samotnymi spacerami po niemagicznym Londynie. Chyba nic nie było w stanie wytrącić tego człowieka z równowagi. Użył przecież tego samego, precyzyjnie służbowego tonu, którym zrelacjonował jej wcześniej postępy w sprawie Koroleva.

W końcu Lorien skończyła wykłady ze studentami, a pracujący po godzinach Aaron nadrobił zaległości z nocnego dyżuru. Zamiast jednak zgarnąć kawę z ministerialnej stołówki wybrali się razem na przechadzkę po niemagicznym Londynie. W porę poobiadową spacerowali incognito ulicą z kubkami kawy wziętej na wynos z włoskiej kafejki, którą dobrze znał Aaron, a która szczęśliwie nie ucierpiała w ostatnich pożarach. Włosi może i byli narodem leniwym, ale i niesłuchanie zasłużonym w annałach historii. Musieli zawdzięczać to swym przodkom, którzy pobudowali się na ruinach imperium rzymskiego. Wzrósłszy w kolebce europejskiej cywilizacji w pewnym sensie skazani byli na wielkość... Włoska kawa była najlepsza! Nie wolno było zapominać, że oprócz bardzo dobrej kawy mieli też i wyjątkowo zmyślne systemy wodociągowe. To wszystko, i jeszcze faszyzm. I kobiety o niezrównanej urodzie. Ale o tym ostatnim lepiej było nie myśleć zbyt wiele. Zostawił te myśli za zamkniętymi drzwami jej gabinetu. A konkretniej za drzwiami stojącej tam szafy, za którymi schowała się, przebierając się przy nim w szaty sędzi.

!BINGO A1


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
14.02.2026, 21:14  ✶  
Walentynkowe Bingo
adres pola: A1
wariant: 1
typ: zdarzenie

Chociaż nad Anglią zawisły ostatnio ciemne chmury, nie udało się zgasić w ludziach dobra i nadziei. Na stadionie Quidditcha nieopodal Londynu zorganizowano charytatywny mecz. Znalazło się na nim kilku zawodowych graczy, jak i lokalnych celebrytów. Udało ci się otrzymać na niego dwa bilety. Zabierzesz na niego swoją drugą połówkę? A jeśli tak – jak dużo galeonów wrzucicie do skarbonki?
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#3
17.02.2026, 10:53  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.02.2026, 11:01 przez Lorien Mulciber.)  
Trochę już stała pod tym automatem nim się pojawił. Nieszczęśliwa na podobieństwo kurwy spod latarni, której akurat tego wieczoru nikt nie wybrał. Podobnie przynajmniej bezradna, bo ni prośbą ni groźbą nie szło dostać kawy. Niby mogła zjechać na piąte piętro i się pożalić Anthony’emu (na pewno by ją ugościł kawą), ale pojawił się szanowny pan Moody i… też nie naprawił. Świetnie. Czyli zepsuło się na amen w mugolskim pacierzu. Naraz przypomniało jej się o kawiarni pod domem. Czym taka zepsuta maszyneria różniła się od wybitych okien i spalonej lady? Czy w tym kraju nic nie mogło działać poprawnie?
“A może się tam przejdziemy?”
W pierwszej chwili mu nie odpowiedziała. Wyjście z nim mogło zostać dostrzeżone jako co najmniej… niewłaściwe. Plotka za plotką sprawa urosłaby do rangi zdrady krwi, a wyjście po kawę do seksu w schowku Personelu Technicznego i to jeszcze w godzinach pracy!
Ale po chwili, wystarczająco długiej, by brzmiała jak odmowa, Lorien skinęła powoli głową. Tak, oczywiście, mogli się przejść. Przecież za to nie kamienowano, prawda? Prawda???
- Kończę dziś w południe.- Odpowiedziała, po czym przyspieszyła kroku, pozostawiając go samego sobie na korytarzu II piętra. Musiała zabrać papiery z biura i ukryć ten nawracający na policzki rumieniec.

“A może się tam przejdziemy?”
Pytanie, zadane wszak bardzo rzeczowym tonem, grało w jej myślach niczym zdarta płyta. Rozbierała je na części pierwsze, dzieliła na sylaby, kładła akcent na wszystkie możliwe niewypowiedziane scenariusze. Przynajmniej dzisiaj nie musiała przygotowywać nic na zajęcia, bo zaplanowała próbny proces ostatnio omawianej sprawy czystokrwistego wampira, którego oszukano i miast podać odpowiedniej jakości krew, uraczono go juchą szlamy. Więc produkowały się dzieciaki - nie ona. Dobrze, miała moment żeby zebrać myśli. A tych miała ostatnimi czasy całkiem sporo.
“A może się tam przejdziemy?”
Może nie powinna. Ale przecież nie było w tym nic złego. To nie była randka. To była przymusowa i bardzo niewygodna podróż wynikająca z ze złego stanu technicznego ich automatu. Tak. Dokładnie tak to sobie tłumaczyła. To po prostu miłe, że zaproponował. Poza tym nie czuła się na tyle bezpiecznie, by pojawiać się w miejscach publicznych bez obstawy… Skoro śmierciożercy już raz zaatakowali Londyn, większa była szansa, że zaatakują magiczne dzielnice w biały dzień. Więc nie mogła iść samej i nie mogła iść na Pokątną. Taki auror nawet incognito pilnujący porządku był bardzo dobrą opcją. Wniosek nasuwał się praktycznie sam…
Nie zdążyła pomyśleć o wniosku, bo w tym momencie oskarżyciel nazwał obronę “fanatykiem brudnokrwistych maszkar”, a obrona odcięła się krótkim i jakże dobitnym “tylko twojej matki!”. W odpowiedzi oskarżyciel rzucił się na obronę i nim się obejrzała miała na środku sali kłębinę kończyn i skandujących ławników. Ostatecznie obie strony dostały za karę skierowanie na najbliższy tydzień do sprzątania archiwum. Ich metaforyczny wampir obszedł się smakiem czystej krwi.

“A może się tam przejdziemy?”
Wyjście w świat mugoli nie było takie proste. Należało odwiesić peleryny na rzecz bardziej niemagicznych kroi płaszczy; upewnić się, że wszystkie insignia sędziowskie znajdują się w zaklętej szkatułce, przepisowa garsonka ma spódnicę odpowiedniej długości, a w pończochach nie zrobiła się dziura.
Różdżka musiała zostać wepchnięta w głębiny wypchanej torebki. Dementorek ku swojej głębokiej rozpaczy wylądował pod szklanym kloszem. Na nic zdawały się zapewnienia, że przecież zaraz wróci i zrobiła papierową łódkę, w której może popływać. Snuł się smętnie w stronę makiety, raz po raz odwracając zakapturzony łepek, jakby sprawdzał czy na pewno patrzy Lorien na jego ból i cierpienie.
Najchętniej wzięłaby ze sobą zebrane na wykładach prace domowe (minimum dwie strony pergaminu kancelaryjnego dot. analizy porównawczej wcześniejszych kryzysów magicznych z wydarzeniami z 8. września 1972 roku i ich wpływem na funkcjonowanie Wizengamotu jako niezawisłego organu sądowego) i zaczęła ich sprawdzanie na tym “biznesowym” wyjściu na wspólną kawę z panem Moody’m, ale nie chciała ryzykować, że ktoś ciekawski zacznie czytać jej przez ramię o wojnach goblinów.
Ale świat mugoli dawał anonimowość, na którą zwykle nie mogła sobie pozwolić za murem przy Dziurawym Kotle. Oczywiście, nie do końca rozumiała na jakiej zasadzie działał; nie rozumiała ich transportu drogowego, technologii i filozofii życia, ale znała na tyle dobrze świat, że profilaktycznie zawsze miała w torebce poza galeonami, wrzuconych parę funtów. I nie brakowała jej języka w gębie, co by zamówić sobie kawę nawet w niemugolskich dzielnicach. Dziś nie musiała się fatygować, bo Moody zapłacił i nawet pamiętał jaką kawę pija - tzn. spełnił bare minimum takiego zaproszenia, ale miała przeczucie, że jej świętej pamięci mąż by miał z tym problem. Więc poprzeczka leżała na podłodze, idealnie żeby się o nią potknąć.

Spacerowali po mugolskim parku już chwilę, uzbrojeni w te swoje kawy w papierowych kubeczkach, rozmawiając o jakichś bzdurach.
- Usiądźmy na chwilę.- Ni to poprosiła ni zarządziła Lorien. Poruszanie się bez laski wciąż było męczące, ale poruszanie się z laską było uwłaczające, więc... wybór był prosty. Przysiadła na jednej z pobliskich ławek. Odstawiła cieply kubeczek na bok i spojrzała na Aarona.
A jak tak spojrzała, to przez dobry moment marszczyła nos, jak zawsze gdy coś sobie próbowała przypomnieć. Bo o czymś zapomniała, prawda? Coś miała mu… Hm… Za Bogów nie mogła sobie przypomnieć o co chodzi i dopiero, gdy jakieś mugolskie dzieciaki zaczęły grać nieopodal w piłkę, doznała olśnienia.
- Mam coś dla Pana, panie Moody.- Powiedziała nagle.
Niestety nim to dostał minęła chwila, bo trzeba było to coś znaleźć w torebce, a w torebce pani Mulciber było wszystko. Udało się. Wyjęła ze środka dwa pomięte bilety na najbliższy mecz Quidditcha. Już na pierwszy rzut oka było widać, że nie byle jakie bilety, bo do jednej z lóż na trybunach, a nie w tłumie kibiców.
- Dostałam je od kolegi. Niestety w dzień meczu wypada mu rocznica ślubu i prawdopodobnie byłaby to ostatnia rocznica w jego życiu, gdyby poszedł oglądać yyy…- Spojrzała w dół.. Oczywiście, że nie wiedziała kto gra.- Zjednoczeni z Puddlemere grają z Gargulcami z Gródka.- Wręczyła bilety mężczyźnie.- Z pewnością byłby to jego ostatni mecz jak znam szanowną panią Lupin.
Odwróciła wreszcie wzrok od Aarona, biorąc z powrotem w ręce ciepłą kawę. Uśmiechnęła się sama do siebie.
- Może i pan zabierze na to jakąś panią? Ewentualnie pana Longbottoma, choć nie wiem czy w takich okropnych kapeluszach wpuszczają na stadion.
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#4
22.02.2026, 20:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2026, 20:40 przez Aaron Andrew Moody.)  
Aaron Moody nie znał się na kobiecych torebkach. Nie miał zbytnio pojęcia o tym, co modne, a co dawno już wypadło z obiegu. A już na pewno nie mógł wiedzieć, że torebka Lorien Mulciber warta była więcej niż połowa mugolskiej dzielnicy, w której się właśnie znajdowali... I to z niedoszacowaniem. Nie, Aaron na modzie kompletnie się nie znał, potrafił jednak docenić wygodę i właściwości praktyczne. A praktyczną właściwością torebki Lorien było to, że wiele się w niej mieściło. Bardzo wiele. W milczeniu przyglądał się, jak zaczyna w niej grzebać, bez słowa oferując pomoc, gdy kobiecie zaczęło już brakować miejsca na podołku. Takim oto sposobem w jego rękach znalazło się ciemnokobaltowe pióro oraz fiolka z czymś, co podejrzanie przypominało krew. Chciał zapytać, naprawdę chciał zapytać, ale zanim się odważył, na jego kolanach wylądowała kosmetyczka, z której wychylały się nieśmiało narzędzia stosowane niegdyś podczas wizengamockich przesłuchań. Wtedy kiedy jeszcze nie zakazywano tortur na postawionych przed sądem czarnoksiężnikach. Piękne czasy! Przypuszczał, że sędzia pokazywała aparaturę pochodzącą z wieków średnich studentom. Nigdy przecież nie domyśliłby się, że ma do czynienia ze zwykłą zalotką do rzęs. Może dlatego rozejrzał się dyskretnie, czy nikt nie patrzy, zanim zasunął zameczek. No bo jeszcze wyjdzie, że łamią przypadkiem protokół tajności! Oprócz tego otrzymał na przechowanie chusteczki, mugolski taser (Moody myślał, że to taser, w rzeczywistości była to jednak magiczna prostownica do włosów) oraz... Kulę do bilarda. A może była to kula magiczna? Nie przypominała tych, z którymi zwykle miał do czynienia. Przy bliższych oględzinach dostrzegł jednak wprawione w kulę, trójkątne okienko, w którym widniał napis: "zapytaj mnie". Nie zdążył jednak o nic zapytać, bo pani sędzia wyjęła mu kulę z ręki, wrzucając ją z powrotem w przepastną otchłań swej torebki, która jakimś cudem wcale nie wyglądała na wypchaną. Zamiast tego, wręczyła mu bilety. Bilety na mecz Zjednoczonych z Puddlemere, którym, oczywiście, wiernie kibicował od najmłodszych lat, nawet wtedy, kiedy szorowali tyły tabeli kwalifikacyjnej. Fanem się przecież było, a nie bywało.

Słysząc propozycję Lorien, Aaron zmarszczył delikatnie brwi.

Oczywiście, pierwszym, o czym pomyślał, było to, że nie może przyjąć tego nieoczekiwanego prezentu. Po drugie, zauważył, że bilety były drogie. Za miejsca w wyższych lożach zawsze trzeba było zapłacić więcej. A po trzecie... Po trzecie to zauważył, że zapomniał swojego szalika w barwach klubowych z ministerialnej szatni.

Pewnie, że mógłby zabrać Woody'ego. Kiedyś. Kiedy jeszcze mogli wyjść na miasto bez poczucia, że ktoś depcze im po piętach. Że jakiś męt z półświatka zobaczy, że jego przyjaciel prowadza się z aurorem, a potem zaszantażuje go, albo od razu sprzeda swym koleżkom ze Ścieżek. Nawet w Rejwachu pojawiał się wyłącznie w godzinach zamknięcia. Nie daj, żeby ludzie zorientowali się, że właściciel ma konszachty z glinami. Nokturn nigdy by mu tego nie darował. Tam przecież pluli na widok munduru brygadzisty, a co dopiero na widok aurorskiej odznaki. Nie, to wszystko było wykluczone. Mógłby zabrać syna, pomyślał, ale zrazu przypomniał sobie, że wypadała wtedy pełnia. Odepchnął od siebie myśl o córce, która w quidditcha zawsze była diablo dobra. Nie byłoby mądrym zabierać ją na tłumny stadion. Nie w jej stanie.

Aaron pokręcił więc głową zanim jeszcze dotarł do niego pełen sens wypowiedzi Lorien. Jaką niby panią miałby zabierać na mecze qudditcha? Już dwadzieścia... Nie, dwadzieścia jeden lat minęło, jak zmarła jego żona, i od tego czasu wszyscy przyjaciele wiedzieli, żeby nie pytać Moody'ego o żadne osoby towarzyszące, gdy zapraszało się go na wesela, chrzciny, i inne takie. Jeżeli ma przyjść, to przyjdzie sam. W pewnym sensie męczyło go to, że unikano tego tematu. Nie żeby sam nie był temu winien. Przed laty niemal wypalił w twarz bogom ducha winnej kuzynce Jennifer, że może sobie darować zapraszanie go na Mabon, skoro narzeka, że nie ma jak go usadzić, żeby nie zaburzyć porządku przy stole. Jedyna osoba, która czyniła rodzinne spotkania znośnymi i tak leży już przecież grobie, mruknął wtedy, zaraz zdjęty jednak poczuciem winy, bo kuzynce łzy stanęły w oczach. Przeprosił ją niezręcznie. Na Mabon i tak nie planował przychodzić. Po co sprawiać jej więcej przykrości? Po prostu... Madeleine nie żyła. Nie potrzebował, żeby przypominano mu o tym na każdym kroku. Nie dlatego, że jej wspomnienie było mu niemiłym. Dlatego, że sam pamiętał wszystko wystarczająco dobrze.
Nie pamiętał natomiast wiele z życia przed nią.
Przed Madeleine.
Nigdy mu to nie przeszkadzało. Odpowiedzialność, jaka spadła na niego być może zbyt wcześnie, nie była mu nigdy ciężarem. Wziął go na plecy, udźwignął, dał nawet radę się wyprostować, chociaż nogi się pod nim uginały. Może i wpadli, ale skoro z jednym dzieckiem dali radę, drugie nie mogło być złym pomysłem. Może i... Nie, nie warto było tego wszystkiego teraz roztrząsać. Przecież ostatnim, czego chciał, było to, żeby ludzie nagle zapomnieli o Maddie. Gorszym niż współczujące spojrzenia gdy nosił żałobę, były tylko natrętne pytania, wtedy, gdy już ją zdjął. Przyjazne kuksańce od kolegów, gdy siedzieli w barze, a przechodząca obok kobieta zawiesiła na nim oko. Koleżanki, pytające, czy daje sobie radę z dziećmi, gdy nie ma komu zająć się domem.
Nie znosił tej pobłażliwej litości, nawet, jeżeli wiedział, że stały za nią dobre intencje.

Jakie intencje stały za pytaniem pani sędzi?

– A pani nie kibicuje? To ostatni mecz w kwalifikacjach do Mistrzostw Europy. Ostatni mecz Stapletona w reprezentacji! Z takiej loży dobrze będzie widać jak grają w powietrzu. Nie śmiałbym przyjąć takiego...

Och.

Och.

Niewielu o tym wiedziało, ale Aaronowi Moody'emu czerwieniały trochę uszy, gdy się peszył. Chyba nawet sam zainteresowany o tym nie wiedział, bo minęło jednak trochę czasu, odkąd zaprosił jakąś kobietę na kawę. I to nie byle jaką kobietę, tylko Lorien Crouch. Zaprosił. Na kawę. Uważnie przesunął spojrzeniem po jej twarzy. Nie, wyobrażał sobie. Zdecydowanie zbyt wiele sobie wyobrażał. A co jeżeli...? Nie, nie może być. Dobrze, że rumieniec nie rozlał się dalej, na twarz i policzki. Wszystko można było póki co zrzucić na karb zimniejszego powiewu wiatru. Zwłaszcza, że nie wziął szalika.

– ...Chyba, że ma pani ochotę pójść. Ze mną, mam na myśli. Albo raczej ja z panią, bo to pani bilety. – Potrząsnął lekko głową, jak gdyby sam był nieco zażenowany tym, że zaplątał się niepotrzebnie w słowach. Nie stracił jednak rezonu. Wyprostował się w swoim miejscu, nie odwracając ani na chwilę oczu od twarzy Lorien. – A nie to jest przecież najważniejsze, jeżeli już idziemy wspólnie. Najważniejsze jest, że... – urwał nagle, przybrawszy na twarz wyraz śmiertelnej powagi. Wyciągnął z powrotem bilety w stronę kobiety, tak, żeby mogła zobaczyć oznaczenie sektoru. – ...Nie kibicuje pani Gargulcom, prawda? – zniżył głos, rozejrzawszy się wcześniej na boki, jak gdyby miała mu właśnie wyjawić straszliwy sekret, a on upewniał się, że nikt inny nie słucha.

Ale nie, wokół nich gruchały tylko gołębie, których otoczyły ławeczkę ciasnym kręgiem, jak gdyby liczyły na to, że uda im się wyżebrać coś do jedzenia.


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#5
27.02.2026, 11:46  ✶  
Lorien nie pytała czy Aaron chce te bilety. Nigdzie nie pojawił się znak zapytania, który pozwoliłby uwolnić się od odrobinę niekomfortowego prezentu. Gdy dostała bilety nawet nie zwróciła uwagi na położenie miejsc. Może bardziej współczułaby wówczas Lupinowi, że utknie na kolacji z małżonką. Prawdopodobnie nie. Jak dla każdej kobiety taka rocznica ślubu była o wiele ważniejsza niż oglądanie jak się duzi chłopcy biją w powietrzu o piłkę.
Więc po prostu wepchnęła mu w ręce bilety.

Przez cały ten czas Lorien przypatrywała mu się uważnie. Badała każdy ruch, kręcenie głową w geście zaprzeczenia; patrzyła czy powieka mu nie drgnie na myśl o jakiejś “pani”. Tak, aby mogła w odpowiednim momencie wyciągnąć oskarżycielsko palec i warknąć “aha, oskarżony łże wysoki sądzie”. Bo przecież tak musiało być, prawda? W końcu zawsze wychodziło na jaw, że coś jest kłamstwem - uczucia, partner, rodzina. Każdy ją zdradzał, każdy ostatecznie opuszczał. Myśl, że teraz mogłoby być inaczej była myślą głupią i naiwną. Podobnie jak myśl, że pana Aarona Moody’ego interesowało w niej cokolwiek innego jak wgląd zza kuluary prawniczo-politycznej kultury Wizengamotu; I kolejna, że ich rozmowy, czy nawet to “wyjście na kawę” nie było podszyte potrzebą poprawy wizerunku Biura Aurorów, który ucierpiał po ich wyjątkowo zdawałoby się nieskutecznych działaniach podczas terrorystycznych incydentów z początku września.
Zrobiła przecież bardzo poważny research (poszła na plotki do babeczek z Biura Administracji Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów z kupnym pokaźnej wielkości kawałkiem rolady makowej i włoską kawą) i wywiedziała się, że pan Aaron Moody owszem żonę miał, ale zmarła przed ponad dwudziestoma laty. I że jakoś tak niechętnie zawsze patrzył na propozycję pomocy przy dwójce dzieci, ale syn mu wyrósł jak dąb - również przecież Auror. A córka, och córka biedaczka, coś ze zdrowiem, ale co, nie udało jej się dowiedzieć. A ponoć była równie pilną brygadzistką. Ale tak, bardzo porządny człowiek, radio potrafił naprawić jak trzeba, stół podreperować kiedy Personel Techniczny się strasznie ociągał…
Lorien kiwała głową skubiąc kawałek ciastka i rozwalając go na mniejsze. Nie miała ochoty na słodki farsz, więc wydłubywała ze środka tylko i wyłącznie rodzynki. A teraz, siedząc na chłodnej ławce mogła dokładnie zestawić wiedzę uzyskaną z wywiadu z rzeczywistością. No i zrobiła w głowie szybką matematykę. Jeśli jego żona nie żyła od tych dwudziestu lat, a pan Aaron Moody był w wieku jej ojca, to biorąc pod uwagę, że Alastora Moody’ego znalazła w swojej absolwenckiej księdze pamiątkowej z Hogwartu - dokładnie rocznik niżej, bo uczył się na tym samym roku co Hati Greyback… wszystko układało się w prosty obrazek - bardzo wczesny ślub i ciąża nieznanej mu z imienia Pani Moody i jej równie wczesna śmierć. Och jak przykro. Jaka szkoda.
Może i jego przyjaciele wiedzieli, żeby broń boże nie poruszać tego tematu, ale Lorien nie była tymi przyjaciółmi.
Lorien chciała wiedzieć czy gdzieś tam nie czai się sekretarka łasa na aurora, którego ona sobie wybrała na ochroniarza. Nie lubiła się dzielić. A już na pewno nie z nastoletnimi blondynkami z napchanymi magią bimbałami.

- Ostatni mecz kwalifikacyjny? Doprawdy?- Mogła zabrzmieć jakby się z niego natrząsała. Może nawet odrobinę tak było, ale… było coś uroczego w momencie jak zamilkł. Jakby się spłoszył swoją własną ekscytacją. Uśmiechnęła się, ale jak zwykle jej uśmiech nie objął oczu. Te pozostawały utkwione w twarzy Aarona Moody’ego, nieruchome i dziwnie puste.
Słyszała jak się biedny próbuje wyplątać z kłopotliwej sytuacji, wcale nie zamierzając mu pomóc.
On z nią? Ona z nim? Oni razem? To w końcu jak?
- Nie mogę potwierdzić ni zaprzeczyć w kwestii kibicowania Gargulcom.- Powiedziała w końcu miękko.- Niestety nie posiadam żadnej wiedzy na temat barw w jakich występują. Ciężko byłoby mi ich odróżnić od Zjednoczonych. Chyba, że…- Zawiesiła na moment głos, dopiero teraz odrywając wzrok od oczu aurora. Widząc zebrane przy ich ławce gołębie, sięgnęła do kieszeni płaszcza. Wyciągnęła z niej garstkę różnorakich ziaren, jakby to było oczywiste, że w płaszczach nosi się ziarno dla ptactwa. Rozrzuciła je na ziemię.
- … chyba że nie szkoda panu czasu mi te różnice wytłumaczyć. Nie mam żadnych planów na meczowy wieczór, a skoro nie ma pan innej potencjalnej towarzysz… ącej osoby, to byłoby co najmniej niegrzeczne puszczać pana samego, panie Moody. W końcu ofiarowałam panu dwa bilety, nieprawdaż?
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#6
13.03.2026, 18:17  ✶  
"Kuluary Wizengamotu"? A gdzie tam prostemu aurorowi. Wolał walczyć na pięści niż na argumenty. Kiedyś wierzył, że jest w stanie wszystko załatwić gadką, ale zorientował się, że w świecie więcej jest ludzi mocnych w gębie niż tych obdarzonych wystarczającym samozaparciem, żeby coś zdziałac. Wtedy przestał dbać o bycie poprawnym. Po co miałby udawać kogoś, kim nie jest? Niewątpliwie korzystnym było mieć w osobie Lorien Mulciber sojusznika pośród sędziowskich ław. Oto władza sędziowska, autorytet prawodawczy, dawczyni wyroków, które przychodziło mu wykonywać... Jak niby mógłby jednak wpłynąć na jej niezawisłość? Zmanipulować potęgę Wizengamotu? Byłby głupcem, gdyby próbował. No właśnie, głupcem, bo próba manipulacji jakimkolwiek sędzią była pomysłem tak nieskończenie głupim, że takowy nigdy nawet nie przeszedł przez głowę Moody'ego. Co jeszcze, może na następnym spotkaniu Zakonu Feniksa padnie propozycja, żeby Dumbledore uwiódł Ministrę Magii?

"Potrzeba poprawy wizerunku Biura Aurorów?" Gdyby Aaron to usłyszał, pewnie by się zdrowo uśmiał. Może jeszcze powinni wbić Harper w garsonkę z tego samego domu modowego, w którym stroiła się jaśnie Ministra Magii? Czy to liczyłoby się jako "poprawa wizerunku" w oczach polityków? Dopóki robili swoje, Aaron Moody nie dbał o to, jak był postrzegany on, ani jak postrzegani byli jego koledzy. Choć nie ukrywał nigdy, że najlepszym wyjściem byłoby, gdyby nie byli postrzegani w ogóle. Powinni bardziej dbać o dyscyplinę w szeregach. Oczami przewracać mu się chciało bowiem na celebrycki niemal kult wokół niektórych młodych aurorów, którzy dbali chyba tylko o to, żeby ich nazwiska nie schodziły ze stron gazet. Bo tacy na śledczych nie nadawali się w ogóle. Wstyd, jak często paparazzi przyłapywali ich na ulicach Londynu, i to w trakcie wykonywania operacji objętych tajemnicą. Mogli być sobie celebrytami dopóki nie kolidowało to z obowiązkami natury służbowej, na litość boską! Ale tak jak Moody głęboko wierzył w istnienie aurorskiego etosu, podążania za dokładnymi wskazaniami którego wymagał od siebie przez całe życie (nikt nie wiedział, co składa się na ów "aurorski kodeks", na który powoływał się zawsze Moody, ale być może było to coś, co stary sobie tak po prostu wymyślił), tak miał głęboko w dupie, co o pracy aurorów myśli ogół społeczeństwa. Ogół społeczeństwa powinien się cieszyć, że ma w ogóle możliwość posiadania opinii w tym temacie. Politycy na cieplutkich mogli sobie pokrzyczeć, dziennikarze z radiowych audycji śniadaniowych ponarzekać na niekompetencję aurorów, ale prawda była taka, że Moody prześcignąłby ich wszystkich w narzekaniach na system, którego sam był przecież częścią. Bo Moody'ego jeszcze nikt nigdy nie widział zadowolonego z roboty. Zawsze można było zrobić coś lepiej. Zawsze można było zrobić więcej. Zadziałać szybciej. Uratować więcej istnień. Może gdyby lepiej ochronili Polanę Ognisk w trakcie obchodów Beltane, może wtedy nie zginąłby brat Woody'ego? Może gdyby zdołali przeorganizować się szybciej, udałoby im się opanować pożar Londynu? Zapobiec atakowi na Lorien?

Oczywiście, że zapoznał się z dokumentacją, jaką mu udostępniła. Z podobną uwagą przyglądał się, jak ta rzuca ziarno ptactwu, od którego zaroiło się nagle wokół ławki. Wraz z trzepotem skrzydeł przyszły przemyślenia. Było coś ptasiego w sposobie, w jaki siedząca obok niego Lorien przekrzywiała swoją śliczną główkę. Niby to przysłuchiwała się temu, co mówi, ale nie przeszkadzało jej to w zastanawianiu się, w którym miejscu powinna udziobać. Wiedział, że wielu jej zachowanie napawa swego rodzaju niepokojem, ale Aaron postrzegał to jako rodzaj adaptacji do środowiska, w jakim żyła. Niektóre ptaki były wszędobylskie jak gołębie, które wykorzystywały siedliska ludzkie jako miejsce żeru, dostosowując się przy tym do zindustrializowanej przestrzeni miejskiej. Jeszcze inne były sprawnymi zabójcami, jak płomykówki, poruszające się bezszelestnie niemal na swych lotnych skrzydłach, gdy atakowały pod osłoną nocy: może dlatego sekretariat Biura Aurorów lubił posyłać za ich pośrednictwem najważniejszą korespondencję. A wilgowrony? Czym wyróżniały się wilgowrony? Nie miały wielkich pazurów, chociaż palce Lorien pokrywały piękne pierścienie, a ostre paznokcie mogły imitować szpony. Oczy miała w ciemnokobaltowym kolorze odpowiadającym upierzeniu wilgowroniego ogona... Nie, pomyślał, upijając łyka kawy, musiał szukać dalej. Być może wyjątkową umiejętnością wilgowrona było to, że umiał śpiewać tak pięknie, że nikt nie zastanawiał się, kiedy uległ jego pieśni.

Aaron uśmiechnął się lekko, pokręciwszy głową, jak gdyby sam nie wierzył w to, nad czym się właśnie zastanawiał.

– A jakże, wytłumaczę. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby opowiedziała się pani po niewłaściwej stronie historii – powiedział śmiertelnie poważnym tonem Aaron. Zupełnie tak, jak gdyby najbliższy mecz kwalifikacyjny należał wedle jego uznania do spraw wagi państwowej. Nie potrafił jednak ukryć rozbawienia, jakie zabłysło na dnie jego oczu. Nie sądził, żeby sport był dla niej szczególnie zajmującym, ale mimo to pociągnął żart dalej. A gdyby Lorien zauważyła sentencjonalnie, że historię piszą zwycięzcy, przypomniałby jej, że Zjednoczeni z Puddlemere pozostawali najbardziej utytułowaną drużyną w historii kraju...! Szkoda, że konsekwentnie przodowali tylko w ilości popełnianych faulów.

– To o której mam po panią przyjść?

Koniec sesji


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (2598), Lorien Mulciber (1699), Pan Losu (65)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa